Śmierć męża - jak sobie poradzić? - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Strony Poprzednia 1 475 476 477 478 479 484 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 30,941 do 31,005 z 31,427 ]

30,941

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Basiu, od diagnozy zrobiłam wszystko, co mogłam, towarzyszyłam mojemu M od początku we wszystkich badaniach, nie zostawiałam Go ani na chwilę samego, nawet kiedy na początku diagnozy czuł się dobrze, i chciał jeździć na badania sam. Kazałam mu tylko odpoczywać., tak jak pisałam trafiłam na bardzo dobrych lekarzy, wszystko co mogłam, kartę DILO, skierowania, badania z dnia na dzień, wszystko to, co można zrobić bez obecności M, żeby Go nie męczyć niepotrzebnie, udało się załatwić od ręki, spotkałam się z wielką wyrozumiałością lekarzy. Mam tylko żal do siebie, że w tym ostatnim momencie, nie przyjechałam o te 5 minut wcześniej, żeby ostatni raz powiedzieć, jak bardzo Go kocham i trzymać za rękę w chwili odejścia. Ordynator mi powiedział, że i tak by mnie w tym momencie nie wpuścili do sali, bo ratowali mojego M jeszcze raz. Ale, wiem, że to były tylko słowa pocieszenia, jakbym była o te 5 minut wcześnie to by mój M. poczuł dotyk mojej dłoni, który tak bardzo lubił. To się już stało, staram się tym nie gnębić, ale ciągle to mam w głowie i ten obraz wraca, jak bumerang.

Jola, tak wiem, że mój M. w ostatnim momencie myślał o mnie, zawsze mi mówił, że to będzie jego ostatnia myśl i tym bardziej mi żal, że mnie wtedy nie było. Nie zadręczam się tym, ale tak bym chciała być przy Nim wtedy, chociaż wiem, że odchodził z myślą, że był moim największym szczęściem.

Maadlen, ja liczę dni, tygodnie, miesiące, niedługo minie 4 miesiące odkąd „żyję” bez mojego M. i nie wiem, jak i kiedy z tą stratą dam sobie jako tako radę. Teraz mi się wydaje, ze NIGDY.
Praca mi niestety nie pomaga, wszyscy mnie denerwują, ostatnio przyszła koleżanka, i rzuciła taki tekst, a co ty jesteś taka zła, masz taką minę, no mam, bo mój M. niedawno zmarł, oj no nie wiedziałam, przepraszam, i poprosiła czy bym w czymś tam jej nie pomogła, bo ona nie wie, jak to zrobić. A ja nie mam siły, żeby w tej chwili robić coś za kogoś, ledwie ogarniam swoje obowiązki, zawsze chętnie pomagałam, też zostawałam, jak trzeba było, ale teraz nie. Powiedziałam, że przykro mi, dałam materiały, że jak chce to może skorzystać, i tyle. Na szczęście takich osób nie ma u nas dużo, większość jest taktowna, ale wystarczy jedna żeby dobić. Ale nie zabronię nikomu śmiechów, żartów, swobody, dla nich normalnie toczy się życie, a dla mnie się zatrzymało. Długo tam pracuję, mój M. pracował na tej samej uczelni, studenci, koledzy z Katedry bardzo go lubili, ale to mi nie pomaga, bo każdy pyta, jak się czuję, no że wielki żal, że zawsze będą go pamiętać itp. Najchętniej bym się gdzieś schowała. Tylko ryczeć mi się chce, duszę w sobie przez cały dzień łzy, żeby w domu wybuchnąć.
W pracy muszę być miła, próbować zachowywać się normalnie, rozmawiać, odbierać telefony, a to powoduje, że przez cały dzień duszę w sobie emocje.
Nie wiem, jak długo tak wytrzymam. Zastanawiałam się czy nie wziąć na jakiś czas urlopu bezpłatnego, ale i tak kiedyś będę musiała wrócić, ale może później będzie łatwiej? Wiele osób mi powtarzało, że praca mi pomoże, no mi nie pomaga, lepiej się czuję w spokoju i ciszy. Na razie dam sobie jeszcze trochę czasu. A potem zobaczę.
Pozdrawiam Was Kochane.

