Śmierć męża - jak sobie poradzić? - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Strony Poprzednia 1 476 477 478 479 480 484 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 31,006 do 31,070 z 31,427 ]

31,006

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam i ja .
Zagladam do Was cały czas . Nie pisałam w ubiegłym tygodniu ,  za namową przyjaciółki wyjechałam na kilka dni . Pomyślałam ,że  dobrze mi zrobi  zmiana otoczenia i dzięki temu zajmę myśli czymś innym chodź na chwilę . Wyjazd generalnie był ok chociaż nie obyło się bez stresu i łez . Trudno mi cieszyć się z czegokolwiek kiedy stale w głowie mam stratę i żal , który przeżywam . Nie ma jednej recepty na żałobę . Staram się z całych sił i zabiegam o względną normalność , raz jest lepiej innym razem gorzej . Doskonale wiem ,że już nic nie będzie takie jak kiedyś. Jakoś nie mogę się zaprzyjaźnić z samotnością . To dołujące i przygnębiające uczucie towarzyszy mi bez przerwy . Pomimo tego ,że wróciłam do pracy i jestem przez większość dnia wśród ludzi to i tak nie czuję sie lepiej. Kontakty towarzyskie na gruncie prywatnym  ograniczyłam do minimmum , nie mam siły udawać ,że wszystko jest dobrze ,,,,, bo nie jest .Mieliśmy tyle planów , wszystko robiliśmy razem a teraz cóż ......  zostałam sama . Postanowiłam już dawno ,że się nie poddam , ze względu na syna i ze względu na pamięć o moim mężu . Podnosze się , upadam , płaczę i rozpaczam , kolejnego dnia zaczynam wszystko  od nowa i jestem pewna ,że mój M jest ze mnie dumny .  Zawsze był ze mnie dumny , wspierał i motywował do nowych wyzwać . Z nim wszystko było łatwiejsze , prostrze i wszystko miało sens . Wiem ,ze jeszcze bardzo dużo czasu upłynie zanim zrobię jakikolwiek  krok do przodu . Tak mi go brakuje  ,każdego dnia  w każdej chwili i w  każdej minucie .
Trzymajcie się  Moje Drogie Towarzyszki  . Życzę Wam i sobie dużo siły i wytrwałości. Na dziś już kończę  , nie mogę opanować łez .

Zobacz podobne tematy :

31,007

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Kochane Moje...
Misiulko, Basiu, Jolu, Załamana, Kolia, Zzielona... I wszystkie cudowne Dziewczyny
Dziękuję Wam serdecznie za wszystkie słowa otuchy i Wasze Wielkie Serca!
Dziś jak zawsze czytam i płaczę, ale nie są to już tylko łzy bólu i rozpaczy, ale także łzy wzruszenia...
Dałyście mi tyle wsparcia i otuchy, jak najbliższe rodzone siostry - pospieszyłyście z pomocą natychmiast jak tylko o nią poprosiłam. Tak właśnie jak rodzone siostry, które tak pragną mi pomóc, ulżyć jakoś w tym ogromnym cierpieniu - tylko One nie rozumieją tak jak Wy.
Jesteście wspaniałe, tyle dobra, empatii znalazłam na tym Forum, wbrew temu całemu złu, które rządzi teraz światem.
To nasz mały, bezpieczny azyl, gdzie możemy dostać tyle mądrych rad, tyle troski, a także choćby namiastkę nadziei i wiary w lepsze jutro. Nie potrafię znaleźć słów, aby wyrazić Wam swą wdzięczność. Teraz już wiem, że nawet, jeśli jakiś czas milczycie, to wciąż tu jesteście, czytacie i jeśli któraś z nas szczególnie apeluje o pomoc to otrzymuje ją natychmiast.
Piszecie Kochane, żebym spróbowała skorzystać z pomocy psychologa czy psychiatry. Otóż od tego tragicznego lipcowego dnia, po dwumiesięcznym leczeniu szpitalnym, cały czas jestem na lekach, inaczej chyba bym w ogóle nie była w stanie funkcjonować. Kilka razy byłam też u psychologa, ale chyba pechowo trafiłam, bo te wizyty kompletnie nic ciekawego nie wniosły, nic czego bym nie wiedziała o żałobie i tych wszystkich trudnych emocjach z nią związanych. Ale jeszcze się nie poddaję...
W przyszłym tygodniu zaczynam nową psychoterapię dla osób pogrążonych w żałobie. Narazie mają to być indywidualne spotkania z Panią Psycholog, ale być może, jeśli warunki izolacji na to pozwolą, wkrótce zaczną się spotkania grupy wsparcia.
Może ta forma terapii okaże się dla mnie skuteczną. Może wreszcie coś drgnie, może zegar wreszcie powolutku ruszy do przodu...
Póki co, najlepszą jak narazie terapią dla mnie okazało się to Forum. Podobnie jak Jola żałuję, że tak późno na nie trafiłam. To Wy dajecie mi siłę, motywację, nie do rzeczy wielkich, ale chociażby do tego, żeby wstać codziennie z łóżka, wyjść na spacer czy zakupy... A to póki co już dla mnie wielki ,,wyczyn,,
To dzięki Wam powolutku, nieśmiało i tylko przez króciutkie chwile, ale zaczynam wierzyć, że będzie kiedyś lżej...
Tak jak skrzywdzonemu dziecku, cierpliwie mi tłumaczą Misiulka, Basia, Jola - niezwykle mądre i dobre Kobiety, że małymi kroczkami, powoli, ale nadejdzie kiedyś ulga.
Nie umiem tak pięknie i mądrze pisać jak Wy Kochane, bo w głowie ciągle chaos, amnezja, brakuje odpowiednich słów, ale z całego serca dziękuję Wam... To co dla siebie wspólnie robimy jest bezcenne... Szczególnie my; Zzielona, Ikaria, Maadlen, Załamana -  te ,,młodsze wdowim stażem'' potrzebujemy wsparcia, doświadczenia, rad od Tych, które już  dłużej zmagają się ze swoją stratą.
Życie bez Ukochanej Osoby nadal wydaje się niemożliwe. Nadal ból rozdziera na strzępy, a tęsknota odbiera rozum, Rozpacz i pustka nie ma granic. Samotność nie da się okiełznać...
Zapewne dużo, bardzo dużo czasu musi jeszcze upłynąć, abyśmy i my mogły dostrzec światełko w tunelu... Jednak dzięki Wam mamy zrozumienie, wsparcie, no i tę maleńką iskierkę nadziei.
Wielki Ukłon składam Kochane...

31,008

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Kochane, polecam Wam serial ,,Virgin River''. Jest dostępny np. na Netflixie
Oglądam z zapartym tchem. Taki trochę dla Nas i o Nas. Pięknie przedstawiony temat żałoby.... Wzruszający, ale i budujący...
Każda na pewno znajdzie w nim coś dla siebie.

31,009

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witaj Aloes21, polecam na facebooku dolaczenie do grup gdzie pisza osoby w zalobie czy to malzonki/ka czy innej najblizszej osoby. Podaje nazwy grup na facebooku : "Życie po śmierci...- wdowy&wdowcy", "wdowy-wdowcy" i "Nagle sami:porozmawiajmy o stracie". Pisze to nie jako osoba ktorej zmarl ktos najblizszy niemniej jest to tez tamat zyciowy dla mnie wazny wiec jako czlonek tego forum cos o tym wiem stad moja dla Ciebie sugestia. Pozdrawiam

31,010

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Moje Drogie! To prawda mimo tych wszystkich ,,dobrych,,rad naszych którymi staramy się z Wami dzielić - każda musi zadecydować indywidualnie - czy skorzysta z nich teraz -później, a może w cale? To tylko i wyłącznie musi być Wasz wybór!
Na wszystko przychodzi czas,po każdej burzy wychodzi słońce często przy obecności przepięknej kolorowej tęczy .Był czas ,że też najbardziej lubiłam pochmurną,szaro-burą pogodę, a słońce i budząca się do życia przyroda - irytowała do granic możliwości. Jak czytałam,że jedna czy druga wdowa opowiada o spotkaniach,wyjściach czy wspólnych spacerach z przyjaciółkami - to myślałam sobie: o czym One mówią- jakie spotkania kiedy ja na samą myśl o wyjściu z domu czuję paraliżujący mnie strach...
Co do pracy?  jednym pomaga- innych dodatkowo dołuje-wszystko zależy z jakimi ludźmi przyszło nam pracować..czy znajdziemy w nich oparcie i zrozumienie? czy mało empatyczni ludzie swoim zachowaniem potęgować będą nasz ból i rozpacz.
Każda z Nas- to zupełnie inna-autonomiczna osoba,wiem że bardzo ciężko jest pogodzić się z nagłą samotnością i jak trudno wchodzi się do zupełnie pustego domu...bardzo dobrze o tym wiem,bo nikt bliski ze mną nie mieszka.
Tym bardziej przygarnięcie zwierzaka jest dobrym pomysłem-jak to zrobiła Baśka czy zzielona/. Mamy obowiązek zadbania o niego, a on w zamian daje nam olbrzymie do nas przywiązanie i bezwarunkową miłość....to on nas powita w progu pustego domu i będzie nam towarzyszył podczas spacerów.Spojrzenie jego powie:jestem z Tobą...
Maadlen pisze,że nie chce udawać...niczego przy innych.Nikt nie lubi pozorów i sztuczności,ale można spotkać się tylko z takimi osobami - które nas rozumieją i akceptują.Ja mogę popłakać,powspominać,ponarzekać- a One mnie wspierają.Mówią płacz- masz do tego prawo-a my jesteśmy od tego,żeby słuchać tego płaczu i cię wspierać jak tylko możemy...i potrafimy.
Aloes21 - ja też byłam u psychiatry- na usilną prośbę moich bliskich- bo ogrom mojej rozpaczy  -a niektórzy wprost mówili o ,,niezdrowej wręcz i rzadko spotykanej histerii,, ktoś dodał:nie adekwatnej do stanu faktycznego?!?!?bo jak długo można tak lamentować i tkwić w bólu to wręcz nienormalne jest!!
Miałam szczęście - trafiłam na wielkie zrozumienie,siedziałam w gabinecie dużo ponad
wyznaczony i zapłacony czas.Utwierdziłam się w przekonaniu,że nic w moim zachowaniu nie odbiega od normy.Byłam na tzw:granicy ,,incydentu,,depresyjnego- ale prowadzący mnie psycholog - do którego się zgłosiłam m-c po śmierci męża- umiejętnie mnie z niego wyciągnął.Była pandemia,spotkania twarzą w twarz poza małymi wyjątkami b.rzadkie,więc długie,bardzo długie rozmowy telefoniczne i wymiana e-maili musiała wystarczyć. Nadal- mimo już zakończonej naszej ,,współpracy,,raz na m-c dzwoni do mnie sam z siebie i prowadzimy raz krótsze - raz dłuższe rozmowy.
Ma rację zzielona pisząc ,że mamy łatwiej,bo dzieci i wnuki dają nam sporo radości.
Tak - ale nie każda ma Je blisko siebie - nie każda ma też szczęście przeżyć zimę /długi - smutny-wręcz przygnębiający czas ze względu na święta/w Ich obecności i poczuć się znów potrzebną  opiekując się maluchami.Ja nie miałam , nie mam i mieć nie będę takiej możliwości.Do córki i Jej rodziny mam ponad 100 km w jedną stronę,a za moment to będzie 350 km,do syna 198 km.To razy dwa/powrót/ i czas do pokonania- stanowi dla mnie - osoby niepełnosprawnej duże wyzwanie.Na razie jazda samochodem poza obecnością chorego - starego psa i zapewnienia mu bezpiecznego miejsca podczas podróży i wielu przerw z tym związanych jest jedyną formą mojej komunikacji z bliskimi. Dbają o mnie,przyjeżdżają tak często jak mogą - zapraszają wciąż do siebie...ale ja wiem że nie takie życie chcę mieć..nie od przyjazdu do wyjazdu...niestety więc skazana jestem tylko na siebie i muszę się z tym faktem pogodzić....nie mam innej opcji...
Zamieszkanie wspólnie z dziećmi w moim przypadku jest niemożliwe,jestem osobą niezależną i z racji wieku mającą swoje przyzwyczajenia i nawyki. Oni mają swoje życie,problemy i to jest naturalne,nie można nikomu przestawiać życia tylko dlatego,że jest się samotnym.Oni tez stracili kochanego Tatę i Dziadka- też maja prawo do swojego bólu i żalu. Jedno dla mnie jest WIELKĄ RADOŚCIĄ: świadomość tego,że w każdym z moich wnuków płynie też krew mojego męża,mają też Jego geny.Dwuletni wnuczek jest wręcz bliźniaczo podobny do Dziadka gdy był w Jego wieku.Nawet jego 5 letnia siostra się pomyliła- myśląc że to Jego zdjęcie...i przez długi czas przy tym zdaniu  trwała i nie dała się przekonać ,że to zdjęcie Dziadka....
Jak uporam się choć częściowo ze swoją rozpaczą- zacznę życie,, Rezydentki,,- jak kiedyś dawniej bywało u wielu rodzin..... ja to tak żartobliwie nazwałam.....na swoje potrzeby. Raz pojadę na kilka tygodni do jednego dziecka,raz na może całe wakacje do drugiego - bo będzie mieszkać w dużym domu nad samiutkim wielkim jeziorem..a ja uwielbiam pływać....Resztę czasu spędzę u siebie - pewnie nadal w samotności... Mieszkam w pięknej okolicy otoczonej ze wszystkich 4 stron lasami a za kilka lat ma powstać obok mnie zalew....Brakuje mi kogoś do rozmów,spacerów czy wspólnego wypicia kawy na tarasie...ale myślę tylko i wyłącznie o koleżance,przyjaciółce ,może odnajdzie się jakaś daleka krewna?...a teraz od niedawna też o samotnej starszej Ukraińce która potrzebuje opieki i czasu aby zrozumieć co stało się z Jej życiem....
Obiecałam sobie,że zajmę się tym tematem ...mam duży,wygodny dom może dla kogoś będzie przystanią choć na trochę...Pozdrawiam

31,011

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam drogie moje,chciałam podzielić się refleksją jaka mnie naszła po wczorajszej rozmowie z moim psychologiem.Mimo,że już od jakiegoś czasu nie korzystam z Jego pomocy,to i tak kontaktuje się ze mną - myślę ,że ze względu na zwykłą ludzką życzliwość - obecnie coraz rzadziej spotykaną.
Rozmawialiśmy o zwykłym codziennym - samotnym życiu.Mówiłam o lepszych czy gorszych chwilach,godzinach,dniach....posiłkowałam się częściowo wypowiedziami kobiet tu piszących - oczywiście zachowując anonimowość i daleko idącą powściągliwość.
Mówiliśmy o tzw:nawrotach ,,dołów,,psychicznych,które przychodzą falami....do niektórych z Nas.
Ja nie wiem jakie to uczucie jest- bo nigdy nie ,,wypłynęłam,,w tej swojej żałobie na jakąkolwiek powierzchnię płaską- nigdy nie osiągnęłam tzw: powierzchni bezpiecznej- z której jak niektóre z nas z powrotem spada się w dół. Czasami mam uczucie,że wśród wszystkich tu piszących z tzw: dużym stażem w przeżywaniu żałoby - najmniej sobie radzę i jestem w dalekim tyle za innymi. One mają tyle inicjatywy w sobie i energii ,że planują wspólne wyjazdy w tym świąteczne w dalekich krajach,organizują i to po raz kolejny wyjazdy weekendowe w dużych miastach Polski,umawiają się na obiad,kawę ,wino....Może moje miejsce zamieszkania sprawia,że wszelkie rzeczywiste kontakty są dla mnie tak dalekie...jak lata świetlne...Może jest we mnie jakaś niewidzialna wewnętrzna bariera,która uniemożliwia mi wyjście z głębokiego cienia?
Usłyszałam,ze nic bardziej błędnego w moim rozumowaniu.Każda z nas jest inna,ma inne priorytety życiowe,inne spojrzenie na świat .Każda ma swój mały system wartości i tego co dla samej siebie jest ważne,ważniejsze i najważniejsze.
Każdy ma prawo do własnych wyborów życiowych,błądzenia i powrotów.Szukamy różnych dla siebie dróg wyjścia z krytycznych dla nas sytuacji,a żałoba po stracie męża - do takich właśnie należy.Mamy patrzeć tu i teraz na siebie,niczego nie przyspieszać niczego nie ponaglać...nie dać się ponieść emocjom i podpowiedziami innych- tylko słuchać swojej intuicji. Czas nam sprzyja i cierpliwość jest tu najważniejsza.
Piszę o tym ,aby dać nadzieję Innym - i powiedzieć,że trzeba dać czas - czasowi.
To,że inni są daleko z przodu nie oznacza,że jest z nami coś nie tak.Nie- każda ma inną sytuację życiową:praca z całą pewnością sprzyja szybszemu powrotowi do żywych.Nawet jak chodzi się do niej z tzw:,,musu,,- ale trzeba wyjść z domu i zaistnieć wśród innych.Trzeba do pracy dojść lub dojechać... zrobić podstawowe zakupy.
Jak ma się bliskich na tzw:wyciągnięcie ręki,albo się z nimi mieszka- to jest już o wiele wyższy poziom dochodzenia do normalności...Każda życzliwa Nam osoba- to nasza wartość dodana. Drogie moje: nie porównujmy się w szybkości przeżywania czy dramatyczności naszych żałób .Są kobiety,które już myślą o nowych związkach - bo nie wyobrażają sobie dalszej samotności,a są takie - które już wybrały samotność udając się do Żeńskiego Zakonu...znam osobiście....Są które niczego nie ruszyły w domu po śmierci męża i zapowiadają ,że nigdy nie ruszą!?, znam takie ,które posprzedawały dawne wspólne mieszkania i kupiły nowe- często takie o jakim wcześniej nie marzyły,albo marzyły w cichości.Ja sama wyprowadziłam się do domu na głęboką prowincję,do domu który  powstał jeszcze za życia mojego męża- i miał być ostoją na nasze dalsze życie..  Podjęłam taką decyzję, .bo uważam,że byłam to winna Jemu i sobie i Naszym marzeniom.
Jesteśmy inne i inne są nasze drogi wyjścia z żałoby, ważne by znaleźć taką aby była zgodna z naszym sumieniem i naszymi planami życiowymi- oczywiście jeżeli jeszcze je mamy- a życzmy sobie - aby każda z Nas miała jeszcze przed sobą jakieś mniejsze czy trochę większe marzenia i plany- bo one nas mogą motywować do dalszej walki i powrotu do względnej normalności.Pozdrawiam

31,012 Ostatnio edytowany przez zzielona (2022-03-31 22:36:48)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Kochane
Dziś mam „szczęśliwy” dzień. Dostałam nową pracę (mam jeszcze miesiąc wolnego) i pozytywne wyniki egzaminów a cały dzień chce mi się płakać. W ciągu dnia jeszcze jakoś się trzymałam a teraz siedzę płacz znowu wrócił łzy mi lecą po policzkach, czuje żal smutek pustkę sama nie wiem. Włączyłam sobie jeszcze Jego zdjęcie, zbliżyłam i ogladam cała twarz kawałek po kawałku wszystkie szczegóły, przypominam sobie… tak bardzo bym chciała go dotknąć przytulić. Nie mogę się uspokoić. Tylko to jestem w stanie napisac, myslalam ze zrobi mi się może jakoś lepiej jak to z siebie wyrzucę. Trafiłam jeszcze na ładny tekst:

Śmierć nie jest końcem wszystkiego…
Przeszedłem tylko do sąsiedniego pokoju.
Nadal jestem sobą…
I dla siebie jesteśmy tym samym, czym byliśmy przedtem…

Zatem nazywaj mnie jak zawsze…
Nie zmieniaj tonu głosu, nie rób poważnej i smutnej miny…
Śmiej się tak, jak dawniej robiliśmy to razem…
Uśmiechaj się, myśl o mnie,
módl się za mnie…

Niech moje imię będzie wciąż wymawiane…
Ale tak, jak było zawsze, zwyczajnie i bez oznak zmieszania…
Życie przecież oznacza to samo, co przedtem,
Jest tym samym, czym zawsze było…
Żadna nić nie została przerwana…

Dlaczego więc miałbym być nieobecny w twoich myślach,
Tylko, dlatego, że nie możesz mnie zobaczyć?
Czekam na Ciebie bardzo blisko…
Tuż-tuż…
Po drugiej stronie progu…

Dzieli nas tylko czas…
Bo ja już doszedłem, ty wciąż jesteś w drodze…

~ Autor nieznany

31,013

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

zzielona przyjmij gratulacje z okazji nowej pracy i zdanych egzaminów.Myślę,że wyrażę opinię Innych kobiet z naszego Forum i powiem:JESTEŚMY Z CIEBIE DUMNE !!!
Wiem,że smutek przeszywa Ci serce,bo chciałabyś podzielić się radością ze swoim ukochanym,a jest to niemożliwe. Może jednak już się podzieliłaś tą wiadomością gdy trafiłaś i zamieściłaś tak piękny tekst ....dający nam wszystkim nadzieję.
Kiedyś ktoś powiedział:nadzieja umiera ostatnia...więc niech trwa i trwa i trwa.
Każda mała radość przynosi nadzieję,że jeszcze będzie dobrze- nie super,nie przepięknie i bardzo radośnie...ale w miarę normalnie.Niech będzie tak,żebyśmy chociaż bez lęku zasypiały i się budziły. Żeby smutek choć częściowo usunął się w cień, a nasza wola życia torowała sobie pomalutku,niespiesznie nowe ścieżki- które kiedyś staną się szerokimi alejami  ku nowemu...jeszcze nie znanemu rozdziałowi  naszego życia.
Bądźmy uważne,żeby tego momentu nie przegapić....Pozdrawiam

31,014

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny .
Zzielona przyłączam się do życzeń i gratulacji . Cieszę się wraz  z Tobą i wiem jak jest cięzko kiedy nie można się podzielić z ukochanym naszą radością . Smutek w sercu sprawia ,że nic nie ma dla nas znaczenia i zamiast radości czujemy bez przerwy dołujący żal .
Piękne słowa zamieściłaś . Takie proste z zarazem trudne  . Czasami sama sobie wmawiam  ,że mój M nie odszedł tylko wyjechał i właśnie gdzieś tam czeka na mnie . 
Jolam jesteś niewątpliwie Dobrym Duchem tego naszego wdowiego wątku . Czytając Twoje wpisy czuję dobrą energię i podziwiam Cię za Twoją postawę wobec innych . Jesteś mądrą i silną kobietą . Ja nigdy nie zdecydowałabym się na przyjęcie pod swój dach kogoś tak jak piszesz aby dać schronienie i bezpieczną przystań . Cały czas w głowie mam ,ze nie dałabym rady z rozstaniem . Bardzo szybko nawiązują emocjonalną bliskość chociaż z natury jestem powściągliwa . Pamiętam ile mnie kosztowało emocjonalnej walki usamodzielnienie się syna . Jakoś to sobie poukładałam ale w głównej mierze to zasługa mojego M bo przy mnie był , wspierał i prowadził . Zawsze marzyłam o takim wielopkoleniowym domu , no ale cóż  życie miało dla mnie inny plan .
Aloes zaczęłam oglądać serial , który poleciłaś . Mam nadzieję ,że się rozkręcę . Tak mi ciężko skupić uwagę , nie wspomnę już o  przesłaniu jakie niesie i przemyśleniu tego. Kiedy żył mój M nasz dom tętnił życiem , mieliśmy taki dom otwarty a teraz stronię od ludzi . Wszystko mnie drażni i denerwuje . Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy z jakimi płytkimi ludźmi miałam do czynienia . Najbardziej mi przykro jak ktoś sprowadza moją stratę do tekstu cięzko ci , bo jak żyć z jednej wypłaty , sprzedaj dom po co ci taki wielki albo nie martw się spotkasz jeszcze kogoś , musisz tylko przestać rozpamiętywać i iść do przodu .  Tak jak pisałam w moim otoczeniu nie ma wdów ani wdowców a nawet rozwodników , a ja nie mam siły tłumaczyć nikomu co czuję i jak mnie to boli .


Pozdrawiam Was serdecznie .

31,015

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane, miałam bardzo bardzo zły czas, rzuciłam wszystko, wsiadłam w samochód i pojechałam na tydzień  z przyjaciółką "do lasu , gdzie nie ma telewizji, internetu, a przede wszystkim ludzi.
Od kilku dni jestem u Mamy, która jest po drugiej operacji jedynego oka (pierwszą miała w grudniu), i teraz miało być lepiej, i nie jest, nie może być sama ani chwili, wymieniam się opieką z siostrą dniami/nocami, ale ostatnio byłam ponad 48 godzin bez minuty snu. Bardzo chciałabym przeczytać co u Was, napisać o swoich odczuciach, emocjach, ale jestem u Mamy, tam nie mam internetu, u mnie jest coraz gorzej.
Dzisiaj przyjechałam do domu żeby zmienić ciuchy, prześpię się w naszej sypialni, poczuję Jego zapach, rano jadę znowu do Mamy, zmienić siostrę, a co dalej to nie wiem. Tak bardzo chciałabym, żeby mój Ukochany był, wspierał mnie jak zwykle, chcę się wtulić w jego bezpieczne ramię i znów czuć się najszczęśliwszą na świecie.
Chcę żeby był ze mną w tych trudnych chwilach. Tak mi bez Niego źle.

