Śmierć męża - jak sobie poradzić? - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Strony Poprzednia 1 477 478 479 480 481 484 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 31,071 do 31,135 z 31,427 ]

31,071

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Drogie Dziewczyny! Zzielona, Maadlen! 9 i 10 miesiąc to ogromnie trudny okres. Wbrew pozorom to wciąż bardzo krótki czas żałoby. Niestety, teraz już dotarło do Was, że to, co się wydarzyło, jest nieodwracalne, więc czeka Was najtrudniejsze zadanie - nauczyć się żyć z tą świadomością. W dodatku wszyscy dokoła zapomnieli już o Waszej tragedii, wypaliło się w nich współczucie, pojawia się zniecierpliwienie - bo przecież ile można epatować tym bólem? Zapewniam Was, że można długo, pewnie nie pozbędziemy się go już nigdy, więc jedyne, co nam pozostaje, to znaleźć jakiś sposób, aby go oswoić. Musicie próbować wszystkiego- mogą to być wspomnienia, jak u Maadlen i Jolam, może to być ucieczka w pracę czy jakąś pasję. Każdej z Was pomoże coś innego - dla mnie wspomnienia były i nadal są jeszcze zbyt bolesne, dlatego pochowałam głęboko wszystkie zdjęcia, listy, kartki z życzeniami. Pewnie przyjdzie czas, kiedy po nie sięgnę, ale jeszcze nie teraz. Mimo że właśnie minęło 2 i pół roku od śmierci mojego Męża, wciąż nie jestem na to gotowa. Nie przyspieszajcie niczego, nie oglądajcie się na innych, przeżywajcie żałobę po swojemu, we własnym tempie.Ja kurczowo trzymałam się zapewnień dziewczyn z Forum, że po 2 latach zachciało im się znowu żyć. W moim przypadku  to niezupełnie tak wygląda. Jest łatwiej, życie wciąga mnie w swój wir, robię wiele rzeczy, na które wcześniej nie miałam ani siły, ani ochoty. Ale to jeszcze nie oznacza, że znowu zachciało mi się żyć. Owszem, próbuję po raz kolejny i kolejny, ale to już jest zupełnie inne życie. Nie wiem czy gorsze, ale na pewno inne. I tego musicie się nauczyć - nie tęsknoty za tym, co było i być mogło, ale życia ze wszystkimi atutami, jakie Wam jeszcze pozostały w ręku. To nieprawda, że nie macie już nic, wciąż macie SIEBIE, tylko musicie sobie przypomnieć, kim jesteście, co jest w Was niezwykłego, że tacy faceci jak Wasi partnerzy Was pokochali. Nie jest to łatwe zadanie, wymaga sporo wysiłku i samozaparcia, ale mnie pomaga wracać do żywych. Zzielona! Jeśli Ci się uda, spróbuj wyjechać z zupełnie obcymi ludźmi na wakacje. Ja ufam losowi, mnie właśnie w ten sposób pomógł dźwignąć się z kolan, wprawdzie dopiero po 1,5 roku odważyłam się na taki krok, ale był to początek mojego marszu naprzód.
Jolu! Jeszcze raz dziękuję za propozycję spotkania, wiem że pomoże nam ono więcej niż wszystkie psychoterapie (chociaż wcale nie neguję psychoterapii).
Jeszcze raz pozdrawiam Was gorąco i niestety zamilknę na jakiś czas ze względu na wakacyjne wyjazdy. Życzę Wam wszystkim miłego odpoczynku i wiele słońca w sercu

Zobacz podobne tematy :

31,072

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane Dziewczyny,
U mnie minęło niedawno 8 miesięcy bez mojego szczęścia, wcale nie jest lepiej, nie rozpaczam, nie wyję każdego wieczoru, jak kilka miesięcy temu, ale tęsknię coraz bardziej, płaczę codziennie, rano, kiedy wracam z pracy, wieczorem, w nocy kiedy się obudzę, a Go nie ma przy mnie, kiedy nie czuję Jego ciepła i zapachu. Mam coraz większy żal do losu, a z drugiej strony czuję się wtedy winna, mam gdzie mieszkać, co jeść, miałam cudowne ponad 30 lat życia z moim M., mam rodzinę, przyjaciół, a niektórzy całe życie maja do d.. , że nie mam prawa być taka nieszczęśliwa, smutna.
Zzielona, Maadlen, ja podobnie, jak Wy cokolwiek robię, myślę, a to byśmy zrobili tak, a to tak. M „towarzyszy” mi cały czas we wszystkim i to strasznie boli. Staram się, tłumaczę sobie, że to nie wróci, że Jego nie ma, ale to nie „trafia” do głowy, ciągle chcę R. coś powiedzieć, biorę wdech i zaraz wydech, bo dociera, że przecież już nie muszę „nadawać”
Wczoraj sadziłam w ogrodzie kwiaty i od razy myśl, a mój R. to by w tym czasie przycinał krzaki, kiedy ciągnęłam kosiarkę, od razu płacz, że zawsze to robił mój M. I tak samo, że jeszcze rok temu to robił, że rok temu o tej porze siedzieliśmy w ogródku i cieszyliśmy się życiem i naszą obecnością.
Nie jestem sama, mam fajną rodzinę, sporo życzliwych mi osób, ale czuję się bardzo, bardzo samotna.
Bardzo mi Go brakuje i tak bardzo tęsknię, że wieczorem kiedy zasypiam, myślę, nie chcę się obudzić i znów czuć tej okropnej tęsknoty, nie chcę spędzić życia w takim smutku.
Budzę się, los nie chce inaczej, są dni kiedy żałuję, że nie zasnęłam na dobre, że muszę wstać, i żyć życiem, którego nie chcę, ale są też dni, że budzę się, witam się z moim M., uśmiecham się do Niego, wstaję, odsłaniam okno w sypialni i mówię Kochanie dam radę. To trwa chwilę, bo wsiadając do samochodu już nie mam tej siły, jadę i ryczę.
Ale mam też lepsze chwile. Przyjaciółka namówiła mnie na urlop, bardzo się bałam ze względu na nią, żeby tego wyjazdu nie zepsuć też jej, ale podjęłam „męską” decyzję i pojechałyśmy. Łatwo nie było, kiedy się pakowałam ryczałam, jak bóbr, zawsze pakowałam NAS, a teraz tylko siebie, pierwszy raz leciałam na urlop bez mojego M., nie siedział obok mnie, w samolocie, ukradkiem płakałam, żeby nie psuć przyjaciółce urlopu już na jego początku, przez pierwsze dwa dni w nocy cichutko płakałam, ale to był fajnie spędzony czas. Wstąpiła we mnie nadzieja, że może uda mi się żyć jeszcze, ale na urlopie włączyła mi się chyba jakaś blokada, bo po powrocie dopadła mnie taka rozpacz i smutek, że przez kilka dni nie miałam siły rozpakować walizki, gdyby nie praca to bym przeleżała kilka dni w łóżku, bo żyć mi się nie chciało, a w głowie huczało pytanie dlaczego Go nie ma, dlaczego???
I to są takie złudne chwile, że jest może już trochę lepiej, że dam radę, a tu znów upadek na kolana, zwątpienie, że nauczę się na nowo żyć. A z drugiej strony to już jest jakiś krok do przodu, chociaż potem kilka jest do tyłu. To jeszcze wciąż minus, ale mniejszy. I na razie tego się trzymam, że te lepsze chwile, choć krótkie, to jest jakaś nadzieja, o czym pisałaś Ty Basiu.
Jolam i inne Kochane Dziewczyny, ja jestem bardzo otwarta na spotkanie, dostosuję się do każdej lokalizacji, jestem z północnej Polski, termin też w zasadzie każdy. Chciałabym podać maila do Was Dziewczyny, ale nie widzę tu możliwości przez stronę użytkownika, pojawia mi się ostrzeżenie, że będzie widoczny na stronie.

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie

31,073

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam,fajnie że się tyle kobiet chce spotkać...szykuje się ciekawe Babskie spotkanie....
Jak Baśka wróci z lipcowego wypadu - to mam nadzieję,że coś podpowie w sprawie ewentualnego miejsca....To sprawna organizatorka ,no i od jakiegoś czasu chyba najczęściej podróżującą kobietą jest z naszego grona.Jeżeli któraś z Was ma jakiś pomysł,to napiszcie - ja też od dziś zacznę logistycznie ogarniać temat.
Ikario -ja w listopadzie ubiegłego roku/to już było 15 miesięcy po śmierci mojego męża/poleciałam z córką i 4 letnią wnuczką do Egiptu..Jego ukochanego miejsca.
Byliśmy tam wiele razy ,też z naszymi dziećmi,ale nigdy nie byliśmy bez NIEGO.
To był pomysł córki,chciała żebym powoli oswoiła się z totalną pustką jaka zapanowała w moim życiu.Wszystko zorganizowała,zaplanowała z najmniejszymi szczegółami,przyjechała po mnie i później odwiozła...Pakowałam się tak jak Ty,cała we łzach- bo też jak u Ciebie- na mnie spoczywał zawsze obowiązek szykowania walizek...ale lubiłam to...wtedy....Na lotnisku większość szczęśliwych rodzin,albo par...były też Babcie ale z...Dziadkami i wnukami..., tylko ja byłam na ,,doczepkę,,. Moje zawodowe skrzywienie cały czas kierowało mnie ku obserwacji innych a mój umysł bezustannie tworzył projekty Ich rodzinnego szczęśliwego wspólnego czasu....tylko nie mojego!!!
Pobyt się udał,mały kameralny Hotel blisko lotniska,specjalnie wybrany - w którym jeszcze nie byłam....po co prowokować wspomnienia....Mieliśmy pokoje rodzinne,wnuczka od razu chciała być ze mną- więc ewentualny mój płacz nie wchodził w grę. Zdarzyło się kilka razy kiedy łzy bezgłośnie same spływały po policzkach, szczególnie wieczorem jak liczne małżeństwa czy pary usadawiały się przy  stolikach w różnych fajnych kameralnych miejscach...rozmawiali,sączyli winko czy piwo,grali w karty,słuchali muzyki....czy oświetlonymi alejkami spacerowali - trzymając się za ręce....Ja chyłkiem przemykałam niezauważona,siadałam samotnie na tarasie i patrzyłam w morze....Wtedy najbardziej brakowało mi męża...tez lubił wspólny czas i patrzenie na zachodzące słońce...i fale morskie...wspólne rozmowy i plany na przyszłość
Ikario,moja walizka po przylocie - też leżała ponad tydzień czekając karnie na rozpakowanie....Jednak ten wyjazd dał mi bardzo dużo,przełamał moje wpatrzenie się w samą siebie..zrozumiałam jaką byłam egoistką mając przede wszystkim swoje cierpienie na uwadze,zatraciłam się w rozpaczy tak bardzo,że nie pomyślałam o innych - moich dzieciach...tam wiele godzin przegadałam z córką ,po raz pierwszy zaznałam po nich uspokojenia takiego wewnętrznego...tak jak bym nagle otrząsnęła się z jakiegoś długiego letargu.
Teraz - dopiero  dochodzi do mnie, jak musieli cierpieć i co musieli czuć,kiedy widząc mnie lub słysząc mierzyli się każdorazowo z moją rozpaczą- nieustannym płaczem- wręcz lamentem..i krzykiem.Ja nie potrafiłam normalnie mówić,ja tylko posługiwałam się krzykiem.....Każde spotkanie,każde wypowiedziane słowa tylko i wyłącznie dotyczyły mojego ogromnego żalu,olbrzymiej mojej tęsknoty i samotności,której nie da się opisać żadnymi dostępnymi słowami. Jak powiedzieć,że odczuwałam nie tylko przeogromny ból psychiczny,ale i też ból fizyczny porównywalny z bólem porodowym ...to tak jakby nic nie powiedzieć.Sama sobie zadawałam pytanie: jak długo i jak bardzo można cierpieć ? za co? dlaczego? po co? ...przecież to jest nieludzkie,przecież tego bólu nie da się znieść...Ból po stracie męża mnie wręcz opętał,zatraciłam poczucie czasu i miejsca.Budziłam się nie wiedząc gdzie jestem,jaki jest dzień tygodnia - która jest godzina..Noc brałam za dzień , dzień za noc....
Na szczęście już jest to za mną,mało brakowało a sama bym siebie unicestwiła,popadła bym w jakiś obłęd,sama nie dałabym rady...to wtedy moje Anioły z tego Forum mnie ratowały,to wtedy córka uprosiła mnie abym zwróciła się o pomoc do psychologa.
Teraz córka planuje kolejny wspólny pobyt we wrześniu,teraz już wiem ,że to nie z litości tylko z miłości do mnie.Już się cieszę,wyjdę do świata...wyjdę do ludzi.Będę bardziej odważna i otwarta na to co przyniesie mi los...Wiem,że mój mąż chciałby,abym zaczęła w miarę normalnie żyć...bardzo się zawsze przejmował moim smutkiem i moimi łzami...,,proszę...już nie płacz...jak widzę twoją rozpacz - to serce mi pęka na pół...,,to Jego słowa.....Więc postaram się być dzielną i Go nie zawieźć...zrobię wszystko aby był ze mnie dumny....Był czas ogromnego smutku i rozpaczy,był czas uświadomienia sobie,że już nic nigdy nie będzie takie same i niczego już z życiem nie ugram,teraz jest czas przeogromnej tęsknoty ale i pokory wobec życia- już wiem że niczego nie da się zmienić i cofnąć..... ale żyć trzeba...a wkrótce nastanie czas rutyny i konieczności przyzwyczajenia się do dalszego samotnego życia - do codzienności raz lepszej raz gorszej....ale już dzień będzie dniem,a noc- nocą.
Pozdrawiam

31,074

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Jolu, ja też mam nadzieję, że nasze spotkanie uda nam się zorganizować. Ja jestem bardzo otwarta, na wszelkie propozycje, dostosuję do czasu i  miejsca.

Chyba wcześniej pisałam, że naszą pasją były podróże, byliśmy prawie na wszystkich kontynentach, ale mieliśmy swoje ukochane miejsce na Ziemi, u nas to była Teneryfa, byliśmy tam 15 razy i bardzo chciałabym tam pojechać, ale na razie jeszcze się boję, ale wiem, że kiedyś odwiedzę nasze „stare kąty”, bardzo tego chcę.
Teraz wyjeżdżając po raz pierwszy bez mojego M., na lotnisku miałam podobne odczucia. Ty Jolu patrzyłaś na rodziny z wnukami, a ja na pary, pełne życia, szczęśliwe, łzy cisnęły się do oczu, ale moja Przyjaciółka była taka zadowolona, że jedziemy, że wracam do życia, chociaż może tylko na ten jeden tydzień, że nie mogłam tego zepsuć. I tak, jak pisałam, to był fajnie spędzony czas, nie radośnie, jeszcze nie, ale spokojnie i przyjemnie.
I chociaż dzisiaj miałam kiepski dzień, płakałam, czułam żal, że muszę się mierzyć sama z problemami, jutro w pracy muszę podjąć bardzo trudną decyzję, przede mną znów samotna, pełna tęsknoty noc, a mimo wszystko czuję jakąś siłę, że dam radę i powiedziałam mojemu M., że będę silna Jego miłością, skoro zawsze we mnie wierzył.

Pozdrawiam Was Kochane

31,075

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Ikario! Wysłałam do Ciebie maila poprzez Forum z moim adresem. Jeśli będziesz miała chęć, odpisz.Wyjeżdżam dopiero w sobotę, nie umiem powiedzieć, czy będę miała czas, aby potem korespondować, ale postaram się. Niestety, nie potrafię wejść na Forum z telefonu. Zapomniałam hasła do logowania i mogę korzystać na razie tylko z jednego komputera. Nie wiem, co to będzie, jak padnie. Może któraś z Was wie, jak odzyskać hasło? Proszę o pomoc. Co do naszego spotkania, jestem bardzo chętna, ale żadna ze mnie organizatorka. Jola chwali mnie bardzo na wyrost. Ostatnio byłam w agroturystyce na Mazurach, niedaleko Rucianego Nidy, zupełnie przyjemne miejsce, z myślą o naszym spotkaniu pytałam o noclegi pod koniec sierpnia, będą dostępne. Możemy też sobie zorganizować tam jednodniowy spływ kajakami. Nie wiem tylko, czy to dla Was nie jest za daleko. Może macie inne propozycje? Napiszcie, proszę, co o tym myślicie. Wracam pod koniec lipca. Będę śledziła Forum, choć jak mówiłam, nie będę miała możliwości odpisania. Mogę się też komunikować poprzez Jolę, mailowo, lub bezpośrednio z Wami, jeśli napiszecie do mnie maila przez Forum
Pozdrawiam serdecznie

31,076

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny !
Widzę ,że forum na nowo odżyło ( w pozytywnym tego slowa znaczeniu ) Ja raczej już tutaj nie piszę ale czasami tu wchodzę , mam prywatny kontakt z Jolą , która niegdyś "bida okrutna" ( Jolu mam nadzieję ,że nie obrazisz się na to określenie) była w totalnej rozsypce a teraz jest tu głowną organizatorką ( tak trzymać !!!) Dziewczyny Drogie z nawet najczarniejszej żałoby się wychodzi ale trzeba ją przeżyc po swojemu ......
Rozumiem Was świetnie nowe koleżanki : Baśka , Maadlen , Ikaria .....Czytam Wasze słowa i dokłasnie są to moje odczucia ale z perspektywy już ponad 6 lat samotnego życia .....Pisałam tu prywatnie z kilkoma dziewczynami z forum ( podobno nawet im bardzo pomogłam ) Jeśli to prawda to dowód na to ,że z kazdej tragicznej sytuacji wynikają też i pozytywy ..... Po to jest ten wątek i nie wypalił się po tylu latach ......W nas kobietach jest siła i moc , jest chęć pomocy , chęć bycia w grupie i chęć wzajemnego zrozumienia ......Jestem z Wami , kibicuję i wierzę ,że kazda z Was powoli wyjdzie na prostą ....Jolu ! Ty przecież wiesz ,że to jest możliwe smile:):) Pozdrawiam i ściskam Was wszystkie smile:):)

31,077

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Aniczko moja najdroższa ..pewnie że się nie obrażam,bo właśnie to Ty mnie zmotywowałaś  do walki abym tą bidą nie była....a Venles tak po cichu  pilnowała żeby tak było.Wy - mądre - doświadczone - miałyście swoje ,,metody,,abyśmy trzymały   się pionu- choć to było przepraszam za wyrażenie:cholernie , nawet bardzo..cholernie..trudne...zadanie....
Wtedy w tym najgorszym i najciemniejszym dla mnie czasie,kiedy nie wiedziałam,czy   to noc czy dzień: wstawałam i od razu sprawdzałam ,czy któraś z Was do mnie pisała? Venles się dziś dziwi,że jej słowa mi tak bardzo pomogły,ale to jej e-maile dawały mi nadzieję,ze może być lepiej choć odrobinę ...Aniczka zawsze mnie motywowała,abym wzięła się w ,,garść,,ale tak umiejętnie to robiła,że w garść brałam się jak umiałam  najlepiej w danym momencie. Prawda jest taka,że byłyście dla mnie wyrocznią jak w Matrixe... tylko wierzyłam w to co Wy chciałyście mi przekazać...Wy byłyście wiarygodne i autentyczne...nikt inny - tylko Wy!! a telefony od Koli - to mini sesje terapeutyczne ...były i nadal są...tak stałyśmy się jedną wielką Kobiecą Drużyną....
Misiulka - Ty też jesteś dla mnie i będziesz zawsze bardzo ważną osobą- nigdy,wierz mi nigdy nie zapomnę Twojej troski..To Ty o północy sprawdzałaś co ze mną się dzieje dzwoniłaś słałaś SMS-y i MMS-y...obawiam się,że nie potrafię oddać tego co otrzymałam... Często myślami jestem z Tobą i mam nadzieję,że Ty o tym wiesz....Napiszę później,właśnie wróciłam z Buska Zdroju- to ponad 300km jednego dnia..pojechałam po suczkę....ktoś chciał ją oddać w dobre ręce...długo się wahałam,ale kilka z Was- moich wirtualnych przyjaciółek bardzo mi kibicowały...więc bardzo,bardzo dziękuję....Baśka - gdyby nie Ty- może bym stchórzyła,nie może, ale na pewno..bym stchórzyła...Tylko Ty i mój syn...powtarzaliście:bierz,jedź i nie zastanawiaj się...bo jak nie ty,,,to kto..? wielkie dzięki..teraz mam obok siebie male cudeńko-ufnie na mnie patrzące,ale pamiętam o mojej dawnej suni - mojej wiernej psiej przyjaciółki...niezastąpionej...,która odeszła 24 kwietnia tego roku-w tym samym dniu  urodziła się moja obecna suczka po którą dziś pojechałam...ale nie wiedziałam o tym Mam nadzieje,że dam jej dobre - spokojne życie...Pozdrawiam
P.S Aniczko i Venles...ja wiem,że Wy daleko przed nami...i może nie chcecie,a może brak czasu...ale odzywajcie się chociaż sporadycznie...jeżeli mnie pomogłyście - a u mnie prawie 2 lata samotności,to co dopiero Inne Dziewczyny?...pamiętajcie o nas..to Wy- jesteście WIARYGODNE i dajecie świadectwo każdego dnia,że nie może...ale na pewno będzie lepiej...po czasie...ale kiedyś ...tak będzie ..i jest - jesteście dowodem na to...a my się tego uczepiłyśmy i trzymamy z całych sił...

