No i znowu dochodzimy do sedna problemu. "...dla kogo ma ona teraz gotować? co ona ma teraz robić? przeciez musi sobie jakieś zajęcie znaleźć..." No tak, jeśli życie kobiety wypełnia tylko kuchnia i opieka nad dziećmi i nic jej więcej nie interesuje, to odejście dzieci z domu jest dramatem. Bo pozostaje jej masa wolnego czasu, z którym nie ma co zrobić. Nieszczęście. Dalej więc się nad sobą użalać, nad swoją samotnością, nad tym, że nikomu nie jest potrzebna, nawet dzieciom. Że dzieci nie chcą jej rosołku w niedzielę i zamiast słuchać jej dobrych rad, wolą spotkać się z przyjaciółmi.
Irytuje mnie roszczeniowość. Rodziców, którzy oczekują, że młodzi wypełnią im czas i dadzą im poczucie sensu ich życia. I dorosłe dzieci uważające, że świat ich rodziców powinien się na nich zaczynać i na nich kończyć.
Ciekawie pisze Merredithhh... Jak to jest, że teściowa i synowa potrafią sobie radzić w środowisku, nie zglądają do szafek u swoich znajomych i nie wymagają opieki nad swoimi dziećmi od swoich koleżanek, bo wiedzą, że to niestosowne, natomiast w stosunku do siebie nawzajem o tych niestosownościach zapominają? Tak jakby nagle zniknęły wszelkie granice. Z czego to się bierze?
Ostatnio gadałam z teściową mojej córki. Znamy się kilkanaście lat. I ona mówi, że moja córka jest teraz jej córką, a jej syn moim synem. W duchu sobie pomyslałam, że to nie tak. Jej syn jest moim zięciem, mężem mojej córki, nie synem. Z synem i córką jestem zżyta i łączą nas więzy krwi. Możemy sobie wiele powiedzieć, nawet się pokłócić i nie zmieni to więzi między nami. Z synową czy zięciem już tak nie jest. Nie powiem synowej, że w ostatniej fryzurze wygląda jakby piorun w szczypiorek strzelił, a zięciowi, że jego pomysł na coś tam jest do bani. Bo mam dystans. Nie jestem ich matką. Mówią do mnie mamo, ale to tylko taki zwyczaj. Nic mnie nie upoważnia do zwracania im uwagi czy pouczania, ani do dawania rad bez prośby z ich strony. I w drugą stronę tak samo. Córka czy syn mogą mi pomarudzić, coś wytknąć, ale nie synowa i zięć. Bo to uważałabym za takie samo przekraczanie granic jak grzebanie w cudzych szafkach. Gdy jestem u syna lub u córki to za punkt odniesienia biorę relację z synową lub zięciem i zachowuję sie tak, żeby nie przekraczać ich granic. Syn nie miałby nic przeciwko temu, żebym poprasowała mu spodnie, a córka, żebym zmieniła pościel (to tylko przykład, bo nigdy tego nie robiłam), ale ich współmałżonkowie już nie koniecznie. Więc dostosowuję się do nich, nie do swoich dzieci.
Uważam, że zwyczaj mówienia mamo, tato do teściów robi zamieszanie i "upoważnia" niektórych z nich do traktowania małżonków własnych dzieci protekcjonalnie.
Mnie samej zabrakło śmiałości, by zaproponować inną formę. Zresztą nawet nie wiem jaką. Oni tak się do mnie zwracają, ale ja pamiętam, że nie są moimi dziećmi. Chcę też, by oni o tym pamiętali.
Moja synowa przekraczała nasze granice, pisałam o tym. Teraz jest ostrożna i ja też. Jak się dalej ta relacja ułoży, czas pokaże.