Pozdrawiam Was.

31,016

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane Moje- Witaj Maadlen,dzięki za dobre słowa...ale wierz mi- to często tzw:uśmiech przez łzy...Może byłabym już odrobinę silniejsza psychicznie,ale stan zdrowia mojej psiej przyjaciółki na tyle się pogorszył- że jeden z weterynarzy zasugerował jak najszybsze uśpienie jej.Na szczęście niespodziewanie tego dnia przyjechał do mnie syn i widząc zapłakaną i roztrzęsioną - pocieszał,że to moja decyzja i nic natychmiast nie muszę.Mam prawo do powolnego oswojenia się z kolejną stratą...dopóki jej nic nie boli i nie cierpi.
Prawda jest taka,że sama z tą decyzją nie zostanę- córka też będzie ze mną- to w końcu też po części kawałek Ich życia-18 lat to dużo dla wszystkich członków rodziny.
Wiem,że dla niektórych kobiet - temat losu mojego psiaka to raczej rzecz błaha,ale te które mają jakieś zwierzaki wiedzą co przeżywam i z czym przyszło mi się zmierzyć.
Całe moje obecne życie podporządkowałam mojej suczce,jestem jej to winna.
To ona witała mnie w pustym dom,cieszyła się na mój widok,patrzyła na mnie z ufnością po śmierci ukochanego pana którego sporo już przeżyła,była wierną towarzyszką podczas samotnych spacerów.
Nadal też nie doszłam do siebie po długiej chorobie - a to odbija się na zdrowiu psychicznym...Ikario też bym chciała porzucić wszystko i wyjechać do jakiejś głuszy z dala od ludzi..przeczekać jeszcze jakiś czas..chodzić bez celu,niczym i nikim się nie przejmować...może za jakiś czas mi się uda.
Nadal mam gorsze dni i chwile,o wiele gorsze niż bym mogła kiedykolwiek przypuszczać.
Jak Tsunami zalewają mnie fale tęsknoty - zalewają i duszę i ciało.Wtedy boli każdy oddech a każda kolejna  godzina samotności rani jak głęboki cierń.
Są dni,że budzę się z nadzieją i postanowieniem,że będzie dobrze - chociaż znośnie...
ale w miarę upływu czasu dopada mnie przenikliwy żal - nad samą sobą,łzy płyną bez większej przyczyny- płaczę nad samą sobą- nad moim tragicznym życiem.
Czasami podejmuję nierówną walkę z ogromną rozpaczą- mówię sobie :zawalcz,spróbuj ...On by tego chciał- już wypłakałaś ocean łez- teraz musisz iść do przodu...spróbuj nie oglądać się wciąż za siebie.
I idę ,powoli,ślamazarnie,potykam się i często gubię kierunek...ale jakaś siła sprawia że się wciąż podnoszę,podnoszę i podnoszę- to chyba nadal wielka miłość do mojego męża,która mimo jego śmierci - żyje w moim sercu i aktywuje do walki o samą siebie. Wiem,że jakie by nie były nasze życiorysy i wspólny  były czas z naszymi mężami- to mamy coś wspólnego - nadal wielkie pokłady naszej miłości do Nich do wspólnych pięknych wspomnień i naszych dzieci. One nadal wciąż cierpią,choć nie mówią tego wprost aby nas nie ranić.Im zależy na nas- Mamach - bo często tylko my im zostałyśmy.Zróbmy to dla Nich - spróbujmy podnieść się z naszej rozpaczy i podać naszym dzieciom pomocną dłoń- zobaczycie,że oni w zamian mocno uścisną nasze.
Te osamotnione - nieszczęśliwe jak my kobiety niech sobie powiedzą ,że nie są same,że mają oddanych przyjaciół w naszych osobach.My wiemy o sobie tyle - o czym często nawet najbliżsi nie mają pojęcia.Zaufałyśmy sobie na wzajem,a przyjaciół się nie rani,nie zostawia w potrzebie...TYLE JESTEŚMY WARCI- NA ILE NAS SPRAWDZONO
Dużo sił i wytrwałości dla każdej z Nas kochane.....

31,017 Ostatnio edytowany przez Aloes21 (2022-04-06 18:27:02)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane,
Taka tu ,,cisza"... Nikt nie pisze..., Pewnie wiele z Nas podobnie jak ja trwa w swoim bólu - cichutko, samotnie...
Bo przecież wszystkie musimy powoli uczyć się żyć z tą naszą samotnością. Nie ma przy Nas naszych Ukochanych..., Nie ma już tej bezpiecznej przystani, gdzie byśmy mogły się skryć przed szalejącymi falami. Musimy uczyć się oswajać te fale już same..., jakkolwiek okrutnie to brzmi.
Nie przywykliśmy do samotności, ona nas dręczy, dławi, wyniszcza. A jednak wciąż żyjemy, trwamy w naszej niedoli... Coś nas tu trzyma, wciąż idziemy - koślawo i ślamazarnie - ale idziemy. Podnosimy rękawicę i stajemy do tej nierównej walki z własnym losem. Przegrywamy, upadamy...,ale powoli wstajemy aby znów podjąć próbę...
Walczymy każdego dnia o Nas, o nasze dzieci, bliskich, przyjaciół - i ile razy byśmy nie upadły walczymy dalej, bo walczymy dla Nich.
Naszą bronią - jedyną, ale potężną - jest Miłość. Miłość, którą dali Nam nasi Mężowie, a której tak wiele jest wciąż w naszych złamanych sercach. Bo Miłość jest wieczna - śmierć nigdy nie zdoła jej pokonać. A dopóki my żyjemy Kochane to i żyją w Nas Oni - w naszych sercach i w naszej pamięci. Nadzieją dla Nas jest to, że się z Nimi spotkamy, musimy tylko nauczyć się czekać. Bo to nieprawda, że Oni umarli, ,,Oni już żyją, to my wciąż umieramy".
Dziś miałam spotkanie z moją Panią Psycholog i takie refleksje mi się nasunęły...
Bo nic nie może przecież wiecznie trwać, kiedyś nasza rozpacz ucichnie, nasz ból będzie już lżejszy, płacz da ukojenie, rany się nieco zabliźnią. Z tęsknotą, pustką i samotnością kiedyś nauczymy się żyć. Trzeba nam czasu - może rok, dwa, a może kilka lat, ale ukojenie musi kiedyś nadejść. To co nam zostanie, kiedy żałoba ucichnie...? - ano właśnie - Pamięć i Miłość. Bo prawdą jest, że ,,Strata jest ceną miłości"... Im mocniej kochamy, tym bardziej potem cierpimy. Ale pamiętajmy, że ta Miłość jest też naszą siłą.
Tak dziś piszę - ku pokrzepieniu - ,,na świeżo" po spotkaniu z P. Psycholog, którą wszelką siłą próbuje wlać w moje serce kropelkę nadziei...
Na dziś mi wystarczy, więc dzielę się z Wami..
Jutro - nie wiem, może choć na chwilkę wyjrzy słońce..
Pozdrawiam serdecznie Kochane, a tej Nadziei życzę nam jak najwięcej.

31,018

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane, jestem na chwilę w domu, jutro znowu na „dyżur”.
Jola Kochana, miałam dwa psiaki w domu rodzinnym, wspaniałe i kochane. Choroba naszych psiaków czy kotów, to nie są błahe sprawy To są członkowie rodziny, chociaż u mnie to było dawno, wiem co przeżywasz, to są trudne decyzje, my też nie wiedzieliśmy co zrobić. Każdy wybór nasuwał pytanie co jest lepsze? Sama będziesz wiedziała co zrobić, 18 lat życia kochanego psiaka, to kawałek historii Waszej rodziny, łatwo nie będzie się z tym zmierzyć. I będzie ciężko i tęskno.
Dziewczyny, byłam w takim stanie ostatnio, że gdybym nie wyjechała „do lasu” to może mnie by już nie było. Chyba jestem teraz na najgorszym etapie żałoby, wydawało mi się że to pierwsze miesiące są takie, że nie da się przeżyć kolejnego dnia, ale wtedy byłam jeszcze w takim otępieniu, wypierałam, mówiłam do siebie, że przecież M zaraz wróci, coś tam robiłam i mówiłam w myślach do siebie, że jak wróci to zaraz opowiem wszystko, obgadamy nasze sprawy, jak zwykle. Teraz dociera do mnie, że już Nigdy M. nic nie opowiem, nie zapytam o radę, nie opowiem o „pierdołach”, albo o czymś kolejny raz, a M ze śmiechem nie powie, no przecież już mi to mówiłaś.
Pamiętam, jak Maadlem pisałaś po ok. 5 miesiącach od odejścia Twojego M., że jest tak bardzo źle, nie brakuje Ci koleżanek, wyjść, wsparcia od rodziny, to masz, ale brakuje coraz bardziej ukochanego M.
Też mam, koleżanki, spacery, wyjścia, ale, każdy kolejny miesiąc to jest coraz większa tęsknota za M. i coraz gorzej. Mam pojedyncze dni, właściwie chwile, że wstąpi nadzieja, a potem znów dół, ból i ta beznadzieja, że nawet, jak się poprawi to tylko na chwilę. A co dalej?
Sytuacja z Mamą jeszcze bardziej pogorszyła mój stan psychiczny, Mama bardzo źle zniosła operację , fizycznie i psychicznie, załamała się, ja się tym bardzo martwię, i od razu mam wizję co będzie, jak się nie polepszy, jak ogarnę opiekę, pracę. Czuję się jakby ktoś dorzucił mi drugi worek kamieni na plecy, a pierwszego nie mogłam już udźwignąć.
Wróciłam na chwilę do domu, pustego, bez życia, nawet bratki zwiędły na balkonie, jeszcze pół roku temu usłyszałabym od mojego M, nie martw się na zapas, wiesz, że większość z tego się nie wydarzy, aż 95%, a jeżeli trafi się te 5% to wtedy się z tym zmierzymy i damy radę, jak zawsze, jesteśmy razem. Przytuliłby mnie, nie pozwolił się martwić, wszystko byłoby takie łatwe. Dawał zawsze mi siłę i wsparcie, teraz jestem sama, bez życia, a muszę od jutra wspierać mamę psychicznie i fizycznie, a nie mam siły na nic.
Trzymajcie się Kochane.

31,019

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny! Jak dobrze, że się odzywacie, bez względu na stan ducha i serca. Jolam! Dużo, dużo zdrowia życzymy. Jesteśmy też  z Tobą w tych trudnych i bolesnych chwilach, kiedy musisz podjąć nieodwracalne decyzje… Odzywaj się, czytamy, myślimy o Tobie, jesteśmy…
Zzielona, gratulacje! Tak się cieszę, że pomalutku wracasz do życia, że odważyłaś się na tak radykalne zmiany i znalazłaś pracę. Jesteś bardzo dzielna i niezwykle silna. Trzymam kciuki, żeby ta nowa praca dała Ci nie tylko satysfakcję, ale była też trampoliną, z której odbijesz się w górę.  Dziękuję za piękny tekst. Jest niezwykle krzepiący.
Maadlen, Ikario, przeżywacie bardzo trudny okres żałoby. Rzeczywiście,  najgorzej jest przetrwać, kiedy dociera do nas okrutna prawda, która tak długo wydawała się nierealna, a potem zaczyna przytłaczać  nas ta straszna codzienna nieobecność. Ale uwierzcie mi, przyjdzie czas, że będzie łatwiej oddychać.  Na razie musicie skupić się na przetrwaniu, w każdy możliwy sposób. To niezwykle trudne i bolesne, ale trzeba próbować wszystkiego, za wszelką cenę. I mozolnie przepychać czas, każdego dnia.
Aloes, tak się cieszę, że wreszcie Ty wlewasz w nas nadzieję! Jednak niezwykła jest moc Miłości!
Dziękuję!
Pozdrawiam Was wszystkie bardzo gorąco

31,020

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Tak Kobiety Kochane: Nasza Miłość i pamięć o tych wszystkich wspólnych dniach...będzie nam nadal bardzo.. potrzebna i to jeszcze na długi czas.
Ja pamiętam, jak bardzo czekałam i odliczałam dni do tej  umownej jakby ,,zaczarowanej ,,daty: roku żałoby. Psycholog mnie ostrzegał,że zbyt wiele się nie zmieni,ale nie do końca dałam tym słowom wiarę...Wydawało mi się,że mniej będzie bolało,że moja głowa zacznie się powolutku odbudowywać i zmierzać nieśmiało ku tym lepszym myślom. Nie chciałam zapomnienia,ale pocieszenia-że jeszcze uda mi się poczuć odrobinę radości - takiej codziennej:na widok pięknej przyrody, bawiącego się malutkiego wnuczka,pary starszych ludzi trzymających się za rękę. Wszystko na początku bolało nie do opisania: zabiegani - mijający mnie ludzie wciąż spieszący się do swoich pełnych rodzin,obojętność innych,nieczułość i niezrozumienie moich przeżyć....zdziwione miny nie tylko przypadkowych ludzi...ich zniecierpliwienie....
Patrzenie w ich oczy- i odczytywanie ich myśli: jak długo jeszcze będziesz epatować tą swoją żałobą i wprowadzać negatywne emocje w nasze szczęśliwe życie!?....
Minął rok,półtora - za kilka miesięcy -dwa lata- i nic mnie nie ocaliło,żadna ręka nie wyciągnęła z czarnej otchłani...zero pomocy,zero ratunku- oprócz wciąż upływającego czasu....to przede wszystkim czas- a obok niego ludzie - którzy w tym czasie byli czy nadal są z Tobą ze mną.
Wiele przegadanych godzin z podobnymi jak ja kobietami,wiele rozmów z psychologami.Jedna tylko prawda z nich wynikająca,jedna wciąż kołatająca się w głowie myśl....czas,czas,czas. Jak zmarła moja mama- żył wtedy jeszcze Jej Tata - a mój Dziadek.On mnie przytulał i pocieszał:wiele dziecko w swoim starym życiu złego przeżyłem,wojnę- Powstanie Warszawskie,śmierć moich rodziców,twojej Babci też ...i wiec jedno:nie ma nikogo ani niczego co by nam w tej rozpaczy pomogło- tylko CZAS!!uwierz mi ... To czysty truizm nie jeden powie- ale to jedyna prawda  jak dotąd udowodniona. Czas nie zatrze naszych wspomnień nie zmniejszy wymiaru naszych uczuć- ale mówi: SPRAWDZAM...czy już jesteś gotowa do podjęcia jeszcze wciąż nierównej walki o dalsze samotne życie, czy jeszcze musimy trochę mniej czy więcej poczekać...Porównując Wasze obecne przeżycia z tymi moimi teraz obecnymi ....
Jest inaczej- łatwiej opanować łzy,gula w gardle jest mniejsza,smutek toczy zacięty bój z normalnością- wyniki nadal są różne- ale uśmiechamy się przez przysłowiowe łzy do dawnych wspólnych wspomnień ,rodzinnych zdjęć czy filmów ...Już mniej ranią słowa czy uwagi innych,już nie odwracamy wzroku od szczęśliwych par w naszym wieku- tylko z uznaniem mówimy:ale macie szczęście...Prawda jest tez taka:im młodsza kobieta - wdowa - tym większa szansa,że jeszcze zazna szczęścia - cokolwiek by to miało znaczyć.Nowy partner lub nowy rozdział samotnego życia.Nowe podróże,znajomości często związane z zamianą miejsca zamieszkania.Nowa praca- lub pierwsza praca- bo sytuacja finansowa zmusza nas do jej podjęcia.Nowe otoczenie,nowe wyzwania...i choć wciąż nadal w nas masę smutku i żalu - to musimy iść wciąż do przodu- bo życie na nas nie będzie wiecznie czekać...i tak wystarczająco długo dawało nam fory. Z każdym rokiem jak pisze Baśka jest lepiej- ja Jej wierzę.
Ikario - masz teraz wyjątkowo ciężki czas-opieki nad Mamą,ale masz z kim dzielić ten obowiązek...na szczęście nie jesteś sama.Ból po stracie męża miesza się z bólem jak widzisz chora Mamę i tak do końca musisz sobie radzić z myślami ...co będzie dalej?!
Tego nikt nie wie,i może dobrze...nie zamartwiajmy się na zapas.Jak pięknie napisałaś o mężu:95% się może nie sprawdzić...i tego się trzymajmy.Aloes tez piękne treści przekazała po spotkaniu z p.psycholog.Zbliżają się kolejne święta...moja przyjaciółka
dzwoniąc do mnie zaczęła opowiadać co i dla kogo szykuje.Ma w rodzinie synową i wnuka z celiaką ,ma weganów...bardzo obrazowo to robiła..na koniec spytała :a co ja zamierzam...powiedziałam po raz kolejny zresztą -że dla mnie święta przestały mieć sens i znaczenie jak kiedyś...jeszcze za życia męża.Właściwie - to przestały dla mnie istnieć...Po chwili ciszy usłyszałam:ale jesteś pewna tak do końca ,że dla Twoich dzieci też święta przestały istnieć już na zawsze!? czy może by chcieli z Mamą je spędzić skoro nie mogą z Tatą .Dziadkowie- to nie tylko Dziadek- to też Babcia- a nią nadal jesteś i będziesz.No i co Wy na to moje drogie....jak Wy wyobrażacie sobie ten czas który wkrótce nadejdzie...Pozdrawiam

31,021

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane. 
Ostatnio  mam trudny czas . Nadchodzące święta niestety nie dodają mi energii . Wręcz przeciwnie jestem przybita  , płaczę z byle powodu . Mam wrażenie ,że cofnęłam się i to znacznie .  Wszystko mnie drażni i denerwuje . Zmusiłam się do kilku dekoracji przed domem i w salonie ale na tym koniec . Już powiedziałam dzieciom ,że nie mam siły i nie dam rady zrobić świąt w domu . Nie chę też iść do rodziny czy tęż znajomych i udawać ,że wszystko jest ok , bo nie jest . Serce mi pęka na samą myśl o świetach . Zastanawiam sie jak przetrwałam Boże Narodzenie?,Co prawda  wyjechaliśmy w góry na kilka dni , aby uciec od tego świątecznego zamieszania ale mimo wszystko byłam chyba jakaś otempiała i sparaliżowana strachem . Czuję sie jakby wszystko waliło mi się na głowę a ja przytłoczona nie mam siły ruszyć chociażby palcem . Sadziłam  kiedyś ,że jestem silna , energiczna a teraz widzę w sobie tylko słabość i beznadzieję. Gdyby tak ktoś zarazil mnie jakąs choć najmniejszą iskierką nadziei , że chodź odrobinę mniej bedzie bolało , że dni przestaną być szare i smutne , że  wieczory przestaną się ciągnąć jak flaki z olejem i  dam radę zasnąć  bez płaczu i łez . 
Życzę Wam i sobie dużo siły . Pozdrawiam serdecznie .

31,022

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Kochane Kobiety,
Tak właśnie ta nasza Miłość i pamięć o naszych Ukochanych jest ponadczasowa. To One dają nam siłę do walki o każdy kolejny dzień. Toczymy nierówną walkę z naszą żałobą, często z góry skazaną na porażkę. Ale wzmocnione naszą Miłością, nie składamy broni, podnosimy się i dalej idziemy w bój. Skazane na ciężką, krwawą i długą tułaczkę, ale z iskierką nadziei, że kiedyś wygramy tę wojnę. Wojnę o Nas, dla Nas, dla naszych dzieci, wnucząt, bliskich i dla naszych Ukochanych - ku ich pamięci.
Jesteśmy na różnych etapach żałoby, ale zgadzam się z Jolą, że oprócz wsparcia naszych najbliższych, psychologów i naszego wzajemnego tu na tym Forum - naszym największym sprzymierzeńcem jest właśnie Czas. Niczego nie przeskoczymy, niczego nie przyspieszymy, wszystko musimy pokornie przyjąć i świadomie przeżyć każdy smutny, samotny dzień. Do mnie powoli to już zaczyna docierać, właśnie między innymi dzięki Joli, czy Basi. One wiedzą, co piszą, są już dużo, dużo dalej ode mnie w tym niezwykle trudnym procesie. Doświadczenia, które są już za Nimi są bardzo porównywalne do emocji, które są moim udziałem teraz pod koniec trzeciego kwartału żałoby. Dobrze wiem, że to teraz jest właśnie ten najkoszmarniejszy czas, w którym tak dotkliwie dociera do mnie ta okrutna prawda. Ból i rozpacz są tak ogromne, że brakuje tchu. Tęsknota za Ukochanym, u mnie jeszcze za mamą, zaciska krtań, rozrywa serce na strzępy. Cierpienie jest tak wielkie, że nie pozwala oddychać, tego nie da się ubrać w żadne słowa. Nie ma rady, nie ma recepty, nie ma lekarstwa, ale Jola i Basia uświadamiają nam wciąż cierpliwie, że trzeba po prostu to przeżyć, przeczekać. Czas, długi czas jest nam potrzebny, aby w końcu złapać złapać oddech. Najpierw na krótką chwilę, później już nieco dłuższą i nieco częściej. Ja Wam ufam Kochane - wierzę w Czas, w lepszy Czas, choć to teraz wydaje się nieprawdopodobne.
Jolu, dla mnie podobnie jak dla Ciebie święta straciły znaczenie, u mnie pierwsze zresztą bez
Męża i Mamy. Koszmar - nie święta. Ale one nadejdą, czy tego chcemy czy nie. Żadne planowanie, szykowanie, czy jakakolwiek oprawa zupełnie mnie nie interesują. Muszę po prostu je przetrwać, przeczekać i brnąć dalej.
Może prócz łez, uda mi się wykrzesać choć maly, nieśmiały uśmiech - dla dzieci , dla wnucząt. Niech chociaż One mają tę namiastkę normalności w tę święta. Będą też moje siostry, które też chcą aby ten świąteczny czas był w miarę znośny. No ale One mają mężów, mają pełne rodziny, a cóż mam ja - bezgraniczne cierpienie i tęsknotę za moim Ukochanym, z którym jeszcze w ubiegłym roku dzieliliśmy się jajkiem... Były życzenia, które niestety, się nie spełniły... Jednak aż tak potwornych nieszczęść nie mogłam się wówczas spodziewać.
I cóż nam robić Kochane, ciasnym bandażem opatrzyć nasze krwawiące rany i przetrwać jakoś ten trudny, dla nas świąteczny czas, pełen bólu wspomnień.
Tak to widzę moje Drogie... Nie brzmi to pewnie optymistycznie, ale my tutaj nie chcemy się okłamywać.
Ale pamiętajmy - święta miną, bo czas jednak płynie, powolutku, ale płynie, choć dla Nas się zatrzymał. Świat wciąż się kręci...
Dużo spokoju i siły życzę Nam Kochane... Na święta i na dalszą drogę...

31,023

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Moje Drogie! chcę napisać,że już jutro pogłębi się moja żałoba- bo żegnam moją 18 letnią suczkę,z mężem spędziła ponad 16 lat.Mądra,kochająca dzieci, bardzo rodzinna i pozytywnie nastawiona do innych psiaków..Doskonale uzupełniała naszą rodzinę:ja,mąż i ona.Gdy mój mąż wracał z pracy- to w szale radości podskakiwała tak wysoko,że ściągała mu okulary z nosa...Po Jego śmierci,smutna - apatyczna godzinami i nocami leżała na dywaniku pod pustym łóżkiem...Uwielbiała wszelkie wspólne wyjazdy,spacery po lesie ...zabawy na śniegu.Można jej było powierzyć wszelkie swoje życiowe tajemnice- nigdy nie zdradziła....była moją największą powierniczką po śmierci męża - tylko ona wie ile łez wylałam...jakie słowa rozpaczy wypowiadałam....
Moja rozpacz choć ogromna była odrobinę mniejsza- gdy otwierając drzwi przychodziła na powitanie....później siadała przy mnie kładąc pyszczek na moich kolanach .Powoli początkowo...a ostatnio już coraz szybciej zaczęła odchodzić...
Niestety na zmiany starcze nie ma lekarstw-  są nieodwracalne- ma całkowity bezwład tylnych łap i praktycznie przestała się podnosić.Przednie są za krótkie i za słabe,ze utrzymać w pionie ciało.Przez prawie miesiąc wynosiłam i przenosiłam ją do ogrodu,posłania, samochodu...ale zaczęła dawać znać, że źle się odnajduje w takiej pozycji,pojawiły się skurcze i ból...Tak do końca nie wiem czy dokonuję dobrego wyboru - czy nie odbieram jej swoją decyzją dalszego psiego życia-ale nie wiem też,czy odwlekając ją w nieskończoność -nie kierowałabym się tylko swoim życiowym egoizmem.... Zdaję sobie sprawę że nikt mi na to pytanie nie odpowie niestety. Ja będę musiała z tym żyć- to tylko wyłącznie moja decyzja- ale bardzo ciężko mi było ją podjąć.Wiem,że śmierć zwierzaka w żaden sposób nie powinno się porównywać ze śmiercią człowieka...ale rozum swoje a serce swoje...bardzo ,bardzo ciężko mi teraz będzie samej Nie zakończyła się moja żałoba po mężu/wg psychologa w moim przypadku: to 3-4 lata/ a dojdzie kolejna po stracie wiernego przyjaciela. Mogłam jedynie przełożyć termin pożegnania na kolejny tydzień - po świętach - ale teraz będą ze mną bliscy - już od piątku prze parę kolejnych świątecznych dni. Ich obecność pozwoli choć odrobinę oswoić ból i smutek...później byłabym całkowicie sama i samotna.Takie oto czekają  mnie święta,nic nie cieszy już od dawna - a radość będzie tylko z obecności najbliższych ,którzy niestety daleko są ode mnie na co dzień.Pustka wielka będzie po Ich wyjeździe- ale na to już nie mam wpływu...może zacznę częściej Ich odwiedzać bo ze względu na stan mojego psa- który bardzo ciężko znosił nawet krótką podróż samochodem- ograniczałam swoje wyjazdy do minimum. Czeka na mnie sporo prac ogrodowych i domowych- do których już dawno straciłam serce i zapał...bo po co i dla kogo....? teraz sama sobie odpowiadam: dla samej siebie,dla bliskich i może też dla nielicznych znajomych którzy już od dawna domagają się mojej zgody na odwiedziny...Zobaczę, pomyślę ,zastanowię się...mam czas...mam dużo czasu...szkoda tylko ,że już tylko samotność będzie moim codziennym domowym towarzyszem.Cieszcie się Moje Drogie jak macie możliwość mieszkania z bliskimi- to Wasza ponadczasowa OPOKA.Oni zawsze Wam pomogą i wesprą gdy przyjdzie na to czas...U mnie właśnie taki czas nadszedł,ale niestety- sama zdana jestem tylko na siebie.Żadna rozmowa telefoniczna nawet bardzo długa i życzliwa,żaden e-mail nie zastąpi dotyku dłoni czy przytulenia bliskiej nam osoby.....Przykro mi,samej siebie mi żal - ale niestety nic na to nie poradzę.
Chyba nie będę w stanie emocjonalnym napisać coś jeszcze przed świętami- więc Moje Drogie życzę Wszystkim Nam- żeby czas - ten smutny a wręcz tragiczny zaczął szybko płynąć ze zdojoną siłą- aby nie rozlewał się po zakolach naszej duszy...niech wreszcie zacznie pokazywać się życiowa jasność,żeby te nasze ,,posklejane skrzydła,,pozwoliły nam się wznieść na taką wysokość,z której będzie widać już nadchodzące coraz jaśniejsze dla Nas dni,tygodnie,miesiące.Niech nadzieja zwycięży strach i ból..niech będzie po prostu łatwiej i lepiej żyło się Nam i Naszym Rodzinom bez Tych których już z Nami nie ma- w tym Naszych Mam i Ojców też. Żeby Ich NIEOBECNOŚĆ motywowała a nie hamowała naszego wyjścia z GŁĘBOKIEGO CIENIA.....oby tak się stało.