31,078 Ostatnio edytowany przez ANICZKA (2022-07-08 17:38:36)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny ! No i znowu ta moja Jola ( dawna "bida " a obecnie można by rzec " przywódca bandy samotnych babek" ) obliguje mnie do pisania tutaj ..... A ja już totalnie pogodzona z losem singielka mogę pisać ale tylko pozytywnie bo po tak długim czasie bycia samemu jestem już na etapie " kompletnie singlowskiego życia i dostrzegam tylko pozytywne aspekty bycia samej ( typu robię co chcę , jadę z kim chcę , kupuję co chcę i za ile chcę , nie muszę się tlumaczyć ......itp to jest ta przysłowiowa wolność ......Ale są sytuacje i chwile kiedy wręcz ta wolność mi doskwiera ....Kiedy przebywam w towarzystwie par , kiedy są świeta , kiedy są rocznice , imieniny itp..... z męzem rozmawiam cały czas , proszę o radę , o pomoc , o wsparcie , był on moją miłością i pozostanie na zawsze .....
Dziewczyny Drogie nie zamykajcie się w 4 scianach , wychodźcie do ludzi , do pracy , ryczcie sobie do woli ale nie przy ludziach ( zwlaszcza szczęsliwych mężatkach ) bo oni i tak Waszego bólu nie zrozumieją ! Chodzcie na cmentarz do waszych ukochanych ( mnie zawsze te wizyty oczyszczają i pozytywnie nastrajają - to moje cmentarne randki ) Bądzcie dzielne , upadajcie się i podnoście ale kroczcie tylko do przodu smile:):):)
Ściskam was wszystkie bardzo mocno , pozdrawiam Jolę , Kolię , Wenless , Baśkę , Ikarię , Maadlen smile:):):) tulę do serca wszystkie dziewczyny , które tu piszą i czytają , sercem jestem z Wami a z niektórymi z Was mam nadzieję spotkania się w realu w sierpniu smile:):) - Wasza Ania smile:):)

31,079

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Aniu,fajnie się czyta Twoje słowa...nie czuję się ,,naczelną,, -  tu piszącą ,ale pisałam,piszę i nadal będę pisać- bo to też jak pamiętasz/pamiętacie/zalecana przez psychologa- forma mojej terapii. Tak zachęcał wszystkie swoje podopieczne ,do dzielenia się z innymi swoimi emocjami i problemami. To pomaga w codziennym zmaganiu się  z samotnym życiem i zrozumieniu innych.Opowiadał/pisałam już dawno temu o tym/o kobiecie,uratowaną przed depresją po nagłej- niezapowiedzianej śmierci męża.
Pisała Ona codziennie listy do Niego,szczegółowo opisując każdy swój dzień... minuty,godziny....co czuje,o czym myśli..co Ją trapi i przeraża...Rozmawiałam z Nią- napisała 185 listów...które każdego dnia w drodze do pracy zanosiła na Jego grób...
Była na cmentarzu w dni powszednie dwa razy: w drodze: do i z pracy...bo tuż obok cmentarza przebiegała droga...Później, już te następne listy, zostawiała w domu...i przewiązane wstążką zanosiła w soboty lub niedziele. Już nie przechodziła przez cmentarz codziennie....tylko obok :pozdrawiając męża za każdym razem...
Aniczka ma rację całkowitą,każda z nas- to inna osoba...,inne emocje,inne przyzwyczajenia,inne możliwości życiowe,inny byt....
Ja cmentarz mam daleko,nawet bardzo...prawie 180 km w obie strony, trzeba też przejechać całą  Łodź - dosłownie :z jednego krańca na drugi..Bliżej ma córka- ale też 50 km...Więc radzę sobie inaczej,tak jak mi podpowiedział zaprzyjaźniony Brat Benedyktyn Z Tyńca. Gdy bardzo tęsknię lub czuję taką potrzebę ....zapalam świeczkę na parapecie i  spoglądam na zdjęcie męża blisko stojące...nie duże ...kameralne...moje i Jego ulubione...Myślę o Nim,wspominam,mówię po cichu to co powinnam powiedzieć głośno....
Drogie moje,do mojej miejscowości prowadzi 6 dróg...wszystkie ładne,nowe,szerokie...Mój mąż miał swoją ulubioną,ja mam swoją,mój syn i córka też- każdy inną....Tak jest i w życiu naszym..jak by była jedna - nie mielibyśmy wyboru.To tak jak z nam. Każda ma taką życiową drogę tylko dla siebie, tylko swoją...Jedne z nas tak sobie powolutku nią podążają,inne przyspieszają,a jeszcze inne cofają się z różnych powodów.... bo coś sobie przypomniały,czegoś zapomniały, nagle źle się poczuły.
Jednak i tak kiedyś po jakimś czasie, będą musiały na nią wrócić....bo po prostu nie mają innej możliwości....Dobrej drogi,bez kocich łbów,dziur i bocznych ślepych ścieżek..z których jest bardzo łatwo zbłądzić i się pobubić ....Pozdrawiam

31,080 Ostatnio edytowany przez Aloes21 (2022-07-09 21:28:10)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane,
Widzę, że Forum ,,odżyło" ostatnio. To jeszcze i ja postaram się parę słów napisać. Chociaż miewam przerwy w zamieszczaniu tutaj swoich postów, to czytam codziennie i jestem z Wami ,,na bieżąco". Ciężki, bardzo ciężki okres przechodzę teraz, dlatego też nawet do napisania kilku zdań trudno mi się zebrać.
Zbliża się 22 lipca - pierwsza rocznica najtragiczniejszego dnia w moim życiu. Może dlatego tak strasznie trudne i skrajne emocje targają mną z jeszcze większą siłą. Rok - to taki krótki czas przecież. Zwykle zleci jak z bicza strzelił... Jednak ten rok bynajmniej zwykły nie był... Był to niewyobrażalnie długi i koszmarny rok. 12 miesięcy przepełnionych ogromnym bólem, żalem, tęsknotą i rozpaczą po nagłej i tragicznej śmierci mojego Ukochanego Męża, a także równie głębokim cierpieniem po śmierci mojej Mamy (zaledwie 4 miesiące po mężu) . Parę miesięcy wcześniej - śmierć Taty. Przypomnę, że rodzice mieszkali razem z nami.  Mam dwoje dorosłych dzieci. Córka z mężem i dwójką dzieci wyprowadziła się z domu. Został ze mną tylko syn, ale rzadko bywa w domu. Cóż też ma swoje życie. W dużym, jeszcze tak nie dawno tętniącym życiem domu zostałam więc sama. Okrutny los zadrwił sobie ze mnie kompletnie. W tak krótkim czasie śmierć zabrała mi trzy najbliższe osoby... Jeśli są jakieś etapy żałoby, to po rodzicach pewnie kiedyś uda mi się przez nie przejść, aby w końcu osiągnąć względną akceptację. Natomiast po mężu - bynajmniej. Z tą tragedią nie pogodzę się nigdy. To zbyt wielki cios, zbyt wielkiej krzywdy doświadczyłam, aby móc kiedykolwiek nauczyć się żyć z tym tragicznym jarzmem. Rany w moim sercu są zbyt głębokie, aby mogły się kiedyś zagoić. Być może zabliźnią się z czasem, ale już zawsze pozostaną wrażliwe i podatne na rozdrapywanie. Rok ciężkiej trwogi, samotności i łez, a także krwawej i nierównej walki o każdy kolejny dzień, tydzień, miesiąc... Rok nędznej egzystencji, w której dzień miesza się z nocą, w której nie ma już radości świąt, niedziel, weekendów. Nie ma już nic..., tylko ta wszechogarniająca pustka, niemoc i brak nadziei. Jak ciężko walczyć o każdy oddech, gdy ból rozrywa serce, kiedy tak nagle i bez ostrzeżenia zawalił się cały świat. Bunt, złość i gniew i odwieczne pytanie: dlaczego??? nic nie zmieniły, wyniszczyły mnie tylko do głębi. Sięgnęłam dna i kresu ludzkiej wytrzymałości. Poznałam wszystkie najciemniejsze strony cierpienia i jego granic. To nie był zwykły rok... To całe wieki w bólu cierpieniu i nieludzkiej męczarni.... Nie sądziłam, że uda mi się przetrwać ten rok, a jednak cóż począć kiedy śmierć nie nadchodzi... ?  Trzeba iść dalej, skoro taki tragiczny scenariusz napisało dla mnie życie.. Tylko dokąd teraz prowadzi moja droga? Czy jest jeszcze dla mnie jakiś cel w tej dalszej samotnej wędrówce? Narazie go nie dostrzegam... Ten rok niewiele zmienił, nie ma żadnej magicznej granicy, za którą kończy się zmierzch, a zaczyna się świt. Ja nadal tkwię w mroku, ale z wątłą iskierką nadziei, że ten drugi rok i kolejne, które jeszcze przede mną przyniosą choć odrobinę światła.
Jak już pisałam na początku mojej historii nie dane mi było uczestniczyć w pogrzebie męża... To również bardzo dręczące i przykre... Dlatego teraz na pierwszą rocznicę śmierci zaplanowałam Mszę św. w intencji Męża oraz kolację dla najbliższych.. To będzie taka forma mojego symbolicznego pożegnania się z Ukochanym i uczczenie Jego pamięci. Może to pozwoli mi osiągnąć choćby namiastkę spokoju i ulgi. Próbuję znaleźć sposób i dojrzałam przynajmniej do tego, że chcę sobie dać szansę i pozwolić sobie pomóc. Dlatego cieszę się, że tak aktywnie uczestniczycie Kochane na naszym tu Forum. Miło, że organizujecie spotkanie i wspólny wyjazd. Ja niestety jeszcze nie czuję się na siłach, aby wziąć udział w tym spotkaniu. Na obecną chwilę nie daję się namówić na jakikolwiek wyjazd, nawet z dziećmi i najbliższą rodziną. Narazie wyjazd dokądkolwiek bez mojego męża wydaje mi się zupełnie pozbawiony sensu. Zawsze i wszędzie jeździliśmy razem, nie dam rady tak szybko się przestawić. Może kiedyś do tego dojrzeję.
Aniczko Droga jak dobrze, że odzywasz się tu po 6 latach żałoby. Twoje świadectwo jest niezwykle ważne i cenne dla nas, które jesteśmy na początku tej trudnej drogi. Pokazujesz nam, że i po najstraszliwszej burzy kiedyś może jeszcze wyjść słońce. Tak jak Ty, Misiulka, Venles czy Kollia ratowałyście kiedyś pogrążone w najczarniejszej rozpaczy dziewczyny - Baśkę czy Jolę, tak One teraz ratują mnie i inne te młodsze stażem wdowy - Maadlen, Ikariię czy Zzieloną. Niektóre z Was piszą do mnie też prywatnie - to bardzo wiele dla mnie znaczy. Jeśli i Ty Aniczko zechcialabyś do mnie napisać na maila, to będę Ci bardzo wdzięczna. Jestem naprawdę w niezwykle ciężkiej sytuacji i każde wsparcie jest dla mnie bezcenne.
Zauważyłyście Kochane, że nie przybywa nas tutaj ostatnio?! To dobry znak, ale pewnie są osoby, które spotkał podobny los i tylko czytają nasze historie. Może już to dodaje im otuchy i poczucia, że nie są same w swoim cierpieniu. To bardzo ważne - poczucie wspólnoty i współodczuwania w bólu. Bo to jest właśnie istota i cel tego wątku. Choćby udało się w ten sposób pomóc nawet jednej cierpiącej duszy - to już ma sens. A widać jednak pomaga. Mnie pomaga, za co Wam z całego serca dziękuję.
Nie zrażajcie się Dziewczyny Drogie, jak jakiś czas nie piszę. Po prostu są jeszcze tak ciężkie dni, że nie jestem w stanie zwlec się z łóżka. Wtedy jest totalna pustka i całkowite wyłączenie. Pamiętajcie jednak, że ciągle czytam i myślę o Was.
Pozdrawiam Was wszystkie serdecznie i życzę dużo siły.

31,081

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie dziewczyny! Aloes wysłałam do Ciebie swojego maila przez forum , chętnie do Ciebie napisze na priv , ściskam bardzo mocno

31,082

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie
Aloes Kochana, też mam takie chwile, że nie chce mi się zwlec z łóżka. Gdybym nie musiała iść do pracy to bym przeleżała w tej beznadziei do wieczora, a potem czekała do rana, potem do wieczora i tak w kółko.
Myślę, że niestety takich Kobiet, jak my jest dużo, nie od razu znajdują to Forum, a nawet jak znajdą to są w takiej rozpaczy, że tylko są w stanie czytać i płakać.
Jak tak miałam, czytałam, płakałam, czytałam, płakałam, aż w końcu się odezwałam. Wsparcie, jakie tu otrzymałam nie ma sobie równych.
Teraz są momenty, że jest lepiej, że idę do przodu, ale chyba tylko po to, żeby znów zakopać się w dole jeszcze głębszym.
Od jutra mam urlop, jadę w bardzo spokojne miejsce, w strony rodzinne, ale wiem, że będzie mnie ogarniał ogromny smutek i żal.
Dlatego piszmy, płaczmy, jak potrzeba, dzielmy się lepszymi chwilami, gorszymi, bądźmy tu razem.
Pozdrawiam Was Kochane

31,083

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam,radośniej się zrobiło na Forum,nie dlatego,że już dużo lepiej  sobie radzimy,ale że robimy wiele aby sobie wzajemnie pomóc i radzić...
Każde spotkanie z nowymi ,nieznanymi osobami jest wielkim wyzwaniem-  jest jedną wielką zagadką ...ale my przecież się znamy z naszego  Forum...
To dla niektórych z nas - tak jak by drugi- zastępczy dom.Znamy swoje historie,wiemy przez co musiałyśmy przejść,z jakimi demonami zmierzyć.
Ja jeszcze odezwę się w sierpniu,bo minie dokładnie dwa lata mojej żałoby...a podobno ma być jeszcze raz tyle?! Napiszę szczerze i otwarcie co się zmieniło - czy w ogóle coś się zmieniło....w moim bardzo smutnym - samotnym życiu.
Wiem,że wiele z Was na wakacjach jest...niektóre mają to szczęście,że z bliskimi ...
Inne dosłownie mają kilka dni na przepakowanie się...i dalej ruszają....ale nie zazdroszczę i nie żal mi,że u mnie inaczej...Nawet świadomie zrezygnowałam z kilkudniowego spotkania z przyjaciółką - za które wcześniej oddałabym dużo...bardzo dużo...Sama się dziwię swoją obecną  postawą życiową,ale chyba nadszedł u mnie już ten moment, ten czas - nieodwołalny,nie do uniknięcia - kiedy muszę sobie powiedzieć:sprawdzam.....
Sprawdzam jak dam radę bez niczyjej pomocy,bez łudzenia się ,że kilkudniowe pobyty i spotkania mogą coś więcej w moim życiu zmienić.Bo ja zawsze bardzo bałam się wszelkich rozstań i pożegnań...już jako dziecko bardzo przeżywałam te sytuacje.Był płacz,smutek i żal..za ludźmi,ale i też za miejscami.Miło i fajnie z kimś być- ale zawsze muszę wrócić do pustego domu...Masz rację Venles- nie pojadę w żadna sentymentalną podróż moją i męża - to bardzo zły mój pomysł był....Dziękuję za Twoje słowa,bo popełniłabym błąd i to wielki błąd...skutkujący powrotem ogromnego bólu i rozpaczy.Postanowiłam oddzielić moje obecne życie - od poprzedniego,jestem pod wrażeniem bardzo dawno czytanej książki,a teraz odświeżonej ...mowa o Krystynie Siesickiej i ,,Trzynasty miesiąc- poziomkowy,, , Powiem szczerze już kilka tygodni po śmierci mojego męża chciałam wrócić do niej.To jest moje koło ratunkowe.... moja życiowa nadzieja...właśnie ten trzynasty miesiąc- to clou mojego obecnego samotnego życia.Bardzo bym chciała,żeby teraz w moim życiu ten trzynasty miesiąc się właśnie zaczął....
Ja już wiem,i zawsze to było gdzieś w mojej głowie...nikt mi dalej nie pomoże..nie jest w stanie.....tylko ja sama.
Psycholog,rodzina,Wy...dzięki wszystkim wyszłam na prostą drogę.Nie było łatwo,przewracałam się / pisałam o położeniu się w redlinie ziemi na polu, podczas burzy/rozpaczy wielkiej- jak głośny- przejmujący krzyk i płacz/ przypadkowa kobieta w lesie mi wtedy pomogła/...nawet samobiczowanie się negatywnymi myślami i emocjami...co skończyło się jednorazową na szczęście wizytą u lekarza- psychiatry...
To właśnie tam - w tym Gabinecie usłyszałam ważne słowa: da pani radę - jestem tego pewna jako lekarz,ale musi pani zaufać sobie,dać sobie szanse o zawalczenie o siebie samą.Niech pani nie czeka i nie liczy na innych- ja wiem że sama wyjdzie pani na prostą...To potrwa,bo musi,trzeba dać czas...czasowi/i tymi słowami dzieliłam się z Wami/,niczego nie da się przyśpieszyć,niczego obejść na skróty.Z czasem i pomoc psychologa nie będzie już pani potrzebna...Czuję,że powoli sprawdzają się te słowa...nawet podczas bardzo sporadycznych rozmów z ,,moim,,psychologiem słyszę od Niego,że już jest o mnie spokojny....
Pozdrawiam i super dobrego wakacyjno- urlopowego czasu życzę....Wam Wszystkim właśnie podróżującym i szykującym się w podróż...dobrze,że nie samotną...
Widzicie moje drogie,już potraficie same podejmować kluczowe decyzje odnośnie swojego życia...teraz tego najbliższego,a później już tego dalszego...Jest w Was zmiana,dla Was jeszcze mało widoczna,ale dla nas - tych z zewnątrz...spora.

31,084

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny ! Zrobiło się radośniej , wspólnotowo ale .... na pewno jest kupa samotnych kobiet , które są jeszcze w świeżym bólu na poczatku drogi i może nie dają rady aby tu coś napisać , może tylko czytają ......Ja już parę razy zarzekałam się ,że nie będę tu pisać ( po tych prawie 7 latach ) ale piszę , znowu zaczęłam , znowu piszę do dziewczyn na priv ......jeśli komuś pomogę choć trochę to może jednak warto !!!
Jolu ! Te Twoje redliny spowodowały ,że pół dnia kołatało mi się po głowie : 'Jak pomóc tej zdesperowanej "Bidzie " i czy nie zrobi jakiejś głupoty ale to było bodajże w X 2020 roku ..... Tyle się zmieniło i zawdzięczasz to w dużej mierze sobie samej i tak jak piszesz krótkie ucieczki od rzeczywistości nic nie pomogą trzeba samej zacząć nowy rozdział już zupełnie innego życia ..... ale może nie aż tak gorszego .....
Dziewczyny Drogie Ikaria , Maadlen , Aloes dla Was to świeży ból i początek drogi ale z czasem poradzicie sobie , będziecie bardziej zdystansowane , pogodzone z losem , będziecie widziec same pozytywy singlowskiego życia ( tak jak ja ) albo rozpoczniecie nowy zwiazek jak niektóre dziewczyny z forum z którymi pisałam parę lat wstecz ....Bo to tylko od Was samych zależy czy zasklepicie się na zawsze w trwałej skorupie bólu i rozpaczy , czy rozbijecie tą skorupę , mówiąc "basta" - " nie będę larwą motyla , chcę być motylem smile:):)
Drogie dziewczyny tulę Was wszystkie do serducha smile:):) Gdyby któraś chciała napisać na priv to zapraszam , ściskam ciepło i wakacyjnie smile:):) - Ania

31,085

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Dzień dobry Wszystkim na tym Forum !
2. VI 2021 napisałam, że znikam cichutko z tego Forum, ale zostałam wywołana przez Aniczkę i Jolę. Drogie moje -  mimo, że 3.VI 2022 u mnie minęło 5 lat - ja dalej tęsknię za swoim mężem - może trochę inaczej bo bez łez. Oswoiłam się z samotnością i ciągle jeszcze uczę się inaczej żyć. Całkowicie zmieniłam swoje życie. Czasami jest bardzo ciężko, ale trzeba iść do przodu. Najgorsze momenty - to choroba lub gdy w domu coś się zepsuje i trzeba szukać pomocy. Mimo, że jestem "osobą techniczną" i wiele umiem sobie zrobić to niektóre dziedziny życia ogarniał mój mąż, a ja nawet nie interesowałam się takimi problemami. Teraz czasem bardzo długo czekam na pomoc - ale tego też musiałam się nauczyć. Nie panikuję - jak kiedyś, że nie dam rady - bo muszę dać rady w jakiś sposób. Nie planuję żadnych przedsięwzięć bo brak tego motoru jakim był mój mąż. Po 4 latach w tamtym roku zaplanowałam samotny wyjazd do Kołobrzegu na 10 dni. Bardzo się bałam tego wyjazdu, bo wcześniej jeździłam z jakimiś" przyjaznymi duszami" ale dałam rady i w tym roku jadę również do Kołobrzegu na 2 tygodnie też sama bo nie zgrały się terminy z moimi koleżankami.
Na początku żałoby nie znosiłam ciszy - musiało coś grać w domu, teraz czasem z przyjemnością siedzę i robię coś w ciszy i spokoju.
Aloes - u Ciebie dopiero rok żałoby - to jeszcze za krótko by było lepiej....wciąż wracają wspomnienia. Ponieważ " chłoniesz każdy wpis na tym forum"( jak to napisałaś) - więc chcę ci powiedzieć, że musisz nauczyć się żyć bez tego drogiego człowieka bo nie ma innego wyjścia. Koniecznie wstawaj z łóżka !!!! staraj się planować każdy dzień by coś robić. Szukaj ludzi przyjaznych dla Ciebie samotnej. Ludzie odsuwają nas od siebie , szczególnie Ci szczęśliwi - bo my jesteśmy        " wybrakowane" - jak to mówi moja jedna z koleżanek o 10 miesięcy dłużej stażem samotna. Ty również dojrzejesz do wyjazdów sama - trzeba czasu.
Ikario dobrze, że pracujesz - jesteś wśród ludzi, a to pomaga - mnie kiedyś bardzo pomogło i pracuję do dziś 1 dzień w tygodniu. Dobrze, że pojechałaś na urlop- pierwszy raz jest bardzo trudny, ale gdy się przełamie tą barierę- jest lepiej i już nie będziesz bała się wyjechać następnym razem.
Nie sposób - odezwać się dziś do wszystkich młodych stażem okaleczonych przez los, ale dacie radę - wiem to z mojego doświadczenia. Trzeba przeorganizować swoje życie i żyć inaczej. Ja stałam się bardzo aktywną osobą, planuję wiele spraw z wyprzedzeniem. Od listopada do końca kwietnia przeszłam 2 operacje uda     ( nowotwór niezłośliwy ). Przez grudzień i święta byłam unieruchomiona i zapłakana nad swoim losem. Boga prosiłam na kolanach by mnie zabrał bo nie mogę
przeżyć bólu ( nie dam rady!!!!!!!!!!)  i co żyję - wyzbierałam się w maju i w czerwcu już pojechałam do Medical SPA do Buska by nabrać sił.
Wszystkim nam pozostały wspomnienia i tego nam nikt nie zabierze. Każda rocznica jest trudna - nawet ta 5. ale nie da się tego zmienić w żaden sposób.
Żałobę trzeba przeżyć krok po kroku- wyciszanie emocji nic nie da. Odkładanie łez może po czasie spowodować nasilenie "dołów". Warto rozmawiać o naszym smutku- szczególnie w podobnych grupach. Trauma i żałoba "zamieciona pod dywan" nie znika - urasta za to do nieprzewidywalnych rozmiarów, form i kształtów.
Wszystkie Was bardzo rozumiem i cieplutko pozdrawiam- szczególnie moje bliskie mi forumowe kol. Jolę i Aniczkę.

