Śmierć męża - jak sobie poradzić? - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Strony Poprzednia 1 478 479 480 481 482 483 484 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 31,136 do 31,200 z 31,427 ]

31,136

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Drogie Dziewczyny !
Cieszę się ,że się odzywacie ! Dziękuję też serdecznie za miłe słowa w moim kierunku smile:) Zresztą z większością z Was mam kontakt na priv. Nas jeszcze trzyma ta niesamowicie pozytywna energia ze spotkania , wracamy do zdjęć do wspomnień i mamy w sercach to poczucie wspólnoty , wzajemnej serdeczności i oddania ....... Dziewczyny Drogie ! Ja też mieszkam sama , jedyny syn czasami mnie odwiedza , bo mieszka w innym mieście ....też mnie już łapie z lekka ta chandra jesienna , bo niestety zmieniła się pogoda na jesienną .....ale mam pracę , przyjaciółki , mieszkam w dużym mieście , poza tym zawsze byłam aktywna i zadaniowa więc twardo stąpam po ziemi i idę teraz już tylko do przodu smile:)
Dziewczyny Drogie na początku drogi nie zasklepiajcie się w swoim bólu , szukajcie wszelkich sposobów do wewnętrznej mobilizacji aby wyjść z domu , zadbać o siebie , o swoje dzieci, wnuki ,żeby dodatkowo nie dodawać im traumy , bo one też bardzo przezywają odejście Taty ...... Nie mamy już wpływu na przeszłość , nie wiemy co niesie przyszłość ale mamy wpływ na teraźniejszość , która u niektórych z Was nie jest może hurraoptymistyczna ale każda nawet najdrobniejsza walka o siebie jest już dużym sukcesem ! Próbujcie iść swoim tempem do przodu ......
Jolu ! super motto , zresztą Ty sama tego doświadczyłaś jakie to życie jest uparte !!! Ale znasz już sposoby ,żeby je choć trochę polubić......
Ikario ! Dziękuję ze swojej strony ,że zaproponowałaś kontakt na priv Aloes , choć sama jeszcze jesteś dosyć "świeżą" wdową , szacun !!! I pamietaj ,żeby śmiać się jak najwięcej !!!
A co tam u innych nowych dziewczyn , bo nic nie piszą .....Jeśli macie potrzebę napiszcie , bo jak widzicie my tu ciągle jesteśmy i robimy co możemy !!!!
Pozdrawiam wszystkie dziewczyny , ściskam swoje wyjazdowe "siostry" smile:):) Pamietajcie wszystkie odwaga i siła jest kobietą !!! wszystkie jesteśmy wspaniałe i wyjątkowe smile:)

Zobacz podobne tematy :

31,137

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Zbierałam się do posta kilka razy, ale nie chciałam przynudzać swoim żalem i tęsknotą. Po powrocie z urlopu, było trudno. Złapał mnie dół totalny. Na budowie chwilę nic nie szło do przodu, zaczęły się przygotowania do szkoły, miałam wielkie obawy, że sobie nie dam rady. No i pojawiło się jeszcze kilka innych trudności, związanych ze śmiercią mojego P., co dobijało mnie totalnie. Tak strasznie mi go brak. Są chwile, że mam go ochotę udusić za to że mnie tu zostawił, samą z tym wszystkim, a fakt że nie mogę wkurza mnie i boli jeszcze bardziej. Dziękuję Bogu, że mam wspaniałych rodziców, którzy są ze mną i wspierają mnie, mimo wszystko. Że mam kochane córcie, które są ze mną, które mnie pocieszają podtrzymują na duchu, mimo, że to ja powinnam o nie się troszczyć. W głowie mam bałagan. Sunę przez życie choć boję się każdego dnia. Wszyscy mówią mi jaka jestem dzielna, jak super sobie radzę, ale ja mam wrażenie, że z niczym sobie nie radzę.Już nie umiem planować, biorę co życie mi daje.

31,138

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Drogie Dziewczyny !
Aisa ! Dobrze,że dałaś znak życia , że jakoś dajesz radę , mimo wszystko , fajnie ,ze masz przy sobie Rodziców no i oczywiście Córcie, które są motorem do Twojej dalszej egzystencji .......Dobrze,że suniesz przez życie a nie upadłaś w niemocy !!!
Wrzesień to taki już trochę jesienny miesiąc , lato się kończy , pogoda już nie nastraja do zbytniego optymizmu , nastrój automatycznie też się obniża......Ale trzeba jakoś się motywować i walczyć aby nie poddać się jesiennej chandrze smile:):)
Dziewczyny Drogie ściskam Was mocno , posyłając dużo optymizmu i sił do Waszej dalszej walki smile:):)

31,139

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Ikario, kochana! Tak wiele smutku jest wciąż w Tobie! Okres, jaki minął od śmierci Twojego męża, jest wciąż jeszcze bardzo krótki, choć to już trochę inny etap żałoby. Tak jak piszesz, bardziej świadomy jest ból, tęsknota i niechęć  do życia bez drugiej połówki. Ale najgorsza jest chyba ta huśtawka: kiedy  już, już wydaje Ci się, że choć troszkę wypełzasz na brzeg, nadchodzi  kolejna fala rozpaczy, zalewa Cię całkowicie i znowu walczysz o przetrwanie… Ale z czasem te fale będą coraz słabsze, coraz rzadsze, choć pewnie nie ustaną nigdy. Jednak coraz więcej czasu będziesz spędzała na brzegu, wreszcie zobaczysz słońce i zaśmiejesz się tak szczerze, jak podczas naszego spotkania. Wiesz, w dniu śmierci Królowej Elżbiety, Jolam przesłała mi śliczną grafikę opatrzoną pięknymi słowami tej niezwykle mądrej kobiety: „Kiedy życie wydaje się trudne, odwaga nie polega na tym, by zaakceptować porażkę, ale by ostatkiem sił zawalczyć o lepszą przyszłość”. Staram się walczyć i muszę Ci powiedzieć, że pod koniec trzeciego roku żałoby moje życie przejaśniało, a po pochmurnych dniach zaczęłam dostrzegać słońce. Nie ma znaczenia, czy bliscy są przy mnie, czy nie. Tę najtrudniejszą wędrówkę w moim życiu musiałam wykonać sama. Zapewniam Cię, że również dotrzesz do tego miejsca, czeka Cię tylko jeszcze trochę trudu i zmagania się z codziennością, a to jest najcięższe.  Jednak spróbuj zawalczyć o przyszłość, ona wciąż jest przed Tobą!
Aloes! Jesteśmy z Tobą w tym wielkim bólu, wszystkie. Ale spróbuj choć troszkę zawalczyć sama o siebie! Depresja jest tylko chorobą, uleczalną,  wystarczy chcieć, wciąż chcieć… Pisz do nas, mów o swojej rozpaczy, wysłuchamy. Ale spróbuj choć odrobinkę, pomalutku wyrzucać ją z serca…
Aiso! Jesteś niesamowicie dzielna! Okiełznałaś swoją  rozpacz i ból, opiekujesz się córeczkami i sama radzisz sobie z codziennymi trudami życia! Uwierz mi, to prawdziwy heroizm. A różne niezałatwione sprawy będą jeszcze długo wyskakiwały jak królik z kapelusza i za każdym razem będziesz sobie zadawała to pytanie: dlaczego mnie z tym zostawiłeś?  Ja już trzeci rok zmagam się trudnymi sprawami, do których wciąż nie mam ani serca, ani głowy, ani cierpliwości, z własną bezradnością i żalem do męża, że zostałam z nimi sama.  Ale życie upomina się o swoje, trzeba zebrać się w garść i ruszyć do boju. Zupełnie spokojnie, powoli, zakończysz wszystko, co spędza Ci sen z powiek.  Trzymam mocno za Ciebie kciuki!
I pozdrawiam wszystkie Dziewczyny

31,140

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Tak Aniu- masz całkowita rację,że jeszcze nasze ,,naładowane,,akumulatory  życiowe po sierpniowym spotkaniu ratują  przed głębokim smutkiem i pozwalają łagodniej przejść do jesiennych dni.Jednak nic nie trwa wiecznie -prędzej czy później i my staniemy przed mniejszymi czy większymi życiowymi smutkami. Ja już się tego boję...moja jedyna przyjaciółka w listopadzie wylatuje na 9 miesięcy do Nowej Zelandii,więc nawet kontakt telefoniczny nie wchodzi w grę ze względu na bardzo wysokie ceny.Zostaje Whatsapp ale tam jest znaczne przesunięcie w czasie- więc będzie ciężko.Pocieszam się tylko,że Ania będzie bardzo szczęśliwa w tym czasie- bo też sama- od 20 lat wdowa po trzech latach zobaczy się z jedyną córką i wnuczką...Trzeba w takich sytuacjach - szukać pozytywów i widzieć szklankę wciąż do połowy pełną- jest wtedy odrobinę lepiej.Dziewczyny kochane,tyle się dzieje obok nas w Polsce i na świecie.Ciężko jest być w takim czasie samej- bez możliwości rozmowy czy komentarza ne te życiowe tematy i problemy z tym związane.Ciężko jest pić codziennie w samotności kawę,herbatę- jeść cokolwiek.Trudno jest zmobilizować się do przygotowania tylko dla siebie prostego- zwykłego  posiłku. Tu mają o wiele lepiej kobiety z rodzinami- muszą czymś codziennie zająć myśli,naszykować dzieci do szkoły,zająć się starszymi rodzicami - czy samotnym rodzeństwem. Gdybym miała się kimś zająć- odzyskałabym chęć i cel do życia.Myślałam o wolontariacie w jakimś Domu Pomocy Społecznej,albo na szpitalnym oddziale Paliatywnym- ale wtedy kiedy poczyniłam starania w tym kierunku- przeszkodą stał się covid...Teraz otrzymałam ofertę drugiej pracy/kilka godzin w miesiącu/ - którą przyjęłam choć to 20 km ode mnie.Utrzymanie się samemu - z jedną budżetową emeryturą- w dobie szalejącej inflacji i cen- to nie lada wyzwanie. Kontaktowała się też ze mną dyrektorka Samorządowego Przedszkola oddalonego kilka kilometrów ode mnie.Poszukują nauczycieli do pomocy,ale w charakterze wolontariuszy...zastanowię się jak już nie będę miała żadnego zajęcia ,choć praca z dziećmi to wielka odpowiedzialność.
Może do tego czasu już na dobre wyjdę z cienia - jak Baśka,którą nieustannie podziwiam za niespotykaną empatię i radość życia, i sama dalej podążę ku nieznanemu.....Aissa - we mnie nadal jest olbrzymi żal i złość do męża,ze mnie zostawił całkowicie samą...,,jak mogłeś być takim życiowym egoistą?...wykrzykuję podczas jeszcze często zdarzającego się płaczu.Mam żal do życia: nikomu, nigdy, niczego złego nie uczyniłam- wprost przeciwnie,więc dlaczego i kto mnie tak dotkliwie ukarał?...Dlaczego inni mogą się cieszyć z pełnych szczęśliwych rodzin- a ja SAMA? Nawet nie oczekuję odpowiedzi,bo wiem,że nikt mi nie odpowie - ani mi- ani innym kobietom - wdowom. Na nas padło- to taka życiowa wyliczanka...i już niczego nie da się zmienić.Tak jak bardzo mądrze napisała Aniczka:przeszłości już NIGDY nie zmienimy- ale możemy choć odrobinę postarać się wpłynąć na naszą teraźniejszość.Jak mówi przysłowie:,,jak sobie pościelisz- tak się wyśpisz..,,
U mnie powrócił po długim czasie, czas -spania ,, nie-normalnego,,- na połówce kanapy z małym jaśkiem i polarowym kocem...Nie wiem dlaczego i nie wiem na jak długo...ale nie walczę z tym.Ważne,że budzę się w miarę wyspana,a obok pod kanapą znalazła swoje miejsce malutka suczka- jedyna żywa istota,która mi towarzyszy i wspiera swoja obecnością każdego dnia.Właściwie- to budząc się - mam przed sobą : życzliwe,serdeczne psie oczy..wpatrujące się czujnie we mnie i zachęcające do wstania....
Niczego nie przyspieszam,niczego nie robię wbrew sobie...czekam,raz idę normalnie,raz niespiesznie - powoli- jakbym obawiała się kolejnych życiowych przeszkód.Ważne,że jak nie widzę przed sobą dalszej drogi- to zatrzymuję się na tyle ile trzeba,rozglądam i szukam wzrokiem .Jak nic to nie daję- włączam swojego życiowego GPS-a i polegam na swojej wewnętrznej nawigacji.Za jakiś czas - okaże się czy nie pobłądziłam - ale na razie nikt do mnie nie mówi:,, JAK TO JEST MOŻLIWE- TO ZAWRÓĆ....,,i niech tak już zostanie..Pozdrawiam Was Wszystkie Drogie Moje ....

31,141

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Drogie Forumowe Koleżanki
Mimo, ze miałam już nie pisać to jednak zostaję  tu wspominana  w postach  - więc coś napiszę. Tym bardziej, że wciąż jest tu Aniczka -mój dobry duszek.
Aisa musisz przeżyć po swojemu żałobę. Wyrzucaj tu na forum swoje myśli- to pomaga. Masz 2 córki, a córki zawsze "ciągną" do matki więc myślę, że nie będziesz tak bardzo samotną- czego się boisz. Wiem to ze swojego doświadczenia ( też mam dorosłe 2 córki). Samotność jest okrutna, ale można się z nią nauczyć żyć, a tęsknota to nasza towarzyszka życia. Dobrze, że wyjechałaś na urlop i że rozumie Cię " twoja praca". Mnie też kiedyś bardzo pomogli ludzie z pracy.
Dobra rodzina i przyjaciele to nasze błogosławieństwo. Niektórzy przyjaciele znikają, ale na szczęście nie wszyscy.
Ikaria - realizujesz ważny punkt w żałobie - to spotkania w gronie koleżanek i otoczenia.  Tak ważny jest tu drugi człowiek - byle był był przy nas. Tak trzymaj !!!!!!
Jolu kochana !!!!! cieszę się, że masz tyle " kuzynek- przyjaciółek" na tym forum ( między innymi i mnie ...) Wspominasz tu ciągle o mnie - więc jestem i piszę  ....
U Ciebie minęły 2 lata  żałoby - ale to jeszcze za mało.......Ja po 3 latach wyciszyłam swoje emocje i jakoś pogodziłam się ze swoim losem. Życzę Ci dobrego czasu, cierpliwości i dużo ludzi koło Ciebie by pozwolili przetrwać ten czas ......Pisz tu dalej - bo tym wspierasz inne osoby.
Myślę, że  spotkanie sierpniowe połączyło jeszcze Was bardziej  - bo jesteście  tymi, które zmagają się,  lub zmagały z żałobą. Dziękuję za kontakt w tych dniach ze mną. Gdyby nie moje wcześniejsze plany - pewnie byłabym z Wami .....
To FORUM  każdego zrozumie, tu ktoś się zawsze odezwie i coś napisze. Ja dopiero 8 miesięcy po śmierci męża znalazłam tu wiele rad i pomocy. Ale dobrze, że tu trafiłam....jestem wdzięczna losowi, że mnie tu wrzucił. A może to sprawa mojego męża bo tyle razy mi pomógł w sytuacjach beznadziejnych i przyśnił mi się w ciągu tego czasu aż 72 razy !!!! ( niesamowite ! żałuję, że nie spisywałam snów- bo niewiele pamiętam).
Ja jestem już inną kobietą- dalej pomagam tym co mnie potrzebują....ciągle coś robię, jestem nieraz bardzo zajęta,  planuję dni i miesiące swojego życia. Dalej pracuję 1 dzień w tygodniu ( chciałam już odejść, ale nie pozwolono mi...) - więc jestem wśród życzliwych i młodych ludzi, a tego nam potrzeba. Teraz biorę udział w koncertach i spektaklach w naszej JESIENI  KULTURALNEJ.  Zawsze z kimś kupuję bilety...... no i idziemy.
Jutro na 2 dni jadę na delegację z pracy - realizujemy ważne zadanie. Wierzę, ze nam się uda.
Ostatnio moja dobra koleżanka z pracy zaprosiła mnie na film Johnny - przemijanie , hospicjum, umieranie....smutny film, ale wspaniała gra głównych aktorów. Dużo myślałam o tym filmie.....ale to był dla mnie dobry czas. Motto na ekranie jakże pasowało do nas wszystkich na tym forum - " NAJPIĘKNIEJSZYM PREZENTEM JEST CZAS - CZAS NA ROZMOWĘ, SŁUCHANIE,CZAS NA RADOŚĆ,CZAS NA BYCIE RAZEM"
W sierpniu sama pojechałam do Kołobrzegu na 2 tygodnie - bo nie zgrały się terminy z żadną koleżanką. Już nauczyłam się funkcjonować jako "singielka" i mi to nie przeszkadza.  Potem znalazłam się w Gdańsku by wspólnie z przyjaciółką spędzić 5 dni. Lubię jeździć - zostało mi to z naszego małżeńskiego czasu.
W sierpniu też pierwszy raz poszłam do kina sama bo dostałam bilet na dowolny film od wnuka za zajęcie 5 miejsca w Małopolskiej Olimpiadzie jęz. niemieckiego......a on nie miał czasu skorzystać i to właśnie mnie podarował ten bilet. Stwierdziłam, że nie tylko ja byłam tu sama. Trzeba się z tym oswoić.
Teraz planuję w październiku wyjazd na 3 dni do wspaniałego SPA - tak dla relaksu ( ale z przyjaciółką).  Jestem bardzo aktywna w internecie i ciągle przysyłają mi jakieś oferty - więc gdy tylko mogę to korzystam. Mimo różnych problemów, rehabilitacji - staram się organizować ciekawie swój czas by jakoś przeżyć następną jesień i zimę.
Pozdrawiam wszystkie, ale szczególnie te na początku swojej żałoby.