31,024

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane,
jestem już w domu, Mama czuje się lepiej, nie ma potrzeby, żeby z nią być non stop, jakoś to z siostrą ogarniemy.

Jolu Kochana, pisałam już wcześniej, że ja też musiałam stanąć przed taką decyzją kiedyś, leczenie, operacje, odwlekaliśmy ile można, ale kiedy nasz Dino wył przez 3 noce z bólu, i wiadomo było, że nic mu już nie pomoże wciąż się zastanawiałam czy to już, czy jeszcze może jeden dzień, dwa…  Dobrze, że będziesz miała w tym czasie swoich bliskich.
Będzie trudno, długo była z Wami, i była przy Tobie cały ten trudny czas, patrzyła ufnymi oczami i czuła Twój smutek. Strata kochanego psiaka, bardzo boli, wiem co czujesz i wirtualnie Cię przytulam.

U mnie im dłużej tym gorzej. Najpierw się uczepiłam, że po 1 (!) miesiącu będzie lepiej, gdzieś to wyczytałam, potem, że po 3, a potem że każdy kolejny miesiąc będzie lepszy. Teraz wiem, że kłamstwo to jest i tyle. Im dłużej tym gorzej. Ale może dobrze, że ktoś tak pisze, wtedy, jak nie byłam w stanie wstać z łózka, jeść, pić, jak połowa mnie umarła razem z moim M., to myślałam, że muszę wytrzymać ten ”magiczny” miesiąc, potem drugi, trzeci….teraz wiem, że to znacznie dłuższy proces, nie wiem ile, może rok, może dwa, a może więcej. Nie chcę takiego smutnego życia, bez mojego Ukochanego, ale takie mi zgotował los, po 30 latach wielkiego szczęścia. I mogę tylko czekać i czekać, aż ten smutek i beznadzieja chociaż trochę zelżeją. Kiedyś. Wiem, że Nigdy już nie będę szczęśliwa, ale nie chcę być tak bardzo nieszczęśliwa, chcę uzyskać jako taki spokój, nie płakać codziennie wieczorem, kiedy kładę się do pustego łóżka i znów płakać, kiedy się w tym pustym, wielkim łóżku budzę. Chciałabym znów się do Niego tulić wieczorem i rano, zanim wstanę do pracy, ale wiem, że to już nie wróci, wiem, że muszę nauczyć się żyć bez mojego kochanego M., ale jak ten spokój uzyskać, jak się z tym pogodzić? Jak żyć bez Niego? Jak, tak bardzo, do bólu, nie tęsknić? Codziennie sobie zadaję te pytania. I proszę mojego M. żeby dał mi siłę, tak jak dawał, kiedy ze mną był.
Niedawno, mój M. miał urodziny, potem ja imieniny, a za 2 dni mój M. miał imieniny. Mieliśmy zawsze 3 uroczystości w pakiecie tygodniowym, jak się śmialiśmy. Często gdzieś w tym czasie wyjeżdżaliśmy, a teraz ten czas spędziłam, po raz pierwszy sama, płacząc z tęsknoty i bólu. Za chwilę Święta, znów czas ogromnego smutku. Wszyscy się gdzieś porozjeżdżali. Okropny czas.
Nie chcę ciągle płakać, w końcu wszyscy się ode mnie odsuną, ile można chcieć przebywać z ciągle smutną osobą, staram się udawać, że jest lepiej, a tak nie jest.
Czasami mam lepsze chwile, wtedy „działam”, ogarnęłam trochę wczoraj ogród, pojechałam po nowe donice, poprzednie tej zimy zostały na mrozie i ceramika popękała, posadziłam bratki, przycięłam róże, płacząc, bo zawsze robił to mój M., ale nie mogę ich zmarnować. Zrobiłam stroik z wiosennych kwiatów i dzisiaj zawiozłam na cmentarz do R. „Pogadałam” z Nim, powiedziałam do jutra i poczułam się lepiej. Przynajmniej na chwilę.
Zrobiłam „plan” na jutro, rano do Mamy, potem na cmentarz, jakieś zakupy, potem małe gotowanie. I te plany, a właściwie dla mnie to wręcz cel, najdalej na jutro, jakoś pozwalają przetrwać kolejne dni, z nadzieją że to „kiedyś będzie inaczej, lżej” nadejdzie.
Basiu Ty, tak ładnie napisałaś do mnie i Maadlen, „Na razie musicie skupić się na przetrwaniu, w każdy możliwy sposób. To niezwykle trudne i bolesne, ale trzeba próbować wszystkiego, za wszelką cenę. I mozolnie przepychać czas, każdego dnia.”
I tak właśnie staram się robić, wczoraj pomogła praca w ogrodzie, wizyta na cmentarzu, innym razem, oglądanie zdjęć z podróży, chociaż się bałam, wszyscy mnie ostrzegali, że to za wcześnie, a mi to pomogło, w tamtej chwili. Innym pomoże co innego, musimy znaleźć to coś. I tak, jak piszesz, mozolnie przepycham czas, planuję drobiazgi na jutro, bo to pozwala przetrwać.
Chyba dużo i chaotycznie napisałam.
Kochane Dziewczyny, Jola, Basia, Maadlen, Misiulka, Aloes, Zzielona, i wszystkie Kobietki, życzę Wam i sobie spokoju w tym trudnym okresie przedświątecznym.

31,025

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie drogie
Napisze krótko bo szczerze nie odzywam się dlatego ze nie mogę się w ogóle do tego zebrać, poskładać myśli, określić jak się czuje. Dziekuje Wam bardzo za wsparcie i gratulacje. Dobrze jest wejsc tutaj na forum i zobaczyć ze ktoś się odzywa, ze są jakieś wpisy, piszecie co u Was i z tylu głowy mieć świadomość ze można się do Was zwrócić.
Ja spędzam te święta - pierwsze święta wielkanocne bez mojego partnera - daleko od domu za granicą, tylko z tatą. Pomaga mi w tym czasie to ze nie ma mnie właśnie w domu, ze zmieniłam otoczenie. Zostaje tu jeszcze po świętach, do końca miesiąca. W maju idę już do pracy. Udało mi się znaleźć mieszkanie i może to dla niektórych głupio zabrzmi ale modliłam się (ciezko mi to nazwać bo nie określam się jako wierząca osoba) do Mojego T. i uwazam ze to dzieki niemu mi się powiodło, ze czuwa nade mna. Na prawdę taka mysl ze mogę do niego rozmawiać w modlitwie i ze on jest jakby przy mnie mi pomaga. A wiec w przyszłym miesiącu wracam „do siebie” (do miasta gdzie mieszkaliśmy na stałe razem), opuszczam dom rodzinny w którym przebywam od początku żałoby i zaczynam od nowa.
Przytulam was wszystkie bardzo mocno i życzę wam spokojnych świąt, abyście przetrwały ten trudny czas, wasi mężowie na pewno są z wami.

31,026

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Drogie Dziewczyny! Wytrwałyśmy i przetrwałyśmy wszystkie ten niezwykle trudny czas. Dla mnie wszelkie rocznice i każde święta to niewyobrażalnie trudny czas. Nawet  bliska obecność tych, których kocham, niczego nie jest w stanie zmienić.  Wracają wspomnienia, a potem zalewają je strumienie łez. Wciąż jest tak samo ciężko. Ale udało się! Jesteśmy silniejsze o ten kolejny raz…
Pozdrawiam Was wszystkie najgoręcej

31,027

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Masz rację Basiu, święta to niezwykle trudny czas... Dla mnie to były pierwsze Święta Wielkanocne bez mojego ukochanego Męża i Mamy, drugie bez Taty... Cóż mogę powiedzieć - koszmar. Nie przypuszczałam, że może być aż tak niewyobrażalnie ciężko. Rozpacz, tęsknota, ogromny żal i ta wszechogarniająca pustka i trwoga... Nie czuję się silniejsza, ból jest coraz większy, a ja coraz słabsza. Nawet już nie liczę na to, że będzie kiedyś lepiej, nie mam nadziei. Chcę już tylko zniknąć, nie czuć już nic... Dlaczego ten zachłanny niesprawiedliwy Bóg zabiera mi wszystkich, których kocham, a mnie tu zostawia na wieczną mękę..? Dlaczego, za co...? Ile tych beznadziejnych, samotnych świąt jeszcze przede mną...? Codziennie jest strasznie, ale w takie dni to już po prostu istne piekło... Moje życie stało się piekłem na ziemi. Bez mojego Męża nie ma tu już dla mnie ani miejsca, ani celu... Dobrze, że wreszcie skończyły się te święta, ale niestety przyjdą następne i żadne już nigdy nie będą dobre... Już nigdy...
Wam Kochane życzę jednak dużo siły... Może chociaż niektórym z Nas uda się przetrwać.
Bądźcie dzielne, walczcie o siebie..., Ja chyba nie dam już rady...

31,028

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam Drogie Moje..Baśka ma rację pisząc,że ten trudny okres  świąteczny już za nami jest..Dla wszystkich nas bardzo,bardzo ciężki i choć w większości przypadków miałyśmy obok siebie bliskie osoby- to TEJ NAJWAŻNIEJSZEJ - Naszych Mężów nie było,a w przypadku Aloes - zabrakło tez po raz pierwszy w te święta- Mamy.
Aloes przetrwasz ten trudny czas- nawet nie wiesz ile siły w nas kobietach jest....
Dasz radę choć trudno Ci w to w tej chwili uwierzyć-jeszcze za wcześnie,jeszcze nie teraz...ale powolutku ten czas nadchodzi. Będzie bardzo ciężko ,ale to bardzo bolesna i głęboka rana- więc powolutku się goi,a przy jakimś gwałtownych ruchu i przy chociaż małej nieuważności rana znów się otwiera i jątrzy. Jeżeli zaczniemy myśleć o sobie i nie starać się za wszelką cenę kontynuować poprzedniego życia w pojedynkę- jakby się mało co zmieniło- to ten czas znacznie się skróci.Nie ma już naszego poprzedniego wspólnego szczęśliwego życia- i nie próbujmy na siłę go reanimować bo nic z tego nie wyjdzie dobrego.Jak można żyć po dawnemu jak nie ma człowieka ,który wespół z nami odgrywał najważniejszą rolę w naszym dotychczasowym życiu. Przecież nikt Go nie zastąpi...tak szybko- albo nigdy już.Musimy zacząć żyć na własny rachunek- co nie znaczy ,że mamy zapomnieć...Musimy być do bólu szczere wobec siebie i powiedzieć :już nigdy nic nie będzie takie same. Nie oznacza to jednak zupełnego poddania się losowi- ale zawalczenie o nowy rozdział naszego życia.Coś się skończyło nieodwołalnie,ale my żyjemy nadal i musimy żyć dalej dla naszych mężów i naszych bliskich. Kiedyś usłyszałam,że muszę za wszelką cenę coś zmienić w swoim samotnym życiu.Nie kontynuować na siłę codziennych rytuałów życiowych i przyzwyczajeń które były w naszym wspólnym życiu.Tego życia już nie ma,więc mam prawo a nawet wskazane jest ustalić swoje nowe harmonogramy codziennych dni,tygodni,miesięcy.Samo czekanie na kolejne mijające miesiące - to mało.Musimy pomóc czasowi,zacząć nowe prace- inne zaplanować-nawet jak wydaje się nam ,że brak jest szans na ich realizację...a może się mylimy?może choć część uda nam się osiągnąć? Wtedy nie wyobrażałam sobie takiego toku myślenia,ale teraz coraz częściej się ku temu skłaniam.To tak jak z uczeniem małego dziecka pierwszych samodzielnych kroków...my też po części zaczynami stawiać pierwsze kroki w samotnych życiu. Zróbmy - lub przynajmniej spróbujmy wejść w nowy etap życia..nie ma Ich fizycznie,ale są i zawsze będą z nami ,w sercu,myślach i wspomnieniach, ale też w naszych czynach.Pozdrawiam

31,029

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane,
Przetrwałam jakoś te święta, nawet mniej boleśnie niż myślałam. Pisałam, że wszyscy się u mnie porozjeżdżali, moja przyjaciółka pojechała do swojej rodziny, moja siostra do rodziny męża. W pierwszy dzień świąt byłam u mamy na śniadaniu, byłyśmy po raz pierwszy od wielu lat same, bardzo się bałam takich świąt, przerażały mnie, ale po południu przyjechałam do mnie koleżanka, wdowa od 3 lat, wyszło spontanicznie, jej córka pojechała z dziećmi do rodziny męża i jakoś tak przypadkiem się zgadałyśmy, że obie będziemy w ten dzień same i spędziłyśmy go u mnie. Nasi mężowie się znali, powspominałyśmy ich i jakoś tak było lepiej, na tyle ile w takich chwilach może być lepiej, chociaż ona jest na innym etapie żałoby, bardzo mnie wspiera od początku, znamy się bardzo długo ale nie byłyśmy jakoś bardzo blisko, tym bardziej, bardzo mnie zaskoczyła wsparciem, jakie mi daje od wielu miesięcy.
W drugi dzień byłyśmy z siostrą u mamy, a po południu przyjechała do mnie koleżanka, z którą się przyjaźniłam w czasach podstawówki i w liceum, mieszkałyśmy na tym samym osiedlu, potem nasze drogi się rozeszły i miałyśmy sporadyczne kontakty. Ja się wyprowadziłam, ona wyjechała za granicę i teraz, tuż przed świętami spotkałyśmy się przypadkiem. Nie wiedziała, że mój M. odszedł, widzieli się kilka razy. Miała czas wolny po południu w drugi dzień świąt, ja też. Umówiłyśmy, przegadałyśmy cały wieczór i pół nocy, płakałyśmy na zmianę raz ona, raz ja i śmiałyśmy się, ja pierwszy raz od ponad pół roku. Bardzo dobrze nam to spotkanie zrobiło, koleżanka ma inne zmartwienia, ja inne, ale dałyśmy sobie jakąś energię, inne spojrzenie i nadzieję, ona na rozwiązanie swoich problemów, ja na swoje dalsze samotne życie.
I chociaż nie wierzę w Boga, zapisany los, siły nadprzyrodzone, przeznaczenie,  itp. to jestem wdzięczna, że te „przypadki” pozwoliły mi przetrwać te święta, nie pogrążając się w rozpaczy. A może mój Ukochany jakoś nade mną czuwa, i nie chce żebym umarła życia. I jakaś siła istnieje?
Trzymajcie się Kochane

31,030

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane,
Smutne, samotne święta za Nami...
Przetrwałyśmy... !
Kolejne majowe przed Nami...
Też przetrwamy, jakoś musimy, bo innego wyjścia przecież nie mamy. I tak to już wygląda to nasze życie - od świąt do świąt, od niedzieli do niedzieli... Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc. Byle do przodu, podnosić się i upadać, ale iść, ciągle iść w stronę słońca... Czy znajdziemy cel tej samotnej ciężkiej podróży - nie wiemy. Próbować jednak musimy, jesteśmy to winne naszym Ukochanym i naszym najbliższym.
Powodzenia Kochane, niech wstąpi w nas moc...

31,031

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie dziewczyny
U mnie chwile było bardziej optymistycznie lecz nie może być nigdy zbyt długo chociaż w miarę dobrze… jestem na wyjeździe a od dwóch dni leze koszmarnie chora, zamiast korzystać z pobytu to „zdycham”. Po to wyjechałam aby się oderwać, kilka dni na prawde bylo lepiej, w święta miałam gorszy moment ale mimo wszystko w zupełnie innej rzeczywistości trochę się oderwałam od tego wszystko. Ale nawet tu gdzie zdaje się nie powinno mi nic przypominać o partnerze zdarzały się takie chwile ze na coś spojrzałam i wspomnienia wracały.. cóż chwile jest lepiej natomiast później dół.. Teraz znowu jestem chora i psychika tez siada bo więcej mysle i mam pretensje ze nic nie może być okej. Odporność siada przez stan psychiczny, a w chorobie jest jeszcze gorszy i koło się zamyka.. czasem mysle ze przywykłam do tego ze jestem sama ale to nie prawda bo tak mysle tylko w lepszych momentach. Jak patrzę na życie innych ludzi to wydaje mi się ze ja jestem w naprawdę czarnej d… Co mogę powiedzieć.. Mimo wszystko jakoś musimy trwać, mieć nadzieje na lepsze jutro i jak mówi Jola nic już nie będzie takie samo to już jest inne życie, ale ono sie nie zatrzymało toczy się dalej i my nie możemy się poddawać.
Ikario ciesze się ze dostałaś wsparcie, jestem pewna ze twój mąż nad tobą czuwa. Ja wierząca nie byłam i chyba nadal nie jestem ale bardzo mi ta mysl pomaga ze on mimo wszystko jest ze mną, ze może są te „siły wyższe”.
Pozdrawiam

31,032

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Moje Drogie.Fajnie się czyta dobre lub w miarę dobre słowa,dałyśmy radę przeżyć te święta. Dla jednych pierwsze samotne,dla innych już...kolejne.
My same nie do końca zdajemy sobie sprawę ile w nas sił życiowych jest - ile woli przetrwania. Szczęściary te z nas,które miały wsparcie innych osób,ale były i takie - zdane całkowicie tylko na siebie.Tym większe uznanie się Im należy...Mimo głębokiego smutku i olbrzymiego żalu - nie poddały się.
Drogie moje, życie każdego dnia zaskakuje ,pomyślcie o kolejnych nowych wdowach - kobietach które nagle zderzyły się ze śmiercią swoich mężów - górników.Pomyślmy o śmierci mężów ,synów ,braci ,ojców tuż za naszą granicą- Ukrainców. Tak naprawdę nie mamy na nic wpływu- oprócz życia swojego....Trzymam kciuki za to - aby każdego nie tylko świątecznego dnia chciało się nam zawalczyć o nas same, bo my tez jesteśmy dla świata i dla innych ludzi ważne- nawet bardzo ważne.Te z nas co wierzą- niech nadal się tą swoją wiarą posiłkują każdego dnia.Niech ich wiara będzie ich codzienną siłą życiową- motywacją do zawalczenia o siebie .Te ,które wątpią lub całkowicie odrzucają wiarę w życie po śmierci niech znajdą w sobie siłę wewnętrzną ,która każdego dnia będzie wyznaczała im drogę życiową którą maja podążać....Dla wszystkich ,tak naprawdę ważny jest cel - jego osiągnięcie,realizacja konkretnego zadania - a jak do niego dojdziemy - to już sprawa drugorzędna jest. Ważne,żeby żadna z nas nie cierpiała tylko dlatego,ze jest sama.Piszmy do siebie,piszmy na naszym Forum,dzwońmy,rozmawiajmy,pomagajmy sobie wzajemnie- bo nikt nie zasługuje na zapomnienie i obojętność.Wsparcie i wzajemna kobieca solidarność w tym najcięższym dla nas czasie - to wartość ponadczasowa...Pozdrawiam

31,033

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie,
Aloes, Zielona, Jola, Basia i wszystkie Kochane Dziewczyny,
u mnie po lepszych dniach, znów straszny dół. Minęło 6 miesięcy od odejścia mojego M., czasami mi się wydaje, że już będzie lepiej, a potem znów jest źle, bardzo źle. Ogarnęłam ogród z przyjaciółką, poczułam zadowolenie, powiedziałam mojemu M., że zadbałam o jego róże, o nasze bukszpany, że ogród będzie jak zawsze piękny, a potem znów zwątpienie, beznadzieja, po co to wszystko, jak Go nie ma. Niech rosną chwasty, niech zarośnie wszystko, ja nie mam siły, nic mnie to nie obchodzi.
Przed nami majowy weekend, dla mnie pierwszy bez mojego R., to był zawsze taki fajny czas, dla nas, gdzieś wyjeżdżaliśmy dalej, żeby się wygrzać po zimie, albo spędzaliśmy w domu w naszym ogródku. A teraz został mi tylko płacz.
Jola, tak jak piszesz, giną górnicy, wojna w Ukrainie, to wszystko jest okrutne, i to mnie jeszcze bardziej dołuje. Nie mam z kim „przegadać” moich lęków, nie mam się do kogo przytulić, żeby spokojnie zasnąć. Zasypiam, a po dwóch godzinach się budzę, szukam mojego M, chcę Go czuć koło siebie, jak przez te wszystkie lata, a tylko się przewalałam w naszym łóżku do rana, myśli się kotłują, czasami czuję, że oszaleję.
Jutro jadę z moją rodziną na kilka dni na wieś, do miejsca, gdzie mieszkali moi pradziadkowie i babcia, nie przetrwałabym tej majówki sama. Bardzo lubię to miejsce, spędzałam tam dzieciństwo, mam nadzieję, że choć trochę ten wyjazd przyniesie mi ulgę.
Maadlen, Kochana, dawno się nie odzywałaś, martwię się.
Pozdrawiam Was wszystkie serdecznie.

31,034

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane,
Znów przed nami ciężki czas. Długi majowy weekend - kiedyś zapewne dla większości z nas fajny, miły wiosenny czas. Teraz samotny, smutny i zbyt długi weekend... Dla niektórych już kolejny w samotności. Dla mnie, podobnie jak u Ciebie Ikario - pierwszy. Też był to nasz ulubiony czas. Ciepło, kolorowo, tacy byliśmy szczęśliwi. Cieszyliśmy się swoją obecnością, czy to na wyjeździe czy w domu, ale zawsze razem. Wszystko przepadło, to co kiedyś sprawiało radość, teraz smuci i sprawia wielki ból. W takich dniach cierpimy jeszcze bardziej, jeszcze mocniej tęsknimy, wspominany piękne wspólne chwile i popadamy w jeszcze większą rozpacz. Żal za tym co już nie wróci, za tymi, których bezpowrotnie straciliśmy jest potworny.
Droga Ikario, jak to dobrze, że miewasz już lepsze dni. To niezwykle ważne, że chociaż czasem udaje Ci się osiągnąć względną równowagę. Być może wsparcie najbliższych pomaga Ci przetrwać ten ciężki czas. Chociaż przychodzą jeszcze te gorsze dni, to taka ,,huśtawka" świadczy właśnie o tym, że idziesz do przodu... To bardzo wiele Kochana w pokonywaniu żałoby. Mnie niestety jeszcze nie udało się osiągnąć tego poziomu. Nie miewam jeszcze tych lepszych dni... Wciąż tkwię na dnie czarnej rozpaczy. Minęło 9 miesięcy od tragicznej śmierci mojego Ukochanego, a dla mnie czas ani drgnął. Być może straszne okoliczności tej śmierci, a także fakt, iż odeszli w tym czasie także moi rodzice, nie pozwalają mi osiągnąć spokoju, choćby na chwilę. Zbyt wielkie tragedie spadły na mnie i zbyt straszne spustoszenie dokonało się w moim życiu. Tracę nadzieję, że kiedykolwiek uda mi się odzyskać nadzieję i osiągnąć względną harmonię...
Niektórym pomaga wiara...,ja też kiedyś wierzyłam, ufałam Bogu... Teraz w obliczu tragedii, jakich doświadczyłam - wątpię. Straciłam zbyt wiele, myślę, że mam prawo wątpić. Ale to nie pomaga, tylko jeszcze bardziej wciąga w dół. W co zatem wierzyć, gdzie szukać sensu, dla kogo żyć...?! Z moim M nie było takich wątpliwości, nie było pytań bez odpowiedzi. Wszystko było jasne i proste. Wszystkie kłopoty znikały w Jego bezpiecznych kochanych ramionach. Całe zło tego świata było przy Nim mniej straszne. Teraz wszystko ma tylko czarne barwy...
Tak bardzo chciałabym ujrzeć jeszcze tę jaśniejszą stronę życia, ale czy to możliwe ?
Świat wciąż pędzi na przód, tylko ja wciąż tkwię w miejscu i nie mogę nawet drgnąć... Być może po prostu nie umiem być sama, nie potrafię i nie chcę żyć bez Tego Jedynego...
Czy kiedyś ból zelżeje? Czy i dla mnie nadejdą te lepsze dni. Nie wiem, jak to przetrwać, jak wytrzymać w tym strasznym cierpieniu.
Zawsze byłam otoczona przez moich najbliższych - męża, dzieci, rodziców. Dzieci zostały, ale żyją już własnym rytmem, którego ja nie mam prawa im zakłócać.
Majówkę spędzę zatem sama, a potem cóż - znowu sama, dalej sama, ciągle sama... Nie brzmi optymistycznie, ale cóż - to jest moje życie, takie zgotował mi los... Nie takiego życia chciałam, ale innego nie mam i muszę się z nim mierzyć.
Kochane, piszcie co u Was, jak sobie radzicie, lub nie radzicie.. Jolu, Tobie jak zawsze dziękujemy za Twoje nieocenione wsparcie i rady dla Nas ,,Nowicjuszek"
Pozdrawiam Was serdecznie Dziewczyny i życzę Nam dużo sił...