31,086

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny !
Droga Wenles ! Dzięki za pozdrowienia smile:):) Wspaniale ,że jesteś taka aktywna i jakoś się odnajdujesz w swoim "singielstwie"!!! My jesteśmy już "weteranki " w temacie ale być może stanowimy świadectwo ,że można sobie poukładać w miarę swoje życie po stracie ukochanej osoby i iść do przodu ......
Drogie Dziewczyny na początku drogi , my Was doskonale rozumiemy i wiemy ,że potrzeba mnóstwa łez i czasu aby dojść do względnej stabilizacji .......Ale jest to możliwe i na pewno u Was też tak kiedyś będzie .....Badżcie otwarte na każdą pomoc , nie chowajcie się po kątach , wszystkie jesteście wyjątkowe i Wielkie , wspieram Was i trzymam za Was kciuki smile:):) Tulę do serducha i posyłam same dobre myśli z mnóstwem optymizmu smile:):)

31,087

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam serdecznie wszystkie Panie. Dołączam do forum, choć nie chcę dołować, trochę Was poczytałam i widzę, że wiele z Was wychodzi na prostą. Jest to dla mnie wielka pociecha, ale pokrótce opowiem o sobie. 31 marca straciłam partnera. Byliśmy razem 19 lat, mamy dwie cudowne córki. Zdarzył się wypadek i to tak dziwny, że nikt nie mógł uwierzyć. Mój ukochany zginął od porażenia prądem, człowiek, który całe swoje życie pracował z prądem, miał respekt i wiedzę, ale niestety to nie pomogło, ktoś na górze zadecydował że to jego czas. Nie umiem się z tym pogodzić, człowiek pełen energii, życia, radości i tak w jednej chwili po prostu odszedł. Trzy godziny przed jego śmiercią dzwoniliśmy do siebie z pracy, mówił mi co ma w planach na dalszy ciąg dnia, a już potem coś takiego. Minęło trochę czasu, niby trochę się pozbierałam, wszyscy mi mówią jaka jestem dzielna i jak świetnie sobie radzę, ale ja sobie nie radzę. Może jak jestem w pracy i nie myślę to jest ok, jak jestem w wirze obowiązków to też daje radę, ale wystarczy, że na chwilę usiądę w domu to łzy same się cisną do oczu, z jednej strony staram się nie myśleć o nim, a z drugiej tak bardzo mi go brakuje i to właśnie teraz, to jest sytuacja w której najbardziej byłby mi potrzebny, a z drugiej strony ta sytuacja jest dlatego, że go nie ma. Czytając forum podniosłam się na duchu, że nie tylko ja w takiej sytuacji mam gorsze i lepsze dni, że nie tylko ja mam takie lub inne myśli, wbrew pozorom to bardzo dużo

31,088

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Hej moje drogie...no i mamy namacalny dowód na to,że można ponownie wrócić do żywych jak to kiedyś powiedziała Venles...na nowo poznać smak zwyczajnych dni- już samotnych i w pustych domach...ale tak nie do końca...bo przecież w tych naszych wspólnych domach zostałyśmy MY!!. Żeby pozostał jakiś ślad po NASZYM WSPÓLNYM ŻYCIU musimy o to zawalczyć i to ostro iść na przód. Aniczko moja droga - masz rację- chylę czoła,że pamiętałaś- ta sytuacja moja z REDLINAMI - to był drugi lub trzeci miesiąc mojej żałoby....chciałam przestać istnieć...nie byłam w stanie więcej znieść bólu tego psychicznego i tego fizycznego też.Ciągły płacz- ba ! lament - krzyk do utraty sił..do utraty tchu....tu przewaga mieszkania na bezludziu....Udało mi się podnieść z tych redlin i jakoś się z tego błocka wydostać...ale nadal pamiętam przerażenie mojej córki na mój widok...później słyszałam jej cichy płacz...
Był czas- że nie mogłam patrzeć nawet na rodziny moich dzieci.Drażniło mnie dosłownie wszystko: śmiech dzieci,radosne gry i zabawy.Zajmowanie się codziennymi sprawami :domowymi i zawodowymi...Ich plany,nawet zwykłe codzienne zakupy,a gdzie ja w tym wszystkim jestem,gdzie jest miejsce dla mnie ? myślałam..i miałam w sobie olbrzymi żal i pretensje do Nich....do  znajomych,dawnych wspólnych z moim mężem przyjaciół.
W tej kwestii najbardziej mi pomógł psycholog i o dziwo mój syn... i wiele czasu wspólnie przegadanych.Teraz już wiem,ale dopiero teraz- od jakiegoś czasu,że za bardzo zaufałam ludziom- ,,pseudo,, przyjaciołom zwłaszcza..Ludzie zawsze przede wszystkim myślą o sobie i swoich rodzinach i to musimy przyjąć za pewnik i się z tym po części pogodzić.
Powinnam to wiedzieć - bo właśnie mój mąż mi powtarzał,wielokrotnie i do znudzenia: Jolunia licz na mnie i na siebie...to się nie zawiedziesz...Jego nie ma ,to ja sama muszę o siebie zawalczyć - i od pewnego czasu idzie mi coraz lepiej. Nie wiem co prawda jak długo tak będzie,ale staram się i to z Waszą pomocą....Tak wiem co mogą czuć: Aloes,Ikaria,zzielona..i Inne - jak ja kiedyś czytałam słowa Venedy i Aniczki- też byłam nastawiona do nich dość sceptycznie. Ja nie mogłam złapać tchu,nie panowałam dosłownie nad niczym...a ONE mi tu piszą o pracy,spotkaniach,wyjazdach,swoich domach...a mój dom przestał istnieć ,życie rozpadło się jak domek z kart...to na co ja mam liczyć? One kobiety z wielkich miast,a ja z własnej woli Banitka na całkowite odludzie....Mam złudzenie - takie nieodparte,że zgubiłam gdzieś rok- cały rok mojej żałoby.Wielu rzeczy nie pamiętałabym - gdyby nie prowadzony Dziennik,jak już pisałam- gubiłam dni,godziny...bałam się ,że nikt nie zadzwoni,nie napisze choć parę słów zwykłym SMS...Pomyliłam się,nie było dnia -żeby choć jedna osoba o mnie nie pamiętała.Smutne te dni były,ale znacznie więcej - tych - gdzie odbierałam ich kilka lub kilkanaście..Były Wasze SMS i e-maile Aniczko i Venedo też.....Kiedyś ktoś powiedział- warto żyć tylko dla siebie...ale warto zawalczyć też  o przyjaźń i zainteresowanie drugiej bratniej osoby..
Teraz pozyskałam nowe znajomości i przyjaźnie - myślę bardziej autentyczne i trwałe niż te przeszłe.Nie warto zabiegać o utrzymywanie wątpliwych kontaktów z ludźmi na których się zawiedliśmy...szkoda tracić na to czasu - nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki i kropka.
Kobiety i Dziewczyny - dacie radę- nie ma innej opcji.Też za jakiś czas - mam nadzieję będziecie radzić innym - tym młodszym stażem...bo życie jest życiem...Panta Rhei ....są rzeczy na które mamy bardzo mały wpływ, a są i takie na które wpływu nie mamy żadnego...Pozdrawiam serdecznie

31,089

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Hej Dziewczyny ! Tulę do serca nowa koleżankę Aisę:) To wielka trauma , olbrzymi ból...jesteś na początku bardzo krętej drogi i na pewno w tym momencie nie wierzysz , że będzie kiedyś lepiej ale Będzie ,.....Tylko potrzeba morze a czasami wręcz ocean czasu .....Pisz tutaj , wylewaj emocje , są tu wspaniałe Babeczki , wszystkie tutaj Ciebie rozumiemy i wspieramy smile:):) Pozdrawiam wszystkich i posyłam dobre wibracje smile:):)

31,090

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Dziękuję za ciepłe przyjęcie. Szukałam takiej grupy jak ta. Bo potrzebuje słów wsparcia od osób, które wiedzą co czuje. Mam wsparcie bliskich i znajomych, są naprawdę wspaniali, wyrozumiali, ale pocieszenie z ich strony nie odnosi efektu, bo wiem, że oni nie rozumieją co się dzieje w mojej głowie. A nic co znają (śmierć bliskich najczęściej rodziców) nie jest porównywalne z tym co przechodzę ja. Znikła osoba, z którą byłam dzień na dzień, do której dzwoniłam parę razy dziennie mimo, iż wiedziałam, że spotkamy się w domu, z którą planowałam wieczór, weekend, wakacje, starość, a teraz nie ma planów. Dziękuję Bogu, że mam córki, takie małe cząstki jego, to dla nich jeszcze żyję, dla nich wstaję z łóżka, moje życie się skończyło, ale one jeszcze mają całe przed sobą i chcę, żeby mimo wszystko przeżyły wszystko co najlepsze, nie w żalu, smutku, i tak mają już gorszy start, bo nie mają ojca, nie chce by cierpiały, a i tak będzie im trudniej (na urodzinach, świętach, sukcesach i porażkach nie będzie taty, będę tylko ja) Ja jedyne czego się obawiam to samotności, córki kiedyś pójdą w swoją stronę, a ja?

31,091

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie kochane. Super ze odezwały się wdowy z długim stażem. Bardzo dobrze jest moc poznać wasza perspektywę i nabrać jakichś nadziei na przyszłość. Aisa bardzo dobrze wiem co czujesz, oczywiście pisz jak tylko masz taka potrzebę, zrobi ci się lepiej i na pewno malutkimi kroczkami i gdy dasz sobie czas na przeżycie tego również będzie sie polepszac choć brzmi to jak abstrakcja. Na mnie działa forum jak terapia grupowa.
Dziewczyny. Może i ja będę chetna na wspólny wyjazd? Mieszkam w Warszawie. Madlen jak tylko masz ochote to ja jestem jak najbardziej chetna żeby wymienić się kontaktem. Dobrze czytać ze macie jak ja - „żyjecie” ze swoimi mężami, myślicie i planujecie jakby to było z nimi.. bo czasem mi się wydaje jakby cos było już ze mna nie tak i z moją głową. U mnie w sumie za wiele się nie zmieniło. Widziałam się z rodzinką mojego partnera także wyszłam trochę do ludzi. Znaleziono malutkiego porzuconego kociaka, zostanie on właśnie u nich.. jest teraz u mnie gościnnie i bardzo się ciesze bo malutkie stworzonko daje mi radość i nie czuje się samotnie, niestety na stałe nie mogę go zabrać ale będę odwiedzać. Zaraz wyjezdzam do mojej rodziny na kilka dni wiec oderwę się od trybu praca dom. Zmienię otoczenie, może wyjadę z mamą chociaż na jeden dzień. Powiem wam ze nadal nie mam napędu do życia. Jakoś na niczym mi za specjalnie nie zależy, nie mam motywacji albo wręcz olewam różne rzeczy bo uznaje ze nie są ważne. Trochę „polubiłam się” - bo nie wiem jak to określić - ze swoim towarzystwem bo lubię siedzieć w domu sama ze sobą ale z drugiej strony tą samotność odczuwam no i mam taką rozterkę.. wiem ze nie mogę się zamknąć na zawsze w domu. Czekam az nadejdzie znowu ta siła do życia. Jakby na mnie popatrzeć z boku to jest całkiem ok ale nie jestem tą energiczna dziewczyną co kiedyś. Na horyzoncie z nienacka pojawiła się możliwa nowa relacja.. ale powiem wam przeraza mnie to chyba jeszcze. Może „dobrze” mi jest samej? Ciagle tesknie za moim ukochanym i najlepszym przyjacielem.. to był oryginał. Człowiek wyjątkowy. Nawet jeśli kiedyś mi z kims innym wyjdzie to zawsze będę w pewien sposób „naznaczona” tą traumą. Zawsze będę o nim myśleć i już do końca życia będzie on żył we mnie. Wiem o tym. Nawet powiem wam ze pewne jego zachowania zauważam w sobie. Strasznie tesknie i dziś od rana pozwalam sobie na płacz..
Pozdrawiam was wszystkie bardzo serdecznie

31,092 Ostatnio edytowany przez Ewalint71 (2022-07-17 13:30:54)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Cześć dziewczyny Jakie to niesamowite że to forum wciąż żyje. Coś dziś mnie przyprowadziło,... Byłam tutaj 11 lat temu, mój mąż nie żyje od 12 lat To forum dosłownie uratowało mi życie. przyjaźnie stąd mam do dziś Nadal jestem wolna, ... mam 50 lat hihi Ten długi czas poświęciłam sobie Moje życie jest leprze niż było kiedyś, rozwinęłam się, zrozumiałam dużo,, jestem kimś lepszym, jestem wspaniała Tak się czuje To jest życie ..ten ból i ta radość Rozumiem Was i wspieram Żałoba to czas na zatrzymanie się, od Ciebie zależy co z tym czasem zrobisz ... Możesz wzrosnąć, a znam też takie osoby co stoją w miejscu Ból to łaska cierpienia Kiedyś tego nie rozumiałam, teraz już rozumiem Jest jedno życie

31,093 Ostatnio edytowany przez Aisa2022 (2022-07-17 22:53:50)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Dobrze się czyta Was, wasze przemiany, daje mi to nadzieję, że kiedyś i ja będę mogła spojrzeć na to wszystko inaczej. Nie poddaje się choć moje serce co dzień rozrywane jest na strzępy. Co dzień przypominam sobie chwilę za chwilę ten okropny dzień kiedy wszystko straciło sens. Ten zlepek dziwnych zbiegów okoliczności, które doprowadziły do tej tragedii, ciągle w myślach przerabiam to wszystko i wyrzucam sobie, innym, Bogu, że wystarczyło, by tylko jedna rzecz zadziała się inaczej, a on teraz byłby ze mną i dlaczego tak się stało. Nie rozumiem tego. Wciąż nie umiem tego pojąć. Przecież słyszy się o tak wielu rzeczach złych i ludzie z tego wychodzą cali, chorują, są w śpiączce lub długo przebywają w szpitalach, ale wychodzą z tego, a tu ot tak i go nie ma i już nigdy nie będzie. Jak z tym żyć. Jak to pojąć. Ja ciągle mam nadzieję, że to sen. Choć z każdym dniem, rozum podpowiada, że to nie możliwe by sen tak długo trwał, ale ja jeszcze wierzę, że tak jest. Czasem modlę się by czas się cofnął, bym mogła go zatrzymać, bym mogła go ostrzec. Albo proszę go by do mnie przychodził w snach, bym mogła go zobaczyć, ale nic takiego się nie dzieje. Czemu tak jest. Czasami śnią się nam takie głupoty, a kiedy tak bardzo chcę by on mi się przyśnił to tego nie robi. Kompletnie nie wiem co mam zrobić że swoim życiem. Z jednej strony robię wszystko tak jakby on miał wrócić, żeby był dumny, że daję radę, z drugiej strony wiem, że nie wróci i co potem? Mieliśmy wybudować dom, więc go buduję, ogarniam codzienne sprawy, przełamuje swoje lęki i obawy by sobie radzić, ale co dalej, przecież on mnie nie pochwali

31,094

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny !
To forum "żyje" choć nasi Ukochani są już w innym bycie ...... Jak widać zaglądają też tu nie tylko świeże wdowy ale jeszcze większe weteranki w temacie niż ja Ewalint71 ( u mnie będzie 7 lat u Ciebie 12) Osobiście polecam to miejsce samotnym , dla mnie była to swoista terapia i poczucie wspólnoty smile:):) Nawiązujemy też tutaj prywatne kontakty , piszemy do siebie i dzwonimy ..... Wiem ,że dla świeżych w traumie dziewczyn jest niewyobrażalne ,że ich życie może być jeszcze szczęśliwe i normalne ale wierzcie mi może być smile:)
Aisa Droga ! Twoje córki zbyt wcześnie straciły ojca .....Mój syn został bez ojca na 2 m-ce przed 18 urodzinami , ale to już przeszłość , wręcz go to zahartowało życiowa , obecnie jest 25 letnim ogarniętym facetem , z którego jestem bardzo dumna! Także niech Twoje córki będą dla Ciebie tym promyczkiem nadziei , wyjdź dla nich z tej "ciemnej dziury" , realizuj plany swego ukochanego (wiem ,ze to nie jest łatwe ) Nie zrozumiesz dlaczego tak się stało , nikt Ci na to nie odpowie , ale ciągłe analizowanie tego też nic Ci nie da ......Modlitwy też czasu nie cofną .... jeśli już to raczej módl się za swojego ukochanego i za siebie ,żebyś miała siłę i odwagę aby iść do przodu ....
Dziewczyny Drogie cieszę się ,że mężnie walczycie o każdy samotny dzień dalszej egzystencji , nie poddawajcie się choćby nie wiem co , bo żałoba to etap przejściowy naszego życia , nawet ta największa po najbardziej kochanej osobie ....
Ściskam Was wszystkie bardzo mocno smile:):)

31,095

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam serdecznie Was wszystkie.  Dzisiaj głównym tematem będzie organizacja naszego spotkania, w zasadzie ostatnie szlify. Tej trudnej sztuki podjęła się Jola, ma spore doświadczenie w agroturystyce. Dziewczyna obdzwoniła wiele miejsc, obejrzała mnóstwo domków. Chodziło o to, by nie było zbyt wysokich cen, by było swobodnie i ciekawie. Wybrała Jurę Krakowsko Częstochowską i miejscowość Złoty Potok. Cała Jura jest przepiękna. Termin tego spotkania to wstępnie od 19 do 24 sierpnia, na ile kto może.
Na razie jest zdecydowanych około 6 osób. Z informacji od Joli wynika, że zainteresowane są Aniczka, Baśka, Ikaria, Kolia. Do Maadlen poszedł mail z numerem telefonu i prośbą o kontakt, czy nadal jest skłonna przyjechać. Wszystkie, których nie wymieniłam, a chciały by przyjechać i się spotkać, proszone są o napisanie prywatnego maila przez forum, bezpośrednio do Joli. Pozdrawiam Was wszystkie serdecznie.