31,142

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witaj Wenles- jak zwykle - piękne słowa napisałaś.Ty razem z Aniczką  byłyście pierwsze z kobiet,które odpowiedziały na moje tragiczne i rozpaczliwe wpisy.Później dołączyła Misiulka i Kolia..Każda z Was ma swój indywidualny wkład,każda z Was przekazała mi cenne rady i po części to właśnie one pomogły mi się powoli podnieść.Wenles - pisałaś o swojej pracy, o swojej rodzinie, o spotkaniach z koleżankami.Pisałaś o wieczorach brydżowych- a to ulubiona gra mojego męża.To właśnie On nauczył mnie w nią grać, i to dzięki Niemu stanowiliśmy parę prawie nie do pokonania...w naszych studenckich czasach..Udowodniłaś mi,że wspomnienia nie muszą boleć- nie muszą powodować łez - ale mogą przywrócić uśmiech na twarzy.To Ty przesłałaś mi krótki- treściwy przekaz:NIE DASZ RADY BEZ LUDZI, i miałaś całkowita rację - nie dałam.Choć nic nie było proste i łatwe- przełamałam się i wyszłam ze swojej skorupy,stopniowo,pomalutku.Znalazłam pracę,wróciłam do nauczania,mam zajęcia dwa dni w tygodniu a mogę i trzy...Okazało się,że jestem potrzebna,że nadal liczę się w grze zwaną: ŻYCIE.Że raz wyrzucam ,,6,,- a raz tylko ,,1,,- ale ważne ,że idę dalej. Bardzo mi pomogłaś zrozumieć,
że fakt opuszczenia mnie przez innych- nie oznacza,że ze mną jest coś nie tak- tylko z nimi.Wreszcie kończąc tą wyliczankę: zrozumiałam,że obok mojego smutnego - samotnego-wdowiego życia- istnieje inne-równoległe-też wdowie,ale choć odrobinę radośniejsze,przynoszące nadzieję na powrót do względnej normalności.W moim przypadku - to dużo- to BARDZO DUŻO!!!
Każdej z Was należą się podziękowania - czyniłam i nadal będę to robić- bo dobre czyny wracają- i mogą pomóc innym potrzebującym kobietom.Masz rację Wenles,u mnie dwa lata - to jeszcze za mało aby mówić chociaż o częściowym powrocie do ,,żywych,,- ale nie ustaję w wysiłkach,uwierz mi bardzo się staram i każdego dnia mobilizuję do dalszej samotnej walki.
To codzienne SMS -y Aniczki i Baśki ,Wasze e-maile,telefony i ta wymiana naszych odczuć i myśli na Naszym Forum - działa jak pomoc psychologiczna.To działa w dwie strony: dostajesz pomoc- odwzajemniasz się..nigdy nie wiemy co będzie jutro,pojutrze,za miesiąc,za rok...Ta nasza dalsza rzeczywistość nie do przewidzenia - przeraża,ale też w jakiś sposób mobilizuje do podjęcia decyzji dalszej życiowej podróży...w ciemno,bez określonego celu i czasu..Ile trzeba czekać na dzień bez łez,na noc bez strachu,na przebudzenie z nadzieją,że tym razem mniej będzie boleć samotność - tego nikt nie wie.Wiem tylko tyle:będę cierpliwie czekać,bo dzięki Wam tu wszystkim piszącym stanowimy silną grupę wsparcia - jest w nas moc i siła tylko musimy w to uwierzyć i wzajemnie się motywować.Jak będzie możliwość - to też osobiście.Pozdrawiam WAS WSZYSTKIE DROGIE MOJE.

31,143

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Kolia1 ,czytałaś może "CHata" lub oglądałaś film? Jeśli nie,to proponuję..Ja jestem "po" ponad 8 lat. Mój wniosek jest taki ; dla mnie nie istnieje pojęcie "żałoba" ,bo to oznacza początek i koniec. Z tym trzeba nauczyć się żyć. Nie ma żcia od nowa,tylko kontynuacja życia dalej z tym co się ma w duszy i sercu. Czy to możliwe,żeby być potem szcżeśliwym? To zależy...jest napisane w Biblii " co zwiążecie na ziemi,będzie związane i w niebie,a co rozwiążecie na ziemi,będzie rozwiązane i w niebie.." Dla mnie,gdy czuję,żę moja dusza jest związana z mężem jak wino i woda,nie ma możliwości rozwiązania tego uczucia,oddzielenia naszych dusz ,ducha...więc cierpienie jest moją kontynuacją życia. Jednak życie moje stało się bardziej duchowe,kocham męża nadal,bo nikt nie jest w stanie mi tego odebrać,nawet poniżając i wymuszając. Jestem zupełnie sama ,żyję pracą...Czy się usmiecham? tak ,żartuję nawet często,bo wiem,żę życie to straszny żart,bawi mnie czasami  to jak inni przeżywają błache problemy,mimoże mnie uważają za trochę walniętą..mam to gdzieś.Wiem,żę kiedyś woda i wino będą razem,bo tak to już jest z naszą energią,zresztą udowodnione naukowo. Jestem też wolna od stachu przed utratą ukochanych osób..Samotność ? Jest i będzie,bo takie jest życie ...nie wszyscy mają piękną scieżkę. Można żyć...platoniczną miłoscia,rozumieniem,pamięcia,patrzeniem na życie innych..

31,144

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Jest jeszcze jedna książka,którą przeczytałam w tym roku,ale dość wymownie mówi o zranionej ,a raczej poranionej "duszy" ,to jest "Zapomniany żołnierz" prawdziwa aż do bólu. Tacy ludzie nigdyi się już nie zwiąża,nie są w stanie , on miał 20 lat i musiał z tym żyć aż do póżnej starości...

31,145

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam Jola3 ,moja imienniczko.Choć się nie znamy - to jestem pod wrażeniem wielkim Twoich słów.Wywołałaś Kolię-więc za pewnie się znacie lepiej niż z innymi..Nie chcę się w tym przypadku ,,pchać ,,przed szereg,i nie znając Twojej historii w jakikolwiek sposób komentować Twoich słów,ale może przybliżysz nam swoją historię? Odnoszę wrażenie,że to właśnie Ty w tym momencie masz najdłuższy ,,wdowi,,staż/przepraszam,nie znoszę tego słowa,ale jakoś innego nie znajduję?/..i stajesz się w ten sposób wyrocznią w tym temacie?....
Podziel się swoimi doświadczeniami- proszę,bo niektóre z nas powiem to kolokwialnie: w piętkę gonią...i nic na to poradzić nie możemy!?...taki osąd niezależny z zewnątrz się nam wszystkim przyda....tak sadzę i chyba się nie mylę,a jeżeli już- to odrobinkę niewielką...Czekamy też z niecierpliwością na odpowiedź samej Koli- bo w rzeczy samej to stanowi clue Twojego na tym Forum wpisu. Pozdrawiam

31,146

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny !
Droga Wenles miło ,że jako weteranka w temacie ( podobnie jak ja ) jednak nie opuszczasz na zawsze tego forum .....Dziękuję serdecznie za miłe słowa skierowane do mnie smile:):)
Zauważam też  powrót Joli3 , która była tu obecna w podobnym czasie jak ja wcześniej ( tj. lata 2018-2019 ) Ja Ciebie kojarzę ale nowe koleżanki nie , stąd prośba Twojej imienniczki Joli o przybliżenie nieco swojej historii ......Ja jestem nierozerwalnie wierna temu forum od paru lat ( piszę z mniejszymi lub większymi przerwami ) i wiem jak dziewczyny chwalą sobie to miejsce jako miejsce bardzo wiarygodne i pomocne , więc śmiem twierdzić ,że Twój powrót po latach też jest bardzo potrzebny !
ściskam mocno wszystkie dziewczyny , posyłając dużo dobrej energii dla każdej z Was z osobna , tulę do serducha smile:)

31,147

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam Was dziewczyny i Ciebie Aniczka. Najpierw do Aniczki,wiesz,ja nie jestem do końca normalna,zajżalam tu,bo coś mnie tu pociągnęło,a i trochę Ty. Jednak napisałam coś tam ze względu na Janiczkę,bo wydało mi się,że jest w tak ciężkim stanie,jak ja byłam...te teksty i błędy,brak ciągłosci logicznego tekstu,no ..wiem,żę niedowidzi.Ale to wynika też z tego co się z nią dzieje psychicznie,boję się,żeby nie skończyła ze sobą,a nie może...
Wtedy straciłam pamięć,a i do tej pory mam problemy z pamięcią,ale czy to na ciebie kiedyś nie wsiadłam apropos inwalidztwa? Chyba tak,moja mama też była inwalidką i to bardzo. A jednak żyła jakby była 100% zdrowa,a nawet sprawniejsza niż nie jeden młody człowiek ...wiesz co mam na myśli ...i tu jest mój punkt widzenia,jestem zła na mamę,że nauczyła mnie żyć z inwalidami,ale nie nauczyła jak żyć będąc inwalidką. Taaak dziewczyny,może się pomyliłam ,że to Aniczka,ale ona śmiga lepiej niż inni,bo wie jak z tym żyć,nie dość że na ciele to i na duchu,ciało nauczyło jej ducha!
Jak ci wyrwie kawał duszy z ciała,to jesteś inwalidką,ja tak się czuję i tu właśnie trzeba nauczyć się z tym żyć,ciało bez duszy żyć nie może.Trzeba nauczyć się żyć z tym,że część ciebie nie ma,począwszy od tego bólu,po samotność, niezrozumienia,aż do zepsutego kranu.

31,148

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Jolu,ja nie jestem dobra w pocieszaniu.mam łeb 3 na 4 ,wszysto mi się kotłuje w głowie. Ponieważ jestem ściśla,więc szukając zrozumienia,opierałam się na biblii,a to na dowodach naukowych,a za czym idzie,na dowodach medycyny,a przedewszystkim fizyce kwantowej..nie,nie..nie jestem mądra,owszem skończyłam studia,ale mam dyslekcję,a poza tym po szkole wyjechalam do Holandii i tu mieszkam,pracuję fizycznie.Jednak w rodzinie mam takie mądrale.
Do dzisiaj nie jestem w stanie powiedzieć co się stało inie powiem...ba,nikt i tak by nie uwierzył.Krótko mówię ,zawał. Ale to jest nie tak.Jak oglądałaś film " Oszukać przeznaczenie" to tak było z moim mężem,a to było 5 kolejnych tragicznych zbiegów okoliczności,to tak jakby ktoś chciał ci powiedzieć "słuchaj,i tak umrzesz i tak,choćbym nie wiem,jak chciał oszukać śmierć" Dzisiaj to wiem,że tak jest,jak masz umrzeć,to umrzesz,jeśli nie prąd zabije,to jak wyjdziesz z pracy to ci cegła na głowę spadnie i po tobie....ale też wiem,że samemu tego zrobić nie można,bo to Coś co daje i zabiera,poniewierać cię będzie w materii ,której nie chcesz..fizyka kwantowa,no i dowody śmierci klinicznej samobójców.

31,149

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

W czym mogę Was pocieszyć,a no mogę,o ile dobrze zostanę zrozumiana,bo w zasadzie nie jestem rozumiana,a napewno nie po haotycznych moich wpisach z przeszłości ,jak Janinki i nie po życiu jako pustelniczka ponad 8 lat.
Jak już wspomniałam,trzeba nauczyć się żyć z tym inwalidztwem,nie jest ono widoczne dla ludzkich oczu,co nie pomaga,ale niestety jest.Jest to też bardzo trudne.Mówię otych kobietach,których miłość to wino i woda,nie da się rozdzielić.Są kobiety budyń i mleko-gęsty budyń na dnie szklanki i mleko na wierzchu,da się odlać mleko ,choć trochę się przyklei do budynia,no i są kawa z ciastkiem,cóż ,zostało samo ciastko. Ile ludzi tyle charakterów.
Co ja jeszcze robię,ponieważ potrafię bez przerwy myśleć o Pawle,to staram się być zajęta cały czas,inaczej cierpię.Moje określenie na to jest "ogłupianiem się" w początkowej fazie ukłdałam puzle w telefonie,odmawiałam w myślach bez przerwy modlitwy. Dziś jak nogi nie mogą,codziennie czytam książki,trochę oglądam telewizję.Mam psa,bo to jest "czysta miłośći" -określenie bibilijne.I tylko ten pies mnie kocha. Średio brzmi? Może i tak,ale jak widzę jacy są ludzie,jak fałszywi i egoistyczni,to wybieram samotność,nikomu nie zaufam.SAmotność? A ta stara wydra? A jest i będzie...nie ma weekendów,ani świąt ,wakacji i planów...udaję też że nie widzę.Moja mama udawała,że nie widzi,żę nie ma kawał nogi...bo tak było,ona tego nie zauważała w przeciwieństwie do innych...ha,ha,ha paranoja...Ta stara wydra Samotność często mi dokucza,wtedy mówię " sie ma,przyszłaś mnie dręczyć? To se dręcz,ja idę obejrzeć Szeregowca Ryana"Zresztą major Dick z Kompani braci w D Day,obiecał sobie i Bogu,że jak to przeżyje,to kupi sobie samotną farmę i tam będzie żył w ciszy i spokoju

31,150

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Trauma,zła energia-demony.Tak ,nie ma dnia,żebym nie myślała o śmierci.Śmierć to taka pani,z którą musisz się albo zaprzyjażnić,albo tolerować,a więc jest ,niestety pokornie czekam,zajmując sobie czas czym tylko popadnie ,dziśiaj Latwiej,wcześniej na siłę. Czy czuję się czasami szczęśliwa? Tak,cieszą mnie małe rzeczy,banały dla innych,postacie z książek,rozkwitnięte kwiaty.psa uśmiech i radość-powinniśmy się od nich uczyć. Czasami śmiać mi się chce z ludzi i ich problemów,czasami żartuję z tych powymyślanych problemów,bo i po części zazdroszcę,takich problemów.Było to też w "Zapomnianym żołnierzu" ---cyt ;w czasie pokoju,ludzie się martwią podwyżką w pracy...
Traumętrzeba zrozumieć,nie ma na to lekarstw,można natomiast uspokoić to w miarę tabletkami na depresję i uspakajającymi.Duszy się nie da wyleczyć tabletkami.Do dziś często się czuję jakbym miała temperaturę 40 stopni,dlatego też nie zdałam sobie sprawę,że mam wyrostek pęknięty i tak chodziłam z tym 3 dni,dopóki nie przestałam widzieć.Tak boli przy tym ciało,ale obiawów nie ma. To to inwalidztwo, jastaram się zajmować czymś myśli. Na dzień dzisiejszy czuję dość często radość,satysfakcję,górę nad innymi z powodu wiedzy ,bo ludzie nie znają tego bólu,ja też go wcześniej nie znałam przecież,górę nad tym,że tych co obserwuję widzę jak marnują sobie życie ,jak zajmują się nie miłością,a ekskluzywnością,rozzumoię więcej i częsciej innych  ,bardziej widzę,kto jest zły,a kto dobry,kto ma dużą duszę,a kto małą itd..a teraz idę się kompać .Pozdrawiam i nie wiem ,kiedy się znowu odezwę,bo mój pies też mnie potrzebuję,a ja jestem kobieta pracująca-żadnej pracy się nie boję..ha ha ha

31,151

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Sorry "kąpać się' nie kompać..j€ż mówiłam,to dyslekcja,same się błędy robią,ja je tylko potem widzę...ha ha ha

31,152

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie moje drogie,Wenedo,Aniczko i Jolu3...Wymieniam Was- bo jako ostatnie umieściłyście swoje wpisy,ale myślę,że wkrótce i Inne napiszą.
Nieznana jest mi Twoja historia- Jolu3,bo dopiero od 2 lat jestem na naszym Forum,ale myślę że musiało się coś zadziać u Ciebie - skoro po tylu latach zdecydowałaś się wrócić i napisać..Aniczka i Venles ciągle/na szczęście /są z nami,ale To Jedne z NAS...więc się wzajemnie dość dobrze znamy....
Wierz mi,te nasze Forum - nie pełni funkcji tylko pocieszycielskiej,ale przede wszystkim się wzajemnie wspieramy w każdej dziedzinie naszego samotnego życia. Nie oczekuję pocieszenia,bo i tak nie wiele mi pomoże,pragnę tylko w miarę możliwości swojej- dojść do takiego stanu ducha i ciała,aby nie bać się  dalszego samotnego życia- bez tej najważniejszej dla mnie osoby- mojego męża.
Chyba jesteś mocniejsza psychicznie - przynajmniej ode mnie- bo ja boję się wszelkich wyjazdów,zmiany miejsc pobytu - dobrze i bezpiecznie czuję się tylko w małym znajomym gronie.Kiedyś tak nie było....ale kiedyś to już lata świetlne mojego poprzedniego szczęśliwego życia.Ty jesteś w innym kraju,mniemam,że i praca i codzienne życie tam- działa pozytywnie na Ciebie- w przeciwnym razie wróciłabyś do kraju. Książki o którą mnie zapytujesz nie znam,ale może jak już przeczytam te moje wszystkie zaległości czytelnicze- sięgnę z ciekawości i po tą.Co do przeznaczenia i braku przypadków w życiu - mam specyficzne podejście.Moje życie/tylko własne mogę komentować/nigdy nie było i nigdy nie będzie spokojne  - podobno wiąże się to z datą i dniem urodzenia,tyle mi powiedziała osoba zajmująca się psychoanalizą.Dość sceptycznie podchodzę do metafizyki- bo ja zawsze humanistką byłam,ale to nie znaczy-że nie szanuje zdania innych.Tak w ogóle jestem za pokojowym współistnieniem w każdej dziedzinie naszego życia,szanuję innych i chciałabym,aby inni też mnie szanowali,a przynajmniej nie obrażali i lekceważyli.Bo to boli i to bardzo- jeżeli się jest samą na tym świecie i nie ma nikogo- kto by cię obronił.Wyznaję zasadę,że codzienne życie i zmaganie się w pojedynkę z ciągłymi wyzwaniami losu,dostarcza nam tyle mocnych wrażeń i emocji,że nie powinniśmy się wzajemnie ranić- bo i po co?
I tak każda z nas - ma swój i tylko swój zarys dalszego życia - i dobrze...Wspieramy się i nadal myślę,że tak będzie - jeżeli ktoś dzięki temu podniesie się w swojej rozpaczy- choć tylko odrobinę - to i tak to duży sukces.
Pozdrawiam Was Wszystkie- dbajcie o siebie,bo zbliżają się zimne smutne,pochmurne dni- nie dajmy się smutkowi....
Jolu3- ja wiem,że lepiej jest być samemu niż otaczać się fałszywymi ludźmi,tylko oni tak czasami się kamuflują,że dopiero po jakimś czasie uda się ich zdemaskować.Szkoda czasu na fałsz i obłudę- więc ja tez jestem bardzo ostrożna w kontaktach z innymi,Zwłaszcza z tymi,którzy nie mają pojęcia - co to znaczy śmierć najbliższych.To,że mama Twoja nauczyła Cię życia z inwalidztwem- to w/g mnie chyba dobrze....masz przynajmniej o jedno doświadczenie życiowe więcej- a nigdy nie wiadomo co się w życiu nam przyda.Myślę tu o samotności- bo to jest swojego rodzaju inwalidztwo życiowe.Życie bez nogi - czy ręki- to takie życie nasze bez mężów,choć mamy Ich nadal w naszych sercach...parafrazując:tracimy ważny organ naszego ciała,ale niczego nie możemy zrobić- musimy już na zawsze okaleczone żyć  nadal.Dużo dobrego Ci życzę