Zobacz podobne tematy :

30,942

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Ikario, Maadlen,kochane Dziewczyny,  wiem jaki straszny ból czujecie, widząc tętniące dokoła życie. Też przeżywałam i nadal przeżywam, choć już w mniejszym natężeniu, takie napady rozpaczy. Nadal też irytują mnie ludzie, którzy już nie pamiętają o mojej tragedii i uważają, że dla mnie wszystko wróciło do normy. Nie wróciło i pewnie nigdy nie wróci, staram się tylko znaleźć jakiś sposób, który pozwoli mi przejść dalszą drogę bez najdroższego mi człowieka. Ale wiecie, zrozumie to dopiero ten, kto doświadczy podobnej straty. Nam jest dodatkowo trudno, ponieważ nasze związki były pełnym miłości i przyjaźni dopełnianiem siebie.Trudny jest w tej sytuacji powrót do pracy, zawsze znajdzie się ktoś, kto nie potrafi uszanować naszej żałoby. Ikario, bezpłatny urlop niewiele pomoże, przyjdzie moment, kiedy będziesz musiała wrócić. A wtedy nikt już nie będzie pamiętał o Twojej tragedii. Postaraj się, tak jak pisała Jolam, wyznaczać sobie zadania i konsekwentnie je realizować. Nie przejmuj się brakiem koncentracji i chęci do pracy, żadna z nas jej nie miała. Ja nie mam jej nadal. A może jakiś krótki wyjazd będzie w stanie Ci pomóc? Oderwanie się od codzienności, która na każdym kroku przypomina Ci o Twoim M, od ludzi, którzy nie rozumieją Twojego bólu, być może będzie niezłą terapią. Mnie taki wyjazd osadził w rzeczywistości i pokazał, że mimo targającej mną rozpaczy muszę zacząć mierzyć się z życiem. Po powrocie po raz pierwszy odważyłam się napisać na forum. Nie miej też wyrzutów sumienia,że nie było Cię w tych ostatnich chwila przy Twoim M. Ja też nie zdążyłam do szpitala. Kiedy dotarłam, mój mąż leżał już na stole operacyjnym pod EKMO. Operacja się udała, ale serce nie podjęło pracy. Przez dwa lata wyrzucałam sobie, że mogłam dotrzeć wcześniej, potrzymać Go za rękę, przytulić, dodać odwagi i motywacji do walki. Wciąż nie mogłam się uporać z tą dodatkową traumą. I dopiero kilka dni temu przypomniałam sobie słowa pielęgniarki, która oddawała mi Jego rzeczy osobiste - powiedziała, że celowo nie chciał, żebym przyjeżdżała, tłukła się po nocy, że mi to powiedział przez telefon (rzeczywiście powiedział, ale zlekceważyłam Jego słowa i pojechałam), wciąż myślał, że zobaczymy się rano. Chyba musimy zaakceptować ten fakt, może tak właśnie miało być z jakiegoś powodu, tak jak z jakiegoś powodu straciłyśmy nasze Miłości, nie mając na to żadnego wpływu. Nie zadręczaj się, kochana, zmobilizuj wszystkie siły, aby przetrwać ten najgorszy czas. Jestem z Tobą całym sercem.