31,096

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam moje drogie, Kolia pomaga mi ogarnąć logistycznie to letnie nasze  spotkanie... dzięki...Z reguły jest tak,ze im dalszy termin- tym więcej chętnych - a im bliżej tym ... mniej.
Życie nas zaskakuje i dlatego jeżeli w chwili obecnej któraś z zadeklarowanych wcześniej kobiet z różnych względów nie da rady dojechać...to proszę o kontakt.Właściciele domów mają to do siebie,że chcą potwierdzenia i zaliczki za pobyt- nie do się tego ominąć....
Ceny poszybowały błyskawicznie,rodziny spieszą się wykorzystać Bony Turystyczne dla dzieci,więc ciężko jest z super miejscówkami,ale agroturystyka ma to do siebie,że ma się dużo swobody i niezależności.
Czekamy więc ...
Asia,Ewalint..szkoda ,że śmierć naszych mężów czy partnerów w sposób niezamierzony przyczyniła się do naszej znajomości,ale wszystko przed nami.Lepiej mieć obok siebie kilka osób,które czują to samo co my,i wiedzą co przeżywamy...a nie tylko Tych co  niewątpliwie  kiwają głową ze zrozumieniem ...ale nigdy nie byli na naszym miejscu...
Mają dobre intencje i chęci,ale nie są w stanie wczuć się w naszą sytuację.
Jednak żałoba nikogo nie ominie,nie ma takiej możliwości.Prędzej czy później wszyscy kogoś stracą,nie da się przekupić śmierci i zaczarować życia.
Kiedyś ktoś mi powiedział: ale ,ty masz już co najgorsze za sobą...a ja przed.
Nigdy nie wiemy w jakim stanie fizycznym i psychicznym będziemy,gdy przyjdzie nam pożegnać na zawsze bliskich.,,Ty już wychodzisz z czarnego tunelu...a ja mam rodziców,którzy nie wiedzą gdzie są i kim są... mają ponad 80 lat i chodzą w pampersach.../to usłyszałam od przyjaciółki,samotnej od zawsze - z wyboru/zawód miłosny/,jedynaczki- której rodzice byli nauczycielami i mają emerytury nie pozwalające na prywatną opiekę..Ona sama też nauczycielka j.polskiego - więc nawet korepetycje nie wchodzą w grę.Muszę przyznać,że wytrwale mnie wspierała po śmierci mojego męża,znała Go bardzo długo - bo razem przepracowałyśmy w jednej szkole ponad 30 lat!!!.. więc było sporo czasu na wspólny czas....Po części ma rację,możemy po prostu w pewnym wieku i przy dolegliwościach zdrowotnych nie być w stanie godnie pożegnać tych ,których bardzo kochamy...Po prostu,na wiele rzeczy nie mamy i nigdy nie będziemy mieć wpływu...takie życie...!!!!
Ja mam takie poczucie,że Aniczka czy Venles czy Misiulka ,Kolia ,Baśka - to moje kuzynki przyjaciółki- choć u nas w centralnej Polsce mówi się Siostry Cioteczne....zamiast kuzynek..
Doświadczenie życiowe mamy podobne,wiek różny..ale kobiety mają w sobie wielką siłę - która pokonać może  wiele...-  i  być może choć odrobinę pomoże nam naszą tragedię oswoić.. i da siłę na dalszy czas...nie znany i nie koniecznie łaskawy..Mnie powiedział psycholog : kobiety mają więcej siły do przeżywania wszelkich traum i tragedii- większość mężczyzn nie byłoby w stanie uporać się z takim życiowym bagażem co Wy....Chylę czoła...myślę,że jest w tym trochę racji..Pozdrawiam serdecznie

31,097

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny !
Jola ! Chylę czoła za super działanie celem organizacji spotkania , jesteś Kobieta Torpeda i świetnie działasz ! Moją decyzję znasz i dobrze wiesz ,że zaakceptuję wszystkie warunki i już nie mogę się doczekać fajnie spędzonego czasu z Tobą i innymi dziewczynami z forum .......zresztą na 120 % widzimy się 17 sierpnia ! Też apeluję do Dziewczyn aby odezwały się do Joli i dały konkretne odpowiedzi ......wiem jak ciężko jest to wszystko opanować logistycznie , zwłaszcza że mieszkamy w róznych stronach Polski i nie wszystkie są zmotoryzowane ( jak np ja "bida ") ale w tym temacie pomaga mi Jola smile:):) Dzięki za tą "siostrę cioteczną " , ja nigdy nie miałam rodzonej siostry to nie obrażę się nawet na "'przyszywaną siostrę ":):):)
Kolia! Fajnie ,że pomagasz Joli w organizacji tego spotkania , jesteś energiczna Kobitka i cieszę się na poznanie w realu smile:):)
Dziewczyny świeżo w traumie ! Jestem z Wami całym serduchem , kibicuję Wam w Waszej walce !!! Mocno wierzę w to że zawalczycie o siebie ,żeby za jakiś czas osiągnąć taką formę aby mieć chęć do kontaktów towarzyskich , cieszenia się z  życia i względnej stabilizacji ......Póki co posyłam dużo sił i dobrej energii do dalszej walki bo jak wspomniała Jola w Kobietach jest siła i moc przetrwania smile:):)
Ps. Jolu zapomniałam do pracy telefonu i do 17 godziny jestem poza zasięgiem ale w sprawie wyjazdu myśmy się już dogadały - ściskam mocno smile:):)

31,098

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Kochane Moje Serdeczne Przyjaciółki...
Jutro pierwsza rocznica najtragiczniejszego dnia w moim życiu... Czas tak bardzo się dłuży... Od kilku dni analizuję i od nowa przeżywam każdą chwilę sprzed roku, kiedy mój Skarb Najdroższy był ze mną jeszcze...
Co się stało, co nie zadziałało, co zniszczyło nasze życie i dlaczego?! Te pytania zadaję sobie od roku i zadawać je sobie będę pewnie do końca moich dni... I co jest najgorsze - nigdy nie poznam odpowiedzi na nie.
Rok nadludzkiego bólu, cierpienia bez granic, rozpaczy, tęsknoty i łez.... Kończy się ten rok, moje cierpienie niestety nie... Zastanawiam się dlaczego, po co i jak udało mi się przetrwać te 12 najcięższych i najdłuższych miesięcy. Gdzie są granice ludzkiej wytrzymałości...?! Czy w ogóle są? Dziś tak trudno mi żyć. Boję się strasznie jutra i dalszej przyszłości, której przecież nie ma już dla mnie...
Dziś walczę o każdy oddech... Czuję tak jak by jutro miał być pogrzeb mojego Ukochanego... I poniekąd tak jest. Jutro muszę Go pożegnać i powoli pozwolić mu odejść. On musi odpocząć, bo wiem jak bardzo się męczy widząc mnie pogrążoną w najczarniejszej rozpaczy. ,,Śpij spokojnie Mój Najdroższy... I czekaj tam na mnie... Kiedyś będziemy razem już na wieki... Twoja nagła okrutna śmierć rozdzieliła nas tymczasem, ale moja śmierć połączy nas z powrotem.... "  Tylko ta myśl jest moim światłem, w mroku życia...
,,Do zobaczenia Kochany"
Dziewczyny Drogie pomyślcie jutro o mnie, jesteście dla mnie bardzo ważne...
Życzę Wam wszystkim lepszego czasu. Dziewczynom na sierpniowym spotkaniu, spokoju i dobrego, owocnego wypoczynku.
Aisa witamy wśród nas, w naszym kręgu samotnych, złamanych serc. Dobrze trafiłaś, tu otrzymasz ogromne wsparcie, zrozumienie, nieocenione rady... Tu możesz pisać o wszystkim... My rozumiemy..., Nie oceniamy. Każda z Nas stara się pomagać jak tylko potrafi. Ja nigdzie nie znalazłam lepszej terapii. Jestem też w ciężkiej i świeżej traumie. W nieco ponad rok straciłam trzy najbliższe mi osoby. Tatę nagle, Mamę - tak trzustki i Męża nagle i bardzo tragicznie... Wiem doskonale co to cierpienie i Tu właśnie szukam ukojenia. Za wcześnie, aby nadeszło, ale jest zrozumienie - a to już bardzo wiele.
Pozdrawiam najserdeczniej i życzę spokojnych i dobrych wakacji.

31,099

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie drogie
Kochana Aloes jestem jutro z Tobą myślami. Jesteś bardzo dzielna.
U mnie pierwsza rocznica będzie dopiero za niecałe 3 miesiące ale już o tym myśle i się boje.
Aniczka dziekuje za te słowa ze żałoba to etap przejściowy nawet po najbardziej ukochanej osobie. Dają nadzieje że kiedyś będzie normalnie choć to dziwnie teraz brzmi. W ogóle jak widzę wasze wpisy, jedne są na początku żałoby, inne przeżyły już wiele lat po śmierci mężów.. i w tym wszystkim widzę siebie ile już przeszłam, ile już za mną i właśnie ile może jeszcze przede mną? Narazie tkwię w jednym punkcie. Po moich zmianach znów życie się zatrzymało. Ale staram się mieć nadzieje i walczyć o kolejne dni. Czasem z tej całej niemocy mysle sobie: boze, poprostu niech mi ktoś go odda z powrotem.. Ale to już nierealne to już nie wróci. Innym razem mysle ze skoro się tak nie da to ja chciałabym trochę wcześniej ten żywot zakończyć..
Aisa, tak bardzo cię rozumiem, jakbym czytała siebie kilka miesięcy temu.. tez tak samo myslalam ze przecież ludzie wychodzą ze strasznych rzeczy, wypadków, chorób. Miałam pretensje i do siebie i do wszystkich na zmiane i do tych wszystkich sytuacji i zbiegów okoliczności. Bo to co się wydarzyło mogło się nie wydarzyć. Ale tak już jest i musze z tym żyć. Myslalam dlaczego nam się o przytrafiło. Dlaczego akurat jemu? I powiem ze nadal tego nie rozumiem ale już rzadziej zadaje sobie takie pytania. Mój partner byl właśnie w śpiączce. Myslalam ze jeszcze trochę „poleży” i jakoś z tego wyjdzie silny młody, nadzieja była cały czas a w głowie milion scenariuszy. Ale zmarł niecałe 2 doby po wypadku. Całe życie runęło. I moje i jego. Szczerze nadal to nie wierze ale chyba bardziej się z tym oswoiłam.. ostatnio byłam u mojego psychiatry. A nie byłam na wizycie już baaardzo dawno, i bardzo się stresowałam. I  sama przed sobą mówiąc na głos się przyznałam ze jest lepiej. Ze pomaga mi praca do której się nie zmuszam. Żyje bo żyje, z dnia na dzień i w samotności i bez energii.. ale jest lepiej. Patrząc na to co było.
Zaczęłam myśleć nad wybraniem się na wyjazd ale niestety nie w tym terminie a szkoda ale może kiedyś innym razem?
Kochane pozdrawiam i przytulam.

31,100

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny !
Dziękuję serdecznie ,że kibicujecie nam z tym wspólnym wyjazdem i życzycie powodzenia smile:):) Przyznam szczerze jak się tutaj zarejestrowałam 5 lat temu nie myślałam ,że to forum pomoże mi też poza pisaniem nawiązać prywatne relacje ale jak widać nigdy nie wiadomo co nas czeka w przyszłości ......także nigdy nie powinno się zasklepiać w swoim bólu i rozpaczać ale odważnie iść do przodu i być wojownikiem , który mimo wszystko walczy i nigdy się nie poddaje !!!
Droga zzielona dzięki za dobre słowo smile:):):) no pewnie ,że jest to etap przejściowy a Ty jesteś bardzo młodą osobą , zapewne po etapie rozpaczy i pogodzenia się z faktem odejścia ukochanego znajdziesz kolejną miłość .....Znam dziewczyny tu z forum , które stworzyły nowe relacje i są szczęśliwe ! Tulę do serducha jak córkę smile:):) Szkoda ,że nie możesz z nami jechać , ale może z czasem kto wie ......., bo życie bywa nieprzewidywalne ..........
Aloes ! Ty wiesz ,że jestem dzisiaj z Tobą myślami smile:):)
Aisa ! wylewaj swoje emocje ! My Ciebie rozumiemy smile:):):)
Pozdrawiam wszystkie dziewczyny smile:):) Pamiętajcie , że wszystkie jesteśmy Wielkie ,mądre i niepowtarzalne i dajemy radę ( co by nie było ) Ściskam Was mocno smile:):)

31,101 Ostatnio edytowany przez kolia1 (2022-07-24 15:08:34)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Moje wspomnienia z pierwszej rocznicy śmierci mojego męża... ten dzień nie był ani gorszy ani lepszy od innych. Ciągle żyłam wówczas (nadal chyba również) w przeświadczeniu, że to NIEMOŻLIWE. Bałam się tego dnia podobnie jak wy dziewczyny. Nie wiem....może liczyłam że On wróci jakąś magiczną mocą a może liczyłam, że poczuję chociaż odrobinę ulgi. Jednak nic takiego się nie stało. w realu ten dzień był jak co dzień...ponieważ chodziłam na Jego grób codziennie, więc nawet wizyta na cmentarzu nie była niczym innym. Kwiaty zawsze świeże, płonące znicze...to była moja codzienność...trwa dotychczas. Prosto z pracy jechałam na cmentarz i...najczęściej nic tam nie czułam. Dopiero w pustym domu....w zasadzie w każdej chwili życia, w każdej sekundzie. W tym roku w czerwcu, minęło dwa lata. Byłam sama....już chyba nie czekałam...nie wierzyłam w magiczny cud zmartwychwstania... NIC JUŻ NIE WRÓCI I NIC NIE BĘDZIE TAKIE JAK PRZED tą tragiczną chwilą ZERO. To już wiem...tylko nadal nie wiem co dalej....co mam zrobić z moim życiem, jak nadać mu sens i jakąkolwiek wartość...
Wczoraj rozmawiałam z moim bratem, który owdowiał w maju. Moja bratowa zmarła również nagle, po trzydniowym pobycie w szpitalu...Ze względu na dzielącą nas odległość, widzimy się niezbyt często. On, po dwóch miesiącach już to wie i wczoraj mi to powiedział, ja łudziłam się dość długo... dla mnie to było jakieś niewyobrażalne emocjonalnie....że już nigdy, że na zawsze.
Zawsze, odkąd pamiętam, miałam problem z pokorą...i chyba już tak zostanie. Nie nauczę się już jej.. Nie byłam i nie jestem pokorna. I chyba stąd ten mój bunt....trwający nieprzerwanie.
Pozdrawiam was i przytulam dziewczyny. Przetrwacie pierwszą rocznicę i każdą kolejną...to tylko daty, liczby...nic nie znaczące. W żaden sposób nie odnoszące się do tego co czujemy i jak się czujemy. Puste daty.

31,102

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam Wszystkie! Kolia ma racje ,że to tylko daty - ale nie bez powodu patrzymy w kalendarz w czasie naszej żałoby. Według psychologii klinicznej - to właśnie po roku powinna nastąpić poprawa, choć częściowa naszego samotnego życia.Właściwie to rok i 6 tygodni - trwa żałoba po współmałżonkach/dla ludzi wierzących/. Tak wyczytałam...ale w życiu nie zawsze kierujemy się ogólnie przyjętymi normami.Każdy człowiek jest inny,tak jak każdy ma różny próg bólu.Ja osobiście przechodziłam w szpitalu takie badanie,bolesne i nieprzyjemne.Dowiedziałam się,że mam wysoki- tzn:znoszę  i wytrzymuję bardzo dużo.Tak sobie tłumaczę,że tylko to uchroniło mnie przed obłędem i całkowitym wycofaniem się z życia...po nagłej,bezsensownej śmierci najważniejszej osoby na świecie.Baśka ma rację mówiąc,że dla Niej gorsza była druga rocznica....tak jest ze mną.Już od kilku dni popłakuję wiedząc,że ta data się zbliża.Nawet wakacyjna obecność mojej wnuczki nie jest dla mnie przeszkodą.
Staram się ,aby nie musiała mnie widzieć w rozpaczy,ale to jest tylko moja ,,gra,,- poza uśmiechniętej - radośnie  bawiącej się z Nią  babci.W środku jest koszmarnie: złość ,bunt,niezrozumienie ...tego czego musiałam przez ten czas doświadczyć i nadal doświadczam choć już w innej łagodniejszej formie. Aniczka pisała o kobietach i nowych związkach...być może są szczęśliwe,być może chcą w to wierzyć..Ja jednak dla siebie nie widzę takiej przyszłości.Mój mąż był dla mnie przyjacielem,opoką, celem i sensem życia.Nauczył mnie cenić siebie,zawsze miałam bardzo niskie poczucie swojej wartości- to już nawet psycholog i psychiatra zauważyli .On jeden powtarzał: jesteś dla mnie najważniejsza,urodziłem się tylko po to, aby ciebie poznać...nie potrafię sobie wyobrazić co bym zrobił,gdybyś nie była obok mnie,nie potrafię żyć bez ciebie.Masę codziennych telefonów...miłych gestów,wspólnych wypadów, i wyjazdów...takie papużki nierozłączki - jak mówili o nas nasze dzieci....I nagle jedna z nich odchodzi,umiera..w świecie zwierząt często to drugie tez umiera po jakimś czasie z ...żalu i tęsknoty.Ja nie umarłam,kiedyś dołączę ? ? do Niego.Jak nie,to i tak już nie będę tego wiedziała i czuła.Nie chodzę na cmentarz - bo mam daleko,ale nie ma dnia abym kilka - kilkanaście- kilkadziesiąt razy o Nim nie myślała. Już bez potoku łez,bez rozrywającej rozpaczy....ale nadal cierpię,nadal przeżywam,nadal nie godzę się na brak Niego przy mnie.
Musiałam zaakceptować fakt ,ale NIGDY się z tym nie pogodzę.Też nie ma we mnie pokory,będę walczyć o każdy dzień  bo jestem Mu to winna,ale głównie z tą myślą,że moje dzieci muszą mieć matkę jako - tako ogarniętą życiowo - bo już dla wnuków niekoniecznie.Mają po komplecie drugich dziadków,więc brak samotnej babci to nie problem...
Odnośnie spotkania,to nie jest tak - że to tylko mój pomysł.Wiele czasu wstecz Kolia pisała na Forum z propozycją spotkania.Prosiła o kontakt poprzez prywatnego e-maila.Wiem też ,że niektórym udostępniła swój numer telefonu..zgłosiło się kilka kobiet,a nawet i jeden wdowiec- ale jakoś ciągu dalszego z ich strony nie było. My dwie i tak się spotkałyśmy,a nawet w trzy....i to kilka razy...Teraz to spotkanie jest terminowo ustalone pod kątem kobiet pracujących/możliwość wzięcia urlopu/. Wiem,bo rozmawiałam z innymi ,że nie wszystkim pasuje  czas i miejsce też - bo większość polega na komunikacji masowej.Stąd jedna z Was zaproponowała ,aby spotkać się w jakimś małym ciekawym mieście z Hotelem,na weekend. Wtedy każda przyjedzie i odjedzie bez większego kłopotu.Może to być październik,bo wrzesień też nie każdej pasuje..Zaproponujcie coś- może znacie jakieś ciekawe miejsce....Myślę,że fajny pomysł,a miasto można wybrać mniej więcej po środku naszych miejsc zamieszkania...jak się da oczywiście.Może wtedy dołączą i Aisa i Ewaliant...Aisa - ja nadal to co robię- to głównie dla mojego męża,żeby był ze mnie dumny ...i mam nadzieję,że jest...tak mówią moi bliscy .. Też rzadko mi się śni/9 razy przez prawie dwa lata/liczę...i zapisuję ich treść.Kiedy mi jest źle i smutno..wracam do nich.Pozdrawiam serdecznie
P.S Aloes myślę,że większość z nas jest z Tobą sercem i myślami.Nawet nie wiesz jak często jesteś obecna w naszych wspólnych rozmowach..Martwimy się o Was Wszystkie Kochane ....będzie lepiej- nie od razu ,ale będzie.
Ewalint pisze o tym,że jest lepiej ...jak było....Dla mnie osobiście będzie sukcesem ,jeżeli nie będzie gorzej, o niczym innym nie marzę,bo po śmierci mojego męża przestałam marzyć ....o czymkolwiek.