31,035

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane,
jakoś przetrwałam ten pierwszy majowy weekend bez mojego Ukochanego, wszystko jest teraz pierwsze i bardzo bolesne. Pomógł mi z pewnością czas spędzony z mamą, siostrą i jej rodziną, ale też ciężka praca fizyczna, jaka jest w domu na wsi, rąbanie drewna, bo można wyładować złość na los, wyrywanie chwastów, kopanie ogrodu, sprzątanie wszystkiego po zimie, aż po bezwład rąk i nóg, to pozwoliło choć na chwilę się oderwać od dręczących myśli, a przede wszystkim pozwoliło spać, a z tym ciągle mam wielki problem.
I było w miarę dobrze przez te kilka dni, a po powrocie znów dół, rozpacz, ten pusty dom, bez życia, naszego wspólnego życia.
Aloes, tak piszesz, wszystko przepadło, nie ma radości, jest tylko smutek. Wspomnienia przynoszą tylko większą tęsknotę i żal, że tego już nie będzie, nie będzie Nas.
Pomaga mi na pewno wsparcie rodziny, przyjaciółki, koleżanek, większe niż się spodziewałam tam gdzie nie liczyłam na pomoc, a zawiodłam się na osobach, o których myślałam, że od nich otrzymam wsparcie. To mi bardzo pomogło, ale najlepiej się czuję na tym forum. Tak naprawdę tylko Wy wiecie, jaki to jest ból, rozpacz, żal, niemoc i że to nie trwa miesiąc, dwa, pół roku, rok, tylko pewnie lata.
Mam lepsze chwile, masz rację, że ta huśtawka to może krok „do przodu” i bardzo bym chciała, żeby tak było, nie chcę żyć w takiej ciągłej rozpaczy i smutku. Nie chcę takiego życia, ale takie teraz mam i nie mogę sobie wybrać innego.
Aloes Kochana na Ciebie spadło zbyt wiele na raz, trudno udźwignąć odejście trzech bardzo bliskich osób, w tak krótkim czasie.
Nie potrafię napisać nic mądrego, dawać nadziei, że będzie lepiej, sama jeszcze tego światła na lepsze jutro nie widzę, ale jestem z Tobą Kochana.
Pozdrawiam Was wszystkie Kobietki.

31,036

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

najlepsza jest terapia, wsparcie bliskich itd sad W ogole śmierć kogoś bliskiego jest po prostu bardzo przykra.

31,037

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam  Was Kochane,
Angelika, terapia, wsparcie bliskich, Dziewczyny z tego forum, które najbardziej rozumieją ten ból, bez tego chyba bym nie przeżyła.
Bardzo źle znoszę weekendy, to był zawsze taki fajny czas dla nas. Im dłużej tym gorzej, wiosna, czas wyjść, wyjazdów, ogarniam ogród, przycinam krzaki, tylko po co?
U mnie taka czarna rozpacz, gdzie nie chce mi się wstać z łóżka mineła, ale żal i ta okropna tęsknota, z dnia na dzień jest coraz większa. Spotykam się z rodziną, koleżankami, ile się da, ale wracam do pustego domu, wieczorem zasypiam sama, w nocy nie mogę się przytulić do mojego M. , jak zawsze, a rano nie mogę się do Niego uśmiechnąć, kiedy się budzę. Funkcjonuję  jakoś, ale wszystko robię w złości, piorę, sprzątam, koszę trawę, umyłam nawet okna, ale nie pomaga to zająć myśli.
Praca też mi nie pomaga, kiedyś ją lubiłam, teraz mi przypomina mojego M., chcę żeby On był. Oddałabym 10 lat mojego życia, za jeden dzień z Nim. Przytulić się, poczuć Go, nasycić jego ciepłem, na zapas. Szkoda, że nie można negocjować.
Jola, Zielona, Maadlen, Aloes, Basia, co tam u Was. Nie piszecie, to znaczy, że jest dobrze, brak wiadomości, to dobra wiadomość, jak to mój M. mówił, kiedy się o coś martwiłam.
Pozdrawiam Was Kochane

31,038

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny,
Ikario Droga, czytam Twoje słowa i czuję tak, jak bym sama je pisała. Też ogromnie ciężkie są dla mnie weekendy, samotne wieczory i ranki. Brak ukochanego Męża - jego bliskości i czułości doskwiera mi coraz bardziej. Oddałabym wszystko, aby choć na chwilę znaleźć się w jego bezpiecznych, czułych ramionach. Tak pragnę poczuć Jego ciepło, zapach, Jego dotyk. Tak bardzo za Nim tęsknię, tak bardzo wciąż Go kocham. Codziennie wyczekuję nocy, kiedy zasnę, bo wówczas On zawsze przychodzi do mnie w snach... Widać inaczej nie może... Ale we śnie mogę Go widzieć, dotknąć, poczuć... I wtedy najgorsze jest przebudzenie, kiedy to po raz kolejny uświadamiam sobie, że mój Najdroższy odszedł i nigdy już do mnie nie wróci.
Teraz coraz bardziej dokucza mi też tęsknota za Mamą. Tak bardzo chciałabym się do Niej przytulić, porozmawiać, pobyć razem... Niestety Jej też już nie ma...
Podziwiam Cię Ikario, że tak świetnie już sobie radzisz z pracami w domu i w ogrodzie. A to, że umyłaś nawet okna, no to szacunek. Dla mnie to wyczyn ponad miarę. Zmuszam się jedynie do najprostszych czynności, takich codziennych, niezbędnych obowiązków - a i to przychodzi mi z wielkim trudem. Nic nie cieszy, wszystko bez mojego M, nie ma już żadnego sensu. Nie mam tu zbytnio przyjaciół, na których mogłabym liczyć, chociażby spotkać się i zwyczajnie pogadać. Nie ma w moim otoczeniu żadnych wdów, u których mogłabym znaleźć zrozumienie i wsparcie. Jedyne samotne panie, to sędziwe staruszki. Za to pełno wokół szczęśliwych par, spacerujących beztrosko w długie majowe wieczory... Dlaczego właśnie mnie los pozbawił tej szansy... Dlaczego zabrał mi najcenniejszy skarb, jaki miałam w życiu...?! Został nieukojony żal, smutek, tęsknota... I ta wszechogarniająca pustka, rozpacz i cierpienie zdają się nie mieć końca. Ból wciąż rozrywa serce na strzępy, a ulga nie nadchodzi...
Ikario, faktycznie nasze Dziewczyny coś rzadko piszą ostatnio. Może rzeczywiście u nich w miarę dobrze, chociaż ja wiem po sobie, że czasem z braku siły, z bezradności nawet ciężko skreślić tych parę słów. U mnie Kochana dobrze nie jest i obawiam się, że nieprędko będzie lepiej, być może nigdy... Póki co życia bez mojego Skarba wyobrazić sobie nie umiem. Życie bym poświęciła za jedną noc z Nim, ale tak jak mówisz Ikario, nie da się negocjować, niestety.
Kochane Dziewczyny odezwijcie się. Jeśli u Was lepiej, to tym bardziej, podzielcie się swoim sukcesem. To dla nas bardzo cenne.
Pozdrawiam serdecznie

31,039

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane Moje..Ikario - nie pisałam bo mój pobyt u rodziny niespodziewanie się przedłużył a nie miałam możliwości odzywania się nawet przez telefon-  tam w górach - brak zasięgu. Nie jest  u mnie dobrze- określiłabym swój stan jako ZNOŚNY - niestety a może na reszcie!? Zapanowała u mnie swojego rodzaju stagnacja życiowa,wstaję wyznaczam sobie cele teraz już kilka -na początku był jeden...!?
Zaczynam pracować -przerywam ,coś mi się przypomina- płaczę ...Byłam z rodziną prawie tydzień i tak jak pisze Aloes- nasze dzieci są kochane,opiekują się nami ,dbają o nas jak mogą - ale każde z Nich ma swoje własne życie - to normalne. Nikt za nas naszego życia nie przeżyje i już !!! Wczoraj wracałam do siebie i pomimo rozstania  obyło się po raz pierwszy bez łez/co odbieram za bardzo duży sukces/ale już przed swoim domem nie wytrzymałam i  się rozpłakałam....
Po raz pierwszy jechałam bez towarzystwa psiej przyjaciółki- i to też niewątpliwie wzmogło mój smutek. Zawsze rozpakowywanie się ,pogadywanie do psiaka który domagał się  mojego zainteresowania w jakiś sposób rozładowywało choć minimalnie panującą pustkę zaraz po powrocie do siebie.  Ikario - Ty i tak masz wielkie szczęście mając przy sobie tyle bliskich i oddanych Ci osób-uwierz mi - to wyjątek .Mam kontakt z wieloma z Nas i w większości i to znacznej-  były i nadal są zdane tylko na siebie przez całe dni i tygodnie. Co ja bym na Ich miejscu zrobiła? ja bym uciekła w ogród,prace domowe/jedna z Nich raz w tygodniu myje wszystkie okna-bo to zajmuje Jej sporo czasu i przy okazji zmęczy się fizycznie/oglądanie ciekawych filmów.. Już tego nie robię na siłę, ale z własnego wyboru-  jestem na etapie doceniania swojej własnej osoby-  postanowiłam być ważna sama dla siebie.To jest bardzo długi i mozolny a czasami wręcz bolesny czas dojrzewania do takiej decyzji- przynajmniej u  mnie taki był.Żoną już niestety nie jestem i znając siebie wiem ,ze nigdy nie zwiążę się z jakimś innym facetem.Mam taki charakter ,znam siebie od A do Z...ale nie potępiam i nie wypowiadam się co do innych kobiet.Każda z nas jest inna, czemu nie mają być znów szczęśliwe i radosne  osamotnione przez życie kobiety?
   Więc, ja doszłam do wniosku ,że czas bycia szczęśliwą mężatką już nieodwołalnie minął- i zaczął się czas bycia samotną - samodzielną kobietą. Czy będę w miarę szczęśliwą i zaakceptuję ten fakt? czy nadal będę każdego dnia katować się psychicznie wspomnieniami i tracić czas na marzenia które się nie spełnią nawet jak bym oddała  w jednej chwili wszystko to co mam? nawet resztę swojego życia? Nie ma takiej możliwości po prostu i już...  i z tym jest najgorzej się pogodzić.
  Przez tydzień : dzień w dzień obserwowałam mojego prawie 3 letniego wnuczka - który usiłował naprawić zepsuty ukochany samochodzik...płakał, złościł się  rzucał nim   ...a później znów do niego wracał i znów...Nastał dzień kiedy przyniósł go do swojego taty żeby go naprawił...tata po paru próbach oddał go ze słowami: synku to autko jest już tak połamane i pokiereszowane,że nie da się go naprawić- nawet jak bym bardzo,bardzo chciał. Ty też synku po części się do tego przyczyniłeś....maluch się popłakał...Stał bezbronny w przeogromnym  żalu,żadne słowa pocieszenia płynące od członków rodziny: kupimy nowe...podobne- tez polubisz...tez pokochasz....nie przyniosły rezultatu.Po wypłakaniu się i po jakimś czasie - wstał z podłogi ...rozejrzał się w koło ...dokonywał swoich malutkich wyborów: podniósł książkę i poprosił o jej przeczytanie...Piszę o tym tak szczegółowo,bo w tym momencie porównałam siebie do niego.Już w moim życiu nadszedł nowy czas- nie łudzenia się ,że wszystko po śmierci mojego ukochanego męża wróci jakoś tak samoistnie do normalności,że wszystko da się jakoś ułożyć i poskładać....Nie, nie da się zaczarować naszej wdowiej rzeczywistości,nigdy już nic nie będzie takie same,ale to nie oznacza że powinnyśmy zrezygnować i przestać się starać o powrót do,,żywych,,i nie zawalczyć przy Ich pomocy o nasze dalsze lata....
Każda musi sama podjąć taką decyzję i znaleźć swoją ścieżkę którą podąży,a przynajmniej spróbuje.Ja przestałam żyć w oczekiwaniu na cud- bo już z pewnością go nie będzie,ja zaczynam żyć po swojemu a przynajmniej spróbuję.Minął czas niedowierzania,minął czas buntu,teraz jest czas niesamowitej tęsknoty za przytuleniem,potrzymaniem za rękę,dobrym słowem,spojrzeniem w ukochane oczy....
Teraz muszę wstać z podłogi na której najpierw długo leżałam,później klęczałam...Podnoszę się opierając o ścianę- bo lata robią swoje...i sięgam po kubek który dostałam wczoraj na pożegnanie od mojej wnuczki.Na nim jest napis :,,to czas na twoje szczęście,, a w środku przewiązany wstążką banknot 20 zł z karteczką: Babciu to dla Ciebie na nowa psią przyjaciółkę...Jak przyjedziesz do nas na drugi raz to uzbieram na ładny dla niej kocyk...Kocham Cię Babciu...  I .....wcale się nie rozpłakałam,choć krtań miałam ściśniętą - ale spojrzałam na zdjęcie wnuczki i mojego męża... tez bardzo,ale to bardzo Was kocham głośno powiedziałam....Pozdrawiam Wszystkie...napiszę wkrótce jak mi idzie na tym nowym etapie bycia samą ale nie do końca samotną...Dziś usłyszałam od mojej  Towarzyszki Niedoli,tez wdowy takie słowa: wiesz miałam taki czas,że źle mi było z ludźmi a jeszcze gorzej bez nich.. i na szczęście nie mam już tego stresu z tym związanego.... Odpowiedziałam: tak doskonale Cię rozumiem - bo u mnie było tak samo. Teraz jednak wybieram dla siebie tzw: ,,złoty środek,, -jak mi brak ludzi-idę do nich,jak potrzebuję samotności - jestem sama,ale wiem jedno : z całą pewnością zupełnie samej będzie mi źle w moim wdowim życiu. Syn mi na pożegnanie powiedział: Mamo czy Ty wiesz,że po raz pierwszy widziałem Cię jak się spontanicznie uśmiechasz po śmierci Taty? wszyscy byśmy chcieli żeby żył,byłoby to dla wszystkich idealnie :dla Ciebie i twojego otoczenia:rodziny,przyjaciół.Mielibyśmy wszyscy tzw: święty spokój,bylibyście nadal razem szczęśliwi....i my też z Wami ,ale tak się nie da.....Niestety stało się jak się stało...świat się nie zatrzymał,musimy z tym żyć mamo! Tak synku pomyślałam w myślach,masz rację każdemu z nas byłoby łatwiej. Czas najwyższy za tym podjąć wyzwanie jakie życie mi zgotowało bez mojej zgody i woli. Biorę się z nim za bary- będziemy się siłować....zobaczymy co czas przyniesie kochane moje- pozdrawiam.

31,040 Ostatnio edytowany przez zzielona (2022-05-08 22:01:13)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Kochane moje,
Nie odzywałam się bo ostatnie dni były zakręcone u mnie. Przeprowadziłam się znowu „na swoje”, znów także pracuje. Ale czuje się bardzo bardzo samotnie. Ostatnio myslalam ze już jest jakoś, nie powiem dobrze, ale może w miarę okej? Ale teraz gdy kilka dni temu wprowadziłam się do nowego osiedla, w ogóle na drugi koniec miasta aby nic mi się nie kojarzyło z moim kochanym, żadne miejsca (No i praca bliżej) wróciły smutki. Jak się rozpakowywalam i gdy padło na rzeczy kuchenne, nasze wspólne… poprostu zaczęłam płakać. Chyba rozpoczął się kolejny etap, i żałoby i w ogóle mojego życia. Tak jak Jolu powiedziałaś .. i ja również tak sobie mówię, ze nie jesteś już mężatka (w moim wypadku partnerka) tylko samodzielna kobieta. Przez cały okres dotychczasowej żałoby byłam w domu rodzinnym, były tam moje zwierzaki, zawsze miałam do kogo się odezwać , w domu panowało jakieś życie. Przyjeżdżałam do naszego poprzedniego mieszkania tylko aby coś załatwić albo do szkoły i byłam kilka dni sama. Teraz inne mieszkanie zupełnie nowe okolice. I powiem wam ze w tym nowym mieszkaniu szukam tego starego… porównuje . I nie byłoby to dla mnie takie trudne gdyby on był. Nie ma nikogo jak wracam z pracy, nie pyta kiedy będę. Ja nie mam tez na kogo czekać az przyjdzie. Bardzo teraz doceniam jakie wsparcie dała mi rodzina moja i partnera również, wiem ze mogę na nich liczyć. Kiedy wracałam z wyjazdu i wylądowałam już w Polsce, zobaczyłam miasto które uwielbiam ale pomyślałam czym to miasto jest dla mnie bez niego? Non stop byliśmy razem i tak jak mówicie weekendy.. szczególnie wiosna, latem było cudownie razem grille wyjścia do lasu spacery, czy jakas impreza. Teraz szczerze mówiąc nawet nie bardzo mam z kim wyjść . Z dawnymi przyjaciółkami nie mam kontaktu. A obecne koleżanki maja swoje życie lub mieszkają daleko. Teraz wlasnie nastał ten czas ze mam ochote wyjść do ludzi, nie chce być ciagle sama jak poprzednio. Mój kochany partner i prawdziwy przyjaciel, nie wiem dlaczego tak się stało ze już nie możemy tego życia przezywać razem. Może kiedyś poznam powód ? Jestem młoda a czuje ze moje życie się poprostu marnuje. Ale później znowu sobie mysle.. dziewczyno i tak szybko się podniosłas, jesteś przecież w żałobie, to co ci się przytrafiło to najgorsza rzecz na świecie której nie da się odwrócić a ty masz do siebie pretensje. Co prawda po 7 miesiącach wracam do prawdziwego życia i pracy ale uwazam ze i tak ze jestem dzielna, silna i robię co moge.  Jak dobrze ze jesteście Wy i można się Wam wygadać. Pozdrawiam serdecznie

31,041

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Moje Drogie,
U mnie bez zmian niestety. Widocznie skala tragedii z jakimi przyszło mi się mierzyć, jest zbyt wielka... Nie potrafię jeszcze ani trochę się podźwignąć, ale mogę powiedzieć, że od paru dni przynajmniej nie jest gorzej. Uważam, że to i tak sukces, bo do tej pory tylko cofałam się w tej mojej żałobie i z dnia na dzień coraz bardziej pogrążałam się w cierpieniu. Te zaledwie kilka dni względnej emocjonalnej równowagi, bez gwałtownych i bardzo bolesnych napadów paniki i skrajnej rozpaczy - już przyniosły nieco ulgi... Może więc pomalutku i do mnie nadchodzi choć odrobinę lepszy czas... Boję się zapeszyć, bo nadal jest niewiarygodnie ciężko, ale czasem przez krótką chwilę pojawia się , choć bardzo jeszcze wątła iskierką nadziei. Już nawet parę razy udało mi się wyjść z domu, nawet coś tam próbuję ugotować czasami. Wiem, że to tylko niewiele znaczące błahostki, ale dla mnie to już wyczyn. Od tych paru dni jest u mnie pięcioletni wnuczek, więc muszę zmobilizować wszystkie siły, żeby się nim właściwie zająć. Ta opieka oczywiście jeszcze bardzo ,,kuleje" i znacznie odbiega od tej sprzed tragedii, ale staram się...
Samo to, że córka zdecydowała się powierzyć mi opiekę nad swoim synkiem, już dobrze świadczy.
Oczywiście nadal dużo płaczę, tęsknię bardzo i wciąż strasznie cierpię..., ale jakby odrobinę spokojniej...
Kochana Zzielona - BRAWO !!!
To co Tobie udało się już osiągnąć w pokonywaniu żałoby i w ogóle w życiu to prawdziwy, wielki sukces. Jesteś bardzo, bardzo dzielna. Już wcześniej pisałam, że na pewno Ci się uda odzyskać spokój i harmonię i jesteś już bardzo bliska osiągnięcia tego celu. Wspominasz, tęsknisz - to zupełnie normalne i naturalne, ale udało Ci się już stworzyć ten nowy świat po stracie ukochanego.
Kochana jesteś młodą, wspaniałą dziewczyną - życie przed Tobą. Jesteś już na tej właściwej drodze do szczęścia. Tak dzielnie realizujesz cele, jakie sobie założyłaś i najważniejsze, że idziesz do przodu. Jestem dumna z Ciebie, kibicowałam Ci od początku i jak widać nie myliłam się... Tak sobie myślę, że to chyba w młodości jest ta siła i moc... Ja, mając 48 lat - 30 lat szczęścia z moim Mężem, dwójkę dorosłych dzieci i dwójkę maleńkich wnucząt - nie widzę już jakichkolwiek perspektyw ułożenia sobie życia od nowa... Nawet z resztą nie potrafię sobie tego wyobrazić, ani też po prostu nie chcę. Miałam już swoje szczęście, które bezpowrotnie utraciłam wraz ze śmiercią mojego Ukochanego. Straciłam już również rodziców...Teraz żyję już tylko dla moich dzieci i wnucząt. Los był dla mnie bardzo okrutny, ale niestety takie życie mi pozostało. Smutne, samotne, bez przyszłości, bez sensu. Ale w sercu prócz bólu, mam jeszcze miłość, a ona nigdy nie umrze i pozwoli mi trwać...
Droga Maadlen, co u Ciebie, jak sobie radzisz? Martwimy się o Ciebie, odezwij się proszę...
Pozdrawiam Was wszystkie dziewczyny!