30,943 Ostatnio edytowany przez Aloes21 (2022-02-25 00:38:33)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam serdecznie Kochane Kobietki!
To mój pierwszy wpis na tym forum. Trafiłam na nie szukając, jak zwykle rozpaczliwie jakiejś pomocy. Czytając Wasze historie coraz bardziej utożsamiałam się z Wami i z Waszymi odczuciami. Pomyślałam, że nikt inny na tym świecie lepiej nie zrozumie mojego cierpienia, jak ktoś kto sam przeżył podobną traumę.
Właściwie nie wiem co i jak mam napisać. Jak w kilku słowach przedstawić Wam ogrom tragedii jakie spadły na mnie w ostatnim czasie. W głowie tylko chaos, natłok złych uporczywych myśli, w sercu bezmiar bólu, rozpaczy, tęsknoty i żalu...
Otóż w lipcu 2021 r. odszedł mój Najdroższy, Najlepszy i Najwspanialszy Mąż, a także dobry, troskliwy i cudowny Tato... Stało się to tak nagle, niespodziewanie i bardzo tragicznie... Zabiła Go ta cicha, okrutna, podstępna i straszliwa choroba - depresja... Miał 49 lat...Takiego ciosu nie spodziewał się nikt, ani ja, ani dzieci ani nikt kto go znał i kochał. Myślę, że tego nie byłby w stanie wyobrazić sobie nawet On sam. Nasz piękny, cudowny, poukładany świat w jednej chwili legł w gruzach. A potem, cóż czarna dziura, niemoc, bezsilność, nicość....
Ocknęłam się w szpitalu, aby znów usłyszeć tę okrutną prawdę. Chodziłam 'na czterech"  zbolała z żalu i rozpaczy, po kolejnej końskiej dawce leków, aby znów zapaść w niebyt i letarg. Tak upłynęły najbliższe dni... Świadomość wracała na chwilę, aby znów usłyszeć najgorsze słowa "Twój Mąż nie żyje" i znów zagłuszyć ją chemią...
Nie mogłam uczestniczyć nawet w pogrzebie mojego Ukochanego Męża, gdyż ordynator nie wyraził zgody, dla mojego dobra ponoć... Ale jakiego dobra? Czy mogło istnieć dla mnie jeszcze jakieś dobro,? Nie dane nam było pożegnać się za życia i nie mogłam pożegnać Go nawet po śmierci. Wyłam rozpaczliwie i wiłam się z bólu... W szpitalu spędziłam całe, jakże ciężkie i długie dwa miesiące... Po wyjściu przygarnęła mnie córka, która na szczęście ma już własną rodzinę. Syn został sam w tym domu, w którym niedawno tętniło życie i szczęście. Dla moich dzieci i maleńkiego czteroletniego wnuczka, to również był niewyobrażalnie ciężki czas. Córka w momencie śmierci swojego ukochanego Taty była w 9 miesiącu ciąży... Wnuczka przyszła na świat trzy tygodnie po śmierci swojego Dziadka, który tak bardzo cieszył się i czekał na Nią...
Straciliśmy naszego najdroższego Męża, Ojca i Dziadziusia który był dla nas wszystkich największym oparciem, filarem, fundamentem na którym zbudowaliśmy nasze wspólne szczęśliwe życie rodzinne. Mąż odszedł w dodatku w czasie, kiedy byłam pogrążona w żałobie po moim Tacie. A wspierał mnie i pocieszał bardzo w tym trudnym czasie. Jego pomoc była nieoceniona..., a wtedy przyszło nam opłakiwać Jego, moją największą Miłość i Szczęście.
Wówczas, kiedy wydawało się , że nasza rozpacz, tęsknota, ból i cierpienie sięgnęły dna, że gorzej już być nie mogło, nadszedł kolejny cios. W miesiąc po śmierci mojego Męża, kiedy byłam jeszcze wrakiem człowieka w szpitalu, jak grom z Nieba spadła na nas diagnoza mojej ukochanej Mamy. Nowotwór złośliwy trzustki z przerzutami. To był wyrok...
Po wyjściu ze szpitala i trzech tygodniach pobytu u córki musiałam jakoś zebrać się w sobie, wrócić do domu i zająć się moją umierającą Mamą. Po trzech miesiącach ciężkiej choroby Mama odeszła na początku grudnia 2021roku... Miała 73 lata...Z nią zdążyłam się przynajmniej pożegnać. Niewiarygodne, prawda? Też nadal trudno mi w to wszystko uwierzyć. Od tej tragicznej śmierci Męża minęło 7 miesięcy, od śmierci Mamy zaledwie 3 miesiące, a od śmierci Taty ponad rok...Czasami wydaje mi się, że obudzę się w końcu z tego koszmaru, że znów stęskniona padnę w ramiona mego Najdroższego, że przytulę moją Mamusię, że Tata uśmiechnie się do mnie... A cały paradoks polega na tym, że teraz jedynie sny bywają ucieczką, a życie prawdziwym koszmarem.
Tak więc moje życie skończyło się w wieku 47 lat, wraz ze śmiercią mojego Ukochanego W. On był dla mnie wszystkim, całym moim światem, był jak powietrze, a czyż można żyć bez powietrza? Kocham Go tak bardzo i tęsknię niewyobrażalnie, cierpię coraz bardziej. To już nie jest życie, to zaledwie marna egzystencja...
  To tak w wielkim skrócie opisałam Wam, drogie Panie moją dramatyczną historię. Wiem, że zrozumiecie mnie i już czuję w Was wsparcie. Pozdrawiam serdecznie i życzę Wam Kochane dużo siły!