31,103

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam serdecznie wszystkich. Mam pytanie czy te myśli kiedyś miną. Mam dość. Trochę piszę tak bez sensu, ale moje życie takie właśnie jest. Niby działam, robię co muszę, ale każdy dzień to jak dzień świstaka. Co dzień zaczynam od nawracających wspomnień, ale nie tych dobrych tylko tego najgorszego dnia w moim życiu, co dzień w moich myślach odtwarzam krok po kroku, od momentu telefonu mojej mamy z pytaniem co się dzieje u mojego P., bo na internecie widziała zdjęcia że coś się stało, przez moje rozpaczliwe próby kontaktu z nim, do telefonu do jego szefa i przyjaciela i te słowa "A... P... nie żyje" wybrzmiewają w mojej głowie jak wyryte, co dzień to samo, a nawet kilka razy dziennie, gdyby one nie wracały mam wrażenie, że zapomniałabym co się stało, a tak jak jakaś mantra, dzień na dzień, i to ukłucie w sercu, jakby za każdym razem ktoś dźgał mnie nożem. Próbuję nie myśleć, zajmować głowę byle czy. Ale to i tak mnie dopada, od czterech miesięcy dzień, w dzień. Już dłużej nie wytrzymam. Wiem że muszę, ale ciągle nie potrafię tego zrozumieć. Gdyby nie to wspomnienie (inne rzeczy pamiętam jak przez mgłę zarówno te sprzed jak i te po) to żyłabym jakby nigdy nic. Przepraszam, że tak smęce ale musiałam to z siebie wyrzucić. Nie oczekuje rady ani odpowiedzi, po prostu chciałam komuś to powiedzieć

31,104

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny !
Droga Aisa2022 ! Jesteś w świeżej traumie i nie dziwi ,że póki co życie Twoje nie wygląda zbyt zachęcająco ......to taki swoisty szok pourazowy a Twój mózg ciągle przetwarza te smutne wspomnienia ......Z upływem czasu z dużym upływem czasu te wspomnienia zostaną już mgliste ...... myślę ,że każda z nas tu piszących tak miała (lub nadal ma) ......Jesteś na początku marszu ku normalności a tempo dotarcia do celu dla każdej z nas jest inne , bo każda żałoba musi zostać "przepracowana" po swojemu .....Nie łudź się ,że z dnia na dzień staniesz się od razu "happy" .... potrzeba do tego dużo cierpliwości , wsparcia ( być może specjalistów ) , pokory i niesamowitej siły i samozaparcia ......Posyłam Ci dużo dobrej energii i wlewam nadzieję do Twojego skołatanego serca smile:):):)
Aloes !!! Wiesz .że Ci konsekwentnie kibicuję i staram się wyrwać z "ciemnej otchłani" .....Jestem z Tobą smile:):)
Ściskam mocno wszystkie forumowe koleżanki z nadzieją rychłego spotkania się z Wami w realu smile:):) pozdrawiam urlopowo , dużo powera Wam życzę smile:):):)

31,105

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Droga Aiso 2022! Zapewniam Cię, że te czarne myśli powoli zaczną blednąć, tylko na to potrzeba dużo czasu i cierpliwości. Pisałam już dziewczynom, że ja przez ponad dwa lata wracałam codziennie do ostatniej rozmowy telefonicznej z mężem.  Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to ostatnia nasza rozmowa…  Pamiętałam każde słowo i wciąż mam do siebie żal, że nie powiedziałam więcej. Ale nawet do głowy mi nie przyszło, że już nie zobaczę go ani rano, ani nigdy. W lipcu minęło 2,5 roku od Jego nagłej śmierci. Powoli te straszne wspomnienia bledną, powoli też zaczynam wracać do życia i akceptować codzienność bez Niego. To wszystko jednak trwa upiornie długo, trzeba przetrwać rozpacz, ból rozrywający serce, tęsknotę za wszystkim, co było naszym wspólnym udziałem i za tym, co być mogło. Aż wreszcie któregoś dnia zobaczysz promyk słońca i nadziei. To nie stanie się przypadkowo, to będzie efekt Twojej olbrzymiej determinacji i niezwykle ciężkiej pracy, którą musisz wykonać, aby krok po kroku pokonać żałobę. Trzymam mocno za Ciebie kciuki. Jestem z Tobą całym sercem

31,106

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane,
Minął rok... Minęła pierwsza rocznica najtragiczniejszego dnia, który na zawsze zrujnował moje (nasze) życie...Chciałam Wam wszystkim serdecznie podziękować za okazane mi wsparcie i dodawanie otuchy zarówno tu na Forum, jak i w prywatnej korespondencji. To bardzo ważne i potrzebne w tym ciężkim dla mnie czasie...
Dziękuję zwłaszcza Tym kochanym, dzielnym kobietom, które mają za sobą już dużo dłuższy niż ja ,,staż wdowi" . Dziękuję za Wasze świadectwo i nieocenioną pomoc Tobie Aniczko, Jolu, Basiu, Kolio... To między innymi dzięki Wam trwam jakoś wciąż w tym okrutnym świecie bólu, rozpaczy, tęsknoty i łez... Taki niestety świat teraz mam, takie smutne i samotne życie przyszło mi wieźć... Wy, moje Drogie pokazujecie, że jednak ten świat może jeszcze kiedyś być lepszym, bardziej znośnym miejscem dla mnie. Teraz nie wydaje mi się to realne , bo rany są jeszcze zbyt świeże, a cierpienie nadal obezwładnia, ale chcę i muszę uwierzyć, że to kiedyś stanie się możliwe...
Droga Zzielona, Ikario, Maadlen, my mamy podobny czas żałoby za sobą... Wszystko jest wciąż świeże i tak bardzo bardzo boli. Musimy jednak walczyć, czego sobie i Wam życzę, aby tych lepszych chwil było coraz więcej...
Czytając to Forum , zauważyłam, że dziewczyny często dzielą się swoimi doświadczeniami i emocjami po pierwszej, drugiej i kolejnych rocznicach śmierci swoich Ukochanych...
Zastanawiam się cóż ja mogę Wam powiedzieć po roku... ?! Pewnie nie to czego byśmy oczekiwały... Ten rok był tak potwornie długi i koszmarny, że wydawało mi się, że nigdy się nie skończy. Myślałam, że w tej czarnej otchłani bólu i rozpaczy niemożliwe jest, że w ogóle uda mi się przeżyć ten rok. Marzyłam, żeby wreszcie się skończył, jakby z nadzieją, że wówczas cudownie ból zelżeje i wróci dawne moje życie... I minął wreszcie ten rok... I przeżyłam ( choć tylko fizycznie)... I cud nie nastąpił... I ból nie złagodniał... I życie moje dawne nie wróciło.... Nie wrócił mój Mąż Najdroższy, nie wrócili rodzice... To przecież niby takie oczywiste, więc na co liczyłam?! Nie wiem..., po prostu tak bardzo chciałam wreszcie  poczuć ulgę. Pewnie niejedna z Was Kochane, miała podobne odczucia i nadzieje co do tego  ,, magicznego" roku... I pewnie niejedna jak ja się zawiodła... Tak właśnie się teraz czuję - rozczarowana... I cóż, zaczynam drugi rok żałoby, z nieśmiałą nadzieją, że po drugiej rocznicy........
Sama rocznica nie była jakoś szczególnie straszną... Msza Święta w intencji Męża, odwiedziny (jak codzień) na cmentarzu. Spotkanie z rodziną i wspólna kolacja... Myślę, że tego potrzebowałam, bo jak już wcześniej pisałam, nie mogłam być na pogrzebie... Natomiast na drugi dzień poczułam się strasznie, dosłownie tak, jak po pogrzebie. Wszyscy wrócili do ,,swoich ról"... Zostałam sama... I wszystko wróciło, tak jak rok temu....
Narazie w takim właśnie punkcie utkwiłam i nie mogę się ruszyć. Mam nadzieję, że to chwilowy kryzys  ,,okołorocznicowy", że ten rok jednak nie poszedł na marne, że coś jednak drgnęło, zmieniło się, tylko ja jeszcze tego nie dostrzegam.
Wybaczcie dziewczyny, że tak dzisiaj piszę, chaotycznie, bez ładu i składu, ale takie mam właśnie myśli skołatane i emocje jakieś rozchwiane... Wiem, że Wy zrozumiecie...
Droga Aiso,  przed Tobą jeszcze wiele ciężkich chwil, ale dasz radę, przetrwasz rok i kolejne lata ... Jak my wszystkie, przetrwasz, bo innego wyjścia po prostu nie ma. Jesteś kobietą i masz w sobie tę moc.... Gdy mi ktoś parę miesięcy temu mówił, że przeżyję rok i więcej nie chciało mi się wierzyć..., A jednak żyję.... Tobie też się uda i powtórzę Ci, to co tu powtarzają nieustannie inne dziewczyny - trzeba czasu, dużo czasu. On jest naszym jedynym zbawieniem... Ja nie umiem jeszcze jakoś szczególnie Cię pocieszyć, bo sama jeszcze jestem w totalnej rozsypce, ale przytulam mocno do serca i jestem z Tobą.
Pozdrawiam Was wszystkie piszące i czytające, nie poddawajmy się !!!

31,107

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie,chce tylko powiedzieć,że warto jest czekać nawet na to nieznane...i budzące niepokój ...na to co będzie już bez Naszych mężów...na ten nowy nieznany dla nas czas.
Ja po raz pierwszy przyjęłam zaproszenie prawie obcych ludzi/kuzyni synowej/i na swoje urodziny pojechałam w nieznane...choć wcześniej byłam już umówiona z córką ...przeprosiłam i pojechałam.
To było tak nowe dla mnie doświadczenie życiowe,że poczułam jak po raz pierwszy od dwóch lat samotności jestem dla kogoś ważna/poza dziećmi/.
Okazano mi tyle serca i uczucia,że popłakałam się- tym razem -  z radości a nie smutku....Po raz pierwszy poczułam się dla kogoś ważna i godna uwagi.Spontanicznie - nic na siłę- była kapela góralska,dobre jedzonko śpiewy i tańce.Choć prosili mnie do zabawy- podziękowałam- zrozumieli,ale do trzeciej nad ranem razem gadaliśmy...o życiu,samotności,życiowych lękach...Wjechałam i zjechałam samodzielnie ratrakiem z bardzo wysokiej góry,nawiązałam nowe i utrwaliłam nieco starsze znajomości.To wszystko po dwóch latach rozpaczy,bezkresnego bólu i żalu.To po morzu wylanych łez i strasznego krzyku rozpaczy....Już jestem u siebie,nadal sama w pustym domu,ale mam poczucie przynależności ...do kogoś - do jakiejś grupy dobrych oddanych mi ludzi...bo u Górali : co w sercu - to na dłoni...są sobą - nie udają.Nadal jest mi smutno i źle- szczególnie dziś- w dniu urodzin mojego męża,ale w każdej chwili mam do kogo zadzwonić,a i Oni swoimi SMS-ami i MMS-ami dają świadectwo ,że myślą i troszczą się o mnie .To nie oznacza,że przestałam myśleć o TYCH co są ze mną od zawsze -odkąd spotkała mnie ta tragedia,ale zdałam sobie sprawę,że watro podjąć ryzyko i zawalczyć o siebie,o powrót do normalności - cokolwiek by to miało znaczyć.My tez jesteśmy ważne - nie tylko dla najbliższych- jesteśmy ważne dla INNYCH,dla siebie,dla świata...dla przyszłości naszej- już samotnej- ale jednak przyszłości.Warto powalczyć,a nie poddawać się walkowerem.Pozdrawiam
Dużo sił,cierpliwości i wiary w to,że nam się może udać życzę...ja dopiero mam pierwsze takie pozytywne odczucia,ale Aniczka,Venles,Baśka i Kolia mają ich sporo więcej,dobrze,że właśnie One nas wspierają sercem i słowem.

31,108

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Cześć dziewczyny
U mnie od jakichś 2 tygodni jest gorzej i chyba coraz gorzej… nic mi się nie polepsza. Wcześniej myslalam ze jest już lepiej (bo chyba było) i ze będzie jeszcze lepiej. Miałam jakas minimalna nadzieje i motywacje. Wpadłam w taki jakiś jeden stan.. wegetacji, niemocy. Nie mam ochoty na prace , odbębniam tylko swoje i tyle. Nawet nie ochoty.. nie mam poprostu siły. Wszystko jest dla mnie takie męczące. Każdego dnia czekam tylko do wieczora aby pójść spać. Moje życie nie polega teraz na niczym. Nie zamierzam nawet nikomu o tym mówić, opowiadać, zwierzać się z czegokolwiek. Nawet nie chce, i tak nikogo to nie obchodzi, nikt nie pyta nie interesuje się. Jestem sama jak palec, pierwszy raz w życiu czuje się tak beznadziejnie ze nie mam żadnego oparcia i pomocy. Jednej głupiej koleżanki aby wyjść i się odmóżdzyc.. żeby ktoś poprostu ze mna pobył. Nawet już sama o ta pomoc nikogo nie chce prosić. Bo niby kogo… nikt nie zrozumie, każdy ma to w D… marnują się najlepsze lata mego życia. I w sumie nie wiem po co jestem na tym świecie? Nie mam siły kompletnie na NIC. Tesknie każdego dnia to jest jakas mordęga. Rok temu był taki fajny czas, nasz.. teraz to wszystko coraz bardziej sie oddala.
Pozdrawiam Was

31,109

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Cześć dziewczyny. Jestem na wakacjach, o ile można tak powiedzieć. Wysłali mnie z pracy, żeby mi pomóc. Miałam odciąć się od wszystkiego. I prawie się udało, ale myśli nawet tu mnie dopadają, mimo bajecznego otoczenia, ja wciąż rozpaczam. Jestem 24h godziny z dziećmi więc nawet popłakać nie mogę, ale serce mi krwawi. To pierwsze wakacje bez niego. Na takich wyjazdach to on dawał mi poczucie bezpieczeństwa, teraz mi tego brak. Tak mi smutno, że nie mogę dzielić się z nim wrażeniami. Wiem, że lada dzień wrócę do domu i do rzeczywistości i boli. Mam wrażenie, że już nie mam sił. Że już dłużej tego nie wytrzymam. Wiem, że muszę, mam dzieci, ale ta pustka mnie dręczy.

31,110

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny !
Sezon wakacyjny w pełni , mało nas tu pisze , dziewczyny na rozjazdach i nie mają czasu ale jak trzeba to działamy , kontaktujemy się ze sobą i wspomagamy !!! Każda z nas ma inny wdowi staż , inny charakter , inna historię życiową , inną konstrukcję psychiczną ale wszystkie stanowimy grupę Babeczek , które mają moc , siłę , empatię , chęć pomocy .........To jest piekne i wyjatkowe !!!
My wszystkie samotne Kobitki jesteśmy wyjatkowe , bo walczymy w pojedynkę , bo musimy się podwójnie mobilizować , bo musimy zaciskać zęby ,żeby nie palnąć jakiejś głupoty durnym ludziom itp .....
Drogie dziewczyny na poczatku drogi !!! Jest Wam cięzko masakrycznie (wiem o tym ) ale warto jest zawalczyć o to nieznane co przed Wami , jak napisała jolam ! Trzeba chwytać się każdego mozliwego sposobu aby iść do przodu , wszelkiej pomocy , nie odtrącać żadnej pomocnej dłoni, żadnego sposobu wychodzenia na prostą .......To ,że będziemy tesknić za swoimi ukochanymi tak będzie zawsze ,ale po latach będzie to juz inny rodzaj tęsknoty i pamięci , niż na poczatku ....... dziewczyny Drogie dużo mocy i wiary dla Was wszystkich ,bo wszystkie jesteśmy Wyjatkowe , Tulę do serducha smile:):)

31,111

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witaj Aisa, witajcie Kochane,
Aisa u mnie też jest wszystko pierwsze, mój M. odszedł w październiku ub., wszystko robię po raz pierwszy bez Niego. Urodziny, imieniny, moje, Jego, letnie weekendy, wyjazdy, urlopy. Boli. Bardzo. I pustka jest ogromna. Wciąż śpię z Jego koszulką.
W tym miesiącu minie 10 miesięcy od odejścia mojego M., a ja nie mogę w to uwierzyć, nie czuję się dobrze, żyję, bo żyję, pracuję, ogarniam to co muszę, dom, ogród, ale widzę różnicę między tym co było. Jest lepiej. Już nie wyję w poduszkę każdego wieczoru w naszej sypiali, tylko płaczę, rano już udaje mi się wstać do pracy.
Bardzo się bałam wiosny, lata, czasu wyjazdów, spędzania czasu w ogrodzie, spotkań. To był taki fajny czas dla nas, ale już go nie będzie. Została wdowia samotność. Ale jednak trwam.
Mnie w tym letnim czasie bardzo pomaga otaczanie się ludźmi, wciąż ścisłe grono, rodzina, przyjaciółki, koleżanki, ale nie dotrwałabym tego lata, gdyby nie Wy Dziewczyny, które tu piszecie. O złych, tych najgorszych chwilach, które pozwoliły mi przetrwać mój ból, i tych lepszych, dających nadzieję. Jeszcze dwa miesiące temu nie planowałam niczego dalej niż na kolejny dzień, żeby tylko przetrwać. A teraz spoglądam, jeszcze nieśmiało, bardzo ostrożnie, ale jednak dalej.
Bardzo się cieszę, że się spotkamy.
Pozdrawiam ciepło Kochane.

31,112

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Zzielona, Kochana nie jesteś sama, masz nas.
Nie wyjdę z Tobą na spacer, nie pobędę fizycznie, ale jestem razem z Tobą całym sercem.
Też tęsknię za moim M, tęsknię jak cholera, im dłużej Go nie ma, tym bardziej. Z czasem zmieniły się u mnie emocje, już nie wyję na widok każdej Jego rzeczy w domu, nie płaczę w kurtkę, która wciąż wisi w korytarzu, bo nie potrafię schować, teraz tylko się przytulam, już nie czuję takiej rozrywającej rozpaczy, tylko czułość, pomieszaną, nie wiem nawet jak to określić, chyba z żalem, ale nie moim, tylko z żalem, że mój M, już nic nie zobaczy, nie poczuje, a tak bardzo chciał jeszcze żyć.
Też mam takie huśtawki, jak Ty, wydaje się, że jest lepiej a potem znów dół. I zwątpienie, że chyba nie będzie lepiej, ale będzie, ja wierzę w to co piszę Dziewczyny. Musimy być tylko cierpliwe.
Mnie pomaga spotykanie się z koleżankami, mieszkam w dużym mieście, teraz latem ciągle się coś dzieje, wyciągają mnie „na miasto”, albo spotykamy się u mnie, i wtedy jest w miarę dobrze. Ale kiedy zostaję sama, albo wracam do pustego domu, ogarnia mnie straszny smutek, żal i poczucie, że moje życie się skończyło. Czuję się, jak staruszka, której wyrósł garb nie do udźwignięcia. Ale później jest znów lepiej, nie jutro, pojutrze, ale w końcu jest, czasami na chwilę, ale ta chwila daje wytchnienie i nadzieję.
Pozdrawiam gorąco

31,113 Ostatnio edytowany przez kolia1 (2022-08-15 15:30:47)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie dziewczyny. Osobiście cieszę się z końca długiego weekendu. Trzy dni...spędziłam je sama, bo chyba tak chciałam. Piszę chyba, bo tak naprawdę to ja nie wiem czego chcę...są chwile, że duszę się samotnością i szła by gdzieś, gdzie oczy poniosą, do ludzi, dokądkolwiek, ale mam też sporo takich, że zwijam się w kłębek i nie chcę nikogo widzieć...oddaję się wówczas w posiadanie moim myślom i emocjom i tak sobie trwam. Duże grupy osób mnie męczą...nie wiem o czym z nimi rozmawiać. Odzwyczaiłam się od konwersacji o niczym...jak to mój mąż mówił "dla podtrzymania razgawora" (j. ros)
Po ponad dwóch latach od śmierci mojego męża czuję się mniej więcej tak jak napisała Ikaria...cytuję:

"Też tęsknię za moim M, tęsknię jak cholera, im dłużej Go nie ma, tym bardziej. Z czasem zmieniły się u mnie emocje, już nie wyję na widok każdej Jego rzeczy w domu, nie płaczę w kurtkę, która wciąż wisi w korytarzu, bo nie potrafię schować, teraz tylko się przytulam, już nie czuję takiej rozrywającej rozpaczy, tylko czułość, pomieszaną, nie wiem nawet jak to określić, chyba z żalem, ale nie moim, tylko z żalem, że mój M, już nic nie zobaczy, nie poczuje, a tak bardzo chciał jeszcze żyć"
Z tą różnicą, że ja w ogóle bardzo mało płakałam...mam problem z płaczem, nieważne...ale zelżał ten wewnętrzny dygot...trochę uspokoiły się komórki, nie drgają wszystkie naraz...tak jakbym była podłączona do prądu..
Mam w sobie coraz więcej czułości, miłości, ciepła i serdeczności do mojego męża. I TĘSKNIĘ CORAZ BARDZIEJ. tak do bólu wręcz fizycznego. Nigdy nie pomyślałam, że można aż tak tęsknić, kochać ,współczuć i mieć tyle tkliwości w sobie do człowieka.
Poszłam dzisiaj na spacer po lesie, chodziliśmy tam razem...wołałam Go do siebie, rozglądałam się wokół.... że może....paranoja.
Puściłam sobie utwór Sanah...pojawiły się łzy...słuchając go pomyślałam...że to o mnie..o moich emocjach, zagubieniu, czekaniu, o mojej miłości, tęsknocie, bólu...

Ile ja bym dała, by widzieć ciebie znów
Ile niewypowiedzianych mam w głowie słów
I czy nie zimno, czy nie zimno ci tam?
Tak mało dałeś sobie szans
Już jest po, więc aniołom szepnij to
Że tęskni ktoś za dotykiem twoich rąk
Że głodowałeś za dnia, ale dawałeś ile się da
Już jest po, więc aniołom szepnij to
Co mi tutaj po tym, że będę ciebie chcieć
A może niebo chciało cię bliżej mieć
A teraz zimno, zimno bez ciebie tu
Tak dużo mogłam dać ci słów
Ale już jest po, więc aniołom szepnij to
Że tęskni ktoś za dotykiem twoich rąk
Że głodowałeś za dnia, ale dawałeś ile się da
Już jest po, więc aniołom szepnij to
Ja będę czekać
Nie bój nie, nie bój nie
Ja będę wołać
Wołać cię, wołać cię
Ja będę prosić
By jeszcze raz
Zobaczyć twoją twarz
Już jest po, więc aniołom szepnij to
Że tęskni ktoś za dotykiem twoich rąk
Że głodowałeś za dnia, ale dawałeś ile się da
Już jest po, więc aniołom szepnij to...
Pozdrawiam ciepło dziewczyny... jeśli nie słyszałyście, posłuchajcie koniecznie.