31,153

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane,
ja mam ostatnio kiepskie dni, jesień mnie przygnębia podwójnie, nigdy jej nie lubiłam, ale gdy był przy mnie mój ukochany, potrafiłam się nawet z niej cieszyć i widzieć uroki tej pory roku. A teraz jest to pierwsza jesień bez Niego, jeszcze rok temu byliśmy szczęśliwi i myślałam, że tak będzie jeszcze przez długie lata, ale, nic nie jest dane na zawsze, chociaż, nie, jedna rzecz została. Miłość, którą czułam od Niego i do Niego i tego już nigdy i nikt mi nie odbierze. To jest coś co zostało mi na zawsze.
Czuję wciąż ogromy ból i niewyobrażalną tęsknotę, którą tylko Wy jesteście w stanie zrozumieć, już nikomu o tym nie mówię, bo po co, wszystkim się wydaje, że już jest dobrze, przecież tyle czasu minęło. Nie mam się komu wyżalić, chociaż mam rodzinę, przyjaciółkę, dużo bardzo serdecznych koleżanek, ale ile można im mówić w kółko o mojej tęsknocie, o niesprawiedliwości losu . Nie chcę już ich obarczać moim smutkiem. Dużo wsparcia od nich otrzymałam i otrzymuję, prze to że są. Tak, jak napisała Wenles, że tak ważny jest tu drugi człowiek - byle był był przy nas. I są, cały czas, dzwonią, pytają, jak się czuję, ja mówię, że dobrze chociaż to nieprawda, ale są. Koleżanki też chcą pogadać o swoich problemach, same mi mówią, a pewnie ty nie chcesz tego słuchać, bo mój problem to nic w porównaniu z twoim, ale ja chcę wysłuchać i słucham cierpliwie, to odciąga myśli, doradzam jeżeli potrafię. Jestem wdzięczna losowi, że jestem otoczona tyloma życzliwymi ludźmi, ale to wśród Was czuję się bezpiecznie i nie boję się mówić o swoich uczuciach, w kółko o tym samym.
Tak, jak pisała Basia o falach, bardzo pięknie, dziękuję:-), do brzegu mi jeszcze daleko, wciąż fale są zbyt duże, ale już nie chcę żeby mnie zalały, chcę kiedyś do tego brzegu dopłynąć. Wiem, że jest on daleko, czasami ciut bliżej, po to żeby za chwilę znów się oddalił, ale wierzę dzięki Wam, że jest i że kiedyś do niego dopłynę.
Nie wiem, która z Was to pisała, ale przypomnę. Jeśli nie umiesz latać, biegnij. Jeśli nie umiesz biegać, chodź. Jeśli nie umiesz chodzić, czołgaj się. Ale bez względu na wszystko posuwaj się naprzód.
I bez względu na wszystko staram się posuwać naprzód, czasami idąc, czasami czołgając się, potem znów idąc, trochę jak z falami Baśki. Latać już nie będę, to szczęście i skrzydła już nie wrócą, ale wierzę, że jeszcze kiedyś pobiegnę.

Dziękuję Wam bardzo za to, że jesteście, Wszystkim razem i z osobna. I chcę podziękować jeszcze raz Joli, Aniczce, Koli i Basi za to, że mogłam się z Wami spotkać, że dałyście mi ogromną siłę, która pozwala mi iść do przodu.
P.s. Taka mała prywata. Aniczka bardzo Ci dziękuję za ten śmiech przesyłany z Twojej strony Polski:-) Nawet nie wiesz ile to znaczy.

Aloes Kochana, nie widzę prywatnej wiadomości od Ciebie, napisz, bardzo proszę na maila podanego na profilu, na wp.

Pozdrawiam Was Kochane serdecznie

31,154

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Jolu,metafizyka nie jest fizyką kwantowa. Fizyka kwantowa jest realna,jest faktem,metafizyka raczej nie.Einstain mc2 zajmował się fizyką kwantowa, to jest np bomba atomowa,to są najmniejsze cząstki elementarne z jakich sklada się wszystko ,atomy kwantowa itd dam ci na pocieszenie,że twoja energia,twoje atomy itd inaczej świadomość nigdy się nie rozpadnie,natomiast ciało tak.Co do drugiego ta świadomość nie znajduje się w żadnym organie ludzkim,ani w mózgu ani w sercu, jest oddzielnie, ta świadomość, energia,składa się z takich cząsteczek, a te cząsteczek, są zawsze 2 ( to nikt nie wie dlaczego tak jest ,żaden naukowiec) zawsze się przyciągają, a jeśli zostaną rozdzielone ,nawet o kata swietnlne wysyłają sobie informacje ,tak długo aż się połączą. Trudno to wyjaśnić, ale to znaczy,że jeśli twoje ciało obumrze,twoje cząsteczki, energia,czy medycyna powie świadomość zostaną zbombardowane informacjami od cząsteczek z którymi jesteś połączona i zarazem przyciągnięta, nawet jeśli to będą lata świetlne. To jest udowodnione naukowo,nam nadzieję że trochę zrozumiałaś, bo to baaardzo Dobra wiadomość. Jednak samemu ingerowanie i energię łączyć się może z fatalnymi skutkami.Nasza energia wygląda coś jak układ słoneczny, jest słońce życiodajne i planety i wiele innych ,wszystko to trzyma niewidzialna energia,pola magnetyczne,wszystko ma swoje miejsce..nie możesz wyrwać Saturna z układu,lub je przestawić, to by miało fatalne konsekwencje...

31,155

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Jolu i inne dziewczyny,mnie pomaga akceptacja w tym czym jestem,to nie tak powiedziane,ale coś w tym stylu.Wasi mężowie są przy was i słyszą was,ale nie możemy ich zobaczyć, nawet wysyłają nam informacje,czasami można to odczytać, oni są bardziej żywi niż my.Potrwa to ale na pewno do nich dołączymy, póki co,musisz żyć. Jak to któraś nazwała, jesteśmy wybrakowane,tak,ja nazywam inwalidka,brakuje mi kawał duszy, staram się z tego drwić, bo to napewno się kiedyś skończy, a czym więcej tutaj zrozumie,nauczę się, tym lepiej dla nas obydwojga. Im bardziej się tu uodpornie ,nabiorę masy duchowej,tak żeby mojacdusza była madrzejsza i odporniejsza,tym bardziej po smierci mojego ciała nie skieruję się w stronę czarnej dziury,tylko życiodajnego słońca,...nie będę ciągnąć Pawła w czarną dziurę, choć wygląda jak zorzą polarna.Mam nadzieję, że mnie rozumiecie...szerokie i przestronne drogi prowadzą do zatracenia....Starać się rozumieć czym są moje uczucia, te złe, to trzeba drwić z nich,te dobre pamiętać, lub zapisać. Trudne to ,nikt nie powiedział, że życie jest łatwe, nie,jeśli kierujesz się w stronę słońca. Życie jest bólem, niestety

31,156

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Jolu i inne dziewczyny,mnie pomaga akceptacja w tym czym jestem,to nie tak powiedziane,ale coś w tym stylu.Wasi mężowie są przy was i słyszą was,ale nie możemy ich zobaczyć, nawet wysyłają nam informacje,czasami można to odczytać, oni są bardziej żywi niż my.Potrwa to ale na pewno do nich dołączymy, póki co,musisz żyć. Jak to któraś nazwała, jesteśmy wybrakowane,tak,ja nazywam inwalidka,brakuje mi kawał duszy, staram się z tego drwić, bo to napewno się kiedyś skończy, a czym więcej tutaj zrozumie,nauczę się, tym lepiej dla nas obydwojga. Im bardziej się tu uodpornie ,nabiorę masy duchowej,tak żeby mojacdusza była madrzejsza i odporniejsza,tym bardziej po smierci mojego ciała nie skieruję się w stronę czarnej dziury,tylko życiodajnego słońca,...nie będę ciągnąć Pawła w czarną dziurę, choć wygląda jak zorzą polarna.Mam nadzieję, że mnie rozumiecie...szerokie i przestronne drogi prowadzą do zatracenia....Starać się rozumieć czym są moje uczucia, te złe, to trzeba drwić z nich,te dobre pamiętać, lub zapisać. Trudne to ,nikt nie powiedział, że życie jest łatwe, nie,jeśli kierujesz się w stronę słońca. Życie jest bólem, niestety

31,157

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie ponownie..bo od wczoraj...Ikario dzięki za miłe słowa,pomagają nam osłodzić szare,pochmurne dni.Nie tylko Tobie ten wyjazd dodał skrzydeł,mnie też bardzo podbudował - a jak zresztą sama wiesz- wszystkie mamy takie same zdanie w tym temacie. To,że nadal tęsknisz i nadal każdego dnia towarzyszy Ci smutek- to jest normalne- w tym przedziale czasowym w jakimś się znalazłaś.
Słowa które przytoczyłaś - są piękne- i nadal dotyczą wielu z nas...mnie na pewno.
Wybrałam drogę: ku żywym - bo tak pisała Venles o sobie i swojej córce- mnie zapadły bardzo głęboko w pamięci- i stanowią teraz moje życiowe MOTTO. Może się nam uda,może kiedyś przyjdzie większa ulga w naszym cierpieniu...może i kiedyś uda nam się też polecieć...pofrunąć gdzieś ...byle by dalej od naszego smutku.Już kiedyś przytaczałam słowa W. Młynarskiego w pięknej interpretacji Darii Zawiałow/film:Plan B/:
,,.....Jeszcze w zielone gramy,chęć życia nam nie zbrzydła,jeszcze na strychu każdy klei swoje połamane skrzydła...
Jeszcze w zielone gramy choć życie nam doskwiera,gramy w nich swoje role naturszczyków bez suflera....w najróżniejszych sztukach gramy- lecz w tej co się kończy źle....jeszcze nie...długo nie...,,
Pozdrawiam Wszystkie cieplutko...w te chłodne dni,nie jesteście kochane same i nie będziecie..Mamy siebie na wzajem - możemy się wspierać i na siebie liczyć- a jest to olbrzymia wartość dodana dla każdej z nas.

31,158

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witaj Jola3,dzięki za Twój krótki wykład na temat Matafizyki i Fizyki kwantowej.Pierwszy termin jest mi znany i to dość dobrze,bo będąc na studiach - po części humanistycznych miałam obowiązkowo Filozofię - którą się w tamtym czasie bardzo interesowałam co poskutkowało bardzo dobrą oceną na egzaminie.Do tej pory poczytne miejsce zajmuje w mojej bibliotece  pozycja Legowicza:,,Zarys historii filozofii,, obok Tatarkiewicza - ,,Historia filozofii,,. Dla tych z nas co nie miały tego przedmiotu krótko powiem,że za ojca metafizyki uchodzi Arystoteles - bo bardzo go frapowało wyjaśnienie istoty BYTU....naszego.Dlaczego jest,za jaką przyczyną i w końcu czym jest samo BYCIE..tu ,teraz, przedtem,kiedyś,za jakiś czas? co go określa/wszelkie warunki i wzajemne korelacje z nich wynikające/!!??
Temat przez wieki absorbujący rzesze myślicieli i naukowców,ale też kleryków i przedstawicieli religii.Każdy ma swoje argumenty i racje - poprzez które forsuje swoje teorie.Zauważ Jolu3,że ja ani słowem w swojej wypowiedzi nie porównywałam metafizyki do fizyki kwantowej- bo po prostu mam na ten temat za małą wiedzę.Co nie oznacza,że nie potrafię myśleć,czuć i obserwować...wszystkich i wszystko co mnie dotyczy - kontroluję na swój sposób.Staram się nie przyswajać  nieznanych mi teorii - ponieważ nie chcę dodatkowo zwiększać swojego wewnętrznego smutku i przeżywać kolejnego rozczarowania.Muszę przepracować sama ze sobą swoją żałobę - nikt za mnie tego nie zrobi....Wiem o czym piszesz i co chcesz nam przekazać- ale to już indywidualna sprawa każdej z nas- czy to będzie po jej myśli i czy będzie się identyfikowała z tą teorią.Ludzie w obliczu osobistych tragedii szukają jakiejkolwiek pomocy ,aby przeżyć olbrzymi ból i starają się za wszelką cenę zgłębić tajemnicę życia i śmierci...
Ja nie znam Twojej historii,ale ja po tamtej stronie mam już wszystkich swoich najbliższych,zostałam całkowicie sama-oprócz dzieci- ale to już zupełnie inne pokolenie : nie mam męża,matki, ojca brata...Odeszli w różnym czasie ,ale mąż i brat nagle,niezapowiedzianie - obaj odeszli w przeciągu jednego dnia.  Szukałam różnego wytłumaczenia śmierci i co dalej? chciałam wierzyć ,że nie zostałam sama. Czytałam o energii ,która nigdy nie ginie- ale czytałam też-że może się ona objawiać w różnych postaciach.... np:motyla,ptaka,owada..uwolniona ,może ulokować się w postaci minerałów,skał...kamieni. Nie ma jednoznacznych dowodów na życie po życiu - jak i tez nie ma ...że go nie ma.Dlatego też jedni w swojej rozpaczy szukają pocieszenia w religii,inni w szeroko pojętej metafizyce- z elementami wróżb i kabał. Szukają wytłumaczenia - dlaczego?? i poprzez medium próbują nawiązać kontakt z tymi co odeszli,a w szczególności: odeszli nagle,bez pożegnania żadnego..bez chociaż jednego słowa.Czują się podwójnie ,,pokrzywdzeni,,tym faktem i nie potrafią  z tą świadomością dalej żyć..Jest to zrozumiałe i oczywiste,że każdy szuka swojej drogi..i odpowiedzi na swoje dylematy.Trzeba i należy to uszanować- tak jak wczoraj pisałam : szanujmy siebie na wzajem.Ja swego czasu nauczałam Etyki- tam jest min: przegląd wszystkich religii świata WSZYSTKICH. Jak się czyta o tym,to nasuwa się wniosek,że nikt nie ma prawa i podstaw do stwierdzenia,że właśnie jego religia jest najprawdziwsza i każdego z nas trzeba osądzać poprzez jej pryzmat!!!..a co z ludźmi nie wierzącymi ani w żadną religię,ani w żadną teorię :życia po życiu...Urodziliśmy się ludźmi wolnymi/na szczęście/i szanujmy ten fakt.Niech każdy z nas pozostanie sobą i panem własnego sumienia.Pozdrawiam serdecznie
P.S tak z czystej ciekawości powiem,że mam w rodzinie dwóch absolwentów Fizyki .Jeden ukończył swego czasu Instytut Łomonosowa w Moskwie/wtedy - tylko wybitne jednostki mogły tego ,,zaszczytu,,dostąpić.Druga osoba skończyła Fizykę na Uniwersytecie w Moskwie/podobno ma b.wysokie notowania/. Otóż oboje/bo to kobieta i mężczyzna/nie więżą w żadną przechodzącą energię i obecność w jakiejkolwiek postaci ciała stałego lub płynnego -po śmierci...Są wręcz zdziwieni,że ja nadal jestem pogrążona w żałobie pomimo upływu czasu...
Jak już powiedziałam wcześniej: każdy z nas- ma prawo do swojego zdania.....