31,042

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie drogie moje! Zzielona bardzo Ci kibicuję w nowym etapie Twojego życia.Ja też się wyprowadziłam z naszego poprzedniego wspólnego domu.On w przeciwieństwie do Twojego byłby zupełnie pusty - tylko wszędobylscy sąsiedzi pewnie by mnie zagadywali?! a może nie,trudno powiedzieć.To bardzo krótka ulica,kilkanaście identycznych przyklejonych do siebie domków/szeregówki/gdzie w połowie mieszkają już same wdowy.Wychodząc na malutkie tarasy patrzyłabym na normalne - codzienne życie innych którego ja już na zawsze zostałam pozbawiona.
Mało akustyczne,słychać włączone radia czy telewizory,śmiech dzieci ,radosne odgłosy szczęśliwego rodzinnego życia.Nie potrafiłabym tam dalej żyć,musiałam jak najszybciej stamtąd uciekać.Tak jak Ikarii wszystko by mi przypominało mojego męża,jego gabinet,Przychodnia - ludzie pytający się o Niego.Nadal jeszcze dzwonią pacjenci zdziwieni,że już się z Nim nie mogą spotkać,to co dopiero ja mam powiedzieć? do kogo napisać skargę...z kim negocjować....? Podobnie jak Ty Ikario wszystko nadal przypomina mi mojego męża. Przechodząc,a teraz  już tylko przejeżdżając  zawczasu obmyślam trasę jak ominąć ,,neuralgiczne,,punkty miasta nadal kojarzące się z Nim i naszym wspólnym szczęśliwym życiem.Już osiągnęłam mały sukces- udaje mi się nie płakać mówiąc o Nim,ale musiało upłynąć  prawie dwa lata....mojego samotnego życia Pisałam już wielokrotnie ,że macie dziewczyny olbrzymią wartość dodaną- macie obok siebie każdego dnia,lub tuż..tuż swoich bliskich.To,że mają swoje życie i swoje sprawy to mniej istotne jest w tej kwestii- bo są fizycznie...możecie Ich dotknąć,porozmawiać z Nimi czy nawet wspólnie pomilczeć. Znam kobiety,które nie piszą na tym Forum z różnych względów,ale nas czytają -  99% z Nich,to zupełnie samotne pozbawione na co dzień bliskich osób kobiety.Często nękane różnymi chorobami,problemami życiowymi,sprawami do pilnego załatwienia...Są same,samotne zdane tylko na siebie...i radzą sobie...muszą- nie mają po prostu innego wyjścia.Ja do nich się też zaliczam,przynajmniej po części..dzwonimy do siebie,piszemy,wzajemnie wspieramy- ale na co dzień jesteśmy absolutnie SAME.
Zzielona,przed Tobą życie ..czy tego chcesz czy nie płynie do przodu niosąc różne wyzwania dla nas.Oswoisz swoje nowe lokum,przyzwyczaisz się do nowego miejsca,na wszystko trzeba poczekać- raz krócej raz dłużej. Mój mąż bardzo często w trudnych czy krytycznych sytuacjach powtarzał:,,PANTA RHEI ,,co z łaciny oznacza: wszystko płynie i nic nie pozostaje w naszym życiu takie samo...Zobaczysz moja droga,Twoje życie też popłynie spokojnym nurtem w dobrą dla Ciebie stronę...a Ty razem z nim.Pozdrawiam

31,043

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Drogie Dziewczyny! Nie pisałam długo, ponieważ córka zabrała mnie w cudowną podróż, świętowałyśmy we dwie moje okrągłe urodziny. Zawsze wiedziałam, że mam wspaniałą córkę, ale dopiero ta podróż uświadomiła mi, jak bardzo jest niezwykła – prawdziwa przyjaciółka, fantastyczna kumpela, mądra i odpowiedzialna,  z niesamowitym poczuciem humoru, potrafi porozumieć się z każdym i każdego zauroczyć. Byłam zauroczona nią nawet bardziej niż naszą podróżą. A potem powolutku zaczęłam zauważać, jak wiele ma ze swojego ojca: wrażliwość, poczucie humoru, łatwość w nawiązywaniu kontaktów, odpowiedzialność, umiejętność perfekcyjnego zorganizowania wszystkiego (co nieprzewidziane było też przygotowane, cha, cha…). Bawiłam się doskonale, choć w głębi serca czułam straszliwy smutek, że mój mąż nie może chłonąć  tego wszystkiego, co my. Wiem, jak bardzo by się cieszył, kochał sztukę, architekturę, muzykę i znał się na nich, jak rzadko kto. A kiedy dotarłam do kościoła, w którym okoliczni mieszkańcy prosili o załatwienie spraw bardzo trudnych, prawie niemożliwych, pomyślałam, że ja już nie mam, o co prosić. Bo jak mówi Jolam, nic z nikim już nie wytarguję. Dotarło do mnie, że jedyne, co mogę zrobić, to przedefiniować swoje życie, bo inaczej nigdy nie będę umiała się cieszyć ani z drobiazgów, ani z rzeczy wielkich. Muszę po prostu kochać całym sercem tych, którzy mi pozostali, bo zasługują na tę miłość. A wieczne zapadanie się w siebie bardzo utrudnia  dostrzeżenie, jak cudowni i oddani nam są nasi najbliżsi.
Ikario, Jolam, Aloes, Maadlen, Zzielona! Czytając Wasze ostatnie posty, widzę, że powolutku też się zmieniacie, choć może same tego nie dostrzegacie. Zagospodarowujecie i swój czas, i swoje myśli, a to już bardzo, bardzo wiele!
Pozdrawiam Was najgoręcej

31,044

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Drogie Dziewczyny ! Długo nie pisałam , nie miałam energii by zebrać myśli . Jeszcze przed świętami  dapadł mnie ogromny smutek i beznadzieja . Tak naprawdę dopiero zdałam sobie sprawę  ,że nic nie będzie już takie samo . Dopiero do mnie wewnętrznie dociera jaki niewyobrażalny cieżar przyszło mi dzwigać w samotności . Wydawało mi się wcześniej ,że jest lepie  ,że powolutku wychodzę z mroku .To jednak musiało być coś w rodzaju wewnętrznej blokady ,  za którą się skryłam  , a która niespodziewanie pękła i przygniotła mnie falą rozpaczy . Nadal mieszkają ze mną dzieci , niby wiedziemy normalne życie ale ja wewnętrznie jestem rozbita na milion kawałków . Wiem ,że sama ze sobą muszę sobie poradzić ale jak ?  Dla bliższych i dalszych znajomych wszystko jest proste , coś było i się skończyło i trzeba iść dalej . A ja już nie mam siły tłumaczyć co mnie dotyka do żywego i jak to boli . Chodzę do pracy  ,na zakupy  itp ale na spotkania  ,śmiechy i chichy  nie mam ochoty . Jestem zdecydowanie bardziej aktywna  , praca zawodowa  ,ogród  , obowiązki domowe wypełniają mój czas ale to nie to samo . Wmawiam sobie ,że robię to dla siebie ale to nie pomaga . Brakuje mi w tej zwykłej codzienności  mojego M , tak bardzo  czuję sie samotna  ,że chce mi się wyć z rozpaczy .  Na pewno każda z Was wie o czym piszę i jak to jest doświadczać tego bólu każdego dnia .  Wierzę ,że bedzie lepiej  tylko muszę jakimś cudem przetrwać  do następnego dnia , ,tygodnia  , miesiąca . Pozdrawiam Was serdecznie i ściskam mocno !

31,045

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

dobry wieczór.

Nawet nie wiem co napisać. Nie wyobrażam sobie takiego bólu na razie/ myślę o Rodzicach. Przykro mi. Jesteście bardzo dzielne. Mam nadzieję, że kiedyś będzie lepiej. podobno daj czas czasowi

31,046

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane,
Zzielona, Aloes, bardzo się cieszę, że jest u Was trochę lepiej. Jesteście dzielne. Mnie po ciut lepszych dniach znowu dopadła beznadzieja, żal i smutek tak ogromny i tęsknota tak wielka, że chce mi się tylko ryczeć i wyć. W pracy jakoś się trzymam, mam dużo obowiązków, ciągle muszę rozwiązywać jakoś trudne sprawy, więc głowa jest zajęta, ale gdy tylko wyjdę przed budynek to zaraz ryczę. Dobrze, że słonecznie jest u nas, mogę łzy ukryć za ciemnymi okularami. Wracam do tego pustego dom, nie czeka na mnie, nie wita mnie mój M., siadam i ryczę.
Zzielona i Jola, Wy zmieniłyście po odejściu Waszych Ukochanych, mieszkania, domy, zaczynacie jakby trochę od nowa, bez tych wszystkich rzeczy, które ciągle, gdzie się nie spojrzy to przywołują wspomnienia.
Moje dwie koleżanki Wdowy, po odejściu ich mężów też się przeprowadziły do nowych domów. Mówią, że im to pomogło, zaczęły jakby nowy etap, co nie znaczy, że nie cierpiały, ale twierdzą, że z pewnością dzięki zmianie było ciut łatwiej.
Teoretycznie mogłabym się wyprowadzić, mam dokąd, mogłabym zacząć „nowe” życie, w naszym starym mieszkaniu, które też bardzo lubiliśmy, ale to tu, gdzie mieszkaliśmy ostatnio (ponad 20 lat), było nasze miejsce na ziemi, tu włożyliśmy nasze serca w urządzanie, bez pośpiechu, wszystko przemyślane, żeby nic nie było przypadkowe, bo tu mieliśmy się zestarzeć. I chociaż na co nie spojrzę w domu, budzi wspomnienia i ból okropny, to przeprowadzka dla mnie byłaby jeszcze gorsza. Ale może powinnam na jakiś czas się przenieść, aż więcej czasu minie, a z drugiej strony chcę tu być, lubię tu być, tyle lat szczęśliwych tu przeżyliśmy, sama już nie wiem co robić.
Jolu, tak, wiem, mam szczęście, że mam blisko rodzinę, przyjaciółkę, w odległości kilku minut samochodem, dużo koleżanek, wszystkie mieszkamy blisko siebie, spotykam się z nimi bardzo często, otrzymałam wiele wsparcia od nich wszystkich, bez tego nie dałabym rady. I tak, jak Ty piszesz Basiu musimy kochać całym sercem tych, którzy pozostali, którzy nas otaczają, ale na razie czuję tylko ogromny smutek. Chciałabym przespać ten czas, aż nastąpi to magiczne „kiedyś będzie lepiej”, ale póki co nie potrafię przespać ani jednej nocy całej.
I chociaż na razie czuję się dokładnie, tak, jak Maadlen (cieszę się, że się odezwałaś), czuję ogromny smutek i bezsens, gorzej niż wcześniej, bo teraz tak naprawdę dopiero dotarło do mnie, że mojego M ze mną nie ma i nie będzie. 
Pomimo to, wierzę, że też napiszę kiedyś takie radosnego posta, jak Ty Basiu, żeby dać nadzieję innym.
Jak mi jest tak bardzo źle, to sobie powtarzam, że miałam niewyobrażalne szczęście, spotkać mojego M, kochać Go i być kochana, żyć w poczuciu miłości, przyjaźni, spokoju i bezpieczeństwa. I to jest mój kapitał na dalsze, samotne życie. Muszę dać jakoś radę. Kochane tego musimy się trzymać, miałyśmy cudownych mężów, partnerów i niech to nam da siłę.
Pozdrawiam Was Kochane

31,047

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Moje Drogie- Ikario - to nie tak jest ,że zmieniłam sama miejsce zamieszkania.W chwili niespodziewanej śmierci męża - już pomieszkiwaliśmy w domu naszych marzeń.To miała być nasza ostatnia przystań...Dom w urokliwym miejscu z dala od miejskiego zgiełku i wszechobecnych korków...Dom bez architektonicznych barier,bez schodów, z szerokimi drzwiami,dużym przestrzennym tarasem z widokiem na  pobliskiej góry z non-stop kołującymi się wiatrakami..W koło lasy i ponad 40 km ścieżek spacerowo-rowerowych...Mieszkam tu sama ,od dnia pogrzebu nie wróciłam nawet na jeden dzień do naszego starego lokum.Sama z własnego wyboru i w zupełnej samotności jeździłam przez kilka miesięcy przewożąc nasze pozostałe tam rzeczy.Oczywiście nie obyło się ani razu -bez płaczu...Większość znajomych było zdziwionych moją decyzją  zamieszkania na głębokiej prowincji...Byli pewni,że sprzedam dom i przeprowadzę się w pobliżu któregoś z dzieci. Zrobiłam tak,bo jestem przekonana- a właściwie pewna,że tego by chciał mój mąż.Włożył w ten dom i jego urządzenie całe swoje serce ...nie mogłam tego zaprzepaścić i zniweczyć tego co zrobił dla nas. Nas już nie ma- ale jestem Ja- i spełniam poniekąd Jego marzenie. Wcale nie tęsknię za miastem-tu jest mi dobrze,bo jestem anonimowa - bez ciężkiego bagażu wspomnień.Tu przeżywaliśmy tylko piękne chwile,z niczym smutnym to miejsce mi się nie kojarzy. Dom jest podzielony na nas wszystkich,każde z dzieci ma tu swój pokój,swoje rzeczy- zabawki wnuków.Niczego nie muszą przywozić....Są rowery,rowerki,hulajnogi - 5 minut drogi piękny plac zabaw i miejsce typu Fitness dla dorosłych - tuż obok mały pawilon handlowy- super zaopatrzony z tarasem widokowym na pobliską okolicę. W niewielkiej odległości/5 km/ dwa duże Ośrodki Wypoczynkowe nad zbiornikami wodnymi z kajakami,rowerami wodnymi,stadniną koni,i Mini ZOO. Do najbliższej większej miejscowości- 6 km/siedziba gminy/z dużym zapleczem handlowym i usługowym.Olbrzymi kryty i otwarty basen ze zjeżdżalniami wodnymi,rwącą rzeką,jacuzzi i oddzielnym parkiem wodnym dla dzieci.Obok sala zabaw,sauny kafejki,bary,restauracje,lodziarnie,korty tenisowe,boiska,gokarty...czego chcieć więcej? ....Ja rzadko korzystam sama z tych przyjemności- bo nadal kojarzą mi się z mężem- który uwielbiał basen i korzystał z niego kilka razy w tygodniu.Najczęściej jeździmy tam rodzinnie...co do moich dzieci- zawsze były samodzielne.Szczególnie mąż dbał o to,aby same umiały ,,ogarnąć,,otaczającą Ich rzeczywistość.Wiedzieli,że cokolwiek postanowią będą w nas mieli opokę i wsparcie- ale to tylko i wyłącznie Ich życie i muszą wziąć za niego odpowiedzialność. Nigdy nawet przez moment po śmierci męża nie rozważałam możliwości zamieszkani z którymś z Nich...Nie było by to dobre ani dla mnie,ani dla nich.Jestem zodiakalnym lwem/mąż też nim był/więc cenię sobie niezależność i możliwość decydowania samej o sobie. Młodzi mają swoje parytety życiowe,malutkie dzieci,ciężką i bardzo odpowiedzialną pracę. Jak proszą o pomoc - pomagam- istnieję w Ich życiu,a Oni w moim- ale na zasadzie równoległości a nie zależności.Nasze życia są niezależne i płyną obok siebie bardzo blisko- ale się nie łączą,często splatają i zahaczają..ale biegną dwutorowo...Nie chcę Ich zadręczać swoją rozpaczą,nie chcę żeby widzieli mój ból i słyszeli mój płacz..Wiedzą co czuję- bo mówię o tym tzw: otwartym tekstem,niczego nie ukrywam i nie udaję...ale Oni też jeszcze nie doszli do siebie po stracie Taty którego kochali nad życie...Trzy bóle i rozpacze obok siebie- tak na co dzień- to bardzo traumatyczne przeżycie. Jeżeli ktoś wierzy,że inni wezmą na siebie jego rozpacz i ból - to obawiam się,że są w wielkim błędzie...Do pomocy są specjaliści,lub obcy ludzie tacy jak my zjednoczeni wspólnym bólem..Przeżywamy to samo,mamy podobne doświadczenia i rozumiemy się najlepiej jak można.Natomiast nasze dzieci mają żałobę po Tacie- a to już zupełnie inne smutki są. Piszę to tylko dlatego,że niektóre z Nas są zawiędzione postawą swoich dzieci.Mają żal o brak czasu i zbyt małą troskę o nas.Ja nie mam - bardzo kocham swoje dzieci -wiem ,że One mnie też...i w ciężkich chwilach to mnie trzyma emocjonalnie,ale każdy ma prawo żyć po swojemu i jak chce Pozdrawiam

31,048

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Ikario, kochana! Bardzo mnie poruszył Twój post.Myślę, że smutek już nam będzie towarzyszył zawsze, do końca naszych dni, choć w dużo mniejszym natężeniu niż teraz. Też pragnęłam przespać czas do tego magicznego „będzie lepiej”, ale to nic nie da. Zrozumiałam, że każdy dzień zmagania się z życiem, każda łza, każda nieprzespana noc, budują mozolnie to „lepiej”. Nie widziałam tego, wciąż myślałam, że przychodzą momenty, kiedy się cofam, ale czytając Wasze posty odkryłam, że każda z nas niezauważalnie posuwa się do przodu. Upadamy, wstajemy, wyjemy z bólu i tęsknoty, lecz nasze posty nie są już tak rozpaczliwe jak na początku. Patrząc na Was z boku, widzę, że JEST LEPIEJ. Daleko mi do optymizmu, ale podejmuję walkę: rzuciłam pracę, w której czułam  się niekomfortowo, mimo ogromu obowiązków staram się tak organizować życie, aby znaleźć czas na coś, co sprawia mi przyjemność  - teatr, koncert, wyprawa na kajaki, rejs żaglówką – to mój żywioł, tam odnajduję stare zakamarki  dawnej mnie. To nie jest zabijanie czasu, ale kreowanie rzeczywistości, która pomaga mi odnaleźć okruchy kobiety, jaką kiedyś byłam. Minęło prawie 2,5 roku, zanim doszłam do tego etapu. Nie jest to magiczne lepiej, bo ono nie istnieje, w każdym razie dla mnie. Dotarłam jednak do momentu, kiedy próbuję żyć, może  nieudolnie, ale i tak jestem z siebie dumna. Ból i rozpacz wciąż mam w sercu, są dni, kiedy zupełnie nie potrafię sobie z nimi poradzić, lecz taka właśnie jest cena miłości. Myślałam ostatnio, że mając do wyboru dwa życia – jedno bez mojego męża, a drugie z Nim i tym cierpieniem, jakie stało się moim udziałem po Jego śmierci, mimo wszystko wybrałabym miłość, bo ona wynagradza wszystko.
Co do mieszkania, podobnie jak Jolam, pozostałam w domu, który stał się naszym miejscem na ziemi. Zmieniłam tylko sypialnię na inny pokój, bo pozostanie w niej było dla mnie zbyt bolesne. Myślę, że zmiana mieszkania niewiele Ci pomoże, skoro tu gdzie jesteś, czujesz się dobrze. Wszędzie wszystko będzie Ci przypominało o Twojej traumie i Twoim Ukochanym: Jego ulubiona piosenka zasłyszana w knajpce, zapach kawy, książka na wystawie księgarni, spotkany znajomy. Wszędzie odnajdziesz Jego ślady, nie tylko w domu. Jedyne lekarstwo masz w głowie, musisz tylko po nie sięgnąć i odpowiednio dawkować. Wiesz, przez dwa lata kurczowo trzymałam się słów jednej z dziewczyn z tego Forum, która napisała: „Po 2 latach zachciało mi się znowu żyć”. Minęły 2 lata i … nic. U każdego proces żałoby przebiega inaczej, więc każda z nas musi próbować odnaleźć własną drogę i nią dreptać.
Pozdrawiam Was gorąco dziewczyny i życzę wytrwałości

31,049

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie! Baśka - to co piszesz - to bardzo piękne i mądre słowa skierowane do nas w większości Nowicjuszek w tym temacie.Choć u mnie już za rogiem ukazuje się tabliczka:2 lata samotności ,bólu i rozpaczy...to nadal cierpię niewyobrażalnie.Najbardziej cierpi serce-tęsknota nie przestaje szarpać każdego dnia- wręcz przybiera niespodziewane formy...Bliscy sugerują powrót do psychologa,ale przecież ja sama jej nauczam.....Uczniowie chętnie uczestniczą w moich zajęciach, często przegadujemy całe przerwy i nie tylko.Mówią o swoich i rodzinnych problemach - staram się pomagać  i podobno nieźle mi to idzie.....tylko sobie nie potrafię pomóc.Wiem,że,, szewc bez butów chodzi...,,ale to żadne dla mnie pocieszenie.
Jedyna i zauważalna zmiana dokonała się w mojej głowie - rozum już opanował stan w jakim jestem i choć słowo WDOWA- nadal budzi sprzeciw i mój gniew - to zostało na stałe przypisane do mojej osoby. Już mogę przebywać w towarzystwie par i szczęśliwych małżeństw - ale krótko...króciutko...bo niekiedy ich rozmowy o wspólnym życiu i plany na dalsze powodują niekontrolowany ucisk w gardle ...muszę wtedy jak najszybciej wyjść-aby się nie rozryczeć i nie wprawić Ich w zakłopotanie.
Już wychodzę do ludzi - jednak tylko na spotkania autorskie,Monodramy lub mecze siatkówki - które wprost kiedyś uwielbialiśmy/przez parę lat mieliśmy wykupione z mężem karnety/..a teraz to inicjatywa córki. Jednak same wyjście z domu idzie mi opornie,wyszukuję niezliczone powody dla których lepiej pozostać w domu.
Trzymam się ,,rozpoznania,,mojego opiekuna-psychologa,że w moim przypadku ,,dojście,,do siebie umieścił w ramach czasowych: 3-4 lata. To były tak mało realne dla mnie słowa gdy je usłyszałam,że nawet nie pokusiłam się o żaden komentarz. To jakieś nieokreślone lata świetlne..Z pokorą przyjęłam te słowa,myśląc: o czym On mówi,przecież ja tyle nie przeżyję, nie ma takiej możliwości...ja nie mogę wytrzymać dnia,tygodnia,miesiąca ...a co dopiero mowa o latach.... No i już 2 zaraz miną a ja nadal żyję...no może nie zupełnie Ja- taka  sama jak kiedyś.... ale żyję .W moim przedziale wiekowym każdy rok jest dużym wyzwaniem,a co tu mówić o tylu. ...Żyję,trochę pracuję,trochę się ,,obijam,,trochę jeżdżę do bliskich, czasami jest na odwrót.Kiedyś pracoholiczka,niespokojna dusza,nie mogąca usiedzieć na jednym miejscu...ciągle coś robiąca,planująca....zostałam okiełzana .... przez los...w przeciągu kilku godzin - runął mój cały świat,posypało się moje całe życie. Już nic- nigdy odtąd takie same nie było i nie będzie...NIC.
Jednak tak samo jak Baśka, nigdy nie zamieniłabym swojego TAMTEGO życia  na bezstresowe,spokojne i harmonijne - bez NIEGO. Miałam szczęście,ze dane było mi z Nim być,doczekać się dzieci - a teraz wiele Jego cech  widzę u swojego malutkiego wnuczka.Mój mąż na prośbę syna wybrał imię dla wnuczka i jego starszej siostry.To imię które noszą krewni z Jego strony od bardzo,bardzo,bardzo dawna...ma formę żeńską i męską..Nawet jest to drugie imię mojego syna..to taki ukłon w stronę przodków...ilekroć jestem u Nich- zawsze jest mowa o Dziadku ,wspomnienia o Nim nie są tematem tabu. Wprost przeciwnie żyje On nadal w nas i z nami,jest w naszych sercach,myślach i rozmowach . Sami wskazują na wiele wspólnych z nim podobieństw nie tylko fizycznych.Zastanawiamy się co by pomyślał,zrobił,postanowił.Jak by się zachował,co by nam doradził. Był bystrym obserwatorem rzeczywistości,interesował się wieloma dziedzinami życia.Miał dar trafnych komentarzy i ....prognoz na dalsze lata.Wiele się z nich sprawdziło.Powiecie : to tak mało,a ja odpowiem : dla mnie bardzo dużo...i to właśnie motywuje mnie każdego dnia ...Już Go nie ma,ale nadal JEST.... Pozdrawiam

31,050 Ostatnio edytowany przez Aloes21 (2022-05-21 14:13:54)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane,
Taka tu cisza ostatnio... Zdawać by się mogło, że skoro się nie odzywamy, to może jest ciut lepiej... Może udało nam się postawić ten magiczny mały kroczek w przód !? Bardzo bym chciała napisać Tu wreszcie, że Tak - jest trochę lepiej... Niestety, nadal nie mogę tak napisać. Nadal jest bardzo ciężko. Tęsknota i brak Najdroższego Męża są tak ogromne, że wręcz odbierają zmysły. Maadlen, Ikario - tak samo jak Wam chce mi się wyć z bólu, bezradności i beznadziei. Jesteśmy pewnie na podobnym etapie żałoby, kiedy to bardzo boleśnie i dogłębnie uświadamiamy sobie ten potworny dramat, jakim jest strata naszych Ukochanych i jej nieodwracalność. Nie potrafimy godzić się z tym, dlatego wyjemy z rozpaczy i bezsilności. Zapewne to ten najgorszy, najbardziej bolesny i niestety najdłuższy etap naszej żałoby. Czy uda nam się kiedyś z niego choć odrobinę wyłonić... ? To chyba już sprawa bardzo indywidualna. Każda z nas, mimo podobnie odczuwanych uczuć i emocji, jest przecież inna. Ja mam wrażenie, że ten koszmar nie skończy się nigdy... Nigdy już nie będzie mojego Ukochanego... Nigdy mnie nie przytuli, nie pocieszy, nie ukoi tego strasznego bólu, tak jak tylko On to potrafił. Basiu piszesz, że w naszych wpisach widać już maleńkie postępy, może tak faktycznie to wygląda z boku. Ja mam wrażenie, że wciąż się cofam i to znacznie. Ty odnalazłaś sens życia w swoich najbliższych, ale zajęło Ci to również sporo czasu. 2,5 roku - to dla mnie jakaś nierealna, odległa, nieosiągalna wręcz przestrzeń czasowa. Jutro minie 10 miesięcy, odkąd runął mój świat i wydaje mi się, że to całe wieki bólu i cierpienia. Podobnie jak Ikaria i Maadlen nie wiem, jak przetrwać kolejny dzień, tydzień, miesiąc, a co dopiero rok, dwa, czy dwa i pół... W tym ogromnym cierpieniu, tylko czas, bardzo długi czas może nam przynieść ulgę. Tylko dlaczego on się tak niemiłosiernie wlecze... ? Czemu i on jest dla nas tak niełaskawy... ? To wszystko dlatego, że strata najdroższego człowieka na ziemi po prostu musi boleć, bardzo bardzo długo i dotkliwie. Bo właśnie cierpienie jest ceną miłości... Miałyśmy już miłość, miałyśmy ogromne szczęście..., teraz przyszło nam za nie gorzko zapłacić. Kochane moje, musimy trwać w naszym cierpieniu, nie mamy wyboru. Choćbyśmy zaklinały rzeczywistość, to i tak żadną siłą nie zdołamy jej zmienić. Jedyne co możemy, to się z nią zmierzyć. Czasu też nie da się cofnąć, ani przesunąć, możemy tylko iść z nim równolegle - powoli, mozolnie do przodu... Niestety to nie my, a czas właśnie wyznacza tempo i rytm...
Jola i Basia, jak zawsze pięknie piszą o miłości do naszych najbliższych, tych którzy odeszli, ale i tych którzy zostali i również zmagają się z własną traumą. Każda z nas ma tutaj dla kogo żyć, wszystkie mamy kogo kochać. W większości mamy dzieci, niektóre z nas już również wnuki. Mamy rodzeństwo, niektóre mają szczęście mieć jeszcze rodziców. Są krewni, przyjaciele, znajomi... Tak naprawdę każda z nas ma tutaj dla kogo żyć. Choć cierpienie przysłania nam teraz radość z naszych najbliższych, to musimy pamiętać, że Oni jednak są. Kochają nas, troszczą się o nas, martwią się naszym smutnym losem. I chociaż nie w każdym przypadku jest ktoś z nami fizycznie, choć na codzień zmagamy się ze swoją straszną samotnością, w pustych domach, to przecież Oni wciąż są z nami w myślach i w sercu... Wspierają nas, odwiedzają, kiedy tylko to możliwe. A i my mamy jeszcze kogo odwiedzać... Doceńmy to Kochane, bo to bardzo wiele... Są ludzie, którzy nie mają zupełnie nikogo... Stracilyśmy swoich Ukochanych, świat nam się zawalił, ból rozrywa nas na strzępy. To zrozumiałe, takie straszne i przerażające jest oblicze śmierci... Pamiętajmy jednak, że dopóki na tym świecie żyje choćby jedna osoba, którą kochamy - to trzeba i warto żyć. Kiedyś przecież minie rok, półtora, dwa, trzy lata... I mimo, że tęsknota i żal już zawsze będą nam towarzyszyć, to nauczymy się znów cieszyć z obecności tych którzy tu z nami zostali...
Pozdrawiam Was wszystkie złamane serduszka i życzę Nam dużo siły i spokoju !