31,114

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

kolia - bardzo piękny tekst...muszę posłuchać ....zzielona,Aisa..my to mamy już częściowo za sobą- ale z naciskiem - na częściowo.Wczoraj wracałam po 10 dniach spędzonych z bliskimi na Mazurach i musiałam zatrzymać się na poboczu drogi,bo jadąc i płacząc poniekąd stanowiłam zagrożenie dla innych użytkowników drogi.Już dzień przed wyjazdem myślałam jak to będzie wracać samotnie do pustego domu.Uratowała mnie Fiona- młodziutka suczka...musiałam pilnie po drodze poszukać weterynarza,bo coś złego zaczęło się z Nią dziać. Na szczęście, nic poważnego....jak pisze Aniczka,jesteście na samym początku bardzo trudnej,wyboistej drogi- dodatkowo z licznymi ślepymi uliczkami...ciężko wybrać ta właściwą i nie zabłądzić.Jedno jest pewne,same nie dacie rady...uwierzcie mi...Też na początku chciałam być swojego rodzaju chojraczką. Nie chciałam wyjść do ludzi,nie chciałam Ich widzieć - szczególnie tych szczęśliwych.Część znielubiłam - w większości tych -co tak szybko zapomnieli o mnie po śmierci mojego męża. Później dowiedziałam się ,że część z nich się przestraszyło mojej rozpaczy i przeogromnego cierpienia,a część tych mniej empatycznych podobno nie wiedziało jak pomóc!?. Po prostu nie zależało im- tak to sobie teraz tłumaczę.Jeżeli ktoś nie przeżył tego co my- to nie może wiedzieć co  czujemy każdego samotnego dnia i tak do końca nie powinniśmy ich wszystkich za to winić .Ja tak zrobiłam,ale nie wycofuję się - bo uważam,że to oni powinni mieć więcej cierpliwości do nas - niż my do nich....to nas spotkała największa tragedia w życiu,i to nam należy się opieka i pomoc od innych.
Wszystkie rady bliskich ,znajomych i przyjaciół są niewątpliwie ważne- ale to tylko słowa,słowa,słowa...Same słowa nas nie uratują,więc trzeba wyjść na przeciw tym ,którzy wyciągają do nas pomocną dłoń..przynajmniej do Nich.. nie odtrącać Ich.Wierzcie mi,inaczej się nie da...możecie próbować..szarpać się same z tymi koszmarnymi przeżyciami... ale szkoda czasu.Przynajmniej spróbujcie,dajcie szanse tym którzy jeszcze chcą pomóc,tym dla których jesteście na prawdę ważne.Dla nas byłyście,jesteście i będziecie.Do mnie Nasze Kobiety - dzwoniły nawet w nocy ,gdy nie odezwałam się przez jakiś czas.Jak miałam covid - dopytywały się czy mam co jeść..w pierwszy samotny Nowy Rok upewniały się czy nie będę sama i nie zapłaczę się na śmierć.Bo ja w przeciwieństwie do Koli mam płacz na wierzchu...a taki bardzo tragiczny,rozrywający i intensywny bardzo źle wpływał na moje zdrowie fizyczne z powodu choroby serca.Kochane moje,przyjdzie czas na odrobinę oddechu,na złapanie wiatru w żagle - aby nie tylko dryfować po dnie..Jednak nie teleportujecie się w czasie- nikt nie ma takiej mocy...Musicie czekać,czekać,czekać...Nikt Wam nie zwróci tego co straciłyście,ale  wróci szara codzienność,malutkie wzloty i upadki.Czas da Wam moc do pokonywania na początku małych problemów życiowych,a później trochę większych...do zawalczenia o siebie same...bo Wy tez jesteście WAŻNE i to bardzo...Też do końca nie jestem przekonana ,czy już jestem gotowa do dłuższego przebywania z bliskimi/choć 10 dni,to nie jest duża liczba/. Udało mi się nie płakać przy samym pożegnaniu,ale już za przysłowiowym rogiem ulicy... był płacz- a później lament. Jednak muszę zawalczyć o siebie ,bo nie mam innego wyjścia,nie mam na razie przed sobą innej opcji mojego dalszego samotnego życia - to na razie jedyny wariant mojego dalszego istnienia.Pozdrawiam...

31,115 Ostatnio edytowany przez Ikaria (2022-08-17 22:35:57)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane,
u mnie teraz najgorsza jest tęsknota, tak jak Ty Kolia, nie wiedziałam, że można tak BARDZO tęsknić, aż do bólu fizycznego. Czasami czuję, jak mi się kurczy z tęsknoty całe ciało. Jakby ktoś mnie związał i zaciskał sznurek.
Bałam się lata, długich dni, ale jakoś przetrwałam, teraz boję się jesieni, długich wieczorów w samotności, chociaż już nie unikam ludzi, nie chowam się, jak jeszcze kilka  miesięcy temu, nie boję się że spotkam sąsiadkę czy kogoś znajomego, ale wciąż nie umiem się odnaleźć w większej grupie ludzi. Nadal denerwują mnie śmiechy, gadanie o niczym, jak słyszę w pracy, jak koleżanki, koledzy "klepią", myślę, po co gadać, o takich za przeproszeniem pierdołach, wyłączam się, zawieszam. W ciągu dnia jakoś funkcjonuję, ale wieczory są okropne. I przeraża mnie perspektywa, że tak już będzie zawsze. Życie w samotności i tęsknocie.
Jolu, masz rację wszystkie rady bliskich są ważne, jestem wdzięczna, że są przy mnie, ale nikt z nich tak naprawdę nie wie co ja czuję. Im się wydaje, że już jest dobrze, bo powinno być, już tyle czasu minęło. A wcale nie jest dobrze. Wciąż płaczę, tęsknię, wciąż boli bardzo. I wiem, że już nigdy nie wróci, ta wesoła, pełna życia "dziewczyna", jaką byłam. Z czasem będzie łatwiej, lżej, wierzę że tak, już widzę różnicę, wiem też, że jakoś muszę sobie poukładać moje nowe życie, ale smutek i tęsknota już ze mną zostanie na zawsze.
Pozdrawiam Was Kochane
Ps. Jolu wysłałam do Ciebie maila ze szczegółami mojego przyjazdu na nasze spotkanie, ale wrócił do mnie, jako nie dostarczony.
Daj znać czy wszystko aktualne.

31,116

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Dziękuję Wam drogie dziewczyny za słowa wsparcia, właśnie od Was są one najbardziej budujące, bo wiem, że nie są to tylko słowa, ale szczera prawda poparta osobistymi przeżyciami. Ja już po urlopie. Nie było łatwo, ale chociaż trochę odpoczęłam nawet jak nie psychicznie to fizycznie na pewno. Teraz znowu w domu i znów te cholerne myśli. I choć co raz bardziej boję się, że nie dam rady to zastanawiam się co niby miałabym zrobić. Mogę położyć się, nie wstawać, nie robić nic, no i co to da. Zapłakać się? Też nic to nie zmieni. Dołączyć do niego? A co z tymi, którzy na mnie liczą, którym złamałabym serce tak jak złamane jest moje. I potem uświadamiam sobie, że samo to, że pojawiają się u mnie takie myśli to jest złe. Ale tęsknota o której piszecie jest tak bolesna, wyrzuty, że byłam okropną żoną, że go nie doceniałam, że nie mówiłam mu tak często jak powinnam że go kocham. I to co teraz czuję, czasem zastanawiam się co jest snem a co jawą. Czy on w ogóle istniał, czy to tylko moja wyobraźnia, a może jego śmierć to sen? Zaczynam bać się, że niedługo nie będę umiała rozróżnić co jest rzeczywistością, a co wyobrażeniem. A z drugiej strony przecież żyję, pracuję, panuję w miarę nad domem, budową, dziećmi to chyba nie jest źle. Wszyscy twierdzą, że świetnie sobie radzę, może widzą lub wiedzą lepiej niż ja. I może mi się wydaje, że nie daje rady, a to co robię jest ok. I to co czuję też? Nie wiem, im dłużej to trwa tym bardziej nie wiem co dalej. Tym bardziej jestem przerażona. Przerażona samotnością, przerażona tym, że zapomnę, że nie zapomnę, nie wiem co byłoby gorsze. Ach, właśnie takimi rozterkami jestem zmęczona.

31,117

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Moje Drogie !
Mało aktywna w ostatnim czasie , sparaliżowana strachem i przerażona najtragiczniejszą w moim życiu rocznicą . Dziś mogę napisać, że przetrwałam ten rok głównie dzięki niebywałej mocy Waszego wsparcia i Waszych rad , dzięki moim dzieciom , które nie odstępowały mnie na krok w ciągu tego roku . Wczoraj była pierwsza  rocznica , uczciliśmy pamięć mojego męża w gronie najbliższych , nie obyło się bez łez ale były też bardzo miło i śmiesznie . On był bardzo życzliwym i wesołym człowiekiem ,miał niebywały dystans do siebie . Potrafił rozbawić największego smutasa . I tak było wczoraj , jak by był wśród nas ,ta jedno pozytywną energia była z nami . Pomimo  ogromnego bólu , który preżyłam przez ostatni rok , jestem pełna nadziei , że  dam radę  w tej mojej samotnej drodze.  Za namową syna wyjeżdżam właśnie na urlop ....tak na urlop  dobrze widzicie . Jak będzie nie wiem ale postaram się aby było najcudowniej jak tylko możliwe .Żałuję , że nie będę na forumowym spotkaniu ,  życzę Wam aby ten czas był dla was wyjątkowy .  Mam nadzieję , że będą kolejne spotkania i będę mogła osobiście podziękować Wam za to , że jesteście . Pozdrawiam Was serdecznie .

31,118

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Drogie Dziewczyny !
Obiecałam ,że napiszę bezzwłocznie po powrocie z naszego wspaniałego wypadu i czynię to .......Dla mnie ten wyjazd był najwspanialszymi krótkimi wakacjami od wielu lat ! Już od pierwszych godzin spotkania poczułyśmy się sobie bliskie tak jakbyśmy znały się od zawsze .....były długie rozmowy , resfleksje , wędrówki , wspólne posiłki tak jak w prawdziwej rodzinie smile:):) Dziekuje serdecznie Jolam, Ikaria ,Baśka , Kolia za cudowny czas , okazywaną serdecznośc , wzajemne zrozumienie , towarzystwo i siostrzaną więź , która się miedzy nami wywiązała smile:):) Po wejsciu do pociagu w drodze powrotnej pojawiły się łzy wzruszenia ,że to już koniec ale dla nas do dopiero poczatek prawdziwej Przyjaźni ....Dziewczyny jestescie WIELKIE i spowodowalyscie to ,że przeżyłam "swój super urlop ". którego długo nie zapomnę ....... Ikaria z najkrótszym wśrod nas wdowim stażem okazała się bardzo dzielną kobietą , z olbrzymim sercem i cudownym usmiechem , nie apatującą swoim świezym bólem ..... Wiesz ,że jesteś  wspaniała !!! Wielkie dzięki dla Joli , głownej organizatorki , super BABKI , Wielkie dzięki dla Baśki - kobiety , która epatuje wyjatkowo pozytywną energią , dobrocią i miłością , wielkie dzieki dla Koli , wyjatkowej kobiety , podrózniczki o niepowtarzalnym uroku ......Na zakończenie dodam ,iż okazało się ,że z owoców egzotycznych wszystkie lubimy granaty .....oraz wszystkie lubimy widok uli , których było dosyć sporo w naszej okolicy ....... ściskam Was jak siostry smile:):)

31,119

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Drogie Dziewczynki!
Gorące pozdrowienia od Jolam, Aniczki, Kolii, Ikarii i Baśki. Wreszcie spotkałyśmy się w realu i było to jedno z najcudowniejszych spotkań w moim życiu. Nie pamiętam już, kiedy tak szczerze się śmiałam, czułam tyle zrozumienia, ciepła, okazywanej mi przyjaźni i akceptacji. To prawdziwy fenomen tego Forum - odnajdujemy nie tylko siebie, ale też ludzi, którzy są nam pisani i wyznaczeni przez los, aby przynieść nam wsparcie i ukojenie w tym najstraszniejszym etapie naszego życia. Dziewczyny dokonały dla mnie jeszcze jednej wielkiej rzeczy - pomogły mi odbyć wzruszającą podróż sentymentalną w przeszłość. W miejscowości, w której mieszkałyśmy, odkryłam dom zaprojektowany przez mojego męża 20 lat temu. Spłakałam się jak bóbr, a One wspierały mnie ze zrozumieniem, jakiego chyba nikt inny nie potrafiłby okazać. Czuję, że to początek pięknej przyjaźni. Pozdrawiamy

31,120

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie moje Drogie!
I ja napiszę parę słów o naszym spotkaniu, chociaż już więcej niż to co napisała Aniczka właściwie dodać nie umiem.
Nie bałam się tego spotkania, chociaż się osobiście z żadną z Dziewczyn nie znałam, ale nie jechałam na spotkanie z "obcymi" tylko na spotkanie z Kobietami, które mi pomogły w najgorszych chwilach mojego życia, z którymi miałam wrażenie, że znam się od dawna. Wiedziałam, że się wszystkie dogadamy, bo połączył nas wdowi los, ale nie sądziłam, że będę się AŻ tak dobrze czuła.
Nie czułam się tak dobrze od dawna, i pierwszy raz od roku śmiałam się, tak szczerze, a myślałam, że już nie potrafię.
Jola, Aniczka, Kolia, Baśka, dziękuję każdej z Was za wszystko, za to że chciałyście mnie wysłuchać, za wspólne rozmowy, spacery, wędrówki. I za to, że mogłam po prostu z Wami być i poczuć jeszcze radość z życia.
Dziękuję za piosenkę na stacji, którą mnie żegnałyście, a smak granatów, czuję do dzisiaj.
Bardzo Wam dziękuję i ściskam.

31,121

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie kochane moje ...to teraz czas na mój wpis o naszym spotkaniu.
Ja wiedziałam,że to będzie magiczny i niezapomniany czas - bo My jesteśmy takie same....Czarodziejki ,które dzięki swojej wewnętrznej sile i mocy starają się zrobić wszystko,aby przeżyć każdy następny dzień w miarę normalnie. Jednak ta nasza normalność - to tylko zwykła iluzja i mara- bo nie ma obok nas tej najważniejszej dla nas osoby..!!! Nam jednak się to udało i jestem pewna,że nadal tak będzie.Podładowałyśmy na tym spotkaniu nasze życiowe akumulatory,mam pewność ,że starczy nam sił na spory czas.
Ważna była wspólna obecność,rozmowy dzienne i nocne,pogaduchy przy świecach jak przez burze nie było prądu.Było codzienne rodzinne życie,wspólne gotowanie,sprzątanie. Wspólne śniadania,obiady,kolacje... ,powrót do dawnych lat..jak kiedyś ,gdy miałyśmy normalne rodzinne życie- jakie ma nadal wiele kobiet w szczęśliwych związkach. Teraz tak jak Ania - właśnie ten pobyt będę najdłużej wspominać z wielką estymą i sentymentem i będę miała je przed oczyma w ciężkich chwilach jakie mogą jeszcze do mnie przyjść...Byłyśmy same bez mężów i rodzin,ale nawet przez chwilę nie SAMOTNE - i tak już zostanie ,bo czujemy się  patchworkową rodziną...która na nowo powstała.
Żegnałyśmy się głośnym śpiewem,który wywoływał uśmiech u zupełnie obcych ludzi..i obsługi pociągu,ale i też głośne komentarze :,,tez bym tak chciał,żeby mnie żegnano,,/a tak z  zupełnej ścisłości,mam nadzieję,że każda pamięta- szczególnie Ikaria,które najbardziej się starały??? i nawet próbowały sprowadzić natchnionego gitarzystę obecnego na dworcu,ale nie znającego naszego repertuaru.../Baśka też została pozbawiona tej przyjemności,bo poleciała nie pod ten wagon co powinna i musiała sprintem odnaleźć ten właściwy. No i ja- sama sobie podśpiewywałam w drodze powrotnej ,mając przed oczyma Wasze twarze. Na przyszłość kolejność będzie odwrotna....
Dla mnie ten ostatni dzień był szczególny- bo to była druga rocznica niebycia mojego męża.Dziękuję,że mnie wspierałyście no i pamiętałyście.Były łzy,ale już nie takie jak poprzednio w zupełnej samotności.
Co się czuje po tych dwóch latach: to samo,tylko w moim przypadku- zatraciłam poczucie czasu- mam wrażenie,że minął tylko rok- że tak naprawdę,to tylko data w kalendarzu- bo praktycznie każdy następny rok:trzeci,czwarty,piaty - to i tak będzie rok bez NIEGO,tylko ja już będę musiała być pogodzona z losem..bo zrozumiem tak już do samego końca,że inaczej się nie da...po prostu tak już musi być...
Aisa,ja też byłam w tamtym roku z córką i wnuczką w pięknym kraju .I tak jak Ty tylko myślałam o jednym:że nie ma ze mną mojego męża.Nic nie cieszyło,nic nie radowało- tylko obecność moich dziewczyn uśnieżała ból.Wszędzie pary - młode,starsze,zadowolone,uśmiechnięte...Najgorsze były wieczory kiedy wszyscy spędzali ten czas na tarasach,w kafejkach lub na wspólnych spacerach - to ja w samotności z tarasu obserwowałam ich szczęście.Wnuczka była mała,więc nie było innej możliwości.Teraz znów powtarzamy ten sam wyjazd,ale już wiem,że będzie mniej bolało...znam na tyle siebie,że jestem na tyle silna/już/że sobie poradzę.
Nie wyrzucaj sobie,że za mało mówiłaś o swoich uczuciach,tak ma każda z nas,ale nasi mężowie wiedzieli że ich kochamy - zresztą tak jak my wiedziałyśmy,że jesteśmy dla Nich ważne...i to bardzo.
zzielona,nie jesteś sama- masz nas- i to sobie powtarzaj każdego dnia po parę razy.Dzwoń,pisz- przyjedziemy i pójdziemy na wspólny spacer...Ja też nie widziałam sensu życia w stawaniu i przeżywaniu każdego następnego dnia.Mnie uratował psiak i włączanie TV.Musiałam słyszeć jakieś głosy...w radio było za dużo muzyki....niczego nie oglądałam- ale to mi pomagało jakoś się ,,ogarnąć,, .Wzrokiem posuwałam wskazówki zegara,zaklinałam rzeczywistość.Może spróbuj ...i sama ze sobą idź na spacer ....
Pozdrawiam wszystkie bardzo serdecznie.Na koniec tematu Naszego Spotkania dodam,żeby nie było tak lukrowato i cukierkowato,że obok naszego domu były dwa tartaki pracujące na przemian,dziury w płocie przez które wydostawał się mój malutki psiak,pełno uli z pszczołami towarzyszącymi nam już do samego końca i jakimiś zdziczałymi owocami- przypominającymi granaty.Wszystkie doszłyśmy do takiej teorii,że odgłosy z tartaku prowokowały ule do konsumpcji zdziczałych granatów- okazało się,że smacznych tylko w zbyt małych ilościach ..no i czasami zawodziła włączana nawigacja....ale do celu zawsze trafiałyśmy.To było dla wszystkich/no prawie/ciekawe zjawisko i doświadczenie.Jedno jest pewne,wszystkie jesteśmy wyjątkowe- bo mamy wielkie serca dla innych i tego się trzymajmy.Jest teoria,że dobro które dajemy inny z całą pewnością powróci do nas...musimy czekać i uzbroić się w cierpliwość- bo obawiam się ,że nie mamy innej możliwości..

31,122

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie kochane dziewczyny. Dziękuję Wam wszystkim za cudne spotkanie w realu. Oprócz Joli, żadnej z Was nie znałam osobiście, ale jak tylko Was  spotkałam byłam pewna, że to niemożliwe. Że chyba jednak znałam Was od zawsze:) takie deja vu. Niewiele mogę dodać do tego, co już Wy napisałyście. Dziękuję Ikario za kisiel:) uratował mi prawie życie. Aniczko, Twoje witaminki również. Wzięłam poważnie pod uwagę Wasze opowieści o metafizyce w związku z czym zakończę krótko...jesteście wspaniałe i dziękuję że jesteście. Smak granatów długo jeszcze będę pamiętać. Pozdrawiam Was wszystkie serdecznie.

31,123

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Drogie Dziewczyny !
Serce raduje jak czyta się Wasze wpisy o naszym spotkaniu , bo wychodzi na to ,że dla każdej z nas był to Megawyjazd , bardziej wartościowy niż wakacje w jakimś egzotycznym kraju ......Wyszło też na to ,że granat to wyjątkowy owoc , który łączy i łagodzi obyczaje , pszczoły mogą być też złośliwe ...... a szczypta metafizyki potrzebna jest na każdym spotkaniu towarzyskim .......
Wszystkie Dziewczyny opisały już dokładnie ten nasz meetingowy cud i więzi ,które zakiełkowały i wydadzą owoce ( może będą to właśnie granaty ) Było suuper i będzie nadal ,bo ciągle będziemy się wspierać i pamietać o sobie !!!
Ja jako weteranka i prawie 7 letnia singielka apeluję do wwszystkich tu zaglądajacych dziewczyn aby nie bały się podjąć wyzwania życia w pojedynkę , aby spróbowały odciąć się od przeszłości ( oczywiście kiedy osiągną względną stabilizację psychiczną , aby nie zasklepiały się w bólu przeszłości i próbowały żyć już na własny rachunek ...........Przykładem takich heroicznych kobitek są dla mnie Jola, Ikaria , Kolia , Baśka !!!
Mają cały czas ból w sercu ale nie są już "Bidami" są wspaniałymi kobitkami , które idą do przodu i nie tkwią już w przeszłości , która nigdy nie wróci .......Trzymam za Was kciuki aby energia pozyskana z naszego wspólnego meetingu trzymała Was bardzo długo a wspomnienia podtrzymywały Was na duchu smile:) ściskam jak siosrty smile:) Dla mnie jesteście Wielkie smile

31,124

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Aisa, ja jestem na takim etapie żałoby, że nie umiem jeszcze powiedzieć, że jest w miarę dobrze. Funkcjonuję jakoś, ale coraz lepiej. Mój mąż zmarł 10 miesięcy temu, ból jest straszny, samotność dokucza każdego popołudnia, kiedy wracam z pracy, każdego ranka kiedy się budzę w pustym łóżku, każdego wieczoru, w każdej chwili. Bardzo mi Go brakuje, tęsknię za Nim w każdej minucie swojego życia. Ale już nie wyję, tak, że wszyscy mnie słyszą, nie chce mi się walić głową w ścianę z rozpaczy i umrzeć. Płaczę każdego dnia, ale wstaję do pracy, coraz więcej rzeczy ogarniam, nie boję się już ludzi, jak na początku. Jest mi cholernie źle, nie lubię ten wdowiej samotności, bardzo za Nim tęsknię, coraz bardziej im więcej czasu mija, ale jest lepiej niż było.
Mnie bardzo pomogła rodzina, przyjaciółka, koleżanki, ale najbardziej pomogły mi Dziewczyny z forum, bo tylko tu znalazłam tak naprawdę pełne zrozumienie mojego bólu.
Już pisałam niejednokrotnie, że dla mnie to jest najlepsza terapia. I wiem, że jak ktoś potrzebuje pomocy to tu ją znajdzie. Nie zostanie sam. Tak, jak ja nie zostałam.

Dziewczyny, wszystkie, które tu pomagacie powinnyście dostać MEDAL. Wierzę, że kiedyś też będę mogła wspierać i dać nadzieję innym, że da się żyć po śmierci. Ja to życie zobaczyłam dzięki Wam.