31,159

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie dziewczyny !
Ikario ! bardzo dobrze ,że idziesz tylko do przodu , zachowując w pamięci swojego ukochanego męża i ciesząc się każdą chwilą , którą było Ci dane z Nim przezyć.......On na pewno chciałby żebyś była zadowolona i potrafiła się śmiać i cieszyć życiem .....Ty obrałaś tą drogę i według mnie jest to najwłaściwsza z dróg ......Wiesz ,że możesz na mnie zawsze liczyć kiedy Ci źle czy masz chandrę smile:):)
Jolu ! Rzeczowy wpis o naukach ścisłych i nie tylko ! Wiesz ,że ja jestem też humanistka i w temacie fizyki jestem przysłowiowa noga ....Jednakże podzielam Twoje zdanie o wzajemnej tolerancji względem wyznawanej religii , pogladów itp , nie można nikomu niczego narzucać , należy się szanować wzajemnie , każdy człowiek ma prawo do wolności i swoich poglądów ......
Jola3! Ja także wierzę ,że mój mąż nie zniknął na zawsze i kiedyś się z nim spotkam w innym lepszym bycie ale jestem osobą wierząca i praktykujacą (myślę że przez to jest mi nieco lżej tłumaczyć sobie co jest po śmierci ) Ale przyjęłam to jako dogmat wiary katolickiej i tego się trzymam .......Często proszę męza o pomoc , o opiekę , rozmawiam z nim , tego się trzymam , to mi pomaga i mnie oczyszcza .....Nie szukam innych tłumaczeń ! staram się emanować do ludzi dobrą energią , nie narzekać , nie zajmować się bzdurnymi problemami i być osobą pozytywnie myśląca .....To mi dodaje sił ! Każda z nas ma inny sposób na przetrwanie , kazdy jest dobry jeśli wyzwala w nas dobre wibracje i nie ciągnie nas w dół......
Dziewczyny Drogie ściskam Was wszystkie posyłając tylko dobrą energię w Waszym kierunku smile:):):)

31,160 Ostatnio edytowany przez wenles (2022-09-20 18:28:07)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

I znów jestem - bo skłoniły mnie do tego ostatnie wpisy.
Jolu i Aniczko!!!!
Dziękuję bardzo za Wasze mądre ostatnie zdania. Jolu podziwiam Twoje odniesienie się do tekstu i wiedzę  na tematy filozoficzne. Niewiele miałam do czynienia z filozofią w swoim życiu. Jestem z wykształceniem technicznym i miałam dużo fizyki na studiach......ale nie identyfikuję się z teorią Jola3. Mam takie prawo i wolno mi wybierać w życiu to co uważam za słuszne bo mam rozum i wolną wolę. To właśnie na początku mojej tu bytności czytałam wpisy Joli 3, bo ona pojawiła się prawie w tym samym czasie co ja ....ale tak mądre  zdania jak wtedy pisała mi Aniczka zapamiętałam na zawsze. To ona mi tłumaczyła o tolerancji względem wyznawanej religii, poglądach  i prawie do wolności. Była to osoba,która mnie umiała "ogarnąć". No i ogarnęła.
Ja też znalazłam swój sposób na życie i jestem zadowolona z tego  co teraz robię. 
Mimo 5 lat - nie ma dnia bym sobie nie wspomniała o moim mężu przy różnych chwilach, pracy, domu i codziennych czynnościach ( często wiele rzeczy robiliśmy razem). Nikt nie uwierzy- ale przyśnił mi się 72 !!!! razy. Na początku prawie codziennie, później coraz rzadziej....ostatni sen w czerwcu. Też szukałam przyczyny i tłumaczenia snów, ale z żadną teorią się nie zgadzałam. Sama uświadomiłam sobie, że w tej mojej rozpaczy przychodzi do mnie chociaż w snach. W trudnych sytuacjach mówiłam do niego - by pomógł i do dziś to czynię. Wierzę, że pomaga. Myślę, że tak zostanie na zawsze. Podobno " wiara czyni cuda" i tego się trzymam. Każdy ma prawo do swoich poglądów i swojej drogi życiowej........i w tym trwajmy, a będzie dobrze.
Przesyłam pozdrowienia

31,161

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Kochane Moje Anioły Stróże,muszę się odezwać ponownie w dniu dzisiejszym- bo od dawna nie było Waszych wpisów  w formie: jedna po drugiej...
Wasze mądre teksty mówią same za siebie i nie potrzebują żadnego komentarza - i jak ja mogłam się załamać i nie zacząć codziennej żmudnej walki o siebie - mając takie Mentorki...Aniczka z Venles- jesteście Wielkie i macie Wielkie Serca...Najważniejsze jednak jest to,że poświęcałyście i nadal poświęcacie swój czas- choć same jesteście już daleko przed nami.
Wierzę w to,że dobro które dajemy - wraca - więc niech wraca do Was i do Waszych bliskich pomnożone. To dowód na to,że nigdy nie wiadomo kto,kiedy i gdzie będzie potrzebował takiej zwykłej ludzkiej pomocy.Wy się pochyliłyście nad sprawami innych bardzo zranionych kobiet - i nadal tak robicie- WIELKIE DZIĘKI za wszystko co nam dałyście i mam nadzieję nadal dawać będziecie.

31,162

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Ńeurochirurg dr Eben Aleksander,kardiolog dr Michael Salomon,dr M.S.Rawlings,dr Patrick Theiler,Kardiplog dr Piotr van Lommel i fizyk,ciąg programów telewizyjnych na temat fizyki kwantowej na Nationale Geographic, sorry nie pamiętam tytułu, ale łatwo znaleźć na YouTube i wiele innych..Nie wypowiadałam się na temat religii, chociaż Salomon twierdzi,że najnowsze badania najbardziej pasują do wiary chrześcijańskiej. Osobiście jestem katoliczką gleboko wierzącą w Boga i to w kraju gdzie prawie nikt nie wierzy,a życie mnie nie rozpieszczało, przeciwnie i skoro jesteście na tym forum, to was też nie.Przepraszam ,za to, że kogoś mogłam na tym forum obrazić, nie było to moim zamiarem,dlatego nie będę się już udzielać .W zasadzie szkoda zrobiło mi się Janinki,ale ona chyba opuściła to miejsce.Pozdrawiam Was wszystkie i życzę powrotu do szczęśliwych dni

31,163

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Przepraszam za błędy, ale to telefon robi,nie Salomon tylko Sabom, nie Piotr,tylko Pim

31,164

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam Jola3, podziwiam osoby,które pomimo swoich osobistych problemów i spraw znajdują czas na aktywność w sieci - i dzielą się swoimi radami.To ważne,bo kobiety z tzw: długim stażem samotności/po śmierci męża/rzadko już tu zaglądają.Szkoda,bo dały by nadzieję innym- tym co dopiero na początku niesamowicie długiej drogi.Tym większe podziękowania dla Aniczki i Venles.Część z tych ...co już w przodzie...nie chcą powracać do smutnych tematów,nie chcą przywoływać smutnych chwil i to jest chyba dla wszystkich zrozumiałe i trzeba to uszanować.Jak już pisałam,każda jest z nas inna i ma swój pomysł na przerobienie żałoby.Jedne śpią z t-shirtem męża/ja też/inne stworzyły swój mały ,,ołtarzyk,,ze zdjęciem męża i co dzień świeżymi kwiatami,inne- wszystkie rzeczy po ukochanym pochowały głęboko w szafach - żeby nie płakać na ich widok,inne godzinami każdego dnia przesiadują na cmentarzu opowiadając mężowi - co w ich życiu.Każdy sposób jest dobry- jeżeli ma pomóc..Rozumiem,że wiara w istnienie wieczności i nie przemijania pomaga tez innym..Jedno w tym wszystkim jest ważne i istotne : my się nie poddałyśmy,walczymy o każdy następny samotny dzień,każda na swój sposób...ale walczymy....aż przyjdzie czas,że uda nam się uśmiechać - tak spontanicznie - dla samych siebie,a nie dla ludzi - na pokaz,żeby nie musieli się o nas martwić.Przyjdzie czas,że będzie lepiej,łatwiej,prościej ...ja też na to czekam.Pozdrawiam serdecznie,mam nadzieję że udało Ci się skontaktować z Janinką...że przed Wami dużo wspólnych tematów i spraw...a może i spotkań - tego Wam życzę,może jednak odwiedzisz nas jeszcze? Dużo Dobrego dla Wszystkich Kobiet z Naszego Forum

31,165

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny !
Jolu ! Masz rację każda z nas ma swoje sposoby na przetrwanie a za razem na kultywowanie więzi z mężem .....Ja chodzę regularnie na cmentarz , są to tzw "moje cmentarne randki " , siadam na ławeczce  koło grobu rozmawiam , kontempluję , proszę o pomoc ! To jest moja terapia i oczyszczenie ......Choć minęło juz prawie 7 lat ( dokładnie minie za miesiąc) jak nie jestem na cmentarzu 2-3 tygodnie to czuję się z tym źle .....dla mnie najważniejsza jest pamięć i modlitwa !
Jolu3 ! Myślę ,że żadnej z nas tu nie obraziłaś .....Wasz swoje sposoby na obłaskiwanie samotności , nie straciłaś wiary mimo życia w kraju laickim , masz pracę i pieska ( Twojego Przyjaciela ) A jeśli jeszcze pomożesz Janince to bardzo dobrze !
Drogie dziewczyny na poczatku drogi co u Was ? Jak sobie radzicie ? Mam nadzieję ,że nieźle , bo się nie odzywacie ???
Ściskam mocno wszystkie dziewczyny , bądźcie waleczne i pełne wiary na lepsze życie , Wasi mężowie Wam w tym kibicują i zawsze są przy Was wirtualnie w trudnych chwilach , tulę do serducha smile:):)

31,166

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Drogie Moje: Misiulka napisała kiedyś bardzo piękne i mądre słowa mówiące o naszej żałobie: ,,.....i choć padnie mnóstwo odpowiedzi/: jak sobie poradzić z żałobą?/ my i tak w nie nie uwierzymy ....bo to nie jest czas na dawanie wiary innym,to nie jest czas aby w cokolwiek wierzyć. To pewnego rodzaju choroba psychiczna: jednych porwie nurt  codziennych obowiązków i nie będą mieć czasu na rozpacz,innych - ucieczka w samych siebie,a jeszcze innym potrzebna będzie pomoc specjalistów.Ale świat nadal się kręci i choć dla nas stanął w miejscu - dla innych idzie swoim rytmem.....,,To było ponad rok temu.Teraz nauczając o stresie,konfliktach/tych: samych ze sobą -wewnętrznych też/uświadomiłam sobie jedną rzecz: nie da się pomóc komuś- kto nie chce tej pomocy od nas..to tzw: krótka piłka w meczu o powrót do życia...Opowiadają uczniowie- ale to już dorośli ludzie - o swoich problemach życiowych, strachach i bolesnych przeżyciach - w tym śmierci bliskich też/brat,tata,babcia,teściowa- ,,lepsza,,od własnej matki/. Otwarcie się przyznają ,że sami nie dali rady się podnieść z tych życiowych dramatów,że musieli poprosić o pomoc innych....Większość z nich - już na prostej- ogarną się i z powrotem zaczną żyć pełną parą.Są młodzi,mają dużo planów przed sobą. Właśnie - jak sami mówią,to ta realizacja planów ich pionizuje i aktywizuje do dalszych działań. Mój psycholog swego czasu tez namawiał : proszę planować każdy następny dzień.Na początku po 2-3 punkty... później więcej.Jeżeli choć uda się pani zrealizować 1 i część drugiego - to i tak to będzie pani mały sukces.Tak się stało,po jakimś czasie punktów przybywało nie tylko  tych zaplanowanych,ale też zrealizowanych.Reasumując moje myśli: da się pomóc ,ale TRZEBA o POMOC POPROSIĆ....nie da się inaczej.To my musimy wykonać ten pierwszy krok ku ludziom,chyba ,że mamy niebywałe szczęście i tuż obok siebie  bardzo empatycznych ludzi,którzy sami nam tą pomoc non-stop oferują.Ja nie miałam takiego szczęścia, musiałam o wszystko zawalczyć, wręcz wydrzeć losowi - często przy tym
boleśnie  się raniąc. Oprócz już ,,historycznych,,redlin,był tez incydent z jeżynami....bolesny i ,,krwawy,,.
Może musiałam się i potłuc i pokaleczyć aby na nowo poczuć chęć do życia,na które już nie liczyłam.Nie wiem - na jakim etapie jestem w tej mojej nowej samotnej -drodze,nie wiem dokąd zmierzam,nie wiem kiedy gdziekolwiek zajdę? wiele jest jeszcze przede mną niewiadomych...Jednak wiem jedno: warto zawalczyć - nawet nie dla innych/choć to też przekonujący argument/warto zawalczyć dla samych siebie.Skoro już jesteśmy tu i teraz - to postarajmy się udowodnić- że nie bez celu żadnego.Może nam się uda? może warto spróbować - ja mówię: ,,sprawdzam,,i odkrywam przeznaczone dla mnie karty....karty życia.To tak jak gra w Tysiąca.Najpierw licytacja...ile kto ugra..ale bywa też przymusowy MUSEK- i wtedy musimy podnieść w ciemno odłożone dla gracza  karty i spróbować wygrać...możemy jeszcze zrezygnować,poddając się...ale Ci co walczą są jeszcze cały czas w grze,jeszcze się liczą..... jednym się udaje i wygrywają,innym nie.Jednak jedni i drudzy to odważni ludzie.Wybór należy do nas....

31,167

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Jolam! Pięknie to napisałaś! Rzeczywiście... wybór należy tylko do nas!
Pozdrawiam Was Dziewczyny gorąco

31,168

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Cześć dziewczyny
Nadszedł w końcu czas abym się odezwała. Pierwszy raz odkąd jestem na tym forum nie odzywam się tam długo już chyba prawie 2 miesiące. Raz było u mnie lepiej raz gorzej, ale z przewagą gorzej lub neutralnie. Czasem mi się wydaje ze już nigdy mi się nie uda dojść w życiu do jakiejś równowagi i odzyskać tego zapału do życia. W sierpniu odwiedziła mnie koleżanka ze swoim chłopakiem, którego dopiero poznałam ale to nie było mi wcześniej w głowie poznawanie czyichś nowych partnerów. I powiem wam ze tu jestem z siebie dumna bo spędziłam 3 dni z moimi gośćmi -bo u mnie nocowali- non stop i to z parą. Byliśmy na mieście, widzieliśmy się także z inną koleżanką i ogolnie przebywaliśmy wśród ludzi. I szczerze dziewczyny, wszystko niby okej w porzadku jakiś był to krok ku normalności, niby do tego czego mi brakowało… ale utwierdziło mnie to w przekonaniu jak bardzo brakuje mi Jego. Ze z nikim innym nie spędza mi się czasu tak dobrze jak z nim, niewazne kto by to był i ile byłoby tych ludzi. On mi zastępował wszystkich, wprowadzał w dobry nastrój, z nim bawiłam się najlepiej i mogliśmy być tylko my i nikt więcej. Mogliśmy iść na miasto, iść do ludzi czy poprostu leżeć w domu i nic nie robić. To mnie dobiło. Bo wiem ze nikt ani nic go nie zastąpi i wspólne chwile nigdy nie wrócą. Życie z nim to był jakiś inny wymiar tego życia. Teraz to jakas wegetacja. Aby pójść do pracy, ogarnąć czynności domowe, codzienne, od czasu do czasu z kims się spotkać choć nie bardzo jest z kim i to tyle. Staram się ale znów nie mam na nic ochoty. Już nie płacze tak często rozpaczliwie i głośno jak kiedyś, ale mam nadal wybuchy płaczu lub poprostu splynie mi pare łez po policzkach.. rozmawiam do niego i wierze ze to on jest teraz moim aniołem tak jak zawsze mi mówił ze ja jestem jego. Teraz jestem tydzień na urlopie za granica u rodziny i tez jakoś nie mam na nic chęci, a dziś cały dzień mam lęki. Zbliża się rocznica, która będzie już za równo 2 tygodnie. Mysle o niej już dłuższy czas ale chyba im blizej tym gorzej. Gdy pomyśle ze rok temu o tej porze jeszcze żył… Wydaje mi się jakbym już spotkała ta swoją miłość życia i ze to już koniec. Więcej szczescia nie odnajdę.. również zamknęła się sprawa dotycząca wypadku, wszystko powróciło, wróciły jakieś dziwne sny z Nim w roli głównej. Dziś odezwał się tez „znajomy” który miał sprawe bo pożyczał jedną rzecz mojemu partnerowi i nagle chciał ja odzyskać.. po roku… i pytał jak się trzymam. Ręce mi opadły jak to przeczytałam dziewczyny. Po roku czasu ktoś interesownie mnie pyta jak się trzymam… Gdzie byli ci ludzie prawie rok temu? Wiecie, nawet nie mam siły tego komentować ani zachowań innych niby bliższych mi znajomych bo na prawdę praktycznie każdy się odsunął ode mnie, nigdzie nie zaprasza i tak dalej. Zero zrozumienia co mnie cały czas uderza pomimo ze wiele niemiłych przeżyć miałam z ludźmi. Każdy to bagatelizuje bo nie byliśmy małżeństwem i byliśmy ze sobą kilka lat, bardzo mnie to boli bo była to dla mnie tak ważna osoba jak przyszły mąż a ludzie myślą ze to jak „zerwanie” i może najlepiej powinnam już sobie układać życie z kims innym. Pochwale się jednak jednym pozytywnym „akcentem”, poznałam nowego znajomego może nawet w przyszłości przyjaciela, mogłam się wygadac, on tez jest w ciężkiej sytuacji (rozwód) aczkolwiek nie takiej jak ja. Ale jest to bardzo miła odmiana ze mogę chociaż do kogoś ze tak powiem gębę otworzyć i odezwać się chociaż telefonicznie w ciągu dnia czy wyjść od czasu do czasu w weekend. Kolejna rzecz , kiedy się nie odzywałam na forum chorowałam. W przeciągu tych 2 miesięcy byłam chora 3 razy, jakas katastrofa.. bardzo siadła mi odporność a nigdy chorowita nie byłam. I jak wychodzić na prosta psychicznie jak się jest rozwalonym przez chorowanie i tak to koło się zamyka.. mam nadzieje ze teraz będzie już może troszkę lepiej. Pozdrawiam was bardzo bardzo serdecznie.