31,051

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Moje Drogie, witaj Aloes...Twoje słowa są dojrzałe,piękne i przynoszą nadzieję...widać - jak pisze Baśka odrobinę światełka w Twoim ciemnym tunelu.
Faktycznie - mało wpisów,też zaglądałam kilka razy...ale nie chcę wychodzić przed szereg i zanudzać Was swoimi sprawami. Maj - w/g badań najpiękniejszy miesiąc dla Polaków- zieleń,piękne kwiaty:niezapominajki,bzy,konwalie...to wszystko po tylu ciemnych ponurych miesiącach i w obliczu naszych smutnych przeżyć - może choć w części zadziałał kojąco - dlatego tak mało słów od Was!? a może jest już tak dobre,że nie chcecie ,,zapeszyć,,pisząc tu znowu!? W jednym i drugim przypadku - ważny jest efekt.U mnie różnie,czasami mam w miarę dobry dzień- wtedy zajęta pracą i realizacją postawionych przez siebie celów mam mniej czasu na płacz, rozpacz i tęsknotę . Nie będę oszukiwać Was i siebie,nadal smutek i przygnębienie towarzyszy mi w moim codziennym życiu- tym bardziej,że odejście mojej 18 letniej psiej przyjaciółki zrobiło swoje...Jednak skłamałabym gdybym nie powiedziała,że już częściowo przejmuję kontrolę nad swoim stanem psychicznym.Płacz nadal mam na wierzchu- wystarczy moment wspomnień - czy sytuacja w której bardzo brakuje mi mojego męża.....i łzy niekontrolowane płyną...płyną i płyną...Jednak jest to o wiele rzadziej i mniej boli niż kiedyś.Jutro - pojutrze- to dni nareszcie realne- choć powyżej tygodnia staram się wciąż nie planować niczego...Też jak mi pisały dziewczyny o konieczności czekania i dania sobie czasu- i to bardzo długiego - spontanicznie rodził się we mnie olbrzymi bunt i sprzeciw.O czym One piszą,o czym mówią.. myślałam wtedy....to dla mnie było wprost do niewyobrażenia..Jak jedna z Nas/już się dawno ładnie pożegnała/opisywała mi swoje spotkania i wyjścia z koleżankami po jakimś czasie żałoby...to tak mnie ściskało ,,w dołku,,- przede wszystkim z niedowierzania - ale tez ze zwykłej ludzkiej zazdrości...że może być lepiej w naszym wdowim życiu. Aloes bardzo trafnie napisała o naszych bliskich- nawet jedna osoba może przywrócić nam sens i cel życia. Ja nie będę się powtarzać - mam dosłownie jedną jedyną siostrę cioteczną/choć w rzeczywistości są jeszcze trzy dużo młodsze i sprawniejsze fizycznie/która schorowana i wiekowa nadal czuwa nade mną ze znacznej odległości...ale jest.Pozostałe- wydawałoby się bardzo bliskie- bo nasze mamy - to były bardzo kochające się siostry rodzone- niestety nie czują potrzeby wspólnego kontaktu.Bardzo nad tym ubolewam,bo w rodzinie siła jest..
Zabiegałam o to jeszcze za życia mojego męża - zapraszałam do siebie...przyjechała jedna co prawda z dużą rodziną - ale efekt jest taki,że rewanżu z Ich strony nie było- tylko wymiana kartek świątecznych pozostała...Poddałam się....
Więc wspomniana siostra z mężem i moje dzieci z rodzinami- to cały mój niewielki świat. Nie trzymam się Ich kurczowo i za wszelką cenę, raczej równoległe życia prowadzimy,które się często zazębiają i przecinają..Zawsze byłam niezależna - może to sprawa znaku zodiaku: lwica/mąż był lwem/...ale źle bym się czuła narzucając się swoją osobą i oczekując od innych pomocy- sama niczego nie dając w zamian.
Tak mnie wychowano,że żeby zebrać plony- to trzeba najpierw zasiać ,podlewać i nawozić...a nie czekać aż ktoś za nas - albo samo się zrobi.
Mało które dziecko czy inny członek rodziny powie nam wprost,że jest zmęczony naszą żałobą i związanym z tym naszym zachowaniem. Nie chcąc siebie wzajemnie urazić prowadzimy  jakiegoś rodzaju swoistą grę....czyja żałoba jest głębsza...czyje zachowania bardziej autentyczne...Myślę,że nie o to powinno chodzić w tym wszystkim.Powinniśmy się wzajemnie wspierać i sobie pomagać w tej dla wszystkich bardzo trudnej sytuacji.Wiąże się to z pomocą -pokojowym współistnieniem i wzajemnym zrozumieniem niż jakąś rywalizacją /matka,teściowa,siostra..kuzynka,sąsiadka../. Nam- prawie całkowicie samotnym -jest z tym łatwiej- bo nikt nas nie porównuje,nie ocenia , nie komentuje- przynajmniej oficjalnie...ale tym z Nas które na co dzień żyją obok innych w dużych rodzinach - w pobliżu ciekawskich sąsiadów jest ciężej.Piszą,że muszą niejednokrotnie przywdziewać maski....
Moje drogie ,każda musi iść swoją i tylko swoją drogą. nikt tego nie zrobi za nas.....inna jest żałoba po mężu,inna po tacie - jeszcze inna po bracie czy dziadku. Wiedzieli o tym ludzie,którzy setki lat temu o tym decydowali: po współmałżonku - rok i 6 tygodni,po rodzicach,dziadkach i rodzeństwu:6 m-cy..ale to tylko liczby.U mnie jutro minie rok i 9 miesięcy piekielnie trudnego do opisania samotnego życia. U Aloes te żałoby po bliskich się częściowo skumulowały...Na końcu mam taką osobistą uwagę: kiedyś nosiło się na znak żałoby na ubraniach: czarne krepowe opaski,a panowie mieli w klapach marynarek wszyty kawałek czarnej aksamitki lub tasiemki.Ja - przynajmniej w swoim regionie już od bardzo dawna tego nie widzę- to już jest spora zmiana kulturowa...ludzie nie obnoszą się ze swoją osobista żałobą. Pozdrawiam Was Wszystkie...

31,052

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Dziś Dzień Szczególny- Dzień Matki- nie dla wszystkich kobiet ciepły i radosny. Część z Nas - ma szczęście być teraz blisko swoich dzieci i spędzić rodzinny dzień- część spędzi go w zupełnej samotności...
Drogie moje,czas szybko mija- i ten dzień niewątpliwie też...nie jesteście same...jeżeli choć jedna osoba o Was- o Nas myśli- to już nie jest tak źle i smutno - ja myślę....
Gdziekolwiek są teraz nasze dzieci- to dzięki nam  i naszym mężom....i pamiętajmy,że w Nich płynie nasza wspólna krew...one odziedziczyły nasze wspólne geny ....
Nie ma Naszych mężów- ale są dzieci ,które zawsze będą kontynuacją naszego wspólnego życia. Przytulam i pozdrawiam...

31,053 Ostatnio edytowany przez Aloes21 (2022-05-28 14:47:53)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Kochane Moje, Droga Jolu szczególnie, bo jak widać tylko My obie tu ostatnio ,,się udzielamy". Może to i dobrze, być może oznacza to, że Nasze Dziewczyny jakoś radzą sobie ze swymi zmartwieniami i nie mają już tak dużej potrzeby dzielenia się tutaj swoimi przeżyciami... U mnie minęło 10 miesięcy -  najdłuższych, pełnych bólu, cierpienia i łez..., 10 najtragiczniejszych miesięcy mojego życia. Jakże samotnego, smutnego i beznadziejnego życia bez mojego ukochanego Męża. To taki niedługi okres czasu, powiedział by ktoś - szybko zleciało... Owszem, w ,,normalnych" okolicznościach ludziom szybko leci czas, mnie też przecież kiedyś leciał... Teraz czas nabrał innego wymiaru. Od tamtego koszmarnego lipcowego dnia, zaczęła się dla mnie nowa era - era okrutnej męki i rozpaczy... Niestety jak dotąd ten czas, choć dla mnie tak niewiarygodnie długi i ciężki, nie przyniósł ukojenia... Mam wrażenie, że utkwiłam gdzieś w martwym punkcie, na początku tej mojej drogi przez mękę. Tracę już nadzieję, że może być kiedyś lżej... Czekam aż minie chociaż ten rok, ten pierwszy straszny rok bez mojego ukochanego. Jednak nie wierzę, aby nagle miał stać się cud i nadeszła ta upragniona ulga w cierpieniu. Myślę, że podobnie jak Jolam, Baśka czy Misiulka należę do tej grupy kobiet, którym potrzeba kilku lat, aby względnie się pozbierać i zacząć choć trochę żyć, zamiast wegetować. No cóż, za miłość przyszło mi płacić gorzką i najwyższą cenę. A Miłość Moja do Mojego Męża była (nadal jest) tak samo wielka, jak ta tragedia, która nas dotknęła....
Już wiem, że nie da się niczego obejść, ani skrócić. Całą żałobę trzeba po prostu świadomie przejść z całym jej okrucieństwem i cierpieniem... Potrzebny jest czas, bardzo bardzo dużo czasu...
Dzień Matki - jak piszesz Jolu - szczególny dzień. Dla mnie kiedyś bardzo radosny był to dzień. W tym roku radość z mojego macierzyństwa przysłaniał mi smutek, gdyż to pierwszy Dzień Matki bez mojej ukochanej Mamy. Zawsze wspólnie z Mężem składaliśmy życzenia mojej Mamie i razem z dziećmi wspólnie świętowaliśmy ten dzień. Tym razem spędziłam to swoje święto tylko z dziećmi. W ciszy, smutku, zadumie... W zeszłym roku byłam Mamą, Żoną i Córką... W tym roku jestem już tylko Mamą... Tylko, a może aż - bo Nasze Dzieci to (jak trafnie ujęłaś Jolu) kontynuacja Nas Samych - Nas i Naszych Mężów. Musimy dla Nich być ostoją. Pomimo bólu warto dla Nich trwać. Tego zapewne chcieliby Nasi Mężowie. A my jesteśmy Im to winne...
Nigdy nie jest tak, że jesteśmy zupełnie same, zawsze możemy na kogoś liczyć, zawsze ktoś o nas myśli - choćby tutaj- na naszym Forum.
Cierpienie zbliża i jednoczy ludzi. Razem większa w Nas sila...
Pozdrawiam serdecznie, odezwijcie się Kochane, co u Was?

31,054

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie kochane
Dziekuje wam bardzo serdecznie za takie słowa wsparcia, których w sumie od nikogo nie usłyszałam az chciałabym was przytulić. Wiem ze tu się mogę zwrócić bo szczerze mówiąc zrezygnowałam ze zwierzania się tak w pelni komukolwiek bo wiem ze to nie ma sensu. Tak na prawdę nikogo to nie obchodzi i wiem to bo to odczuwam. Kiedyś tego tak nie widziałam bo miałam swojego najlepszego przyjaciela i nie potrzebowałam nikogo (ja ogolnie nie potrzebuje zbyt wielu osob do funkcjonowania, wystarczy niewiele ale zaufanych) a mogłam mu powiedzieć wszystko na 100% i zawsze miałam wsparcie i dobrą radę albo poprostu obecność. A teraz czuje jakby z tą jedną osobą zniknęły już wszystkie. Jakbym nikogo „swojego” już nie miała. Obecnie nie jest u mnie chyba ani dobrze ani bardzo źle. Nie pisałam bo chyba sie boje. A boje sie emocji, bo zawsze jak tu pisze to płacze. Kiedyś sobie na to częściej pozwalałam i według psycholog dzieki temu prawidłowo przechodziłam zalobe bo dawałam sobie czas nic nie przyśpieszałam i nie ukrywałam emocji. Teraz jak już jest względnie „normalne” funkcjonowanie u mnie to boje sie do siebie dopuścić ten płacz. Chociaż niemoc dopada mnie często. W pracy tez nie jest źle choć mogłoby być lepiej. Wdrażam sie do całkiem nowego zawodu a oczekuje sie chyba ode mnie ze po niecałym miesiącu będę pracować jak po dłuższym stażu w tej pracy.. a mnie to wiele kosztuje. A przecież nie powiem nikomu ze przez 7 miesięcy nie pracowałam w ogóle, jestem na antydepresantach i wywróciło mi się życie do góry nogami.. nikt nic za mnie nie zrobi a nauki jest wiele. Nikomu sie nie żale musze jakoś zacisnąć zeby i iść do przodu.. Jest to bardzo trudne jak dla mnie na ten moment. Codziennie o Nim mysle, czasem sie do niego modlę, czasem mam pretensje dlaczego go nie ma obok. Oswajam sie z samotnością. Dodatkowo przyjechałam do mamy i mój pies jest chory a ja nie mogę mu w ogóle pomoc. Może wrócę do częstszego pisania na forum, może to jakoś przyniesie ukojenie.
Pozdrawiam Was ciepło

31,055

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Jolu! Dziękuję, że pamiętałaś o nas w Dniu Matki. Większość z nas ma dzieci, inne mają  jeszcze Mamy, ale takie wsparcie szczerego, rozumiejącego serca znaczy bardzo wiele. Aloes, Zzielona, mimo smutku w Waszych postach, czuję powiew optymizmu. Aloes, cieszę się, że tak wiele zrozumiałaś, teraz już powinno być tylko łatwiej. Pewnie, że nie  stanie się to  z dnia na dzień, ale kiedy będziesz czuła, ze stoisz w miejscu lub się cofasz, wróć do swoich pierwszych postów, a zauważysz różnicę. Zzielona! Zawsze tu znajdziesz zrozumienie, możesz żalić się, płakać, wspominać. Jesteśmy z Tobą i bardzo obchodzi nas to, jak sobie radzisz z życiem. Metronomio!!! Odezwij się! Proszę!Wiem, że czas jest dla Ciebie teraz najcenniejszy, ale  wszystkie martwimy się o Ciebie i synka.
Pozdrawiam Was Dziewczęta wszystkie najgoręcej

31,056

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam i bardzo się cieszę,że odezwała się Zzielona.Nic nie rób wbrew sobie,jeżeli czujesz,że coś Cię ,,uwiera,, w kontaktach z innymi- pomijaj te osoby. Jeżeli nie będziesz pisać,tez zrozumiemy- choć będzie nam smutno..nie wiedząc - co u Ciebie....
Każdy ma prawo decydowania o sobie ,takie życie- taki świat. Rozmawiałam z jedną z Nas- która po kilku latach zdecydowała się całkowicie wycofać z  Forum. Tak jak Zzielona- czytając słowa Tych sobie nieradzących lub mniej radzących z traumą samotności miała wrażenie jak by się cofała w czasie.....i na nowo przypominała sobie rzeczy i sprawy które częściowo jej pamięć już  wyrzuciła...
Tak to jest z nami,każdy ma swój czas - czas dochodzenia po ciężkich przeżyciach....u mnie nie da się po 45 latach znajomości i 39 małżeństwa niczego przyspieszać- niczego ominąć.Choćbym sama chciała, to i tak życie nieoczekiwanie atakuje wspomnieniami. Myślę,że to jest jak ze złamaną ręką- u jednych przebieg gojenia przebiega sprawnie - wręcz książkowo- u innych ciężko i z powikłaniami...jedni po zdjęciu gipsu idą grać w siatkówkę- inni mają kilkumiesięczne ćwiczenia rehabilitacyjne...Wiek, odporność organizmu - towarzyszące inne schorzenia - też niewątpliwie swoje robią..Niektórzy z medyków twierdzą,że nastawienie psychiczne do choroby dużo robi...Jak komuś nie zależy na szybkim wyzdrowieniu ,jak nie ma  motywacji - to proces ozdrowieńczy przebiega o wiele wolniej i z komplikacjami. Tak jest ze mną - teraz jak się zbliżają dwa lata samotności- już dobitnie i namacalnie wiem-że niczego z życiem nie ugram...nie odczaruję rzeczywistości,niczego nie zmienię- bo nie umiem i nawet nie będę próbować- aby znów nie cierpieć. Wasze cierpienie - jest nam dobrze znane... znów porównanie ....do małych dzieci...tym razem.....Maluch osierocony.... zostawiony w żłobku płacze,lamentuje,krzyczy...zmęczony poddaje się......Panie- Ciocie robią co mogą - aby ukoić i częściowo ,,zastąpić,,nieobecność mam.U jednych dzieci skutkuje to na krótko,u innych na dłużej - a jeszcze u innych wcale...
Nie ma mamy - nie ma życia ,uśmiechu,radości...po jakimś czasie dzieci się przyzwyczajają,mniej płaczą- bo już wiedza,że to niczego nie zmieni. Czas szybko mija ,z grupy maluszków przechodzą do starszaków,a później po 3 latach - przedszkole- więcej wiedzą i rozumieją. Nikt nie przyjmie do przedszkola niemowlaka...wszystko ma swoją kolej...MY i WY też...My już w przedszkolu- a część z Was jeszcze w żłobku...My już wiemy że płacz niczego nie zmieni,krzyk,bezsilne kopanie lub walenie w ścianę...WY jeszcze niekoniecznie.... po część - po jakimś czasie zgłoszą się ,,zastępcze,,mamy które stworzą namiastkę prawdziwego domu- drugie będą musiały być skazane na samotność....już do końca- bo domy w których przyjdzie im spędzić życie- tylko z nazwy będą domami.......
Człowiek nie jest stworzony do życia w samotności- co innego świadomy wybór,a co innego okaleczenie naszych serc bez naszej zgody i winy.Ja też czekałam na pierwszy rok,też miałam nadzieję ,że odrobinę będzie lepiej. Nie jest lepiej- jest inaczej- pozbawiona złudzeń i obdarta z marzeń - muszę każdego dnia walczyć o siebie ....jest lepiej tylko z punktu widzenia codziennej organizacji mojego życia.Mniej płaczu na zewnątrz,więcej kontaktu z ludźmi,konieczność załatwiania codziennych spraw sprawia,że powroty do pustego domu są mniej bolesne, jestem bardziej ,,ogarnięta,, życiowo - jeżeli chodzi o konieczność samotnego funkcjonowania w rzeczywistości,ale nic więcej- przynajmniej u mnie.Niczego nie planuję,w nic się zbytnio nie angażuję - nikogo do towarzystwa nie szukam i szukać nie będę.Jestem jak piórko na wodzie- gdzie wiatr powieje- tam osiądę. Tak jak pisze Aloes - za wielkie uczucie - trzeba bardzo długo ,,płacić,,. Jak śpiewała Anna Jantar:....nic nie może wiecznie trwać...ZA MIŁOŚĆ
PRZYJDZIE NAM ZAPŁACIĆ.....no więc płacimy i płacić będziemy nadal...moje drogie.
Na sam koniec- pozwolę sobie zauważyć,że postępująca inflacja i wciąż tocząca się wojna i wszystkie w związku z tym konsekwencje- nie pomagają nam samotnym kobietom w przyspieszeniu tego czasu- tylko go z całą pewnością opóźniają...
Baśka,dobrze że Twoje wpisy są nasycone optymizmem i niosą nadzieję...masz rację,że u każdej z nas jakiś postęp jest- tylko same słabo to widzimy...Aloes dzielnie walczysz,ten Twój obecny czas - nie dawno - i to całkiem tuż..tuż - był moim czasem,przytulam - ciężki czas bez mamy...ale nie Ty jedna.To żadne pocieszenie,ale przynajmniej wiesz,że nie jesteś sama.Ikario - odezwij się jak możesz...Pozdrawiam

31,057

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?
Smutna Marysia napisał/a:

Jestem w strasznym dołku, wczoraj były 3 miesiące od śmierci i nasza rocznica ślubu.którą spędziłam sama, Byłam 2 razy na cmentarzu, miałam mszę za męża. Jestem bardzo samotna, tak mi żle, nie wiem co będzie dalej, czy ten ból chociaż trochę ulży, czy już pozostanie na zawsze? Bardzo się staram żyć normalnie ale chyba mi nie wychodzi. Tylko płaczę i mam pretensje do wszystkich i o wszystko.Myślę, że chyba dostaję do głowy.