Kolia, uratowałaś mi życie w pewnym momencie, teraz przyszła na mnie kolej:-)
Pozdrawiam bardzo serdecznie

31,125

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam Kochane moje....obiecałam ,że napiszę jak to jest po dwóch latach samotnego ,smutnego życia.
Kilka z Was już wie,bo mamy prywatne kontakty,ale tak pokrótce  parę słów o sobie.Te dwa lata w sensie czasowym - odczułam b/z większych zmian z poprzednim.Jestem teraz jak odnowiona fasada zniszczonego przez liczne burze i deszcze wiekowego budynku. Już nie straszy ludzi,nie grozi zawaleniem- ale to tylko iluzja. Za ścianami bowiem kryje się nadal mrok,rozpacz i żal do życia.Wiem,że już nigdy nie dane mi będzie rodzinne szczęście ,które  na zawsze mi odebrano bez mojej winy i zgody....Bo dla mnie rodzina,to przede wszystkim ja i mój mąż.  Największy przyjaciel,kompan,towarzysz,powiernik....i największa miłość w moim życiu.
Znam  słowa pocieszenia: mam się cieszyć z tego pięknego wspólnego czasu, jaki mieliśmy,bo inne kobiety nie miały takiego szczęścia....Jednak to dla mnie żadne pocieszenie,żadna ulga w przeogromnej rozpaczy i tęsknocie mojej.Ja nie żyję,tylko powoli odliczam swój czas jaki mi jeszcze  pozostał.Jestem obecna fizycznie ,ale umysł i serce nie oswoiły się jeszcze z moją tragedią.
Żyję z dnia na dzień,plany mam  na dwa- trzy tygodnie na przód....tylko tyle.
Więc co takiego się zmieniło: zdałam sobie sprawę,że zbyt wiele czasu/niestety/poświęciłam niewłaściwym osobom,zbyt późno zrozumiałam,że nasze czyny zdradzają kim tak rzeczywiście  jesteśmy...Niby to wiedziałam,ale się łudziłam,że może jednak się mylę....
Mój mąż zawsze mi powtarzał: jak masz kłopoty i musisz na kimś polegać: to na mnie i na sobie...niby to takie oczywiste ale trudne do pogodzenia.To my sobie sami mieliśmy podawać przysłowiową szklankę wody...nie obciążając nikogo swoją starością i swoimi życiowymi problemami.
Moje dzieci ze swoimi rodzinami robiły co mogły,abym poczuła Ich miłość,wsparcie,pomoc i obecność.Mój syn powiedział wprost: mamo,Taty już nie ma,ale to ja teraz będę się tobą opiekował,wszyscy bardzo cię kochamy...Słowa dotrzymał i nadal dotrzymuje,ale ja sama chcę być na tyle silna i samodzielna- by móc na nowo przejąć kontrolę nad swoim życiem,móc decydować każdego dnia o sobie,nie obciążając moich najbliższych - bo każdy ma swoje życie i związane z nim problemy. Co więcej: przejęłam zasadę mojej nieżyjącej już od dawna teściowej: ,,gdzie Cię proszą  - bywaj rzadko,a gdzie cię nie proszą - nie bywaj wcale.....- jak cie zaproszą,to spytaj od razu o dzień i godzinę...jak powiedzą : to się jeszcze zdzwonimy- to odpuść sobie takie towarzystwo,,.
Odsunęłam się od ludzi na których się zawiodłam,dwa lata to zbyt długo aby liczyć na ich zmianę do mojej osoby.Nigdy nie znosiłam litości,przymusu i wszelkiego rodzaju presji i nacisku,albo coś robisz z serca i przekonania - albo nie rób tego wcale. Na pewno płacz jest mniejszy,choć jeszcze bardzo,bardzo częsty,mniej krzyku rozpaczy,więcej krzyku bezradności i niemocy wynikającego z  codziennych prozaicznych spraw życiowych.. Już nie odwracam oczu na widok szczęśliwych - radosnych par i małżeństw.Już niczego nie zazdroszczę- nawet rodzinnych wynikających z trudów życia sprzeczek czy kłótni- mało ich było w naszym życiu- a jeżeli już
to oboje od razu się godziliśmy.Nie wiem co to ciche dni,godziny bez żadnego słowa...nadal czuję gesty pojednania,dobre i czułe słowa.To teraz procentuje,daje wsparcie każdego samotnego dnia.Tu u mnie,w  głębokiej prowincji gdzie mi przyszło mieszkać,bez rodziny,przyjaciół,sąsiadów,znajomych...gdzie wszystko każdego dnia muszę zrobić sama,nikt niczego mi nie zaproponuje nawet talerza zupy....sama,sama,sama....
To ludzie mnie uratowali - choć w swoich genach  mam ducha walki i nie zgody na poddawanie się.To Kobiety z Tego Forum dawały mi każdego dnia dowody na to,że nie jestem sama - choć samotna,że jestem jeszcze dla kogoś ważna.Te dwa lata udowodniły,że trzeba walczyć bez przerwy. W dzień i w nocy w deszczu i w słońcu...chociażby po to,żeby przekonać się,że życie jest piękne mimo wszystko...i mimo naszej żałoby warto o nie zawalczyć...Ja zawalczyłam i dzięki temu jestem tu i teraz,ale najważniejsze że mój mąż byłby  dumny ze mnie, z tego co sama zrobiłam i osiągnęłam - ja to wiem i ja to czuję.Mam nadzieję,że nadal pozostanę sobą - taką jaką byłam razem z NIM! i pójdę w dalsze życie dla NIEGO....
Dziękuję wszystkim dziewczynom z którymi przeżyłam te niezapomniane wspólne chwile,dla takich chwil warto żyć.Dziękuję za to,że byłyście ze mną duchem i ciałem w tym dniu,że nie musiałam płakać w samotności,że czułam waszą obecność i  współczucie i wsparcie.Macie WIELKIE SERCA - WIELKIE DZIĘKI

31,126

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Drogie Dziewczyny! Tekst Jolam wzruszył mnie do głębi, wywołał  falę wspomnień i… demony, ale też skłonił do refleksji.  Uświadomiłam sobie, że za kilka dni  mijają 2 lata i 8 miesięcy od śmierci mojego męża.  Ja chyba jednak jeszcze nie jestem gotowa (a może nigdy nie będę?) na tak głęboką analizę moich uczuć i doznań. Po śmierci męża nastąpiła we mnie jakaś blokada uczuć, moje serce skamieniało. Nie potrafię już ani kochać całą sobą, ani cieszyć się pełnią życia. Ale spędzając ten magiczny czas z Dziewczynami z naszego forum, spostrzegłam, że w ciągu tych prawie 3 ostatnich lat zupełnie niezauważalnie nauczyłam się funkcjonować w pojedynkę, odkryłam własne atuty, stałam się bardziej cierpliwa i wyrozumiała w stosunku do ludzi, z którymi, mówiąc delikatnie, nigdy nie poczuję braterstwa dusz, a przede wszystkim zaczęłam akceptować samotność.  Żyję, bo muszę, nie mam innej opcji, jak  słusznie zauważyła Jolam. Dlatego postanowiłam uczynić to życie bardziej znośnym, ciekawszym, radośniejszym. Czy się uda? Napiszę za rok. Na razie poczyniłam pierwsze kroki: spotkałam się z Dziewczynami, które dały mi niewiarygodną energię do przetrwania, zrezygnowałam z pracy, która mnie zabijała, odsunęłam od siebie ludzi, którzy w głębi serca cieszyli się z mojego nieszczęścia (są tacy, zapewniam Was, tylko znakomicie udają współczucie i zainteresowanie, więc nie jest łatwo od razu ich dostrzec), nawiązałam nowe znajomości i chyba przyjaźnie. To ogromnie dużo jak na tak krótki okres czasu, przynajmniej dla mnie. Czarny tunel, w którym błądziłam przez pierwsze 1,5 roku pozostał już tylko wspomnieniem. Nadal dopadają mnie stany depresyjne, zwątpienie, czy podołam w tym samotnym  mocowaniu się z życiem, niezwykle bolesna tęsknota za tym co było i być mogło. Powoli jednak dociera do mnie, że „nic dwa razy się nie zdarza (…) żaden dzień się nie powtórzy”… , więc jedyne co mi pozostało to akceptacja  (nie rezygnacja!). Drogie Dziewczęta: Ikario, Maadlen, Zzielona, Aiso! Teraz wciąż jest ciężko, ale czas pozwoli Wam na stopniową akceptację sytuacji, w jakiej się znalazłyście. Oswoicie pomału ten rozdzierający serce ból, rozpacz i tęsknotę. Tylko musicie być zdeterminowane, aby chcieć  wykonać ten olbrzymi wysiłek, który pozwoli Wam dotrzeć do punku, kiedy powiecie: teraz mogę iść dalej. Ja chyba właśnie wdrapałam się na ostatnią barykadę i mam nadzieję, że kiedy ostatecznie ją pokonam, rozpocznę nowy etap życia – nie lepszy, nie gorszy, po prostu nowy.
Pozdrawiam Was serdecznie i  mocno trzymam za Was kciuki

31,127

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Dzień dobry.
Mój mąż odszedł 21.06, chorował na nowotwór. Właściwe został zabrany bo walczył do ostatniego oddechu. Miał 45 lat. Zostałyśmy same- ja i dwie córki (5 i8 lat).

Pierwsze dni zajęłam się pogrzebem, później leżałam całymi dniami i płakałam, wyłam albo brałam środki nasenne żeby przestać myśleć i spac. Z tego stanu pomogła mi wyjść moja mama- powiedziała mi wtedy, że ja straciłam męża a dzieci ojca, dla nich świat się też posypał i cierpią dodatkowo patrząc na mamę w takim stanie. Że M. by nie chciał, żeby dzieci cierpialy. Pomogła mi też moja lekarz rodzinna, która powiedziała, że nie dostanę dluzej L4 ani więcej leków nasennych- muszę wrócić do pracy, do ludzi. Jeżeli nie wrócę teraz to późnej każdy dzień będzie trudniejszy.
Moim dzieciom pomógł ksiądz, który podczas pogrzebu mówił do nich po imieniu, o ich tacie o tym, że taty nie ma na cmentarzu ale w ich sercach ma dom i zawsze będzie z nimi. Młodsza córka gdy widzi moje łzy mówi że tata jest z nami.
Duże wsparcie dostałam od mojego brata i jego żony. Pomagali w chorobie, w organizacji pogrzebu, w opiece nad dziecmi. Zaprosili nas na krótkie wakacje z ich znajomymi. Zmusilam się na wyjazd ze względu na dzieci.
Gdyby nie dzieci, trwałabym w stanie z początku żałoby. Wstaję rano dla nich, idę do pracy dla nich, próbuje się uśmiechać dla nich, planuję nasze życie dla nich i dla mojego męża, który kochał swoje dziewczyny bezgranicznie.

Mieszkałam przez cały czas u rodziców, do domu wracałam jedynie aby skosić trawę, podlać kawiaty, wyrzucić "szpitalne" rzeczy z naszego domu, żeby salon był znowu salonem a nie szpitalnym pokojem- prosiły mnie o to dzieci. Tydzień temu wróciłam z dziećmi do domu. Dziewczyny były stęsknione za swoimi pokojami, zabawkami, przyjaciółkami z ulicy.

Czasami sobie myślę, że chciałabym też umrzeć ale od razu widzę te dwie śliczne uśmiechnięte buzie i mądre oczy, które odziedziczyły po Tacie. Muszę, żyć i walczyć o nie, o ich szczęście.

Staram się nie wracać pamięcią do dnia śmierci, do ciężkich chwil w chorobie- ciężko mi wtedy wyjść z bezgranicznego smutku, poczucia winy i bólu.

Wiem, że dam radę, utrzymam dom, spłacę kredyt, wychowam dzieci ale nie wiem czy uda mi się posklejać siebie. Wiem, że to proces, że to wymaga czasu, dobrze, że lato mija, zaraz minie zima , wiosna, rok, kolejne miesiące...

31,128

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane,słowa Baśki- powinnyśmy sobie powtarzać tak często jak się da.Najgorzej jest się zdecydować na jakiekolwiek działanie,na przyjęcie pomocy od innych. Na wysiłek podniesienia się z łóżka czy krzesła na których można leżeć czy siedzieć i patrzeć się tępo w sufit lub niebo....bez żadnych głębszych myśli ....kilka godzin,czy dni....
Ja się w końcu musiałam ruszyć- bo moja suczka staruszka się tego ode mnie domagała.Jak się podniosłam,to automatycznie zaczęłam wykonywać od dawna zaniechane prace....tu coś zrobiłam,tu poprzestawiałam...coś wpadło w ucho gdy włączyłam TV.Często mnie ogarniała i nadal ogarnia irytacja i zwątpienie,ale nie miałam  i nadal nie mam żadnej innej alternatywy: albo pójdę,albo padnę...a jak padnę- to kto mnie znajdzie?i po jakim czasie? Brutalna prawda skłania ludzi do pracy nad sobą,nad swoim życiem- z tym tylko zastrzeżeniem: że jak mamy dzieci- to to nasze życie choć wdowie- też jest po części życiem naszych bliskich i nie powinniśmy o tym zapominać.
Pomyślmy same,jak straciłyśmy ojca- to jest nam obojętne co się dzieje z owdowiałą/często nagle/matką?....chyba nie ma takich dzieci,którym jest to obojętne! Świat się bez nas obejdzie,ale my bez świata nie...Uwierzcie,że i my jesteśmy ważne,i musimy same o siebie się zatroszczyć - a innym dać szansę,aby nam  w tym pomogli. Dopóki tego sobie nie uświadomimy,to w niwecz pójdzie pomoc bliskich,dalszych czy specjalistów którzy nam w tym czasie towarzyszą. Nie powinniśmy nic  zakładać a priori - na wyrost....wiem- bo wiem - i już....Nic błędnego,jak można powiedzieć,że spotkanie z kimś kto chce i oferuje nam pomoc - niczego nie wniesie?po co mam czytać,pisać,oglądać...polecane przez innych...skoro i tak to mi nie pomoże... Skąd mamy taką wiedzę? Nie- bo nie!? ale dlaczego,na podstawie czego?
Czy mamy taką moc w sobie,aby przewidzieć z cała pewnością naszą przyszłość....Jak nie spróbujesz to się nie dowiesz- oto cała prosta prawda,bez upiększeń i udziwnień.Jak nie dasz sobie  szansy - to nikt na siłę Ci nie pomoże,proste i oczywiste...Trzeba chcieć coś zmienić i robić wszystko aby to się stało,a nie tylko pisać i mówić...Nie jest ważny staż naszej żałoby,ważna jest nasza autentyczność wobec siebie i innych.Są kobiety które szybciej wychodzą z przysłowiowego ciemnego tunelu,a są takie co zajmuje im to o wiele więcej czasu- ale ważne ,że One chcą...a nie tylko mówią,że chcą....Kiedyś znane było takie powiedzenie:Chcieć to móc....Mnie brakowało ludzi jak tlenu do oddychania,pustki jaka zostaje po odejściu tego najważniejszego dla nas człowieka niczym się nie zastąpi- i tu nie o to chodzi...tylko o to,by pomyśleć tez o sobie....a przez to też o Innych- którzy się martwią i przejmują nasza żałobą...Ja poznałam przez te dwa lata nowego przyjaciela- wcześniej wroga:SAMOTNOŚĆ...ale jeżeli nie mam na coś wpływu to albo to muszę po jakimś czasie zaakceptować/nie mówię tu o pogodzeniu/albo przystąpić do walki ,która z góry - przynajmniej w moim przypadku skończyłaby się przegraną,bolesnym upadkiem wewnętrznym i już do końca olbrzymią traumą.Czy tego właśnie chcemy? ja nie....kiedyś pewna kochana dla mnie osoba powiedziała ,że zawsze będzie obok mnie - nie udało się...ale może będąc w moich myślach ,słowach i w moim sercu - mimo wszystko jest razem ze mną.Nadal tworzymy całość...nadal mogę z wielką czułością i estymą wspominać wspólne chwile, nie tylko w towarzystwie łeż i krzyku..Ja jeszcze musiałam się zmierzyć z odejściem mojej suczki...Dzieci chciały przyjechać,żebym nie była sama,ale podziękowałam- to było dla mnie pewnego rodzaju wyzwanie.Takie osobiste,tylko moje i mojego męża- bo była z Nim 16 lat,a później ze mną następne dwa.To mądra rasa,przez 3 miesiące spała na dywaniku pod Jego łóżkiem...płakałam jak na to patrzyłam..często podchodziła do mnie ze smutnym wzrokiem,kładła schorowany ,wychudzony łepek na moich kolanach,zaczepiała łapą- jakby mówiła : nie jesteś sama....masz mnie....Już po Jej odejściu odkryłam,że ukryła w swoim posłaniu - w wiklinowym koszu rękawiczkę mojego męża...
Nie będę opisywać tego co musiałam przejść z jej odejściem,ale to był olbrzymi cios i dodatkowy stress.Dałam radę,bo chciałam sprawdzić czy pomimo wieku i przejść z tym związanych jestem w stanie jeszcze coś wyrwać dla siebie z tego życia....
Mnie też pomogło pisanie,choć nadal nie mam odwagi cofnąć się do swoich dzienników sprzed śmierci męża,to nadal zapisuję dzień po dniu już drugi rok po....Robię to dla siebie,bo wierzcie wylanie smutnych słów i myśli w pewien sposób ,,oczyszcza,,nasz umysł i serce od złych ,nostalgicznych emocji.Robię to też dla moich wnuczek,...być może kiedyś któraś z Nich pochyli się nad moimi słowami...Ja piszę na Naszym Forum/z konsekwencją /, dużo też piszę  prywatnie.Dzielę się swoimi przemyśleniami, obawami,ale i też planami.Marzeniami - jeszcze nie- bo jeszcze ich nie mam- no może jedno:odzyskanie wewnętrznego spokoju i wyzbycia się lęku ...co dalej....ze mną będzie.
Byłyśmy w czasie Naszego spotkania przy Źródełku Spełnionych Marzeń obok naszej miejscowości...Ja za siebie i za Wszystkie Nieobecne,właśnie o tym pomyślałam....Pozdrawiam Serdecznie
Mario WB,napisałaś do nas- przytulamy i wspieramy Cię w Twoim postanowieniu.Masz dużo ludzi Ci bliskich,a przede wszystkim cudowne córki...Są w Nich geny i płynie krew Twojego męża,patrząc na Nie- patrzysz po części na swojego męża.Dasz radę- już samo napisanie do nas świadczy o tym,ze podjęłaś walkę o siebie i swoje córki.Są w cudownym wieku,mają Ciebie i Twoją rodzinę- to wielki atut.Trafiłaś tez na mądrych,empatycznych ludzi: lekarka i ksiądz zachowali się super i pomoc od nich - tez Cię zmotywowała do dalszej walki o waszą wspólną przyszłość...Pisz jak potrzebujesz...jesteśmy z Tobą i Twoimi córeczkami.