31,169

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny !
Droga zzielona fajnie ,że się odezwałaś smile Brawo dla Ciebie że dałaś radę przebywać z tą parą i się nie rozsypać ! Dobrze ,że wychodzisz do ludzi i zdecydowałaś się na wyjazd ! Fajnie też ,że pojawił się ten znajomy na horyzoncie ,bo nigdy nie wiadomo co Ciebie czeka w przyszłości ........Już Ci chyba o tym pisałam ,że jesteś bardzo młoda i na pewno spotkasz jeszcze kogoś , bo życie przed Tobą .....Twój ukochany jest na zawsze w Twoim serduchu i tak pozostanie ale nie wiadomo co przygotował dla Ciebie los........ Na ludzi nie zważaj , bo i tak nigdy nie zrozumieją tego co czujesz w środku .....więc to strata czasu i energii im tlumaczyć .....Trzymaj się dzielnie i dawaj radę ! Tulę do serducha jak córkę smile:):)
Drogie dziewczyny bądźcie mocne w te pochmurne jesienne dni , wylewajcie swoje emocje i kroczcie tylko do przodu smile:):)

31,170

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny Kochane.
Zzielona, u mnie wczoraj minęło 11 miesięcy, dla niektórych już tyle czasu, że nie mam prawa płakać, a płaczę codziennie, już nie wyję, nie walę głową w ścianę z rozpaczy, staram się żyć, muszę pracować i dobrze, bo trzeba wstać z łóżka, ubrać się, pomalować i wyglądać jakoś. I podobno dobrze już wyglądam, uśmiecham się w pracy, nawet żartuję, ale w środku mnie jest jeden wielki smutek i ogromna tęsknota, do bólu.
To ile czasu się jest razem, czy małżeństwem (to tylko papier) czy nie, nie ma znaczenia. Cierpienie i ból, który przeżywamy po stracie nam najbliższych osób tylko my rozumiemy.
Ja nie mam żalu, że już nikt nie chce słuchać, jak mi źle, jak tęsknię, jak mi brakuje mojego M, że chcę żeby był wciąż ze mną, że chcę się do Niego przytulić, poczuć ciepło Jego ciała, pogadać, posprzeczać. I o tym już nie mówię od dawna, bo ile mogą tego słuchać?. Spotykam się z koleżankami, wyjeżdżam prawie w każdy weekend,  jestem wdzięczna, że mam tyle osób wokół siebie, inaczej bym tego czasu nie przetrwała. I na pozór wygląda, że jest dobrze. A wcale nie jest.
Pisałam już wielokrotnie, że tylko tu znajduję zrozumienie, że tu mogę napisać co czuję, właściwie nawet nie muszę pisać, bo Wy wiecie co się czuje po takiej stracie.
Ale wasze wsparcie i dzielenie się swoimi etapami żałoby dało mi nadzieję na dalsze życie, już nie takie, jak było, ale jednak życie, które oprócz smutku, który teraz czuję, przyniesie mi radość.
Przypominam sobie też słowa Joli, piszcie do siebie, dzwońcie, wysyłajcie sms-y, jak nie dajecie rady. Nawet do wszystkich na raz, ktoś się odezwie.
Pozdrawiam Was serdecznie
Aniczka, Baśka, Kolia, Jola , dziękuję

31,171

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane,
mało tu wpisów ostatnio, ale jak to mówił mój M. brak wiadomości to dobra wiadomość, więc wierzę, że u Was w miarę dobrze.
Ja ostatnio czuję się kiepsko, psychicznie i fizycznie, potwornie się przeziębiłam, nie mam na nic siły. Każdy weekend staram się wyjeżdżać, nie umiem być sama w te wolne dni, które zawsze spędzaliśmy razem. Ale to się zaraz skończy, nadchodzą smutne długie wieczory i samotne weekendy. Latem, jakoś się trzymałam, a teraz coraz bardziej tęsknię, im więcej czasu mija tym tęsknota jest większa, aż do bólu fizycznego.  Tak bardzo mi Go brakuje. Ciągle, na każdym kroku, przy każdej czynności, w każdej minucie mojego życia.
Rano idąc do pracy zakładam "maskę zadowolonej kobiety", rozmawiam z sąsiadami, w pracy się uśmiecham, wszystkim się wydaje się, że żyję już "normalnie", a nic normalne nie jest.
Często rozmawiam z moimi dobrymi koleżankami, o różnych sprawach, słucham też o ich problemach i czasami nieśmiało zaczynam mówić, że czuję się kiepsko, że chce mi się wciąż płakać, że bardzo tęsknię, ale widzę, że one tego już nie rozumieją, że skoro już "tyle" czasu minęło powinnam czuć się dobrze, że może przesadzam z tą rozpaczą i ja je rozumiem, że tak im się wydaje, sama kiedyś podobnie myślałam, nigdy, przenigdy nie sądziłam, że to jest tak wielki ból, ogromna pustka, tak wielka tęsknota i że będzie trwała zawsze, i jakże prawdziwe są słowa, że "zrozumie, kto stracił".

Co tam u Was Kochane?
Pozdrawiam Was serdecznie.

31,172

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny !
Droga Ikario ! Wspieram w chorobie i nie tylko ...... Zdaję sobie sprawę , że możesz być w gorszej formie , złe samopoczucie fizyczne z reguły potęguje ból psychiczny ! Zresztą dodatkowo październik to dla Ciebie miesiąc pewnie nie najlepszych wspomnień , a niebawem ta magiczna data roku od odejścia Twojego Kochanego Męża ........ Ja to doskonale rozumiem i wiem ,że tęsknota jest i pewnie pozostanie z nami do końca naszych dni ......Tylko z tą różnicą ,ze u mnie niebawem stuknie 7 lat .......a u Ciebie raptem 1 rok..... Gorzka prawda ale prawda koleżanki nie zrozumieją Twojego bólu ani stanu psychicznego ,bo tego nie przeszły ....... Ale znając Ciebie wiem ,że jesteś mocną i ogarniętą Kobietą walczysz i dajesz radę mimo wszystko !!! Życzę Ci dużo zdrowia , sił fizycznych i przede wszystkim psychicznych smile:):) Posyłam naręcza śmiechu smile:) Pamiętaj ,że owoce granatu mają sporo witamin .......
Dziewczyny Drogie ! Zapewne nie piszecie bo zamknęłyście się w jesiennej chandrze...... Po fajnym lecie ta pora jest ciężka dla każdej z nas ......Nawet dla takiej 7 letniej weteranki jak ja ...... Zachęcam Was jednak do wylewania swoich emocji , bo mu tu wszystkie rozumiemy temat bólu i tęsknoty wedle słów "zrozumie , kto stracił"
Tulę wszystkie do serducha i życzę dużo sił i optymizmu smile:)

31,173

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Proszę koniecznie udać się do psychologa!

31,174

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam serdecznie,nie pisałam ostatnio,ale nie było mnie przez kilkanaście dni w kraju,a po powrocie musiałam trochę ogarnąć zastaną rzeczywistość.
Próbowałam wczoraj napisać choć kilka słów,ale miałam kłopot z wysłaniem wiadomości.Najpierw ponownie musiałam się od podstaw zalogować,a później po prostu ,,spadł,,mi napisany wcześniej tekst. Jestem zdziwiona,bo brak aktywności przez trochę więcej jak dwa tygodnie - nie powinien w teorii powodować takich problemów technicznych. Piszę o tym, bo być może dlatego też tak mało jest ostatnio wpisów na naszym Forum.Wiem o jednej z nas,która mimo wielu prób nie może do nas napisać....!?
Ikario i zzielona,jeszcze za wcześnie na jakąś wyraźniejszą-  częściową chociaż ulgę w waszej żałobie. Ja dopiero teraz podczas pobytu z moją wnuczką śmiałam się długo i naturalnie...z jej zabaw i zachowań. Musiałam czekać ponad dwa lata,aby do niczego się nie zmuszać, nie zakładać żadnej z codziennych masek- o których pisze Ikaria. Też myślę,że nie ma znaczenia dla innych,czy byliśmy w związku małżeńskim,czy partnerskim - ważne jest tylko czy ktoś jest empatyczną osobą - czy tylko skupioną na sobie.
Ode mnie też odwróciło się bardzo dużo osób,o wiele za dużo aby się z tym pogodzić..jeżeli zdarzy się spotkanie z nimi- nie omieszkam im o tym powiedzieć...jak bardzo się na nich zawiodłam/ niektórym już to zakomunikowałam/ i nie chciałam słuchać ich szybko wymyślanych usprawiedliwień . Nie wiem i prawdę mówiąc nie bardzo mnie to interesuje co z tą wiedza zrobili czy zrobią  - ale ja poczułam się lepiej...silniejsza i odważniejsza... ..i tu sprawdzają się stare polskie przysłowia: prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie,albo inne: trzeba beczkę soli z kimś zjeść,aby rzeczywiście go poznać....Moje drogie ,Aniczka ma rację,czekają nas krótkie,jesienne dni.Zbliża się nieubłaganie 1 listopad..a zaraz po tym kolejne smutne rocznice dla części z Nas..bądźmy w te dni razem.Wspierajmy się, myślmy o sobie,kontaktujmy się ze sobą.Nawet krótkie spotkania,rozmowy czy SMS- dużo dają- stajemy się dla kogoś na tyle ważne-że ta osoba o nas pamięta i ciepło myśli.To dowód na to,że nie do końca jesteśmy same,nawet gdy tak jak ja mieszkają samotnie.Pozdrawiam cieplutko...

31,175

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam serdecznie,nie pisałam ostatnio,ale nie było mnie przez kilkanaście dni w kraju,a po powrocie musiałam trochę ogarnąć zastaną rzeczywistość.
Próbowałam wczoraj napisać choć kilka słów,ale miałam kłopot z wysłaniem wiadomości.Najpierw ponownie musiałam się od podstaw zalogować,a później po prostu ,,spadł,,mi napisany wcześniej tekst. Jestem zdziwiona,bo brak aktywności przez trochę więcej jak dwa tygodnie - nie powinien w teorii powodować takich problemów technicznych. Piszę o tym, bo być może dlatego też tak mało jest ostatnio wpisów na naszym Forum.Wiem o jednej z nas,która mimo wielu prób nie może do nas napisać....!?
Ikario i zzielona,jeszcze za wcześnie na jakąś wyraźniejszą-  częściową chociaż ulgę w waszej żałobie. Ja dopiero teraz podczas pobytu z moją wnuczką śmiałam się długo i naturalnie...z jej zabaw i zachowań. Musiałam czekać ponad dwa lata,aby do niczego się nie zmuszać, nie zakładać żadnej z codziennych masek- o których pisze Ikaria. Też myślę,że nie ma znaczenia dla innych,czy byliśmy w związku małżeńskim,czy partnerskim - ważne jest tylko czy ktoś jest empatyczną osobą - czy tylko skupioną na sobie.
Ode mnie też odwróciło się bardzo dużo osób,o wiele za dużo aby się z tym pogodzić..jeżeli zdarzy się spotkanie z nimi- nie omieszkam im o tym powiedzieć...jak bardzo się na nich zawiodłam/ niektórym już to zakomunikowałam/ i nie chciałam słuchać ich szybko wymyślanych usprawiedliwień . Nie wiem i prawdę mówiąc nie bardzo mnie to interesuje co z tą wiedza zrobili czy zrobią  - ale ja poczułam się lepiej...silniejsza i odważniejsza... ..i tu sprawdzają się stare polskie przysłowia: prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie,albo inne: trzeba beczkę soli z kimś zjeść,aby rzeczywiście go poznać....Moje drogie ,Aniczka ma rację,czekają nas krótkie,jesienne dni.Zbliża się nieubłaganie 1 listopad..a zaraz po tym kolejne smutne rocznice dla części z Nas..bądźmy w te dni razem.Wspierajmy się, myślmy o sobie,kontaktujmy się ze sobą.Nawet krótkie spotkania,rozmowy czy SMS- dużo dają- stajemy się dla kogoś na tyle ważne-że ta osoba o nas pamięta i ciepło myśli.To dowód na to,że nie do końca jesteśmy same,nawet gdy tak jak ja mieszkają samotnie.Pozdrawiam cieplutko...

31,176

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Drogie Dziewczyny !
Cieszy mnie ,że Jola powróciła do rzeczywistości i pojawiła się znowu na forum smile:) fakt dziewczyny mało się odzywają a szkoda , bo " w kupie raźniej " . Wiem coś na ten temat , bo jestem tu długo i wcale tego nie żałuję , wręcz odwrotnie , bo poznałam tutaj wspaniałe kobiety , z którymi cały czas mam kontakt ......A ostatnio nawet zostałam pochwalona przez swojego dorosłego już syna , że znalazłam sobie sposób na swoją sytuację i zbudowałam nowe kontakty !!! W dużej mierze niewątpliwie to zasługa Joli , która dopingowała mnie ,żeby się stąd nie wycofywać !!! Jolu ! jesteś Wielka i dla mnie taka pozostaniesz na zawsze !!! Masz niewątpliwą rację ,że każdy kontakt z naszego wdowiego kręgu , każde dobre słowo jest bezcenne .... Rocznice niebawem będą ( u mnie 7- 23 października ) u Ikarii dopiero 1 - 28 pażdziernika ..... a potem te listopadowe nostalgiczne .....Dla każdej z nas to ciężki okres wspomnień , powrotu do przeszłości , wyrzutów sumienia i większego "zdołowania" ...... Bądźmy razem w te jesienne dni i wspierajmy się na tyle ile możemy .......Tulę do serducha wszystkie dziewczyny smile:)

31,177

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witaj Aniczko,witajcie wszystkie moje drogie...ja jestem uzależniona w pewnym sensie od ludzi..i bardzo się bałam,że podczas mojej nieobecności coś się stało z naszym Forum....Szczególnie ja,mieszkająca sama /od niedawna z mała psią przyjaciółką- szaloną i zwariowaną/...Każdego dnia budzi mnie wesoło,liżąc po ręce,zaczepiając - jakby chciała powiedzieć: wstawaj - szkoda dnia...nie jesteś sama..masz mnie...To moja towarzyszka leśnych spacerów i powierniczka. To ona teraz wysłuchuje moich słów ...i płaczu - bo nie ukrywajmy- jeszcze mi on towarzyszy , zwłaszcza jak jakieś wspomnienie zaprzątnie moją głowę,lub ktoś zacznie rozmowę na temat mojego męża. Wtedy patrzy zaniepokojona, i po pewnym czasie wskakuje na moje kolana,żeby odwrócić uwagę od smutku i trosk.
Aniczko,fajnie się czyta o sobie dobre słowa,ale my wszystkie mamy takie duże - pojemne serducha,że oprócz siebie - myślimy też o INNYCH,a Ty w szczególności!!! jesteś WIELKA
Teraz w tym semestrze nauczam o etyce,moralności,empatii...i przyjaźni.
Podam w skrócie test na to czy my- możemy się uważać za szczerych i prawdziwych PRZYJACIÓŁ !!!czy tylko nam się wydaje,że nimi jesteśmy.
I tak:dzwonimy lub komunikujemy się w inny sposób: SMS,MMS,
e-mail....
do osób,warunek:nie mieszkających z nami!!!w czasie: 10 dni i piszemy od siebie choć kilka zdań
1/od 7 do 5 osób - to jesteśmy uważani za osoby życzliwe,empatyczne,otwarte na sprawy i problemy innych....
2/od 4 do 2 osób - to jesteśmy głownie skupieni na swoich problemach,ale w wolnej chwili - przypominamy sobie od czasu do czasu o innych.Lepiej rzadko- niż wcale: to zasada tych osób,ale nie koniecznie się spełnia ...
3/poniżej 2 lub wcale: to ludzie,którzy mają za cel i zadanie,zadbanie o swoją osobę i rodzinę.Nie chcą marnować swojego czasu sprawami innych.
Ważne jest dla nich tylko  to: co tu i teraz...to że kiedyś oni sami będą potrzebować wsparcia i pomocy nie ma dla nich większego znaczenia-są pewni że sami dadzą radę.Myślą: przecież mnie to nie dotyczy,ja nie jestem jakimś tam  życiowym mięczakiem...
Przyjacielem - jeżeli chcemy za takich uchodzić - jest się przez całe życie,dzień w dzień...w każdej minucie i godzinie. Nie można nim być : w piątki,wtorki i środy : od 19 do 21 godzinny/to tylko przykład.../i to tylko w deszczowe ,pochmurne dni...
albo ktoś jest nam drogi i ważny, i się o niego troszczymy..cały czas...albo nie używajmy słowa PRZYJACIEL- tylko nazwijmy siebie ZNAJOMYM.
Piszę o tym,bo nie ma żadnego przymusu pomagania innym,tylko zdajmy sobie sprawę,że życie to nie wieczna szczęśliwość- tylko jedna wielka niewiadoma.Wszystko może runąć w ciągu sekundy czy minuty/niektóre z nas niestety już to wiedzą/a dobro które dajesz innym - wraca...obojętność też...a to krok do zapomnienia jest!!!i bycia porzuconą i niechcianą przez nikogo.
Szanujmy troskę innych,ich zaangażowanie i czas jaki nam poświęcają- nawet jak piszą z początkiem każdego dnia zwyczajowe pozdrowienia.To niewątpliwie dowód,że jesteśmy dla nich ważne i powinnyśmy to docenić.Ktoś może powiedzieć: że to tylko słowa....zwyczajowe słowa....ale to są dowody naszej przyjaźni...tej prawdziwej,codziennej nie wymuszonej.Pozdrawiam - szczególnie Aniczkę ,Baśkę i Ikarię,Wenles,Kolię.....i Pszczółko - Ciebie też...