Nie chcesz iść może do psychologa z tym ?:(

31,058

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie dziewczyny
Co u Was? Odezwijcie się, forum jakoś zamilkło.
U mnie niby „w normie” ale jednak nie. Niby chodzę do pracy funkcjonuje „normalnie” ale czuje ze jest gorzej ostatnio. Już nawet sama nie wiem jak to opisać, określić? Czuje się bardzo zagubiona. Bez wsparcia, bez tej mojej osoby. Jak to miałam w zwyczaju mówić u psychologa - moj człowiek moja osoba to jest idealne określenie. Z nim umarło wszystko. Nie tylko jeden człowiek. Ale tez moje życie, ktore opierało się na życiu z nim, umarło wspólne spędzanie czasu, wspólne plany, marzenia, znajomi którzy są ograniczeni prawie do zera. Mimo ze pracuje i robię jakieś tam rzeczy ten świat i tak się dla mnie zatrzymał. Nie zwracam uwagi na pewne rzeczy na które zwracałabyś uwagę; wszystko jest takie jakieś jakby obojętne. Wraca życie po pandemii. Ruszają jakieś letnie imprezy. Wiem ze przy ładnej pogodzie na pewno bysmy gdzies się wybrali, zaplanowali dzień. A teraz nic. Szczerze to w tej sytuacji pasowałyby mi te wszystkie obostrzenia, choć wiem ze to złe. Czuje żal pustkę. Właśnie ta pustka, ten brak chyba tak się odzywa.. nie wyobrażam sobie na ten moment życia z kims innym, to dla mnie ukochana osoba, najważniejsza.. powiem wam ze wypatruje jakichś znaków ostatnio w życiu codziennym. Ale jakoś nic nie widzę, a może nie dostrzegam? Ciagle daje sobie ten czas.. musimy być wszystkie dla siebie wyrozumiałe. Ale co jesli ten czas będzie przelatywał przez palce, życie przeminie na niczym i nie wygrzebie się z tej traumy? Jeszcze nachodzą mnie takie myśli w sumie od początku żałoby.. nie tyle co opłakuje nasze wspólne życie , chociaż tez oczywiście bardzo, ale tak po ludzku nie umiem zrozumieć dlaczego 30 letni człowiek, bardzo dobry człowiek nie miał szansy ułożyć sobie życia? Ale usłyszałam coś takiego ze dobrzy ludzie odchodzą szybko..
Pozdrawiam was i dajcie znać co u Was

31,059

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie kochane! Zzielona ma rację, rzeczywiście jakaś niezwykle długa cisza zapanowała na naszym forum. Ikario, Maadlen, Aloes! Odezwijcie się, proszę! Jak sobie radzicie? Zzielona, podziwiam, ile w Tobie siły i determinacji, pomimo kiepskiego samopoczucia wydaje się, że radzisz sobie coraz lepiej. Zmieniłaś mieszkanie, pracę, funkcjonujesz w codziennym życiu. A to już bardzo wiele. Na nurtujące Cię pytanie: dlaczego, chyba nigdy nie znajdziesz odpowiedzi. Każda z nas je sobie wciąż zadaje...bezskutecznie. A znaki? Też ich długo wypatrywałam, potem potrzebowałam ich już coraz rzadziej. Twoje zagubienie jest całkowicie normalnym stanem emocjonalnym.  To jeszcze wciąż zbyt krótki czas, żebyś cieszyła się letnim słońcem. Rozumiem Cię doskonale, mnie też „uratowała” pandemia.  Praca zdalna, zaszycie się w domowym zaciszu, brak kontaktu osobistego z ludźmi, którzy najpierw nie rozumieli, a potem zapomnieli o mojej tragedii. Nie potrzebowałam nikogo i niczego, a już na pewno imprez. Jednak kilka wytrwałych osób wyrwało mnie z tego letargu. Pomalutku zaczęłam opuszczać od czasu do czasu swoją bezpieczną jaskinię, a wtedy życie zaczęło mnie wciągać w swój wir. Pewnie, że nadal mam chwile załamania, kiedy rozpacz rozrywa mi serce i podobnie jak Ty, zadaję sobie to najtrudniejsze ze wszystkich pytań: dlaczego właśnie On?  Jednak pomiędzy tymi chwilami zaczyna tętnić życie, raz lepsze, raz gorsze, ale już tylko moje. Zaczynam odkrywać siebie, jakiej nie znałam, a może już zapomniałam o niej? I choć nadal oddałabym wszystkie swoje samotne dni za jeden jedyny z Nim, zaczyna do mnie docierać, że muszę zacząć budować swoje własne życie na fundamencie, który razem stworzyliśmy i próbować realizować marzenia, które mieliśmy, czerpiąc siłę z uczucia, jakim mnie obdarzył. Zzielona, spróbuj wyjść ze swojej bezpiecznej strefy, poznaj nowych ludzi, skoro starzy znajomi i przyjaciele nie sprawdzili się w chwili próby. Dużo łatwiej będzie Ci wtedy pokonywać kolejne etapy żałoby. Choć nadal nie będzie to proste…
Pozdrawiam Was wszystkie gorąco

31,060

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Tak dziewczyny i kobiety moje - zamarło życie na naszym Forum,ale to dla mnie znak,że szkoda Wam czasu na pisanie o smutku i żalu,jak już Wy tak daleko z przodu ...
Tak to już jest,że peleton się rozciąga,niektórzy finiszują na odcinkach premiowanych,a inni się ślamazarnie poruszają - ciągnąć się metr po metrze. Pandemia była ze mną odkąd zmarł mój mąż i bardzo dobitnie uzmysłowiła mi moją samotność i wyobcowanie wśród innych. Wszyscy przede wszystkim myślą o sobie- i maja takie prawo,ale co z nami?? My jak tlenu- potrzebowałyśmy i nadal potrzebujemy serdeczności i zainteresowania innych- bo my jesteśmy inne od reszty pozostałych szczęśliwych ludzi.
My wciąż żyjemy w traumie i tęsknota boli tak ,jak świeżo otwarta rana...która wciąż się jątrzy i nie chce się zagoić....Ot co!!!! żadne zasypki czy plastry tego nie załatwią- tu potrzeba silnego antybiotyku i oszczędzanie samej siebie,żeby nie stało się gorzej!
Obecność innych ludzi :rodziny bliższej czy dalszej przyspiesza efekt zdrowienia.Praca zawodowa i konieczność wyjścia z domu - ratuje psychicznie,tylko co potem???
Powrót do domu- pustego domu - to nie lada wyzwanie dla nas- a przynajmniej dla mnie.Wcześniej mnie witał chociaż pies,a teraz przerażająca cisza zakłócana tylko przez włączoną kosiarkę sąsiada. Cała wieś moja kosi- jak by się zmówili,tylko u mnie nadal cisza,obojętność na wciąż rosnąca trawę ,obojętność na to co się dzieje w koło obojętność chyba już na wszystko co obok mnie.... Wszystko  mi jedno jest, co się ze mną stanie.Będzie jak będzie,nie będę protestować...już teraz zgadzam się na wszystko. Bo po pierwsze na nic nie mam wpływu- lub mi się tylko wydaje,że mam,a po drugie - to i tak już niczego nie zmienię na lepsze. Wciąż tęsknię za życiem do którego już nigdy nie będę mieć dostępu, tęsknię tak bardzo,że każdy oddech staje się jednym wielkim bólem.
Czuję się jak bym wciąż  uczestniczyła w niekończącej się stypie....nie widzę drzwi przez które mogłabym wyjść- tak po prostu- w stronę słońca ...z dala od wszechobecnego mroku...U Koli minęły już dwa lata,może napisze sama co to zmieniło w Jej życiu? skoro nie piszą młodsze stażem- to znak ,że się im udało...to może te starsze w samotności i tęsknocie podzielą się swoimi przemyśleniami...bo ja wiem,że Im nadal jest nie wesoło. Napisała Maria Markowa- wklejając wpis Smutnej Marysi,myślę,że szukającej na różnych Forach pomocy...zresztą jak wiele innych.Ja mogę powiedzieć a raczej powtórzyć po raz setny czy tysięczny....nic już nie wróci,niczego nie odzyskamy,niczego z losem nie utargujemy- nie ma takiej opcji..koniec- kropka.
Czas,czas,czas uładzi przerażający ból osamotnienia,nauczy dystansu,cierpliwości i przyczyni się do tego,że lament przemieni się w łzy,a zamiast krzyków będą ciche słowa.
Niczego moje drogie nie odczarujemy,niczego nie odzyskamy- wróci względny spokój i rozwaga w naszym codziennym życiu,ale tęsknota wciąż pozostanie aż do czasu- kiedy nauczymy się z nią żyć.U jednych już najwidoczniej to nastąpiło,u innych- w tym u mnie - idzie to z wewnętrznym oporem i wewnętrzną niezgodą na to co mnie spotkało.
W końcu nadejdzie czas względnego pogodzenia się z losem i jego zaakceptowanie i  już pokonane przestaniemy walczyć/bo z kim i po co!?/ Poddamy się losowi i nowemu życiu jakie wkrótce nastąpi,a jakie jest nam całkowicie nieznane- chyba,ze wdowami zostałyśmy po raz któryś!?
Część z nas całkowicie się wycofa z poprzednich znajomości /w tym z tych z Forum/bo nie będzie chciało,żeby jakieś zrozpaczone kobiety pogrążały Je na nowo w traumie,ale ja nadal pozostanę z  już nielicznymi,tu i teraz i później i dużo później też ..bo mam dług do spłacenia: Aniczce,Wenedzie,Misiulce i Koli ...Innym też - w tym Baśce, Zzielonej,Aloes,Ikarii,Janeczce i wielu ,wielu innym kobietom- bo czytając wszystkie wpisy wiedziałam i nadal wiem,że nie jestem dla Was całkowicie obojętna z tym swoim nieszczęściem  i nigdy nie będę.Że zawsze znajdę tu pomoc,zrozumienie i współczucie- takie na wskroś prawdziwe ,rzeczywiste -namacalne wręcz- nigdy nieudawane. Że kiedy napiszę,że jest mi źle i smutno- to od razu mam zwrotnego e- maila,SMS z wielkim serduszkiem lub słowa pocieszenia płynące z telefonu.Tak  to niewątpliwie jedyna wartość dodatnia wynikająca z mojego wdowiego życia.Tu znalazłam autentyczne kobiety o wielkich sercach z rzadko teraz spotykaną empatią. Dziękuję Wam....Dbajcie o siebie,bo jesteście bardzo,bardzo potrzebne....nie tylko sobie , ale i Nam.

31,061

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Kochane Moje...
Ostatnio jakiś błąd pojawił mi się na stronie i nie mogłam się zalogować, żeby coś napisać, ale czytam i myślę o Was cały czas Moje Drogie Towarzyszki Niedoli.
Faktycznie nie pisałam jakiś czas... Jednak bynajmniej nie dlatego, że jest jakoś lepiej czy łatwiej. Niestety nie... Nie wiem, po prostu nie wiem już co pisać, gdyż nic u mnie się nie zmienia, nic nie zmierza ku lepszemu.  Wręcz przeciwnie - cofam się wciąż i zatracam całkowicie w otchłani rozpaczy. Nie piszę, bo nie mam się czym ,,pochwalić" przed Wami Dziewczyny. Czekałam, bo łudziłam się, że może nadejdą wreszcie jakieś lepsze momenty w tym moim fatalnym życiu... Niestety, nie wiem, czy w ogóle mam jeszcze na co czekać. Bo przecież nic już nie zdołam zmienić, tak jak pisze Jola - nic nie utarguję. Tak bardzo bym chciała wreszcie podzielić się z Wami choćby małym akcentem optymizmu, a nie wciąż zadręczać swoją niezmierzona traumą. Jesteśmy tu wobec siebie szczere, więc nie będę nic udawać, czy koloryzować.
Znów mamy kolejny długi, smutny i samotny weekend. Chciałam iść na Mszę i na procesję wokół ołtarzy... Przez 30 lat zawsze chodziliśmy razem z Mężem... Nie dałam rady... Jakie to strasznie trudne. Obserwowałam z okna tłum ludzi podążający w uroczystym orszaku. Te same twarze, ci sami ludzie, te same szczęśliwe pary, nawet w dość podeszłym wieku. Kiedyś taki widok radował serce, kiedy w tym tłumie szłam i ja z moim Ukochanym pod rękę....
Teraz takie dni, takie święta - pierwsze bez Niego - to prawdziwa katorga. Nie wierzę już, aby następne miały być lepsze.
Droga Jolu, tak pięknie piszesz, pomimo swojego ogromnego smutku i tęsknoty, starasz się zawsze pocieszyć, podajesz pomocną dłoń i prowadzisz Nas dzielnie przez tę naszą ciężką wędrówkę.
Tak sobie pomyślałam Jolu, że pewnie wczoraj obchodzilaś Imieniny. Życzę Ci więc dużo siły i wytrwałości... Wiem, że to czego byś sobie życzyła spełnić się już nie może. Życzę Ci więc, aby Twoja rana zabliźniła się chociaż na tyle, byś mogła swobodnie oddychać i zaczęła żyć bez tego potwornego bólu i cierpienia. To Twoje drugie Imieniny bez Ukochanego, może już jest Ci troszkę lżej... ?! Moje dziś są pierwsze Imieniny bez Męża, bez Mamy, drugie bez Taty. Nie chcę już ich ,,obchodzić". Nie chcę aby ktoś o nich pamiętał... Życzenia mnie się przecież nie spełniają. Niestety najbliżsi pamiętają... Smutno im, że nie potrafię przyjąć życzeń... Moje życie to nie koncert życzeń...To wszystko mnie przerasta, jakby to kiepski żart był, chichot losu jakiś.
Dlaczego ten los tak okrutnie ze mnie drwi... ?!
I znowu to straszne wszechobecne pytanie: Dlaczego???!!! I znów brak odpowiedzi..., a płyta na grobie też milczy uparcie.
Spędzam na cmentarzu cały wolny czas. Grób Męża jest obok grobu rodziców, więc ,,mam" ich wszystkich w jednym miejscu. Przesiaduję godzinami i wpatruję się w zdjęcie na nagrobku... ,,Rozmawiam" z Nimi, płaczę, modlę się. Czasem krzyczę rozpaczliwie ,,niemym krzykiem", a serce znów rozdziera się na strzępy. Czasem na krótką chwilę uspokajam się i uśmiecham do mojego Skarba. Najgorzej jest kiedy muszę wracać, bo robi się ciemno. Proszę Boga, aby pozwolił mojemu Najdroższemu, chociaż jemu, wrócić ze mną do domu... Bo bez rodziców, szczególnie Mamy - jest bardzo ciężko, ale da się żyć, a bez Niego - nie umiem. Jak pisze Zzielona, bez tego jedynego, mojego, najdroższego człowieka nic już nie ma sensu.
Myślicie moje Drogie, że wariuję? Ja czasem myślę, że tak... No ale trwam, tkwię gdzieś pomiędzy życiem a śmiercią i ani tu ani tam nie ma dla mnie miejsca.
Staram się jednak coś robić... Piszecie, że to czasem pomaga. Rozpoczęliśmy więc z synem remont, taki generalny, podłogi, ściany, instalacje, drzwi. Chcemy w ten sposób realizować plany męża... Czy pomaga ? Narazie jest totalną demolka... Zgliszcza - tak jak w moim życiu. Ręce są zajęte, ale w głowie i w sercu wciąż ten sam ogromny i obezwładniający ból.
Dziękuję Wam Kochane, że zawsze tu jesteście, że Wam mogę tak wiele powiedzieć, że rozumiecie, bez oceniania, że potraficie współodczuwać, jak nikt inny... Kochana Zzielona ode mnie ludzie też się odwrócili. Byli znajomi, ale tylko na dobre, a bynajmniej na zle. Życie zweryfikowało wszystko. Została najbliższa rodzina. W moim przypadku dzieci i moje dwie siostry. Ze strony męża tylko jedna siostra, a jest czworo rodzeństwa. Nikt nie chce otaczać się smutnymi, złamanymi przez los ludźmi. Jesteśmy dla innych, jak trędowate, jak ,,wybrakowane" kaleki, od których trzeba stronić, aby przypadkiem nie ,,zarazić" się ich nieszczęściem. Nie znamy się osobiście, ale czuję w Was ogromne wsparcie i empatię. Dajecie mi dużo więcej, niż ,,bliskie" osoby, od których pomocy mogłabym oczekiwać.
Drogie moje; Jolu, Basiu, Zzielona, Ikario, Maadlen i wszystkie które tu piszą, pisały, bądź czytają i myślą o nas. Dziękuję Wam za Wasze Wielkie Serca i zapewniam Was również o moim wsparciu i szczególnym miejscu dla Was w moim sercu.
U mnie za parę dni minie 11 najcięższych miesięcy zmagań z żałobą. To krótki czas, choć dla mnie to wieki całe w cierpieniu i rozpaczy. Im dłużej, tym tęsknota jest coraz silniejsza, dławi krtań, ciężko złapać oddech. Zbliża się pierwsza rocznica i napełnia mnie ogromną trwogą. Przecież ten rok nic nie zmieni, te 12 miesięcy tylko utrwali ból i cierpienie, a tęsknota wciąż będzie wzrastać. Co dalej, jak potem żyć i po co? Czy jest jakiś sens w tym cierpieniu? Czy warto tak dłużej się męczyć? Kto nam odpowie? Parę miesięcy temu złościłam się trochę, jak niektóre Z Was, starszych stażem pisały, że po roku nic się nie zmieni, że nie będzie magiczne ,,lepiej". Że może tylko odrobinę przywykniemy do tej okrutnej, samotnej egzystencji. Myślałam wtedy - to niemożliwe, przecież po roku musi być trochę lepiej, przecież czas zrobi swoje, przecież ile może trwać ta gehenna? Teraz już wiem, że miałyście rację, zwracam honor i kłaniam się Wam z pokorą. Mówiłyście prawdę, tylko smutną i niewygodną prawdę. Nie ma dla Nas taryfy ulgowej. Kto radzi sobie prędzej, to super. Kibicuję serdecznie i ściskam kciuki, aby ten czas był jak najkrótszy. Ja dołączam do tych, którym potrzeba nie miesięcy, ale lat, zapewne długich lat.
Pozdrawiam Was jak najserdeczniej i życzę wiary w ,,to lepsze"

31,062 Ostatnio edytowany przez kolia1 (2022-06-16 19:27:25)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Drogie dziewczyny... bardzo rzadko już tutaj piszę ponieważ moje emocje nadal są w rozsypce. Kilka dni wstecz minęło dwa lata, dwa lata bólu, tęsknoty, gniewu, lęku i olbrzymiego stresu.  Lęku przed dalszym trwaniem w tej pustce, która otacza mnie zewsząd. Pustego mieszkania, do którego często wchodzę z lękiem i bezwiednie rozglądam szukając miłości mojego życia. Nie potrafię nadal znaleźć sensu życia....ono się jakoś toczy, mija dzień za dniem i gdyby nie praca, do której muszę codziennie wstać z łóżka, to zapewne nie mogła bym często z niego się podnieść.
Piszesz Aloes, że byłaś zła jak pisałyśmy o naszych emocjach po roku żałoby...tak bardzo Cię rozumiem, czułam tak samo. Ten magiczny rok, który na początku wydawał mi się nieosiągalny i bardzo odległy i nie sądziłam że dożyję tego czasu, minął i...nic się nie zmieniło. Ból taki sam a tęsknota jeszcze większa. Życie stało się dla mnie nieznośne, bolesne i bez nadziei. Ciągle czekałam, że stanie się cud i ból się zmniejszy...niestety. Następny rok minął trochę szybciej, wokół działo się dużo różnych zdarzeń, życie jak zwykle stawia nas pod ścianą, wymaga podejmowania decyzji, załatwiania mnóstwa spraw. Jednak odrywa myśli tylko na chwilkę..jedyne co się zmieniło przez ten czas to tylko tyle, że nauczyłam się bardziej radzić sobie z okazywaniem  emocji, chociaż też nie zawsze. Jest to o tyle nowe dla mnie, że zwykłe słowa życzliwości czy zrozumienia powodują ucisk w gardle i fale łez. Czuję się rozhuśtana emocjonalnie i ciągle błądzę jak dziecko we mgle.
Miesiąc przed drugą rocznicą śmierci mojego męża, odebrałam tragiczną wiadomość o niespodziewanej śmierci żony mojego brata. Wpadłam wtedy w histerię, nie mogłam w to uwierzyć...płakałam, krzyczałam, przeklinałam... 
Wszystkie czujemy się bezsilne w takich sytuacjach i mimo że sama tego doświadczyłam to nie potrafiłam wydukać żadnego sensownego słowa. Bo wiedziałam jaki koszmar czeka mojego brata...i bardzo lubiłam moją bratową.
Dziewczyny kochane, po dwóch latach niewiele się zmieniło u mnie. Bardzo bym chciała już tak nie cierpieć... Pragnę ulgi jak kania dżdżu. Jednak ciągle chcę wierzyć, że dam radę, że jeszcze poczuję chociaż krztynę jakiegokolwiek zadowolenia z życia, że ustabilizuję się emocjonalnie, że zniknie ta olbrzymia pusta czarna dziura, która często wciąga mnie w głąb...
Nadzieja umiera ostatnia, dopóki ją mamy to jakoś trzymamy się życia. Bez nadziei już dawno odebrała bym go sobie ...a tak ciągle żyję ...i mam nadzieję.
Życzę nam wszystkim z całego serca wytrwania w tej NADZIEI, złapcie ją i trzymajcie z całych sił. I nigdy nie puszczajcie...nawet wbrew temu co się wydaje i jak bardzo Wam trudno. To jedyne co nam zostało..
Pozdrawiam Was ciepło i mocno przytulam.

31,063

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane,
parę razy próbowałam napisać, ale mam problem z dostaniem się na tę stronę. A jak się udało, to nie mogłam się zalogować. W pewnym momencie wpadłam w panikę, że strona nie istnieje, a ja nie znajdę z Wami żadnego kontaktu. Chętnie bym podała chociaż do jednej z Was maila, albo inny kontakt, w razie czego.
Myślę o Was cały czas, co u Was, jak sobie radzicie.
U mnie niestety kiepsko, minęła czarna rozpacz, i wyparcie, pojawił się niewyobrażalny smutek i tęsknota z dnia na dzień coraz większa.
Wiedziałam, że wiosna, zbliżające się lato to nie będzie lepszy czas dla mnie, jak mi wszyscy "wróżyli". To jest czas wyjść, wspólnych weekendów, planowania urlopów, wszyscy się cieszą, a ja sama, nic nie planuję, nic mnie nie cieszy. Ogarniam ogród, balkon, podlewam, koszę, jak robot, bez najmniejszego choćby zadowolenia. A na początku wiosny wydawało mi się, że idzie chociaż trochę ku lepszemu. Chodzę na spacery z przyjaciółką, koleżankami, ale wszędzie widzę same szczęśliwe pary.
W pracy muszę udawać, że wszystko jest ok., uśmiechać się, przecież "tyle" czasu minęło, a potem wracam do pustego domu, chciałabym pogadać z moim M, jak zawsze, ale wiem, że to już nie wróci.
Najgorsze są weekendy i te długie dni, kiedy nie można położyć się spać o 20, zawinąć się w kołdrę, bo słońce zagląda jeszcze przez okno, a na dworze życie się toczy. Nigdy nie lubiłam jesieni i zimy, chcieliśmy żeby lato trwało wiecznie, a teraz nie mogę się doczekać kiedy się skończy, chociaż jeszcze się nie zaczęło.
Mama i siostra nadal mnie wspierają, przyjaciółki, koleżanki też, ale każdy ma swoje życie, a ja też nie chcę już ich obciążać swoim smutkiem i tak tkwię w tej wdowiej samotności i bólu. Udaję, że jest w miarę ok. a jest do d...
Tylko Wy wiecie co ja czuję, i jak jest ciężko nam bez naszych kochanych Mężów.
Gdzieś usłyszałam, że ceną za miłość jest strata, ale miłość jest warta ryzyka.
Pozdrawiam Was Kochane.

31,064 Ostatnio edytowany przez Aloes21 (2022-06-20 03:33:14)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane,
Po wyjątkowo ciężkim samotnym niedzielnym dniu, nastała równie ciężka, bezsenna, długa noc. Nie mogę zasnąć, w głowie wciąż kotłują się straszne, uporczywe myśli... Jak zdarta płyta powracam wciąż myślami do tych tragicznych chwil, które na zawsze odebrały mi moje Szczęście i zrujnowały mi życie.
Przestałam już się łudzić, że będzie lepiej, bynajmniej nie teraz, ale nie sądziłam, że z czasem będzie coraz gorzej. Emocje są tak trudne, ból rozdziera serce, a tęsknota jest tak ogromna, że trudno złapać oddech.
Droga Kolio, jak dobrze że się odzywasz, choć minęły Ci już dwa lata żałoby. Piszesz, że w dalszym ciągu borykasz się ze skrajnymi emocjami i wciąż tak trudno jest Tobie zaakceptować tę potworną stratę. My trochę się rozminełysmy ze swoimi wpisami tu na Forum, bo Ty jesteś już dużo dalej ode mnie. Czytałam Twoje posty i wiem doskonale z jakim cierpieniem zmagałaś się od początku żałoby aż do teraz. Ja jestem daleko, daleko z tyłu i pod względem czasu, jaki upłynął i pod względem emocjonalnym. Moje rany są wciąż tak świeże i głębokie, że zaczynam już tracić nadzieję, że kiedykolwiek będzie lepiej. Nie wiem czy czytałaś moje wcześniejsze wpisy, więc pokrótce przypomnę z jakim cierpieniem przyszło mi się zmagać. W ciągu nieco ponad roku straciłam obu rodziców i ukochanego Męża. Tato zmarł we wrześniu 2020 r. Potem tragicznie Mąż w lipcu 2021 r i Mama odeszła w grudniu 2021 roku, po 4,5 miesiąca po śmierci Męża...
Spotkała mnie niewyobrażalna, potrójna tragedia. Od tamtej pory jestem wrakiem, strzępem człowieka. Opatrzność nie ma dla mnie limitu, nie ma litości, ani miłosierdzia. Cierpienie, rozpacz i tęsknota - oto czym stało się moje życie. Choć od śmierci Mamy minęło dopiero sześć miesięcy, to i tak najcięższą i najstraszliwszą jest dla mnie żałoba po moim Najdroższym Mężu. Mija 11 miesiąc odkąd tak nagle i niespodziewanie odszedł mój Skarb.
To czego doświadczyłam w tym okrutnym czasie nie da się opisać żadnymi slowami... Bo takie słowa nie istnieją. W moich pierwszych postach opisałam trochę więcej na temat tych tragicznych wydarzeń, które niestety obróciły moje życie w ruinę. Dodam tylko, że dzieci mam już dorosłe. Córka ma już własną rodzinę, męża i dwoje dzieci. Wyprowadzili się dwa lata temu, jeszcze przed tragedią. Syn pomieszkuje wprawdzie ze mną, ale i tak większość czasu spędza u dziewczyny, bądź ze znajomymi. Dzieci mają już swój własny świat, powoli zaczynają godzić się że śmiercią ukochanego Taty oraz dziadków. Mają prawo, ja nie mogę im tego odbierać. Oni nie chcą reszty życia spędzić w smutku i rozpaczy. Starają się, ale do końca nie potrafią mnie zrozumieć. Dla nich Tato to jeden z rodziców - członek rodziny. Dla mnie zaś Mąż był całym światem, był wszystkim dla mnie, był moim powietrzem, bez którego się teraz duszę. Rodzice moi mieszkali ze mną i moim mężem. Mieliśmy prawdziwy, szczęśliwy dom, który tętnił życiem. Teraz została pustka i zgliszcza... Nagle zostałam sama, mój świat runął, a życie stało się nędzną wegetacją... Cierpię..., niewyobrażalnie cierpię, wciąż bardziej i bardziej... Czy to możliwe, żeby Bóg pozwalał na taką mękę?! Ileż jeszcze muszę znieść, jak długo będę upadać pod ciężarem zadanego mi krzyża?! Coraz bardziej tęsknię i pragnę już iść do mojego Ukochanego. Tak moje Drogie, zdałam sobie sprawę, że pragnę śmierci... Nie ma dla mnie innego wyjścia, nie ma ratunku, nie ma ucieczki.
Ikario, Kochana, jak miło, że się odezwałaś. Ja też miałam problemy ze stroną naszego Forum i logowaniem się. Też się przestraszyłam, że mogę utracić z Wami kontakt, ale myślę, że to przejściowe problemy techniczne.
Moje odczucia są bardzo podobne do Twoich. Jedyne, co minęło, to niedowierzanie, wyparcie. Teraz dogłębnie czuję, że to już naprawdę koniec. Wiem, że Jego już nie ma i że nie wróci do mnie. Nie weźmie w ramiona, nie przytuli, nie pocieszy, jak zawsze to robił. Nigdy już nie poczuję Jego ciepła, nie usłyszę bicia serca, nie spojrzę w Jego kochane oczy.
Nie chcę takiego życia, nie chcę życia bez Niego, bo nic nie jest warte. Za jedną chwilę z Nim chętnie oddałabym życie. Ale Bóg nie daje mi takiej możliwości... Muszę więc cierpieć, dalej niemiłosiernie cierpieć. Jeśli można mówić o jakichkolwiek etapach żałoby, to ja utkwiłam gdzieś pomiędzy drugim, a trzecim, w ich najgorszych formach. O akceptacji ( czwarty etap) mowy być nie może. Nie można akceptować takiego zła, jakie mnie spotkało. Życie wyrządziło mi największą krzywdę, jaką można sobie wyobrazić. Nic już nie ma sensu w moim życiu, nie mam się czego chwycić. Nie mam już siły walczyć.
Droga Kolio, współczuję Ci z całego serca z powodu śmierci Twojej bratowej. Wiem dokładnie, co to znaczy stracić najbliższych w krótkim czasie. Nie poddawaj się proszę! Pisałaś, że jeszcze masz nadzieję, nie pozbywaj się jej. Chwyć się jej ze wszystkich sił, ponoć Ona umiera ostatnia.
Trzymajcie się wszystkie Dziewczyny, nie poddawajcie się jak ja... Cena za moją Miłość przerosła mnie... Wiem, że tylko Wy jesteście w stanie mnie zrozumieć. Dziękuję, że tu jesteście. Może Nasza tu obecność, świadectwo i wsparcie, które sobie wzajemnie dajemy, ratuje niejednej z Nas życie...
Pozdrawiam najserdeczniej...