31,129

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

witajcie Dziewczyny !
Tulę do serducha nową koleżankę Marię smile Z tego co napisałaś wynika ,że jesteś mocną kobietą , bo pomimo krótkiego czsu od odejścia ukochanego Męża piszesz "Wiem że dam radę ....." Już samo to jest bardzo budujace , poza tym masz dwie waspaniałe córeczki , które bardzo Ciebie potrzebują , od teraz musisz być dla nich i mamą i tatą .....Dobrze,ze trafiłas na bliskie osoby , które ci pomogły i otoczyły troską ( nie kazda z nas tak miala ) .....Bardzo dobrze ,że lekarka rodzinna " tupneła nogą " i wróciłas do pracy , miedzy ludzi..... Pozwalam sobie tak pisać , bo jestem weteranką w temacie ( 7 lat ) i wiem ,że każda żałoba ma swoj kres i kiedyś się kończy ....... Trafiłaś w bardzo dobre miejsce , bo piszace tu kobitki to wspaniałe babki , które twierdzą , że to jest najlepsze forum dla kobiet w żałobie !!! Dla mnie to jest miejsce magiczne , bo spotkałam tu swoje bratnie dusze , moje "siostry" smile:):) a sam fakt ,że tyle lat tu zagladam o czymś świadczy ......Droga Mario dużo sił dla Ciebie na te najtrudniejsze chwile Twojego życia ......miocno wierzę w to że dasz radę dla siebie , dla dzieci , bądż dzielna i idź do przodu ......choć sam proces wychodzenia z żałoby musi trochę potrwać .....
Pozdrawiam serdecznie wszystkie dziewczyny , tulę do serducha i posyłam dobrą energię smile:):)

31,130

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Drogie Moje ! Piszę - bo w końcu się zmobilizowałam i przeczytałam swoje codzienne/dosłownie/zapiski tamtego roku- tj: od początku mojej żałoby.
Mowa o czasie: 24 sierpień 2020 rok do 2022 roku. Bardzo trudna lektura,musiałam często przerywać i odczekać jakiś czas- aby znowu móc w miarę spokojnie ją dokończyć. Nie wszystko dałam rade odszyfrować,bo mimo,ze pisane długopisem- to i tak część tekstu rozmazało się na skutek intensywnego płaczu,też z tego powodu posklejały się kartki. Przyznać też muszę,że były całe strony pisane tak rozchwianym charakterem pisma,że sama siebie nie mogłam odczytać.
Na każdej z tych kartek do ponad półtora roku ,,PO,,była inf.o moim płaczu,szlochu i krzyku do utraty głosu.Były prośby do męża,aby mnie zabrał,jak najszybciej - bo każdy dzień bez Niego jest piekłem na ziemi,jest straszną katorgą przynoszącą nieludzki ból...,,Niby jestem,ale mnie nie ma,czuję się pusta - pozbawiona serca i duszy- i taką pustkę czuję wokół siebie,niczego poza nią nie ma......,,takie wtedy słowa pisałam.
Pisałam kto do mnie zadzwonił,kto wysłał SMS...chciałam być dla kogoś ważna,chciałam czuć ,że pomimo śmierci tego Najważniejszego dla mnie człowieka,istnieje choć jedna osoba,która o mnie myśli....
Nie miałam obok siebie nikogo,nie miałam pracy ani żadnych perspektyw na jakąś zmianę...Wtedy jadąc samochodem,przeczytałam namalowane sprajem na murze słowa:
..,,Jedyną porażką jest- poddanie się...każdy ma swoją drogę - tylko trzeba ją odszukać....Zadzwoniłam do swojej przyjaciółki czynnej zawodowo aby zorientowała się czy może mogę gdzieś podjąć pracę? do drugiej - psycholożki dziecięcej - z prośbą o kontakt z psychologiem zajmującym się ludźmi w ciężkiej żałobie/to był czas pandemii/sama pojechałam do psychiatry - aby upewnić się czy nie grozi mi jakiś obłęd i pobyt na oddziale ...
Pamiętam,że wtedy po raz pierwszy poczułam się dumna z siebie,że się odważyłam i że byłam konsekwentna.Pozbyłam się lęku jaki mi towarzyszył po pogrzebie,przestałam się bać ludzi.Zrozumiałam,że bez nich nie dam rady,nie poradzę sobie.Gdybym tego nie zrobiła,sama bym się unicestwiła, a moich bliskich/dzieci/naraziła na powolna utratę matki.Przed oczyma miałam widok mojej znajomej,która po śmierci swojego męża trafiła na oddział psychiatryczny i już jest tam kilkanaście lat ku rozpaczy jedynej córki.
Teraz wiem,że podjęłam dobrą decyzję - która uratowała nie tylko mnie,ale też moją rodzinę.Pamiętam jak byłam małą dziewczynką z zazdrością patrzyłam na koleżanki,które miały babcie.Ja miałam tylko jednego dziadka,kochanego...ale brakowało mi bardzo babci.Koleżanki miały warkocze zaplecione przez babcię,uczyły się od nich szydełkowania,robienia na drutach,pieczenia ciasteczek...Teraz widzę radość na twarzy moich wnucząt jak się widzimy,a już serce mięknie jak słyszę: babciu- ja cię kocham i wielbię...Więc jak ja mogę nadal nie walczyć o swoje i Ich życie?
Zdaję sobie sprawę,że żałoba nie przychodzi jedną falą-ona krąży i czai się obok nas,w końcu uderza po raz drugi i ...enty- wtedy,kiedy się najmniej tego spodziewamy!? więc nadal jestem czujna,nadal jestem uważna...nie cieszę się na wyrost i na zapas.
Z Waszych wpisów wynika ,że zdecydowana większość ma inną- lepszą ode mnie sytuację życiową- tym dla was lepiej.,,Wystarczy obecność jednej osoby przy tobie - abyś uwierzył/a/w siebie..,,to też zapożyczona myśl.
Teraz jest odrobinę lepiej,są łzy- ale nie zalewają już kartek,mogę już odczytać to co napisałam.Już nie proszę o zabranie mnie- bo  wiem,że to nie nastąpi.Samotność częściowo oswoiłam,dobrze mi jest samej ze sobą ale i też dobrze mi jest z innymi ludźmi.Już obgłaskałam wszechobecną ciszę w dużym - pustym domu już tak nie boli,ale jeszcze płaczę przy rozstaniach zwłaszcza z rodziną.Już nie przy Nich...ale jednak.Nadal nie słucham radia,bo za dużo wesołej muzyki.Włączam CD z  Edith Piaf,Ewą Demarczyk ,Niemenem,Grechutą. Opisuję nadal  swój dzień za dniem,i tak już będzie do końca- bo to tez jest moja terapia i mój sposób na dalsze samotne życie.Powodzenia Wam życzę - ale przede wszystkim CIERPLIWOŚCI
Niczego nie przyspieszymy,nie da się - kolej rzeczy musi być zachowana- nie ma innej opcji- ja już to wiem i dla tego dzielę się swoimi przeżyciami z Wami.

31,131

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie moje drogie,coś mało wieści od Was....ale brak informacji można uznać za dobre informacje. Brak czasu na pisanie- bo rzuciłyście się w wir spraw życiowych i w ten sposób mniej czasu jest na smutne,nostalgiczne myśli.
Ja też wciąż uciekam w co się da, szukam domowej pracy...po raz enty myję okna/bez firanek i zasłon/więc nawet ślady po deszczu są widoczne. Wiele rzeczy układam ponownie ,bo wypakowywane podczas płaczu i rozpaczy nie zawsze są tam - gdzie powinny.Porządkuje rzeczy,które od ponad dwóch lat - nadal są nierozpakowane.Mało ich co prawda zostało,bo wciąż staram się dokończyć tą moją samotną przeprowadzkę zaczętą po nagłej śmierci męża - ale szło i nadal idzie mi to z oporami.
Niczego jednak nie przyspieszam,niczego nie ponaglam - żyję w swoim trybie - staram się być w zgodzie z samą sobą. Niczego nie muszę,każdego dnia dokonuję własnych osobistych wyborów. Raz jest lepiej ,raz gorzej- ale już  potrafię przepracować prawie - każdą porażkę/a jest ich jeszcze sporo./Staram się przekuwać  je na chociaż częściowy malutki mój sukces. Czas goni,szybko przesuwają się wskazówki zegara - już dwa lata - a jednak nadal boli i budzi ogromne emocje.Kiedyś bym powiedziała: to zmarnowane bezpowrotnie dwa lata mojego życia,ale teraz patrzę na to inaczej.To dwa niezwykle smutne,tragiczne wręcz życie w samotności,ale dające świadomość-że w skali makro jestem częścią ogromnej ludzkiej społeczności - a w skali mikro: żyję dla mojej małej okrojonej przez los i życie RODZINY i garstki PRZYJACIÓŁ - jedni i drudzy są przy mnie każdego dnia...choć nie fizycznie-to emocjonalnie.Miałam możliwość obserwować dzieciństwo moich wnuków i być przy Nich i Ich rodzicach wtedy kiedy się wzajemnie potrzebowaliśmy i nadal potrzebujemy. Mam nadzieję,że nadal tak będzie. Już niedługo wyjeżdżam z moją córką i wnuczką na jakiś czas.To taki powtórzony wyjazd z ubiegłego roku:,,same trzy dziewczyny,, w różnym wieku i z różnymi oczekiwaniami....jak w życiu.Ja wiem,że wrócę zadowolona i szczęśliwa z siłą która pomoże mi w dalszym samotnym życiu w smutne-jesienne-krótkie dni które bardzo szybko się zbliżają..Trzymam kciuki za Was Wszystkie- chwytajcie się  wszystkiego co może przynieść ulgę w czasie naszej żałoby.Warto wyjść i rozejrzeć się w koło,może to być jakieś spontaniczne spotkanie z niewidzianą od dawna życzliwą nam osobą,może chociaż krótki spacer,kawa na tarasie kawiarni wypita w towarzystwie psiaka.../w większości lokali użytkowych godzą się na obecność zwierząt- nawet w Muzeum .../Wyjście do kina....samotne,ale to tylko pierwszy raz jest taki dziwny. Mam koleżankę/zresztą też wdowę/która zawsze chodziła i nadal chodzi sama do kina.To Jej się posłuchałam i nie żałuję.Wchodzę w ostatniej chwili,kiedy kończy się blok reklamowy,nie widzę widowni,nie widzę par...skupiam się na filmie. Może i Wam się uda....Każdy sposób na wyjście z głębokiego cienia jest dobry.Pozdrawiam

31,132

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam Kochane Dziewczyny ❤️
Zebrałam się wreszcie, aby odezwać się do Was tu na Forum. Nie pisałam już tak długo, ale mam prywatny kontakt z niektórymi z Was, za co jestem Wam niezmiennie wdzięczna. Szczególnie wsparcie niemalże każdego dnia otrzymuję od Jolam i Aniczki. Codziennie też śledzę nasze Forum i czytam o Waszym bólu, żalu, tęsknocie, ale również i o Waszych małych radościach i sukcesach. Zauważam też ogromny progress u niektórych z Was... Pomimo żałoby i wszelkich przeciwności losu widać, że nie stoicie w miejscu, wciąż idziecie do przodu i rozwijacie swoje skrzydła. To bardzo budujące. Dziewczyny, które były na sierpniowym spotkaniu zdają nam relację, jak wspaniale i cudownie spędziły razem czas. Pokazują nam, że życie może jakoś toczyć się dalej, pomimo tragedii, jaka nas spotkała...
Drogie Moje, ja siedzę sama, cichutko, zasklepiona w swoim bólu i cierpieniu i owszem nie piszę, bo i nie mam się czym pochwalić. Nie chcę wciąż Was ,,dołować" swoją nieustanną rozpaczą, ale czuję powinność, aby chociaż od czasu do czasu odezwać się tutaj... Bo tu właśnie otrzymałam najwięcej pomocy i wsparcia i zrozumienia. Kochana Jolu, Ty wiesz dobrze, że nie zawsze brak wiadomości oznacza dobre wiadomości. Przynajmniej u mnie to tak nie działa... Niestety u mnie wciąż bardzo kiepsko. Nie potrafię dostrzec choćby wątłej iskierki światła w tunelu. Myślę, że żałoba zupełnie mnie pokonała... Straciłam bezpowrotnie sens mojego życia i dalszego istnienia w samotności. Po roku żałoby nasiliła się u mnie również depresja, z którą ani ja, ani leki już sobie nie radzą... Tak więc Kochane nie będę Wam ponownie opisywać bezmiaru swojego cierpienie, rozpaczy, pustki i beznadziei, bo przecież Wam doskonale znane są te straszne uczucia i emocje. Każda z Was ich doświadczyła, bądź nadal doświadcza. Historyczne już ,, redliny" Joli, są teraz moim udziałem. Czy kiedyś uda mi się z nich wydostać... ?! Jeszcze tego nie wiem, ale tak bardzo chciałabym wreszcie doznać ulgi. Dziewczyny, z którymi piszę na priv, wiedzą, czym między innymi spowodowane jest pogorszenie mojego stanu. Otóż bardzo zawiodłam się, nie pierwszy już raz, od śmierci męża,  na moich ,,bliskich" . Ci, którzy powinni być dla mnie wsparciem i ostoją w tym tragicznym czasie, wbijają mi nóż w plecy... No, ale cóż, jest taka prawda, że najłatwiej zranić najsłabszego... Bo mnie już nie ma kto bronić, nie ma obok tego Jedynego, najdroższego człowieka, na którym zawsze mogłam polegać... Zostałam sama, bezbronna, nic nie warta, nikomu niepotrzebna. Łatwy cel, na którym można bezkarnie się wyżyć i wylądować swoje złe emocje. Najłatwiej jest kopać leżącego, więc kopią, wciąż kopią jeszcze mocniej i mocniej.
Moje Drogie, pomimo wszystko w Was widać wolę walki. O każdy kolejny dzień, tydzień, miesiąc, rok, kolejne lata... Walki o siebie i swoją przyszłość. Ja nie mam w sobie tej mocy... Nie mam siły, nie potrafię zawalczyć o siebie. Nie mogę się zmusić do czegokolwiek. Najprostsze codzienne czynności mnie przerastają i są ogromnym wyzwaniem. Wiem, że to w dużej mierze skutki depresji, z którą się zmagam. Ale jak wyjść z tego stanu, skoro nie ma żadnych perspektyw. Żadnego celu, sensu, najmniejszego choćby impulsu do działania, do życia w ogóle... Piszecie, że zajęcie czymś rąk, pomaga oderwać się od złych myśli, ale jak zmusić się do czegokolwiek ??? Tyle mam w domu zaległości, tyle rzeczy należałoby zrobić. Wszystko leży... Ja również.... I wyrzuty sumienia, że nic nie robię, że jestem bezwartościową szmacianą ,,kukłą " ze spalonego teatru, jakim stało się moje życie. I błędne koło wciąż się zamyka... Moje Drogie chciałabym, aby nadszedł taki moment, abym mogła napisać tu do Was, że i u mnie jest lepiej. Choć odrobinę, na tyle, żebym mogła napisać, że jednak warto żyć. Chciałabym, aby i w moich postach powiało wreszcie optymizmem. Bym mogła, jak niektóre z Was dać świadectwo, że i z najcięższej żałoby można kiedyś wyjść. Witam serdecznie MarięWB, która ( niestety) dołączyła do nas niedawno. Jesteś niesamowicie dzielną i waleczną dziewczyną. Pomimo bólu tak doskonale radzisz sobie w życiu. Po dwóch miesiącach żałoby piszesz ,,dam radę". Masz dwie córeczki, to niewątpliwie nadaje sensu Twojemu życiu i motywuje Cię do działania. Ogromny mój szacunek i podziw dla Ciebie. Ja po ponad roku żałoby dużo mogłabym uczyć się od Ciebie. Ale to również świadczy o tym, jak wszystkie jesteśmy różne. Różne też są nasze losy i różne okoliczności śmierci naszych Ukochanych. Ja swojego męża straciłam nagle i bardzo tragicznie. Miał 49 lat... W tym samym czasie (w nieco ponad rok) straciłam też mamę i tatę... To dla mnie po prostu za wiele...
Aisa, Ty również jesteś bardzo dzielna i radzisz sobie najlepiej jak potrafisz... Dla dzieci, jak piszesz gotowa jesteś zrobić wszystko. To bardzo szlachetne... Moje dzieci są już dorosłe, ale wiem, że i tak bardzo mnie potrzebują. Straciły naraz ukochanego Tatę i dziadków, a teraz poniekąd tracą również i matkę... Niestety pogrążona w bólu i rozpaczy, nie potrafię być dla nich taką matką, pomocną, pogodną, szczęśliwą, jaką byłam kiedyś.
Życie zbyt okrutnie mnie potraktowało i nie umiem już się podźwignąć.
Wiem, że mój wpis nie brzmi optymistycznie i nie zadziała pewnie kojąco na Wasze zranione serca, ale może chociaż uświadomi Wam, że są jeszcze większe ,,bidy" niż Wy Kochane.
Pozdrawiam Was serdecznie i życzę dużo siły!

31,133

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane Dziewczyny,
Jolu piszesz, że brak informacji można uznać za dobre informacje, tak zawsze mówił mój mąż, że brak wiadomości to dobra wiadomość. Niestety nie zawsze tak jest, jak pisze Aloes. Ja czasami nie mam siły pisać już o smutku, o moim żalu i ogromnej tęsknocie. Ta jest coraz większa, z dnia na dzień coraz gorsza. Brakuje mi jego dotyku, przytulania się, i ta świadomość, że już nigdy tego nie poczuję jest nie do zniesienia. Przerażała mnie wiosna, lato, a teraz przerażają mnie zbliżające się wielkimi krokami, długie jesienne wieczory w samotności. W ubiegłym roku jesień i zimę przeżyłam w rozpaczy i nieświadomości, teraz już do mnie dotarło, chociaż wciąż nie mogę w to uwierzyć, że Go NAPRAWDĘ nie ma i nie będzie. Nie boję się aż tak bardzo pierwszej rocznicy, to tylko data, jak pierwsze urodziny, imieniny, czy zbliżająca się rocznica ślubu, boję się tego wdowiego samotnego życia. Chcę żeby mój M. ze mną był.
Latem jakoś to się wszystko "kręciło", praca w ogrodzie, weekendowe wyjazdy, spotkania z koleżankami niemal codziennie, ale tak, jak napisała Wenles, to jest takie odpychanie, a to i tak dopadnie, z większą mocą. Jak pisałaś Jolu nie ma drogi na skróty.
Wiem, że będzie to dla mnie bardzo trudny czas, może trudniejszy niż rok temu, kiedy chciałam tylko spać albo umrzeć, a teraz ból przeżywam z większą świadomością, nie otumaniona lekami. Wy macie dzieci, wnuki, które dają Wam radość i siłę, chcecie dla Nich żyć, ja jestem zupełnie sama.
Każda z nas ma inną sytuację, ale pamiętam Dziewczyny Wasze słowa, daj czas czasowi i ja go sobie daję.
A słowa Aniczki, która powiedziała - można się położyć, zawinąć w kołdrę i tkwić w rozpaczy, albo wstać i iść, pomału, ale posuwać się do przodu bez względu na wszystko, to od ciebie zależy - brzmią mi w uszach, jak tylko robię krok do tyłu. Słucham się Aniczki i staram się nie cofać.
Wciąż przypominam sobie nasze spotkanie w ZP, te wszystkie wspólne chwile, spacery, rozmowy, poważne i nie, i ten mój pierwszy szczery śmiech od prawie roku i to dodaje mi sił. I nadzieję.
Aloes Kochana, mamy podobny czas żałoby, u mnie nie minął jeszcze rok, też jestem jeszcze pod opieką psychiatry, ale "schodzę" już z leków na depresję. Mnie pomogło wszystko na raz, leczenie farmakologiczne, rodzina, przyjaciółka, koleżanki i kochane dziewczyny z forum.
Gdybyś chciała pogadać mogę podać numer telefonu, albo napisz na maila.
Pozdrawiam Was Kochane, a szczególnie Aniczkę, Baśkę, Kolię, Jolę.

31,134

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Droga Ikario, wysłałam do Ciebie e-maila przez Forum. Daj znać czy dotarł....
Pozdrawiam Ciebie i wszystkie Was Dziewczyny serdecznie ❤️

31,135

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Tak dziewczyny kochane,piszcie,dzwońcie,spotykajcie się...to naprawdę pomaga i sprawia ,że mamy poczucie przynależności do jakiejś grupy- a właściwie  takiej małej społeczności. Samotnych tęskniących za czymś już na zawsze nieosiągalnym- kobiet. Jest to też super terapia...wiem coś o tym.Aloes straciła w tak krótkim czasie rodziców,to dodatkowy ból- i co za tym idzie -dodatkowa żałoba do przeżycia i przepracowania.Ikaria pisze,ze jest sama podczas gdy inne - w tym tez ja ,mamy dzieci i wnuki. Polecam polski film:,,Plan B,, .Oglądałam go parę razy...to o nas - jak żyć -jak się tego dalszego życia nie widzi nawet przy bardzo przejrzystym powietrzu.Zamiast głęboko go wdychać - to się nim za bardzo zachłystujemy...Ikario- to nie jest tak jak Ci się wydaje kochana...Przynajmniej u mnie - gdzie moje dzieci i wnuki są w znacznej odległości ode mnie i czasami nie widzimy się przez miesiąc...Budzę się i zasypiam sama,rano nie mam komu powiedzieć:dzień dobry,jak Ci się spało?Kawa poranna w zupełnej samotności,dalsze codzienne czynności tez.Nikt mi w niczym nie pomoże,nie powie: poczekaj,odpocznij- zrobimy to razem. Tyle się w koło nas dzieje każdego dnia,tyle budzących niepokój spraw...a ja sama,nawet nie mam się komu pożalić,poprosić o wsparcie,o takie zwyczajne ludzkie pocieszenie.Też już mój ukochany mąż nie przytuli,nie weźmie za rękę - nie powie : jak dobrze,że jesteś...Już nie wtulę się w Niego,nie powiem jak bardzo jest dla mnie ważny,jak bardzo Go kocham,jak bardzo tęsknię.W takich momentach nawet obecność innych niczego nie zmieni.
Te kobiety,które mają bliskich przy sobie - tak -Im możemy rzeczywiście  zazdrościć...i powiedzieć: doceniajcie to każdego dnia....Ty Ikario od samego początku miałaś bliskich Przyjaciół - ja tego tez nie miałam.Moja żałoba zaczęła się w dobie covidu,wszyscy zamknęli się w swoich domach- los ich najbliższych był najważniejszy- a nie jakaś tam samotna wdowa.Też jak Aloes doznałam uczucia odrzucenia,zapomnienia i wykluczenia.Znam ten ból i nadal go pamiętam.Ci ,którzy powinni pomóc- odwrócili się.Został telefon,internet,sporadyczne spotkania.To musiało mi wystarczyć...znikąd nie było żadnej pomocy. To wtedy pisałam do Was,to wtedy z nielicznymi rozmawiałam godzinami.Uratowała mnie  też praca i możliwość spotkania innych ludzi,chociaż tylko dwa razy w tygodniu.Obok mnie płynie równolegle normalne- codzienne życie ....ale już nie moje niestety.Ty Ikario nadal pracujesz ,większość z Was też. Macie motywacje,aby wstać,ubrać się i z makijażem lub bez ...wyjść w świat.Tam spotykacie każdego dnia mniej lub bardziej życzliwych Wam ludzi.Możecie z kimś pogadać o sprawach ważnych lub błahych,możecie z kimś wypić herbatę,pożalić się lub pochwalić....Możecie umówić się na spacer,kawę lub pójść do kina.Możecie zaplanować wspólny wypad za miasto,wycieczkę kilkudniową lub dłuższy wspólny pobyt wakacyjny.
Zdaję sobie sprawę,że barierą w kontaktach z innymi w moim przypadku jest fakt mieszkania w tzw:głębokiej prowincji,ale wiem też,że w przypadku innych- nie stanowi to problemu.Trzeba tylko chcieć-jak widać obok mnie nie było i nadal nie ma tłumów....cóż takie życie moje - niczego sama nie zmienię,ktoś mi powiedział,że moja osoba kojarzy się ze śmiercią!?
Zakończę ostatnio usłyszanymi słowami:,,Życie jest uparte i trzyma się kurczowo ciała  najbardziej wtedy gdy ty sama je  znienawidzisz..,,

Posty [ 31,071 do 31,135 z 31,427 ]

Strony Poprzednia 1 477 478 479 480 481 484 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024