31,178

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam wszystkie w ten jesienny ponury dzień !!!!
Zostało wywołane moje motto " zrozumie kto stracił". Tak dziewczyny nikt nas nie rozumie kto ma jeszcze tą drugą ważną osobę koło siebie, i szkoda rozmawiać z takimi - bo oni żyją innym życiem. Wiem, że nie ma wtedy wspólnego języka i wsparcia bo my "przesadzamy" z tą rozpaczą i tą naszą żałobą - tak uważają. Fajnie jest utrzymywać kontakty z osobami takimi jak my. No bo cóż - o czym rozmawiać gdy w gardle ściska i łzy napływają do oczu ......szczególnie na początku żałoby - tak jak to u Ikarii.
Ale - z biegiem czasu uodporniamy się na wszystko. Musi być inaczej, trzeba żyć i dalej być wśród ludzi bo nie warto się zamykać.
Same się przekonujecie ile osób się wycofuje z Waszego życia - bo tak im lepiej. Ale nie zdają sobie sprawy, że śmierć czeka każdego i wtedy dopiero przyjdzie refleksja.  Dobierajcie sobie przyjazne towarzystwo, które Was rozumie i wnosi pozytywną energię w codzienne życie.
We wrześniu będąc z przyjaciółką na koncercie Golców spotkałam kuzyna mojego męża z żoną, z którymi utrzymywaliśmy bliskie kontakty. Ponieważ wyjechali do pracy do Norwegii - nie byli na pogrzebie mojego męża, ale gdy przyjechali na urlop 2 miesiące po pogrzebie zabrali mnie na obiad i spotkanie do słynnej restauracji nad Popradem na powietrzu  i na obiad. Byłam w totalnej rozsypce. Obiecali, że wrócą do Polski do swojego domu na emeryturze to będziemy się spotykać. No i wrócili 2 lata temu - ale nie odezwali się wcale.
Jakież było ich zdziwienie gdy mnie zobaczyli na koncercie rząd wcześniej przed nimi. Pytania były: jak sobie radzę, co u mnie, jak spędzam czas   - że widać, że jestem pogodna ( to tylko maska) dobrze o tym wiemy.  Gdy zapytałam, dlaczego się nie odzywają - odpowiedzieli, że ja ciągle gdzieś podobno jeżdżę i jestem nieuchwytna, ( ale są telefony) - bardzo serdecznie zapraszają do siebie i czekają na mnie. Oczywiście podziękowałam, ale.........nie wybieram się bo gdyby nie przypadkowe spotkanie - na pewno do rozmowy by nie doszło. Mieszkają 15 minut samochodem ode mnie.
Widzisz Jolu - nie jesteś osamotniona w podobnych przypadkach. Trzeba się do tego przyzwyczaić. Ja już nie reaguję na tych co wyrzucili mnie ze swojego życia. To boli , ale coraz mniej.
Zbliża się listopad, ale też rocznice śmierci mężów Aniczki i Ikarii. Ikario  - u Ciebie 1 rocznica .....Trzymaj się mocno, otocz się w tym dniu tymi osobami, które są przy Tobie. Wiem, że to trudne chwile, a szczególnie listopad, którego nie lubię. Te długie wieczory i tyle myśli......bo jest więcej czasu . Ale musimy przeżyć kolejny listopad - kolejne Wszystkich Świętych. Smutno znów mi będzie  ( jak zwykle) gdy zobaczę pary ze sobą, szczególnie te w moim wieku, ale cóż takie życie.
Zakończę moim motto "ZROZUMIE TEN KTO STRACIŁ MIŁOŚĆ ŻYCIA"
Pozdrawiam

31,179

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny !
O jak miło Wenles ,że się odezwałaś , widać też tu zaglądasz ....bardzo nam wszystkim miło z tego powodu smile:):) My tutaj jako weteranki w temacie jesteśmy żywym dowodem tego ,że można sobie z czasem poukładać swoje singlowskie życie i funkcjonować jedynie z wirtualną obecnością swojego męża ..... Temat obojętności ze strony rodziny wobec nas wdów jest niestety dobrze nam wszystkim znany ale niestety taka jest okrutna rzeczywistość , że osoby tworzące szczęśliwe związki nigdy nie zrozumieją naszego bólu i osamotnienia , dlatego czasami unikają nas jako te "naznaczone " i epatujące bólem .........Także nieźle ich zakasowałaś , jak zobaczyli Ciebie uśmiechnięta na koncercie ! To świadczy tylko o nich....
Jesień niestety nadeszła i wszystkie jesteśmy bardziej przytłumione rzeczywistością dlatego tym bardziej piszmy do siebie , piszmy na forum i wspierajmy się nawzajem , bo wszystkie rozumiemy się w temacie utraty ukochanej Osoby .....
Ściskam i tulę do serducha wszystkie Drogie Forumowe Koleżanki smile:)

31,180 Ostatnio edytowany przez kolia1 (2022-10-20 11:39:52)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie kochane dziewczyny, dawno już nie pisałam ale tak naprawdę nic za bardzo nie zmieniło się w mojej samotności i emocjach. Zelżał trochę stres i zmniejszyła się złość....do losu, do świata, do siebie samej. Pustka, którą czuję, jest nadal wszechogarniająca, trudna, bolesna. Pisałam już kiedyś wcześniej, że tęsknota, która mnie trawi każdego dnia, nie odpuszcza ani troszkę. Nie chciała bym tego, ale zapewne nigdy już nie odpuści. Czuję lęk przed dalszym życiem, przed samotnością, przed bezsensem i pustką. Mam też czasami potrzebę zamknąć się w swoim świecie (od niedawna) i nie mam siły z kimkolwiek się spotykać prywatnie...
Piszecie dziewczyny o święcie zmarłych...na mnie akurat ten dzień nie robi żadnego wrażenia i poza pierwsza  rocznicą śmierci, której bardzo się bałam, każda kolejna (czyli dotychczas dwie) również. Niczym nie różnią się te dni dla mnie od tych codziennych szarych depresyjnych chwil, w których w każdej minucie życia myślę o mężu. Dlaczego On...dlaczego nas...i jak mam teraz żyć. I tak bez końca..
Nie mam już pretensji do ludzi, którzy mnie opuścili, którzy nawet nie zadzwonili do mnie. Oni sami również kiedyś mogą (a raczej na pewno będą) w takiej samej sytuacji.
Maskę na twarz zakładam codziennie, inaczej nikt by ze mną nie chciał rozmawiać. jak pytają odpowiadam ...jakoś leci.
Jeśli mogę to często jadę do któregoś z dzieci lub też spotykam się z kimś ze znajomych, na spacer, na obiad, żeby zabić czas. Na kilka dni, na przełomie października i listopada, przyjeżdża do mnie najmłodsza córka z maluchami. Są bardzo absorbujące i jednocześnie tyle w nich radości i energii, że przy nich nie czuję tej okropnej pustki.
Na początku grudnia lecę na tydzień do Jordanii i Izraela. Objazdówka, więc liczę na bardzo intensywne zwiedzanie i brak czasu na rozczulanie się nad sobą. Boję się też długich zimowych wieczorów i nocy. Ale zapewne każda z nas tak ma.
Pozdrawiam cieplutko dziewczyny i życzę duuużo sił i cierpliwości. I nadziei na lepsze jutro, pojutrze, za rok lub dwa.

31,181

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie! te wasze plany jakie już w części są zrealizowane i te trochę dalsze są dowodem ,że można jednak zawalczyć o siebie i swoją przyszłość. Zarówno Kolia jak i Venles - macie przewagę nade mną,że możecie gdzieś i z kimś pójść. Mieszkacie w dużych miastach,gwar i szum życia codziennego cały czas wam towarzyszy.Dla mnie nie wchodzi w grę nawet samotny wypad do kina...bo do kina muszę dojechać - 50 kilometrów. Pójście z koleżanką lub znajomymi gdziekolwiek - też się wiąże z przyjazdem ich - albo moim.Pewno powiecie ,że miejsce zamieszkania - to mój wybór życiowy - i ,,jak sobie pościelę,to się wyśpię...,,ale nie do końca tak jest.Czasami wybiera się tak po prostu mniejsze zło...ja raczej nie miałam wyboru.Poza tym mówiąc szczerze nie stać by mnie było już wtedy,a co dopiero teraz jego utrzymanie.Ogrzanie domu z piwnicą i dwoma kondygnacjami/szeregowiec :wysoki a wąski/ z nauczycielskiej emerytury w żadnym razie nie jest realne. Teraz po ponad dwóch latach bycia samą - daję sobie jeszcze za słowami psychologa dalsze co najmniej dwa lata...a może i więcej!? jak będzie trzeba.Na wszystko muszę być przygotowana ,na każdy wariant dalszego życia - zgodzić.Nie mam komu wyrazić mojej niezgody i prowadzić na ten temat negocjacji. Tak jak piszecie moje drogie,ci którzy o nas tak szybko zapomnieli z czasem też zaczną przeżywać odejścia swoich bliskich,ale nie wydaje mi się ,żeby wtedy ich myśli będą skierowane na nas.Mój mąż kiedyś bardzo często mówił:jak chcesz na kogoś liczyć ...to licz na mnie i na siebie...Teraz zostałam tylko ja,a te słowa wciąż mi nie dają spokoju. Podziwiam Was,że macie nadal twórczą wyobraźnię i widzicie siebie w swoim dalszym życiu.Ja niczego nie planuję,nawet wakacje czy też ostatni mój wyjazd- to pomysł moich dzieci i ich całkowita  realizacja.Ja tylko się spakowałam i dojechałam do punktu,,zbiórki,,. Tylko tyle i aż tyle..na więcej jak dotąd tej pory nie jestem gotowa. Wiem /tak mi się przynajmniej wydaje/w ogólnym  i to bardzo zarysie co będę robić za tydzień... albo powiem inaczej :co bym chciała robić-ale czy coś z tego wyjdzie? tego nie wiem.I dobrze mi z tym,wychodzę z założenia,że lepiej być pozytywnie zaskoczonym , niż po raz kolejny przeżyć wielkie rozczarowanie. Drogie moje : korzystajcie z zaproszeń życzliwych wam ludzi, spotykajcie się ,odwiedzajcie i wyjeżdżajcie na wspólne imprezy jak tylko macie taką możliwość.Venles ciężko jest wybrzydzać wśród najbliższych i znajomych - bo jak się ma małe i to odległe fizycznie grono - to trzeba brać co daje los!?
Z nikim tak definitywnie się nie rozstałam/oprócz męża niestety/,ale też nie dzwonię, nie piszę i nie tęsknię za tymi ,którzy mnie zwyczajnie olali i zlekceważyli...To są ślepcy psychiczni- tak nazywa się ludzi którzy nie wiedzą co to jest EMPATIA.Tacy się rodzą?albo takimi się stają?...jest mi prawdę mówiąc obojętne bo i tak nie będę z nimi utrzymywać kontaktów towarzyskich- co najwyżej naciąganą z mojej strony poprawność.Nie mogę i nie mam prawa ze względu na moje dzieci i wnuki - w ogóle nie odzywać się do drugich dziadków/a naszych bardzo starych przyjaciół/ teraz już wiem,że TYLKO NIBY przyjaciół.Wiele się w ich życiu wydarzyło w międzyczasie- zmarła matka jednego z nich, i teraz wiem,że wobec innych też tak się zachowują...nawet okulary nie pomagają im dostrzec smutku i bólu innych.Tacy już są i się nie zmienią,a ja mogę tylko ograniczyć moje z nimi kontakty- co zresztą już dawno uczyniłam.Co do innych Judaszy- trzeba najszybciej jak się da o nich zapomnieć i wymazać ze swojej pamięci.Dobrych i życzliwych ludzi obok nas życzę nam wszystkim....

31,182

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Droga Venles,nawiązując do Twoich przyjaciół-znajomych? ...My z mężem chodziliśmy do jednej klasy liceum.Tam zawiązała się taka męska paczka - 4 wówczas jeszcze chłopaków.Tak się stało,że 3 z nich zostało lekarzami,w tym mój mąż/ .Stali się praktycznie nierozłączni wymieniali doświadczeniami,uczyli do specjalizacji,a my na początku ich dziewczyny- później już oficjalnie żony z dziećmi organizowałyśmy wspólne odwiedziny,wyjazdy wakacyjne,imieniny i urodziny...były kolacje ,wspólny nocny brydż. No i tradycyjne kartki świąteczne i okolicznościowe- bo tego już nasze dzieci bardzo pilnowały. Najpierw w wypadku samochodowym zginął jeden z nich- powiedzmy Jędrek...Wszyscy bardzo to przeżyliśmy,wszyscy też nieustannie dzwoniliśmy do jego żony i dzieci z zapytaniem w czym możemy pomóc.Było to naturalne, część z nas było ich rodzicami  chrzestnymi.
Po pogrzebie/w dosyć odległym od nas miejscu dokładnie taka wieś jak obecnie moja/zostałam dwa tygodnie z jego żoną i dziećmi,aby im pomóc/ja zaproponowałam pomoc,a oni bardzo chętnie ją przyjęli/. Gotowałam,sprzątałam robiłam zakupy ,r swojeozmawiałam,słuchałam,trzymałam za rękę, zapłakanym podawałam chusteczki.Musiałam wracać bo zaczynała się moja praca w szkole,a tam nie ma urlopów,ale zorganizowałam przyjazd następnej z naszej grupy kobiety..Nadal dzwoniłam,rozmowy ,zwierzenia,wspomnienia. Wszystko po jakimś czasie wróciło u nich do normalności.Spotkań było mniej,ale były...po jakimś czasie weszła w nowy związek/poślubiła swojego pacjenta- tez była lekarzem/ i tylko dzieci dzwoniły do nas: cioć i wujków.. Na pogrzeb mojego męża nie przyjechał NIKT,nie było żadnego telefonu,żadnego SMS.Wielokrotnie prosiłam dzieci,aby posprawdzały czy doszła informacja o śmierci i pogrzebie...one miały jeszcze dodatkowy kontakt między sobą - w grupie rówieśniczej...i nic ,zero i to całkowite.
Byłam tak zaskoczona,że brakło mi słów,syn wymyślał dla nich różne wyjaśnienia - brakowało tylko lotu na księżyc....Wysłałam jeszcze później kartki świąteczne,jak to robiliśmy z mężem....i też nic. Do dziś zachodzę w głowę,co takiego się stało w ich sercach i głowach...byli świadkami na naszym ślubie,jeden z nich chodził z moim mężem do szkoły podstawowej,byli najlepszymi kumplami- przyjaciółmi. Mieszka z rodziną 50 km ode mnie- to żadna odległość jeżeli się ma ważną sprawę.Ma się dobrze,bo kuzyni męża się u niego leczą.Wspominali mu o pogrzebie/oni byli na nim i o dziwo to oni piszą i dzwonią do czasu do czasu/opowiadali o naszej rozpaczy,o naszym wielkim bólu  - bez uzgodnienia tego ze mną,ale stało się.....
podobno odpowiedział,że wkrótce do mnie zadzwonią....to było półtora roku temu !!!. Piszę o tym,bo do niespodziewanej śmierci męża- doszedł olbrzymi ból  psychiczny po przeżytym odrzuceniu przez ludzi na pomoc których liczyłam. Teraz wiem,to nie  jest prawdą,że dobro które dajesz innym wraca ...do mnie nie wróciło..to może ze mną coś jest nie tak? ale wiem,że stałam się nieufna i ostrożna do granic możliwości. O ile zawsze byłam otwartą i kontaktową osobą- to teraz przestałam ludziom ufać i zamknęłam się we własnej skorupie.Zostałam boleśnie zraniona,a rana nie chce się goić - niestety. Pozdrawiam,obyście miały więcej szczęścia niż ja.

31,183

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Jolam, kochana! Twój ból jest jak najbardziej uzasadniony. Okrutnie boli fakt, że to właśnie najbliżsi przyjaciele i rodzina nagle uznali Cię za trędowatą. Ja nie doświadczyłam aż takiego rozczarowania, był to raczej brak empatii, zrozumienia, w jednym przypadku nawet radość… Tak, nie pomyliłam się, RADOŚĆ w głosie, w oczach, w zachowaniu, radość starannie ukrywana pod maską współczucia i deklaracji pomocy, radość, że wreszcie mnie też coś się nie udało, coś zabolało… To chyba była najbardziej ohydna rzecz, jaka spotkała mnie po śmierci męża. Do tej pory nie umiem tego zrozumieć i wciąż czuję obrzydzenie do tej osoby. Jak widzisz, również przestałam być dobrym człowiekiem i podobnie jak Ty, nie wierzę, że dobro wraca. Co więcej, wcale nie uważam, że każdy ból nas hartuje, że stajemy się silniejsze i bardziej empatyczne. Nic podobnego. Mnie śmierć męża obezwładniła, odebrała wszelki oręż do walki z kanaliami, a nawet zwykłą chęć do tej walki. Stałam się bezbronna, a jedyne na co mnie stać, to rezygnacja: rezygnacja ze znajomości , spotkań i jakichkolwiek rozmów z ludźmi, którzy mnie zawiedli, rezygnacja z dotychczasowego życia, ze wspólnych przyzwyczajeń, nawyków, ze wszystkiego, co przynosi ból. Stałam się człowiekiem o kamiennym sercu, niezdolnym do miłości… I to się już raczej nie zmieni. Ale powoli mija moje rozgoryczenie, staję bardziej otwarta na nowe znajomości a nawet przyjaźnie. Powoli odkrywam, że otacza mnie tak wielu wartościowych ludzi, że nie warto zabiegać o tych, którzy mnie zawiedli. Tak, jak piszecie Dziewczyny, na nich też przyjdzie czas…
Pamiętajcie jednak, że wciąż mamy siebie! Dla mnie jesteście nie tylko wsparciem, ale prawdziwym olśnieniem! Uwielbiam każde słowo od Was, nawet najkrótsze wpisy, przesyłane jako sms-y czy wiadomości na WhatsAppie, taki znak, że pamiętacie, rozumiecie, macie mnie w sercu…
Też mam Was w sercu. Pozdrawiam  wszystkie najgoręcej

31,184

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Cześć dziewczyny
U mnie już po pierwszej rocznicy.. była ona w zeszłym tygodniu. Byłam z teściami na cmentarzu zapalilismy znicze, posprzątaliśmy. Spędziliśmy pół dnia razem. Odwiedziny na cmentarzu wypadły w dzień wypadku. Dzień rocznicy był akurat na tygodniu, byłam wtedy w pracy i założyłam sobie ze to musi być dobry dzień, ze chce to odwrócić ze nie będę płakać i się smucić, ze On na pewno tego nie chce. I rzeczywiście w dzień szło mi dobrze. Ale wieczorem nagły wybuch płaczu. Jak sobie myslalam jeszcze przed rocznica ze rok temu byliśmy razem.. to były już te ostatnie chwile. Teraz będzie szedł już drugi rok.. niewiarygodne. Jak mysle tez o tym ze tak długo się nie widzieliśmy, nie rozmawialiśmy, nie dotknęliśmy. Ciezko to wszystko pojąć. Tak mi go brakuje, i tych prostych rzeczy, rozmow, spania razem. Tak się bałam tej rocznicy. I tak, jestem już świadoma tego co się stało, mysle racjonalnie… ale jakby dalej jest to dla mnie nie do uwierzenia? Strasznie tesknie, nie umiem tej tęsknoty opisać. Czasem nie wiem czemu mnie tak życie doświadczyło? Troszkę już zaczynam wracac do żywych a przynajmniej staram się bo powiem wam ze polubiłam się jakoś z samotnością i ze swoim własnym towarzystwem. Trochę to dobrze a trochę jakby niebezpiecznie.. bo chciałbym żyć jakoś tak bardziej. Dziś byłam na mieście z kolega. Wszystko ok, fajnie spędziłam czas. Ale co bym nie robiła, gdzie bym nie wychodziła to zawsze mysle ze nigdy nie jest tak super jak z moim T. I to wracanie samej do domu. I nikt na mnie nie czeka po pracy. Na długi weekend tez pojadę sama do mamy a tak jechałabym z nim. Głupie rzeczy na mieście typu reklamy, jakieś miejsca ciagle kojarzą się z nim. Na pozór funkcjonuje normalnie. Bo byłam na urlopie, bo czasem sobie gdzies tam z kims wyjde, bo chodzę do pracy. Ale w głębi duszy normalnie nie jest i chyba będzie tak już zawsze. Rzuciłam się tez trochę w wir pracy. Wzięłam ostatnio sobotę pracująca. W nadchodzącym tygodniu tez wzięłam dużo godzin. Mało mam czasu żeby siedzieć i myśleć ale właśnie w sobotę, wczoraj jak miałam wolne popołudnie i wieczor to mnie dopadło. Smutek i tęsknota był jeszcze silniejszy. Ale niczego już niestety nie odwroce. Z tym ze ludzie się odwrócili tez już się chyba pogodziłam. I doskonale was w tym rozumiem. Bo właśnie nie zrozumie ten kto nie przeżył.. i nawet nie próbuje rozumieć. Kto ma być w naszym życiu i tak bedzie. Nie zamierzam się nikogo prosić a Jego i tak mi nikt nie zastąpi.
Pozdrawiam moje drogie trzymajcie się