31,065

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Moje drogie Przyjaciółki- bo za takie Was Wszystkie uważam....My nie poznałyśmy się całkiem przypadkiem - nas połączył LOS. Tak okrutny i to bardzo,ale w pewien sposób jest to znak,że taka grupa kobiet o podobnych życiorysach /nie jest tu ważny wiek czy stan posiadania bliskich/może wiele dobrego uczynić dla innych kobiet które każdego dnia dołączają do grupy wdów- też bez swej woli i zgody. Ja wiem,że to żadne pocieszenie dla nas - ale chwila zadumy nad losem innych ludzi..Matki tracą synów na wojnie,żony mężów,każdego dnia giną ludzie w wypadkach komunikacyjnych ....toną.Co przeżywają teraz rodzice,rodzeństwo czy dziadkowie 8 letniej dziewczynki ,którą wydobyto z wraku żaglówki??? I tu od razu wyjaśnię,że piszę o tym dlatego,żeby udowodnić Wam,że jednak coś się zmienia w naszej żałobie z biegiem czasu - choć bardzo wolno,mało zauważalnie,ale jednak. Ja sama będąc kiedyś na miejscu Aloes,Ikarii,zzielonej..i wielu Innych też myślałam przede wszystkim o sobie i swojej rozpaczy...ale teraz wiem,że moje cierpienie nijak się ma do cierpienia innych w tym po śmierci dziecka.Pamiętacie  historię kobiety, o której było głośno sporo czasu temu w  mediach- o nielegalnym przejściu przez naszą granicę wschodnią kobiety z 4 córek,gdzie została porzucona przez kuriera- to była zima.. .Nie dała rady sama, poszła po pomoc ...jak wróciła żyła tylko jedna!!! Powiecie ,to żaden dla nas argument- a jednak? ja myślę inaczej.,,Jest taka cierpienia granica,za którą się uśmiech pogodny zaczyna,, - to słowa Czesława Miłosza dopiero teraz - po prawie dwóch latach mojej rozpaczy zaczęłam pojmować jego sens...dopiero teraz.... Moje cierpienie już większe być nie może- bo w/g mnie nie ma już większego...bo już jest tak duże ,że doszłam do przysłowiowej ściany...nawet waląc w nią głową - jej nie zburzę.
Aloes - moja droga,czy Ty myślisz,że my - te starsze stażem też nie myślałyśmy o śmierci - i to już - natychmiast! Ja od razu poleciałam do notariusza,aby zostawić swój testament,dzieciom zapowiedziałam,żeby nie rozpaczały jak mnie zabraknie - bo w końcu ja odnajdę spokój i będę z kochanym mężem.
Nie mam w domu gazu,mieszkam na parterze,żadnych silnych leków do połknięcia- jedyna prosta rzecz w moim przypadku - to rozpędzić się na drodze w czasie gdy nie będzie innych aut i....po prostu zamknąć oczy i puścić kierownicę....
Proste,niby tak- ale ja jednak nie miałam odwagi..mój syn gdy mu o tym powiedziałam spytał się tylko:,, a nie pomyślałaś co z nami? jak my będziemy żyć bez mamy,kiedy tak niedawno umarł niespodziewanie tata??? jakie życie byś nam zgotowała...sama opowiadałaś,że po śmierci swojej mamy/miała 54 lata - umarła na raka/zawalił ci się cały świat....tego nam życzyłaś...nie wierzę ,że mogłabyś być aż taką egoistką....
opowiadałaś mamo,jak ci było przykro ,że jako nieliczna wśród swoich rówieśników nie miałaś Babci - bo wcześnie zmarła- więc takiego losu chcesz dla moich dzieci???....nie wierzę  mamo...,,
Pomyślałam sobie,że mój syn sprowadził mnie na ziemię-nie mieszkam na niej sama inni też cierpią i nie ma skali cierpienia:od 1 do 10..każdy z nas - to zupełnie inny człowiek.Ja te dzieci sprowadziłam na świat,to w imię czego mam narażać Ich zupełnie świadomie na nowe cierpienie...Zaważyła też historia przeczytana na Forum: NAGLE SAMI - założonym przez żonę polskiego himalaisty Piotra Morawskiego - Olgę Puncewicz, po Jego nagłej śmierci,została z dnia na dzień sama z małymi dziećmi.Namawiam,przeczytajcie - to nabierzecie nowych sił na walkę o każdy następny samotny dzień.To historia jednej  z Nas  która ,straciła męża i pojechała z małą córką do przyjaciół,aby ,,przeczekać,,ten najgorszy czas.To było Ich z mężem ukochane miejsce,gdzie się poznali i pokochali...oboje po przejściach - doczekali się właśnie tej dziewczynki. Po kilku tygodniach pobytu w domku przyjaciół -doszło do tragedii- dziewczynka się utopiła w tym właśnie jeziorze.Mój psycholog opiekował się Tą kobietą i wiele razy w kontaktach ze mną używał argumentu:,,jeżeli myśli pani,że nie ma już większego bólu i żałoby po stracie bliskiego niż pani ból - to jest pani w błędzie..,, i miał rację.
Reasumując: ja zbliżam się do 2 lat żałoby/za 2 m-ce/,i powiem wprost :nadal wybucham płaczem gdy jadę sama autem i usłyszę w radiu ,,naszą,,piosenkę.Jednak już to radio włączam od bardzo niedawna!?, był u mnie mały Zjazd rodzinny/13 osób,4 maluchów i 2 duże psy../przez 5 dni i nocy....gwarno,radośnie,wesoło... i...bez mojego płaczu po kątach- w ukryciu - jak nikt nie widzi!?,po raz pierwszy !!!!udało mi się nie płakać przy Ich wyjazdach i pożegnaniach!?,po raz drugi czy trzeci nie usiadłam zapłakana i nie krzyczałam głośno z tęsknoty i bezsilności swojej....tylko zabrałam się od razu do porządków - a nie jak zazwyczaj po paru!!! dniach.Wyszłam od razu do podziwianego przez gości ogrodu i powiedziałam sobie głośno: byłbyś dumny ze mnie mój drogi... Dużo - czy mało? Dla mnie to przysłowiowy Krok Milowy- to znak,że można zrobić coś dla samej siebie- bo my też jesteśmy ważne i wyjątkowe- bo inaczej nasi mężowie nie wybrali by nas NA ZAWSZE.
Na zawsze pozostaniemy Ich żonami ,czy partnerkami i tego nam nikt i nic nie odbierze.Ta kobieta żyje nadal samotnie,wie że jest wzorem dla innych - i mówi,że chociaż dlatego jej życie ma sens...bez codziennej wielkiej radości i euforii wciąż idzie na przód,bo wciąż ma nadzieję na odrobinę szczęścia ...a kiedyś i tak dołączy do Nich
Dziękuję Aloes za życzenia imieninowe- i też z wzajemnością Ci  życzę  abyś każdego dnia budziła się silna do pokonywania codziennych wyzwań.Jeżeli nie dajesz rady - to pomyśl,co zrobił by Twój mąż,co by powiedział...jak by się zachował...co by chciał dla Ciebie i dla Was...Wyobraź sobie,że On stoi przy Tobie i z czułością patrzy na Ciebie,że choć tego nie czujesz,trzyma Cię za rękę.
Baśka- dziękuję za życzenia imieninowe i przepiękny prezent - który odebrałam na poczcie...dokładnie w dniu swoich imienin...był jedyny tego dnia i dlatego dodatkowo taki cenny,masz Wielkie serce,dzięki za te piękne słowa na wyjątkowo pięknej kartce.
Ikario,napisz na mojego e-maila jeżeli chcesz i w ten sposób mimo problemów technicznych będziemy w kontakcie.Jeżeli chcesz podam też swój numer telefonu. Mam jeszcze jedną propozycję dla nas wszystkich: zaczęło się lato,spotkajmy się chociaż na weekend - gdzieś w dogodnym miejscu dla wszystkich zainteresowanych.Fajna byłaby agroturystyka - przecież nie musi to być żadne znane miejsce.Ja służę pomocą w transporcie,mogę odebrać i zawieźć przynajmniej 4 osoby do najbliższego dworca kolejowego,chyba że któraś z Was mieszka w pobliżu mnie- to wtedy i cała wyprawa wchodzi w grę. Jeżeli jesteście zainteresowane tym pomysłem to czekam na wieści. Ja mieszkam w centralnej Polsce,mam tyle samo do Łodzi co do Częstochowy..bliżej do Piotrkowa Trybunalskiego czy Radomska. Chodzi tez o czas i możliwość rezerwacji kwater....  bo wielu Polaków ze względów finansowych spędzi wakacje w kraju.Może któraś zna jakieś fajne miejsce i może polecić? takie spotkanie wiele dobrego może zrobić- poznamy się lepiej,nawiążemy bliższe kontakty ,wymienimy naszymi historiami i przeżyciami.Będą tez spacery ,te które chcą,ognisko,wspólne pogaduchy...Te z Was które wyjadą zawiedzione ,nie będą musiały
,,na siłę,, kontynuować dalszych znajomości,ale może i tak coś z tego pobytu wyniosą pozytywnego. Pozdrawiam bardzo serdecznie

31,066

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Drogie Dziewczyny! Właśnie uświadomiłam sobie, że to już prawie rok minął, odkąd po raz pierwszy odważyłam się napisać na Forum. Czy coś od tego czasu zmieniło się w moim życiu, w przeżywaniu żałoby? I tak, i nie. Nadal serce rozrywa mi przejmujący ból, a rozpacz pojawia się nagle, nie wiadomo skąd. Nadal dwa razy w tygodniu jeżdżę na cmentarz, palę znicze, podlewam kwiatki i… tęsknię okrutnie. Ale pomiędzy tymi wizytami zaczynam żyć, kochać bliskich, dostrzegać cuda natury, wychodzić losowi naprzeciw. Czasem mam nawet wrażenie, jakbym żyła w dwóch światach: świecie żałoby i świecie, jaki niesie mi codzienne życie. Dzięki Forum zyskałam też cudowną przyjaciółkę – mądrą, życzliwą, o wielkim, wrażliwym sercu. Jej maile, sms-y, zdjęcia, czasem rozmowy telefoniczne, działają jak balsam na moją duszę. Odkryłam również, że nie jestem jedyną skrzywdzoną przez los, że tak wielu ludzi ma za sobą traumatyczne przeżycia. Dlatego przestałam skupiać się tylko na sobie i swoim bólu. Zaczęłam wychodzić ze swojej pieczary, poznawać nowych ludzi, wyjeżdżać na żagle, kajaki, chłonąć cuda natury i wreszcie czuć we włosach wiatr. Próbuję z tego drugiego, codziennego świata wykrzesać maksimum radości, bo inaczej nie byłabym w stanie przetrwać nawet jednego dnia, pamiętając o mojej wielkiej Miłości i tęskniąc w każdej minucie. Nie jest to łatwe, ta radość nie przychodzi sama, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Jej się trzeba po prostu nauczyć, uchylając powolutku drzwi do swojego serca. A kiedy już tam zagości, trzeba ją pielęgnować delikatnie, bo jest bardzo krucha i ulotna. Nie wiem, na jak długo mi jej wystarczy, ale na razie daje mi siłę, żebym po raz kolejny próbowała żyć. To chyba mój sposób na przetrwanie dni, jakie zapisał mi jeszcze los. Spróbujcie, mnie pomaga… A pomysł Jolam ze wspólnym wyjazdem znakomicie wpisuje się w tę strategię przetrwania. Jolam! Jestem zachwycona Twoją propozycją, pojadę gdziekolwiek zaproponujesz.
Pozdrawiam Was serdecznie

31,067

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Drogie Dziewczyny ! Bardzo dawno tu nie pisałam , miałam mega trudny czas  .Chciałabym napisać , że mam go  już za sobą ale niestety jeszcze nie . Nawet nie wiem jak opisac stan , w którym aktualnie się znajduję .W głowie pustka a w sercu ogromny żal i smutek . Nie mogę oswoić tej ogromnej straty. Czuję się  jakbym była pusta od środka . Tęsknię okropnie za moim M i nie mogę sobie tego poukładać . Mieliśmy ogromne szczęście ,że kiedyś się spotkalimy.  Mój mąż był dla mnie wyjątkowym darem od losu . Takim prezentem , który trafia się raz w życiu . Był moją siłą i motywacją , której teraz w żaden sposób nie mogę w sobie wykrzesać . Czy jeżeli się kochało drugą osobę głęboko i szczerze to czy można żyć bez niej ?Czy można żyć bez jej miłości i bliskości ?  Myślę sobie czasami  kim bym teraz była gdyby los nas nie połączył ? Jak wyglądało by moje życie ?
Dziękuję losowi za ten wspólny czas . Za nasze wspólne radości i smutki . I mimo tego , że  może trudno mi teraz  w to uwierzyć to na pewno przetrwam i odnajdę nową siebie. Nie użalam się nad sobą , to najtrudniejsza lekcja  jaką mi przyszło odrobić w życiu . Życzę Wam  Kochane dużo siły i wytrwałości . Wierzę , że damy radę bo zasługujemy na wszystko co najlepsze .

31,068 Ostatnio edytowany przez zzielona (2022-07-02 20:42:31)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Cześć kochane. Ja się odzywam ostatnio rzadko i zawsze się „tlumacze” ze to dlatego bo nie mogę się zebrać aby tu napisac. No i tak jest, jakoś gdzies odsuwam od siebie to wszystko co sie we mnie kłębi. Ale już nie mogę, musze sie wygadać. Jakiś czas temu również widziałam ze forum nie dziala i podobnie jak wy martwiłam sie ze nie mam kontaktu do żadnej z was i komu będę teraz to wszystko pisać/mówić, nie wiedzieć co u was. Jakby mi ktoś coś odebrał. A często się tego boje szczególnie jeśli chodzi o najbliższe mi osoby czyli w sumie rodzine ze coś sie stanie.. to jakas paranoja po tym wypadku. Czuje ogromną bezsilność znowu. Ze chciałabym moje normalne życie a nie mam. Mam wrazenie ze każdy ma swoje życie, swoich znajomych czy partnera, męża i tak dalej. A ja zostałam z niczym. Znajomi tez wystawiają nikt nie ma czasu dla mnie aby sie spotkać. Basiu tak masz racje ze nowe znajomosci by pomogły ale to jest na zasadzie ze ja chciałabym ale chyba jakoś nie umiem.. może nie nadszedł jeszcze ten czas? Aby wyjść z tej strefy komfortu. Ale czy kiedyś nadejdzie ? Albo czy kiedyś nadejdzie w końcu normalne życie dla mnie.. mam wrazenie ze nigdy. Ostatnio patrzyłam na zdjęcie partnera i pomyślałam boze jak dawno sie nie widzieliśmy jak dawno nie mieliśmy ze sobą kontaktu. Wydaje mi się to jakieś dziwne wszystko, żyje w zawieszeniu. Zaraz będzie 9 miesięcy to juz kupa czasu, a dla mnie jakby niedawno był pogrzeb.. Często jak robię coś sama czy gdzies idę  to wyobrażam sobie jakby to było w tej „normalności” jakbyśmy byli w tych sytuacjach razem. Albo przypominam sobie jakieś momenty co było np rok temu o tej porze. Okropnie mi go brakuje, mam taka niemoc w sobie niby żyje bo żyje ale całkowicie brak mi takiego napędu do życia. Czuje sie samotnie i mam jakis kryzys..
pozdrawiam was ciepło

31,069

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie,dziękuję Baśka za Twoją deklarację uczestnictwa w naszym wakacyjnym spotkaniu.Jesteśmy już cztery,więc będzie fajny i potrzebny  czas na wspólne rozmowy i pogaduchy .Jeżeli jeszcze któraś z kobiet się zdecyduje na spotkanie będzie super.
Ja już wiem i Ty już wiesz,ze po tych dwóch latach żałoby-  kontakty z innymi osobami- kobietami,które przeżyły to co my - w dużej części nas ocaliło. Rodzina pomaga bardzo,szczególnie nasze dzieci...przyjaciele,znajomi,psycholodzy,psychiatrzy- też.... Starają się,robią co w ich mocy,ale w większości przypadków NIE DOŚWIADCZYLI TEGO CO MY !! i tak na prawdę nie mają pojęcia co się z nami dzieje...co czujemy,o czym wciąż myślimy,z czym przychodzi nam się mierzyć każdego samotnego dnia...
Nasuwa się przykład:nie nauczysz się dobrze gotować korzystając tylko z książki kucharskiej,nie nauczysz się dobrze języka obcego korzystając z nagrań czy płyt...tak ogólne zasady poznamy- teorię,ale gdzie praktyka ? takie codzienne w miarę zwyczajne życie? zzielona pisze,że myśli o kontakcie z innymi,ale nie chce opuścić strefy komfortu..Potrafię to zrozumieć -bo sama myślałam,że dam radę się ,,ogarnąć,,. Postanowiłam być dzielną i silną kobietą- myślałam sobie: co ja nie dam rady? pokażę wszystkim,że dam...udowodnię,że można...może innym się nie uda,ale nie mnie.....
Życie szybko zweryfikowało moje zamiary,nawet nie wystartowałam  z tzw:bloków,falstart ...a później ciągłe nowe próby...podnoszenia się z kolan.Otóż moje drogie współtowarzyszki niedoli: to Wy - moje Anioły podałyście mi ręce i uniosłyście ku górze...nie ważny wiek,pochodzenie,wyznanie...tu liczy się tylko wspólne doświadczenie życiowe,wspólny ból - wspólne łzy, wspólna rozpacz...jest takie powiedzenie: zdrowy chorego nie zrozumie,owszem będzie mu współczuł,przyniesie lek,pocieszy...ale tylko tyle.... Miałam ogromne szczęście,że Aniczka,Misiulka,Venles,Kolia wspierały mnie w najgorszym,najciemniejszym/teraz to wiem/okresie mojego życia.Samotnego jednak mimo rodziny ,przyjaciół i znajomych...Tak to już jest zzielona,że ludzie wolą pary niż osamotnione kobiety...każdą z nas to ,,odrzucenie,,lub ,,zapomnienie,,przez innych dotknęło.Życie weryfikuje na bieżąco nasze postawy i zachowania wobec siebie i innych
nic nie jest nam dane na zawsze...niby taka oczywista prawda,ale zawsze ją bagatelizowałam nie przyjmowałam do swojej świadomości, teraz wiem,że to błąd.
Maadlen pisze,że nie wie kiedy się ,,pozbiera,,,że już tyle czasu a nadal smutek wielki....
Moje drogie,jeszcze wiele,wiele, naprawdę wiele czasu tak  będzie,wiem,że nie takiego pocieszenia oczekujecie,ale nie da się przeskoczyć i obejść na skróty naszej żałoby.
Są osoby,które od razu rzucają się w wir życia osobistego i zawodowego,znajdują cele i zajęcia i angażują się w ich realizację aż do utraty sił...i późnej nocy..aby nie mieć czasu na łzy,rozpacz i bolesne wspomnienia.To na krótko pomaga,żałoby nie da się zagłuszyć ona nie da o sobie zapomnieć...odezwie się ....i to ze zdwojoną siłą - o wiele ciężej będzie sobie wtedy z nią poradzić...
Baśka,ja też znalazłam tu przyjazne dusze, z niektórymi od chwili pisania na tym Forum,z innymi od niedawna.Jednak siła i tych i tych jest tak wielka,że daje nadzieje na przeżycie każdego następnego dnia.To też jest Twoja zasługa - jesteś wyjątkowa,pięknie piszesz o codziennym życiu, niesiesz wsparcie,dajesz nam wszystkim nadzieję- bo chyba z tych obecnie tu piszących - masz największe doświadczenie w tym smutnym temacie.Nie poddałaś się i nadal niesiesz pomoc innym,bardzo Ci dziękuje za wszystko.. co dla mnie zrobiłaś i nadal robisz.Dziękuję dziewczynom wcześniej wymienionym,a które już nie piszą,albo b.rzadko.Mamy nadal kontakt i to jest ważne - że są jak siostry- zawsze można na Nie liczyć w potrzebie...odpiszą,oddzwonią,wyślą wspierający SMS,ale najważniejsze: nigdy się nie zdziwią ,że masz gorszy dzień,że znowu płacz i smutek u mnie zagościł...nigdy nie powiedzą...weź się w końcu w garść- bo ile można płakać...jak długo będziesz jeszcze rozpaczać?...już powinnaś się pogodzić,że Go NIE MA..!?....Mam SIOSTRY,ANIOŁY, PRZYJACIÓŁKI...bez mojej woli,ale za jakimś ziemskim cudem zostałam obdarowana Ich obecnością i to jest jedyna pozytywna rzecz która mnie po śmierci męża spotkała...Utraciłam wielu znajomych i pseudo- przyjaciół,ale zyskałam Te autentyczne przyjaźnie,które jestem tego pewna-przetrwają lata...obiecuję,że ze swojej strony zrobię wszystko,aby tak się stało....Sam psycholog mówił: te osoby,które teraz pani spotkała i które niosą pani pomoc- to wielka wartość dodana w pani życiu- proszę to docenić.... Pozdrawiam - dużo cierpliwości i pokory wobec życia Dziewczyny i Kobiety!

31,070

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny . Zgadzam się z Jolam . Jesteście dla mnie wyjątkową wartością dodaną . Dziekuję Wam z całego serca  ,że dzielicie się swoimi przeżyciami , spostrzeżeniami  , myślami i nadziejami . Dzięki Wam wiem ,że to co przeżywam jest jak najbardziej naturalne i nie mogę się wstydzić ,że jest mi bardzo trudno , że czuję ogromny bół i żal ,że  nadal  nie mogę zapanować nad łzami . Od czasu odejścia mojego M mocno zeweryfikowałam grono naszych przyjaciół i znajomych .Trudno jest oswoić samotność ale teraz  najmniej zależy mi na dobrych radach i nie mam siły udawać ,że wszystko jest ok . A są też i tacy , którzy nie odezwali się jeszcze w żaden sposób od pogrzebu .mojego M  .Szkoda mojej energii na byle jakość  , na byle jakich ludzi co to tylko myślą o sobie albo stwarzają pozory do puki czerpią z tej znajomości korzyści .
Znam to uczucie Zzielona , doskonale wiem o czym piszesz . U mnie minęło 10 miesięcy , czasami mam wrażenie ,że to wieczność a innym razem  jakby to było wczoraj. Czuję się czasami taka samotna ,że aż mnie to uczucie przeraża .  Najgorzej jest wieczorem , czasami samam nie wiem co mam ze sobą zrobić ,czym się zająć ,żeby nie płakać i zając czymś myśli .Podobnie jak Ty myślę o tym jak by to było gdyby żył ? Co byśmy teraz robili ? Jakie mielibyśmy pomyśły na weekend ? Co by powiedział? Tęsknię za moim M okropnie , każdego  dnia  w każdej chwili i w każdej minucie .
Kiedyś jedna z dziewczyn napisała  " trzeba dać czasowi czas "  . I to szczera prawda nic się nie przyśpieszy  ,niczego się nie przeskoczy  niczego nie pominie . Ukojenie przyjdzie ale nie odrazu  ,najpierw na chwilę a z czasem zostanie na dłużej .
Zzielona jeśli będziesz chciała pogadać to chętnie wymienię się numerem telefonu.  
Jolam ja również myślę ,że wspólny wyjazd dobrze nam zrobi . Mieszkam na zachodzie Polski , niedaleko granicy z Niemcami.
Pozdrawiam Was serdecznie.

Posty [ 31,006 do 31,070 z 31,427 ]

Strony Poprzednia 1 476 477 478 479 480 484 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024