30,944

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witaj Aloes21 , jestem nowa na tym forum tak jak ty , swoj pierwszy wpis zamiescilam ponad miesiac temu . Pamietam jak czekalam I sprawdzalam czy ktos mi odpisal . Spotkala cie straszna tragedia , I doskonale wszystkie cie rozumiemy . Ja Znalazlam pomoc na tym forum , mieszkam w Londynie i jestem bardzo samotna . Moj maz zmarl w Sierpniu na covid w wieku 45 lat , moj Ojciec w maju . Jest bardzo ciezko , samotnosc i brak zrozumienia przerasta mnie , ale Dzieki pomocy dziewczyn z tego forum czuje sie lepiej wiem , ze nie jestem sama I ty tez nie jestes sama . Jestes teraz z nami i bedziemy cie wspierac . Ja nie umiem tak pieknie pisac jak inne dziewczyny , ale z calego serca zycze ci duzo sily w nastepnych dniach , tygodniach , miesiacach ……

30,945

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Dziękuję Ci Puder,
Dokładnie tak jak Ty czekałam, aż ktoś odpisze. W sytuacji w jakiej się znajduję, każde dobre słowo jest na wagę złota. Sama świadomość, że istnieje ktoś, kto jest w stanie zrozumieć nasze cierpienie już przynosi ulgę.
Tak jak wcześniej pisałam spotkała mnie " potrójna" tragedia, jednak śmierć mojego najdroższego Męża przyćmiewa dwie pozostałe. Rodzice, choć też odeszli zbyt wcześnie i ich śmierć również napełnia wielkim bólem, to jednak w jakimś stopniu jest to naturalna kolej rzeczy. Mąż natomiast, nie, nie On, On powinien być ze mną zawsze, tak mi obiecywał... Mieliśmy w szczęściu dożyć wspólnej starości. To ja miałam odejść pierwsza nie On, nie tak, nie teraz...
Mam ogromne poczucie winy, że nie udało mi się mu pomóc, że coś zaniedbałam, czegoś nie zauważyłam. Być może gdybym bardziej naciskała, bardziej przekonywała go do pójścia po pomoc do specjalisty, nie doszłoby do takiej tragedii. Zafiksowana swą żałobą po Ojcu, być może nie dostrzegłam, że to mój Ukochany W najbardziej wtedy potrzebował mojej pomocy. Z tymi dręczącymi wyrzutami sumienia teraz przyszło mi żyć. A życie bez Niego już zdaje się nie mieć sensu. Pomagają mi moje dzieci,  siostry, rodzina, ale z marnym skutkiem. Bo nikt nie jest w stanie mi Go zastąpić, nikt nie jest Nim. Ból i rozpacz rozdzierają serce na strzępy. Powiedzcie moje Drogie czy kiedyś może być chociaż odrobinę lepiej?
Pozdrawiam Was Kochane i tulę do serca.

30,946

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam dawno nic nie pisałam ale czytam na bieżąco  Aloes 21 rozumiem Cię bardzo dobrze u mnie w marcu będzie 10 miesięcy jak przez depresję straciłam moją miłość . Czy będzie lepiej nie wiem u mnie raz góry raz doły . Też mam wsparcie w dzieciach i rodzinie ale tej pustki nic nie jest w stanie zapełnić.Ty już jesteś babcią a ja dopiero będę moja wnusia ma się urodzić w maju równy rok po samobójczej śmierci mojego męża a we wrześniu córka ma wesele.Nie tak miało być.Pozdrawiam was wszystkie samotne serca

30,947

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witaj Aloes 21 , trafiłaś w odpowiednie miejsce. Przykro mi bardzo z powodu Twojej potrójnej tragedii . Ciężko to sobie  wyobrazić a co dopiero przeżyć . Niestety życie pisze dla nas najczarniejsze scenariusze a ogrom cierpienia zdaje sie być nie do udźwignięcia . Pisz kochana śmiało co ci w sercu i duszy siedzi , dla mnie pisanie tu jest formą terapii . Początkowo czytałam wpisy dziewczyn ale z czasem nabrałam siły aby również podzielić sie swoją tragiczną historią . Nie piszę pamiętnika więc spróbowałam pisać na tym forum , jak widać jestem do tej pory . Pierwsze wpisy były  dla mnie tak emocjonujące ,że płakałam przez kilka godzin . To tutaj otwarcie zaczęłam nazywać swoje  emocje i słuchając rad dziewczyn z tego wątku nabierać  wewnętrznej mocy, która pozwala przetrwać kolejny pełen rozpaczy dzień. Przytulam cię z całego serca i życzę dużo siły . Pamiętaj nie jesteś sama , jesteśmy tu dla siebie na wzajem .