31,185

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny !
Droga zzielona tulę do serducha smile:) Pierwsza rocznica jest ciężka i traumatyczna ..... to niby taka magiczna data ,że po tej dacie miałoby być lepiej ( nie wiadomo dlaczego ??) ale to raczej chyba tak nie działa , bo jeden rok to wciąż zbyt mały okres czasu aby pogodzić się ze stratą Ukochanej Osoby.....Też straciłaś Ukochanego w październiku ( podobnie jak ja ) , tyle ,że ja już 7 lat temu ( minęło wczoraj 23 października ) Po tak długim okresie czasu nie ma już bolesnych emocji , są wspomnienia i pamięć ...... dobrze ,ze masz pracę , spotkania z kolegą ....Na pewno na obecnym etapie życia Twój zmarły mąż bedzie zawsze " the best " i myślisz ,że nikt nie będzie w stanie nigdy Ci go zastąpić , bo potrzeba jeszcze duuuużo czasu ,żebyś zaczęła myśleć inaczej ...... Ale mocno wierzę w to ,że kiedyś nadejdzie ten dzień .....bądź cierpliwa i pełna nadziei w sercu , przytulam jak córkę smile:):)
Wszystkie Drogie Forumowe Koleżanki ściskam Was mocno jako " mega weteranka " tego forum , jestem zawsze sercem z Wami , próbując usilnie tłumaczyć ,że kiedyś będzie mniej bólu i będzie inaczej , nie lepiej , nie gorzej inaczej , bo każdy etap życia rządzi się swoimi prawami ....... Jedno jest pewne jesteśmy mocne , waleczne babeczki , dajemy radę i idziemy do przodu i tego się trzymajmy smile:):) ściskam Was wszystkie bardzo mocno jako "mega weteranka " tego forum smile:):)

31,186 Ostatnio edytowany przez kolia1 (2022-10-24 18:53:42)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Brawo Aniczko! Właśnie...... dlaczego miało by być lepiej po roku? Też jakiś czas żyłam tą ułudą, że rok coś zmieni...., że dwa lata coś zmienią... że będzie odrobinę lżej, albo też jakąś czarodziejską różdżką zniknie ten wszechogarniający ból, że życie stanie się znośniejsze.... a tu guzik z pętelką...Żyjemy jakimiś datami, rocznicami, z dnia na dzień, łapiemy się wszystkiego....żeby tylko zelżał ten brak, ta tęsknota, czułość, miłość....większa niż kiedykolwiek wcześniej. taka zupełnie czysta, bezinteresowna...i gotowe były byśmy zrobić wszystko, żeby tylko cofnąć czas.... żeby tylko wrócił i był. Po prostu był. Bez wymagań, oczekiwań.... ŻEBY BYŁ...
Dzisiaj odebrałam telefon od szefa wszystkich szefów. Już drugi w ciągu dwóch lat. Byłam bardzo zaskoczona, zdezorientowana...O co chodzi? Okazało się, że 10 grudnia mamy wyjazdową sesję wigilijną... do Szczyrku.  Nawet o tym nie pamiętałam, bo nie piszę się, na żadne tego typu imprezy. Ta była ogłoszona już jakiś czas temu. Rozmawiał ze mną bardzo ciepło, empatycznie. Prosił, żebym zmieniła zdanie i pojechała. Z tego wszystkiego zapomniałam, że właśnie 10 grudnia będę wracać z Jordanii i tłumaczyłam, że jeszcze nie jestem gotowa. Koleżanka podsunęła mi karteczkę.....że przecież będę na urlopie. Ufff.... wybrnęłam. Ale wiecie co? To było bardzo miłe, fajne. Poczułam się lepiej, odrobinę radośniej. Czasami wystarczy ciepły gest drugiego człowieka i nasze serca odmrażają się..I jednocześnie wystarczy jedna myśl, żeby popaść w czarną otchłań. Taka sinusoida... pewnie będzie nam towarzyszyć do końca życia. Przytulam Was mocno dziewczyny, tak bardzo się cieszę że jesteście...również dla mnie...

31,187

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny !
Kolia ! Bardzo się cieszę ,że u Ciebie też pojawiają się lepsze dni i wiara w drugiego człowieka , że masz choć chwile w tym życiu ,że potrafisz poczuć się lepiej - brawo TY !! Przecież otaczają nas wszędzie ludzie ( w pracy , na ulicy ) i też potrafią okazywać przyjazne gesty .....Trzeba tylko umieć je przyjmować i potrafić odmrozić swoje serce smile:)
Ikario ! Niebawem Twoja 1 rocznica od odejścia Twojego Ukochanego Męża ( 28 października ) .......To tylko data i zapewne cud się nie stanie ,że życie Twoje natychmiast się odmieni .......Ale my będziemy sercem i duchem z Tobą w tym szczególnym dniu i będziemy Ciebie wspierać smile:) Wiem ,że jesteś bardzo dzielna , konstruktywnie idziesz do przodu i mimo bólu w sercu potrafisz dojrzeć uroki życia , które jest inne niż przedtem ale czas biegnie tylko do przodu a Ty konstruktywnie starasz się to rozumieć dzień po dniu swojego samotnego życia .......Tulę do serducha , jestem , pamiętam smile:)
Przytulam wszystkie Forumowe Koleżanki ......Bądźcie dzielne w te nostalgiczne dni na początku listopada , kiedy powracają smutne wspomnienia a my odwiedzamy swoich ukochanych niestety już na cmentarzach i choć rozmawiamy z Nimi to nigdy nie usłyszymy już Ich odpowiedzi ........Wspierajmy się , bo razem przetrwamy wszystko - Wasza " 7 letnia weteranka " smile:)

31,188

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Piękne te  Wasze słowa  dziewczyny.Są dowodem na to,że same nie damy rady bez pomocy innych,a w przypadku Koli czy zzielonej-to właśnie w pracy zawodowej i mijającemu tam czasu - odnalazły mówiąc kolokwialnie : względny spokój i jest to ich codzienna motywacja do podejmowania życiowych wyzwań.Niektóre z nas czeka kolejna podróż, wyjazd lub spotkanie z serdeczną osobą.Jednak nie wszystkie mają to szczęście...ja się nad sobą nie rozczulam - bo jestem tak jakby po środku tych naszych możliwości radzenia sobie ze smutkiem i olbrzymią tęsknotą...Są jednak wśród nas - takie ,które z różnych przyczyn nie radzą sobie same ze sobą. Mimo pomocy i podania przysłowiowej deski ratunkowej- wciąż nie potrafią- czy nie mogą z tej pomocy skorzystać.Z różnych względów- bo każda z nas jest inna- każda to inny byt- inna historia ....Jedne są bardziej otwarte na ludzi - przyjmują podaną dłoń,kolejne natomiast - tak zrozpaczone i niepozbierane w tym przeogromnym bólu, nawet nie zdają sobie niejednokrotnie sprawy- że nie muszą w tym bólu być same.
Są takie wśród nas,że pomimo naszej wielkiej  pomocy - ta pomoc nie przynosi żadnej lub prawie żadnej poprawy w tym samotnym wdowim życiu.Nigdy nie lubiłam tego określenia - nas - opuszczonych w pewnym sensie kobiet- ale na chwilę obecną nie znajduję innego....Jeżeli którejś jest bardzo ciężko i bardzo źle- to nie czekajcie dziewczyny drogie na cud- bo on nie nastąpi- poproście o pomoc ludzi- którzy profesjonalnie zajmują się taką pomocą...to naprawdę żaden wstyd - żadna ujma dla nas. To tacy sami fachowcy- jak wy dziewczyny w swoich pracach...też mają doświadczenie i praktykę.Wczoraj przypadkowo  spotkałam koleżankę,która ponad 3 miesiące jest pod opieką lekarza - psychiatry,inaczej jak twierdzi wylądowałaby w szpitalu na bardzo długim leczeniu.Jej córkę nagle porzucił mąż- gdy była w 4 miesiącu ciąży,mając już 3 letniego synka.Związał się z koleżanką z pracy- zresztą też spodziewa się ich dziecka....Córka- jedynaczka  wiele lat zajmowała się domem,a mąż ,,robił,,karierę zawodową. Koleżanka schudła 17 kilo,poszarzała,jak mówi tylko wegetuje- a nie żyje.Pierwszy wnuczek ma poważne problemy zdrowotne,teraz doszły emocjonalne.Piszę o tym,bo każdy ma swój ,,krzyż,,do dźwigania.Nasz jest największy i najcięższy - mamy prawo prosić o pomoc,mamy prawo pobłądzić w tej olbrzymiej traumie - ale zadbajmy o siebie- bo nasi mężowie,czy partnerzy chcieli by z całą pewnością tego dla nas.Tylko wy wiecie,czy kibicowali by wam nadal w waszym samotnym życiu? i trzymali za nas mocno kciuki...czy chcieli by byśmy cały czas się umartwiały?
Niedawno wróciłam od rodziny syna,byłam u nich 5 dni- fajny rodzinny czas- sama radość i szczęście.Musiałam wrócić do pracy....ale wiecie co? po raz pierwszy od ponad dwóch lat nie płakałam żegnając się.Nawet nie musiałam udawać ,że słońce mnie oślepia i szybko zakładać okulary przeciwsłoneczne...poza tym - nie jechałam sama...półroczna suczka pierwsza wskoczyła do auta - tak jak by chciała powiedzieć: szykuj się - wracamy do domu.
Po drodze był dwukrotny spacer po lesie- nie do pomyślenia tylko w pojedynkę ...Pierwsza wyskoczyła przed dom- szybki bieg w koło- czy wszystko jest OK - i szczęśliwa ,zadowolona zaczęła się bawić ulubioną zabawką...
Ikario - moja droga : jesteś wspaniałą bardzo empatyczną dziewczyną,podziwiam Twój chart ducha,konsekwencje w działaniu..jakkolwiek to patetycznie brzmi,ale tak jest...uwierzyłaś w siebie - i nadal tak rób.Dziś tak jak pisze Aniczka nasza kochana ,,POCIESZYCIELKO WSZECHŚWIATA,,jesteśmy z Tobą..ale to tylko data- jedna z wielu  kolejnych w naszym samotnym życiu.Już nic nigdy nie będzie takie same/niestety,ale świat się nie zatrzymał ani u ciebie ,ani u nas/.Nawet jak się zaprzemy bardzo mocno nogami i rękoma- to i tak życie trwa,a czas płynie ....tylko od nas zależy jak go spędzimy ...do czasu spotkania z tymi co odeszli.Trafnego wyboru nam wszystkim życzę.Pozdrawiam

31,189

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Cześć. Jestem tu nowa, znalazłam to forum na Internecie. Mój mąż zmarł 11 lutego 2022 r. zasłabł w łazience w pracy i już nie wrócił do domu.. we wrześniu mieliśmy 2 rocznicę ślubu wyobrażałam ją sobie inaczej, na pewno nie zapalając znicz i kładąc bukiet z żywych kwiatów na grobie. Nie mamy dzieci, staraliśmy się o nie, dopiero po podpisaniu umowy na stałe w moim zakładzie pracy.. Strasznie trudno mi pisać bo ręcę mi się telepią, łzy napływają do oczu.. zostałam sama, mój ukochany, mój przyjaciel, moja największa miłość życia odeszła.. nie wiem dokąd, czekam aż wróci.. Chodzę do psychologa, do psychiatry dzięki mojej kochanej siostrze, zapisała mnie na terapię i ją kontynuuję. Mam w niej i jej mężu ogromne wsparcie. Piszę tutaj bo wy rozumiecie co to za ból, ścisk gardła, rozmyślanie co by było teraz gdyby się to wszystko nie wydarzyło, co byśmy robili.
Rodzina mojego męża tydzień po pogrzebie już zaplanowała wyjazd do notariusza w spisaniu spadku, mój mąż ma na siebie mieszkanie, traktory, samochód. Teściowie i siostra męża uważają że nic z tego mi się nie należy, bo to teściowej rodzice na to wszystko urobili, nie mój mąż.. a teściowa kupiła mojemu mężowi mieszkanie za spadek po bracie.
Nie czytałam wszystkich postów po kolei, ale znajdzie się pewnie osoba w podobnej sytuacji..

31,190

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane, smutny czas za nami i przed nami, dla mnie listopad, jak dla Wenles, to miesiąc, którego najbardziej nie lubię. Długie, szare dni w samotności.
Pierwsza rocznica wcale nie była najgorsza, to tylko data, jak piszecie, znacznie gorszy był dla mnie tydzień przed. Wracały wspomnienia ostatnich dni razem, myśl, że jeszcze rok temu był mój ukochany ze mną, byliśmy razem.
Czuję podobnie, jak Ty Zzielona, myślę o tym, że już tak długo się nie widzieliśmy, nie gadaliśmy. Bardzo mi go brakuje, im więcej czasu mija tym bardziej odczuwam jego nieobecność i większą tęsknotę. Podobnie brakuje mi tych prostych, codziennych czynności, rozmów, żartów, dotyku. Wciąż nie mogę się przyzwyczaić do pustego łóżka, chcę czuć jego oddech, słyszeć chrapanie, chcę się tulić. Nie mogę się z tym pogodzić, że tego nigdy już nie będzie.
Wracam codziennie po pracy do pustego domu i nikt mnie nie wita. Zadręczam się myślą, że już nigdy nie poczuję Jego zapachu i uścisku ramion.
Przez pierwszych kilka miesięcy była straszna rozpacz i wtedy to wydawało mi się najgorsze, nie mogłam jeść, spać, pracować, żyć, ale ta rozpacz z upływem miesięcy miała tendencję spadkową, że tak to określę, już nie wyłam wchodząc do domu, nie całowałam kilka razy dziennie Jego kurtki, która wciąż wisi w przedpokoju, powoli, bardzo powoli, ale czułam, że to ustępuje. Teraz ogarnia mnie tak ogromna tęsknota, która nie przemija ani trochę, tylko im więcej czasu upływa jest coraz większa i to mnie przeraża, z tą tęsknotą żyje mi się gorzej niż z tą obezwładniającą rozpaczą wtedy.
Chcę poukładać sobie to moje życie w samotności, ale jak żyć z tą rosnącą tęsknotą. Wierzę, że kiedyś może będzie lepiej, ale nie wierzę, że to co będzie jest lepsze od tego co było. I wiem, że czas nie leczy ran, to dla mnie taka sama bzdura, jak słowa, że co nas nie zabije to nas wzmocni. Być może po wielu latach czas trochę zabliźnia rany, ale na pewno ich nie leczy.
Jest bardzo trudno, po roku nie ma magicznej różdżki, ale bardzo mi pomogli i pomagają przyjaciele i rodzina, koleżanki, po prostu są. Mnie zawiodła tylko jedna osoba, ale otrzymałam duże wsparcie od osób, których o to bym "nie podejrzewała". Wiedziałam, że mogę zadzwonić nawet w środku nocy, jak nie dam rady.
I będę powtarzała to do znudzenia, że to forum, Wy dziewczyny, które tu pisałyście i piszecie nadal, jesteście największym wsparciem dla nas wszystkich.
A to że mogłam poznać osobiście kilka z Was i że piszemy poprzez esa czy WhatsAppa do siebie niemal codziennie to jest największa wartość. To bardzo ważne żeby nie żyć w tym trudnym czasie w pustce.
Pozdrawiam bardzo serdecznie.

31,191

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?
GaMa napisał/a:

Rodzina mojego męża tydzień po pogrzebie już zaplanowała wyjazd do notariusza w spisaniu spadku, mój mąż ma na siebie mieszkanie, traktory, samochód. Teściowie i siostra męża uważają że nic z tego mi się nie należy, bo to teściowej rodzice na to wszystko urobili, nie mój mąż.. a teściowa kupiła mojemu mężowi mieszkanie za spadek po bracie.

Bardzo mi przykro z powodu Twojej straty.
W sprawie spadku to idź do prawnika.
To co rodzinka męża uważa, to Ciebie nie interesuje.
Prawo mówi, że to jest twoje.

31,192

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witaj GaMa,
wiem, co czujesz, mój ukochany Mąż, mój największy przyjaciel, miłość mojego życia, odszedł w ubiegłym roku w październiku po ponad 30-latach wspólnego życia.
Od początku korzystałam z pomocy psychiatry, bez jego wsparcia (cudowny, empatyczny lekarz) i leków nie byłabym w stanie przeżyć kolejnego dnia. Dopiero po roku zaprzestaję leczenia antydepresentami, ale wciąż przyjmuję łagodne leki na sen.
Dobrze, że masz wsparcie siostry i szwagra. Ja po odejściu mojego M. mieszkałam u nich przez 3 tygodnie, nie byłam w stanie wrócić do domu. To od nich na początku otrzymałam największe wsparcie i mam je do dzisiaj, nadal go potrzebuję.
Co do spraw spadkowych, to nie jest tak, że Tobie się nic nie należy. Przypuszczam, że Twój Mąż nie zostawił testamentu, skoro rodzina uważa, że Tobie się nic nie należy? A jeżeli zostawił testament to rodzinie należy się zachowek. Żona zawsze  dziedziczy (bez względu na testament), jeżeli nie było dzieci, to rodzice spadkodawcy też dziedziczą, jeżeli któreś z rodziców zmarłego nie żyje to w dziedziczeniu bierze udział również rodzeństwo zmarłego lub dzieci tego rodzeństwa, w jakiej części, to zależy czy był testament czy nie (dziedziczenie ustawowe, jeżeli nie było testamentu). Nieważne, kto na to zarobił, czy z czyjego majątku to było, jeżeli mieszkanie i inny majątek był własnością Twojego Męża (akt notarialny na niego, bez zapisów) to Ty po nim dziedziczysz, w jakiej części to zależy od wielu czynników.
Z tego co piszesz to Twoi teściowe żyją, w takim przypadku rodzeństwo męża nie dziedziczy. Rodzeństwo zmarłego męża (lub dzieci tego rodzeństwa) dziedziczą, gdy któryś z rodziców nie żyje, bez względu czy mąż sporządził testament czy nie.
I pamiętaj jeszcze o tym, że po otrzymaniu spadku jest 6 m-cy na złożenie deklaracji Sd-Z2, żeby nie płacić podatku od spadku i darowizn.
GaMa, najlepiej idź do prawnika, ja zajmuję się zawodowo finansami i prawem, ale finansowym, to co wiem na temat prawa spadkowego to napisałam i tyle mogę poradzić.
Pozdrawiam seredecznie

31,193

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Ikaria masz rację, nie wiem czy bym przeżyła bez tych leków.. dobrze, że chcemy sobie pomóc, chodząc na terapię zauważyłam, że bardzo dużo ludzi potrzebuje takiej pomocy, młodsi, starsi.. każdy ma problemy mniejsze czy większe. Cieszę się, że masz duże wsparcie ze strony swoich teściów, moi patrzę przez pryzmat "pieniędzy".
Tak, mój Mąż nie zostawił testamentu. To było tak dopóki robiłam co chcieli teściowie to byłam dobrą synową, jak zaczęłam robić nie po ich myśli to już im się nie podobało.. zaczęło się wypominanie kto i ile pomógł z mojej rodziny mojemu Mężowi, nawet moja teściowa potrafiła mi powiedzieć (bo trafiła do szpitala, miała taką napęczniałą żyłę w głowie i uciskała nerw, przez co głowa ją często bolała, jak się okazało już to było dużo wcześniej), że to przeze mnie trafiła do szpitala. Gdzie ja jej ani nie uderzyłam, ani nie popchnęłam, nie kopnęłam. Tylko nie robiłam tak jak chcieli i podejrzewam, że bała się że straci swoje majątki.
Chciałabym się z nimi dogadać po ludzku, bez adwokatów, ale ja po prostu jestem zbyt uległa, nie asertywna, chciałabym powiedzieć "nie" ale ciężko mi to przez gardło przechodzi. Jest mi ich szkoda, bo też stracili syna i brata, ale jak widzę jak go po śmierci doceniają to się w głowie nie mieści.

31,194

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam wszystkich,szczególnie Ciebie GaMa.Ikaria Ci wszystkie zawiłości prawne wyszczególniła,ale jeżeli nie chcesz prawnika,to koniecznie musisz mieć przy sobie osobę Ci życzliwą i orientującą się w przepisach.Ja na Twoim miejscu nie rozmawiałabym już z nikim z rodziny zmarłego męża - bez świadków.Ludzie są podli i bezwzględni -potrafią  zmanipulować swojego rozmówcę i wykorzystać to co powiesz przeciwko Tobie.Już sam fakt,że teściowa twierdzi,że to przez ciebie znalazła się w szpitalu- wiele daje do myślenia. Poproś siostrę - może ona Ci pomoże,albo wskaże kogoś ze swojego grona znajomych. Jedno jest pewne- łatwo nie będzie.Zdają sobie sprawę,że za jakiś czas - możesz sobie ułożyć życie z kimś innym- mieć dzieci- i nie chcą żebyś korzystała po części z majątku jaki zostawił ich syn - a Twój mąż. Nie potrafią zrozumieć,że Ty byś oddała wszystko co masz- cały swój majątek i wszystkie pieniądze świata,żeby on z Tobą był nadal....Teraz zamiast skupić się na swojej żałobie - przyjdzie Ci walczyć o przetrwanie...Wiem,że to nie łatwe czasy dla ciebie nadejdą,ale musisz zrobić wszystko,aby zawalczyć o samą siebie.Trzymam kciuki i wspieram myślami..

31,195

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Dziekuje wam bardzo za słowa wsparcia. 1 listopada był dla mnie bardzo ciężkim dniem.. zawsze z moim ukochanym jeździliśmy razem po cmentarzach, tym razem jeździłam z mamą. Tak mi go strasznie brakuje, tak strasznie za nim tęsknię. Do mnie nie może to dotrzeć, że jego już nie ma. Ja to tłumacze, że on gdzieś wyjechał I za niedługo wróci, moj ukochany do mnie wróci. Nie mógł mnie tak zostawić, on by mnie tak nie zostawił.. łatwiej by było gdybym to z nim tam leżała i nie była dla nikogo problemem. Chciałabym z nim tam być, być razem.
10 lat temu zginął w wypadku mój tata, mój ukochany był przy mnie, gdy jego wujek zginął bylam przy nim. Zawsze razem wszędzie razem.
Moja mama została sama z dziećmi, też jej pytałam jak dala rade, mówiła że było bardzo ciężko, do tej pory jest ciężko jak w wigilię się modlimy zawsze się rozpłacze, ale mówiła że musiała mieć siłę dla dzieci. Dzieci chodziły do szkół średnich, dorastające, niedowierzające w to co się stało i ciągle to samo pytanie. Dlaczego on ?
Dlaczego mój ukochany? Dlaczego go nie ma? Kiedy do mnie wróci? Niech weźmie mnie do siebie, chce być z nim. Jestem w totalnej rozsypce..

31,196 Ostatnio edytowany przez Agnieta1982 (2022-11-06 14:35:07)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam i przytulam do serducha!
Nie wiem czemu, ale dzisiaj musiałam tu zajrzeć. Od dawna mnie tu nie było, bo coż miałam więcej napisać? Co mogłam jeszcze dodać? Jednak dzisiaj, to forum "siedziało" mi w głowie - Wejdz na formu- tak czulam.Ta myśl nie dawała mi spokoju... czemu? Nie mam pojęcia. Staram się nad tym nie zastanawiać, bo juz wiem, że co ma być to i tak będzie. Niezależnie od naszych pragnień...przeszłości nie zmienimy. Nie mamy na to wpływu. Myśli typu: gdybym zrobiła tak i tak.... to nic nie zmieni!
Niestety sporo lat potrzebowałam, żeby to zrozumieć. Wyglądało to tak- życie Ci dowalilo, to czemu Ty nie możesz jeszcze bardziej się ukarać? Obwiniałam się za wszystko... zła żona, matka itp. Te myśli uderzały we mnie bardzo celnie. Wielokrotnie  upadałam i za każdym razem byłam pewna, że już się nie podniosę, że nie dam rady. Jednak wstawałam dla dzieci. Początkowo było to tylko dla dzieci... Nawet nie wiem kiedy, ale z biegiem lat... zrozumiałam, że dla siebie też.
02.12 minie 8 lat od wypadku - jestem już inną kobietą. Czy silniejszą? Zależy od sytuacji
wink  Zrozumiałam,  że mam prawo do płaczu, ale również do śmiechu, radości. Mam prawo do gorszych dni, bo takie też są pomimo upływu lat.

31,197

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Koleżanki na tym Forum
No cóż - listopad- miesiąc poświęcony zmarłym, dlatego nas szczególnie dotyczy. Wiem, ze te z krótkim stażem , przeżywają bardzo  - bo to że nie ma wśród nas tych żywych - boli, bardzo boli i jest źle. Ale takich historii jak nasze jest miliony na całym świecie, że jeden z małżonków umiera i drugi przechodzi przez tak bolesne chwile. Ale nie jesteśmy same - ta grupa to pokazuje. Zawsze ktoś pomoże......
Ja nieustannie pomagam !!!!!!! tym wokół mnie , które potrzebują.
Agnieta - ja też jestem weteranką na tej grupie. Za chwilę minie 5 i pół roku gdy niespodziewanie  odszedł mój mąż. Tak jakbym widziała w twoim poście siebie. Też 3 lata podnosiłam się i upadałam....ale z biegiem czasu zmieniłam się zupełnie.
Też " mam prawo do płaczu, ale również do śmiechu, radości. Mam prawo do gorszych dni, bo takie też są pomimo upływu lat" - jak Ty.
Też miałam już nie wchodzić na to Forum, ale coś mnie przyciąga i wchodzę i......piszę. To chyba Aniczka, która podnosiła mnie z upadków i jest jeszcze dłużej niż ja i ciągle bardzo aktywna.
Powoli ( bardzo powoli) mija ten listopadowy czas - trudny dla wszystkich z naszej grupy.
Bądźmy dla siebie dobrzy, troskliwi, organizujmy czas z tymi co w jakiś sposób pomagają. Nie bójmy się wołać o pomoc ......bo nikt nie wie czego ktoś w danym dniu czy chwili potrzebuje. Starajmy się by te wieczory listopadowe nie były smutne i ponure- czego wszystkim z całego serca życzę.

31,198

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Drogie Dziewczyny !
Tulę do serducha nową forumowiczkę GaMa smile Jesteś zapewne młodą osobą a już tak dotkliwie doświadczoną przez los ...... My Ciebie tutaj doskonale rozumiemy i wspieramy wirtualnie smile Początek samotnej drogi jest bardzo ciężki , mam nadzieję ,że masz obok siebie przyjazne Ci osoby z najbliższego otoczenia , dla których jesteś ważna i którzy pomogą Ci w tej Twojej samotnej walce .......bo na teściów z tego co czytałam raczej liczyć nie możesz ( ja miałam podobnie także doskonale rozumiem Twój ból ) Ale tak radzą Ci inne dziewczyny nie odpuszczaj i zawalcz o spadek po Mężu , bo Tobie się to po prostu należy !!! Zakładam ,że nie mieliście podpisanej intercyzy czy rozdzielności majątkowej ? Ściskam bardzo mocno i dużo sił Ci posyłam na dalszą samotną walkę smile
Jak widać to forum to miejsce szczególne gdzie powracają dziewczyny starsze stażem tak jak Agnieta ( pamiętam Ciebie z Twoich poprzednich wpisów ) czy Wenles , która zawsze ma dla mnie dobre słowo smile:):)
Mamy teraz taki trudny czas , bardzo dołujący z racji krótkich dni , szarugi i wspomnień a więc tym bardziej potrzebujemy poczucia naszej babskiej wspólnoty i wzajemnego wsparcia (tak jak wspomniała Wenles )
Pozdrawiam serdecznie wszystkie forumowe koleżanki , ze szczególnym uwzględnieniem moich " patchworkowych sióstr " smile:) Jesteśmy wspaniałe i dzielne i nadal takie będziemy smile:)

31,199

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam drogie moje..Aniczka i Venles- moje Anioły- wczoraj było wasze Święto..Dzięń Dobrych Aniołów.....O wiele lepiej się żyje z przeświadczeniem,że nie jesteśmy tak do końca same w tym ciężkim dla nas czasie. Daleko fizycznie,ale psychicznie blisko.Do dziś pamiętam słowa jednej z Nas,po naszym wakacyjnym spotkaniu : nawet jak bym miała jechać całą noc,żeby spotkać się z wami choć na kilka godzin...to bym to zrobiła!!!jeszcze raz i jeszcze raz....
Ja nie musiałam jechać pociągiem przez pół Polski,ale trud Tych które to zrobiły- nadal napawa wielką radością i wzruszeniem. Dodatkowo- te  kobiety o tak wielkich serduchach  stały się moją opoką i jestem dumna,że mogę Je zaliczyć do bliskich mi osób.!!!Tak jak pisze Aniczka: jesteśmy jak siostry...wiemy o sobie bardzo dużo,wystarczająco - by się na wzajem wspierać każdego dnia. Ja jestem i sama i samotna,więc te nasze codzienne kontakty są dla mnie namiastką  życia rodzinnego. Venles napisała,że przez 3 lata padała i się podnosiła... tak będzie ze mną: do 4 lat powinnam względnie ogarnąć swoją tragedię- tak z dużą ostrożnością stwierdził psycholog.Ja niczego nie przyśpieszam, wszędzie i zawsze sama/z małymi i nielicznymi wyjątkami/ .Już się do takiego stanu rzeczy przyzwyczaiłam,ale nie pogodzę się NIGDY-PRZENIGDY.Nie zrozumiem też dlaczego? nie zgodzę się też z argumentacją innych: tyle dostajemy od losu i życia - ile możemy udźwignąć...mnie się nikt w tej kwestii nie pytał: ile mogę i ile zdołam nieść na swoich samotnych barkach.Nie mam dzieci w wieku szkolnym ani nikogo z rodziny,nikt mnie nie motywuje każdego dnia,niczego nie muszę zrobić..o nikogo troszczyć.Dobrze wiemy,że brak motywacji powoduje bezsilność.Od niej blisko do bezradności- a ta jest matką stressu i ...w konsekwencji może się skończyć depresją...To,że nadal tu i teraz jestem zawdzięczam w dużym stopniu zupełnie obcym ludziom.To właśnie oni w odpowiednim czasie i miejscu podali mi pomocna dłoń. Już do znudzenia powtarzać będę,że ludzie swoją obojętnością wobec nas- wdów powodują nasze dodatkowe traumy - odrzucenia i zapomnienia. Życie wciąż weryfikuje moje sądy i postawy,jestem już w takim wieku,że nie mam co liczyć na to - że dalszy upływ czasu zmieni coś w moim życiu.To ja sama muszę podjąć inicjatywę- i tak czynię od ponad już 2 lat bycia samą.
Mam dzieci i wnuki- daleko lub bardzo daleko...są ze mną wirtualnie i czasami też na żywo.Mam szczęście - bo mnie kochają i bardzo się o mnie martwią.Odczuwam to każdego dnia....ale nie mam możliwości przytulić ich do siebie,potrzymać za rękę- szepnąć coś miłego - żadna rozmowa na odległość tego nie zastąpi. Dlatego też chodzę często smutna,rozżalona na życie i niesprawiedliwy los.Mówię sobie: masz prawo,masz prawo do łez i to niezapowiedzianych, masz prawo do złego humoru i nastroju.Masz prawo być smutną i zamyśloną,masz prawo się nie śmiać kiedy inni to robią,masz prawo płakać - kiedy inni tego nie robią......Tak moje drogie możemy wiele,ale wszystkie nasze starania nie przywrócą nam tych co odeszli...często nagle - niespodziewanie nie dając nam szans na ostatnie słowa , na jakikolwiek czuły gest pożegnania...a tak wiele to by znaczyło...przynajmniej dla mnie.
Agnieta,nie znamy się wcale,jak odnalazłam to Forum - to już nie pisałaś.Masz święta rację,że jest ono wyjątkowe i ma siłę która przyciąga jak magnez. Ja szukałam wszędzie...ale tylko tu odnalazłam się w tym ciężkim dla mnie nadal czasie.Tu jest magia ...dobroć ,mądrość i ZROZUMIENIE dla innych kobiet - takich jak my.Tu nie jest ważny wiek,status społeczny,miejsce zamieszkania- tu jest ważny człowiek i tylko człowiek - ja to wiem...i to bardzo dobrze,nie tylko z własnego doświadczenia - ale też z racji swojego zawodu.Pozdrawiam

31,200

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczęta! Jak miło tu zajrzeć  i mieć pewność, że wciąż będziecie! Jak zawsze pełne zrozumienia, mądrości, pomocne… GaMa! Trafiłaś we właściwe miejsce. Może nie otrzymasz tu pomocy prawnej (chociaż Ikaria przedstawiła Ci bardzo klarownie i profesjonalnie kwestię dziedziczenia), ale za to wiele, wiele serca, empatii i zrozumienia – coś, o co bardzo trudno w życiu. Jako niepraktykujący (niestety) prawnik radzę Ci, abyś porozumiała się z teściami (bo w przypadku braku testamentu tylko oni będą dziedziczyli wspólnie z Tobą) i razem z nimi udała się do notariusza. Z punktu widzenia prawa to nie jest skomplikowana sprawa, więc akt poświadczenia dziedziczenia może wydać notariusz. Sprawę załatwi szybko i nie będziecie musieli się włóczyć po sądach. Znacznie trudniej będzie Ci dojść do porozumienia ze swoim sercem. 9 miesięcy  to  wbrew pozorom  wciąż bardzo krótki czas żałoby i ogromnie trudny.  Prawdopodobnie właśnie uświadomiłaś sobie, że to, co się wydarzyło, jest nieodwracalne. Teraz  czeka Cię najtrudniejsze zadanie – przestać dyskutować z faktami i nauczyć się żyć z tą świadomością. Wszyscy specjaliści twierdzą, że podstawą jest akceptacja tego, co się stało, ale ja myślę, że żadna z nas nigdy nie będzie w stanie tego zaakceptować tak do końca. A pytanie: „dlaczego On?” będzie wciąż do nas wracało i wracało, nigdy nie znajdując odpowiedzi. Doskonale rozumiem, co przeżywasz. Mój mąż też zmarł nagle, był silny, zdrowy, nigdy na nic nie chorował (nawet grypa omijała go szerokim łukiem). Myślałam, że oszaleję z  bólu , również marzyłam tylko o tym, aby nie obudzić się kolejnego dnia. Aż znalazłam to forum… Wtedy odkryłam, że wszystkie te czarne myśli i obezwładniające mnie emocje to po prostu rozpacz. A potem odkryłam coś jeszcze – że nie tylko ja się tak miotam, nie tylko ja wyję z tęsknoty, jest nas więcej… dziewczyn, które podobnie jak ja kochały najbardziej na świecie, które straciły na zawsze już swoją miłość i które równie mocno jak ja cierpią. GaMa! Spójrz na nas: jesteśmy na różnym etapie żałoby, niektóre podobnie jak Ty na początku tej drogi, inne jak Aniczka, Welnes czy Agnieta to już prawdziwe weteranki. Ale wszystkie walczymy, każdego dnia od początku… Będzie łatwiej, zobaczysz, również dla Ciebie nadejdzie taki czas…
Pozdrawiam Was wszystkie najserdeczniej

Posty [ 31,136 do 31,200 z 31,427 ]

Strony Poprzednia 1 478 479 480 481 482 483 484 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024