30,948

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Aloes ,Puder,Gosiek,Maadlen,Ikario,Baska, Zzielona...i Wszystkie które czytacie i trzymacie kciuki ....za Nas. Żadna nie przypuszczała że tak potoczą się nasze losy,że przyjdzie nam żyć w samotności w towarzystwie rozpaczy,łez i bezkresnej niemocy.
Nagle bez uprzedzenia jakiegokolwiek - runął nasz bezpieczny mur,rozsypało się całe nasze życie i tego muru nikt nie odbuduje-przynajmniej w jego dawnym kształcie.
Dlaczego właśnie My? dlaczego nas dotknęła taka tragedia?dlaczego to właśnie nasi mężowie musieli odejść? Nikt nie zna i nigdy nie poznamy na nie odpowiedzi,tak bywa,takie życie- najczęściej takie słowa usłyszymy obok składanych kondolencji czy słów ,,otuchy,,. Niczego to w naszym samotnym życiu nie zmieni,niczego już nie utargujemy z losem,nikt nie zwróci naszych mężów. Ja już dużo wcześniej pisałam,że pochowałam Mamę/54 lata/,Tatę/73 lata/i ukochanego jedynego brata/55 lat/ .
Trzy żałoby ale ta po mężu /66 lat/najcięższa,nie do udźwignięcia - wręcz przygniatająca do ziemi. Na przemian strach przed nowym samotnym życiem a niepewnością czy same damy radę- bo niektóre z nas nie mają żadnej rodziny obok siebie..To szczególny rodzaj Cichych Bohaterek- zmagających się każdego dnia z demonami strachu i paraliżującej wręcz  rozpaczy. Szczególnie dziś,szczególnie w tych dniach-żadna z nas nie powinna być sama.Zaczęła się wojna-niebezpieczna- bo zapoczątkowana przez szaleńca,nikt nie wie co ma w głowie i do czego dąży....
W takim czasie nikt nie powinien być sam a szczególnie -My wdowy młodsze stażem lub trochę starsze...powinnyśmy mieć do kogo się przytulić,potrzymać za rękę - usłyszeć od Tego Najważniejszego dla nas Człowieka,że jest przy nas i nic złego się nie może stać. Jednak już nigdy nie będzie nam to dane...pytacie czy będzie lepiej i kiedy?
Nie będzie lepiej - ale będzie inaczej....oswoimy samotność- część z nas się nawet z nią zaprzyjaźni..obgłaskamy wszechobecny strach- pozwoli nam od siebie na jakiś czas odpocząć,jednak przyjdzie taki dzień jak 24 luty- i znów poczujemy się szczególnie bezradne,przygniecione teraźniejszością a strach ze zdwojoną siłą zaciśnie obręcz na naszym gardle....Tylko obecność bliskich lub obcych - ale w miarę życzliwych pozwoli ten czas przetrwać.Dlatego jeżeli możecie dzwońcie,piszcie,szukajcie wsparcia....bo same nie dacie rady- ja to już przerabiałam i wierzcie mi- nie dałam rady - oparłam się o tzw.epizod depresyjny.Nie zamykajcie się same ze sobą i swoim bólem,poproście o wysłuchanie- nawet specjalistów jeżeli będzie taka potrzeba- od tego są.....Nie rezygnujcie z pracy,odsuńcie od siebie tych nie życzliwych,ale trwajcie w swoi dotychczasowym życiu.Na wszelkie zmiany to jeszcze dużo za wcześnie,tu pospiech jest nie wskazany.Zaopiekujcie się nie chcianym zwierzakiem,czytałam że nawet jedna rybka w szklanym kloszu może zdziałać cuda...bo tez o nią trzeba się zatroszczyć.
Mnie nadal towarzyszy ukochana suczka mojego męża -  staruszka 18 letnia- przeżyła swojego pana już o 1,5 roku.To jej bezgraniczne oddanie i ufność do mnie ratowała mnie każdego samotnego dnia.Do dla niej musiałam wstać - ,,ogarnąć,,się jakoś,wyprowadzić mimo cieknących ciurkiem łez..musiałam o nią walczyć jak zachorowała wioząc kilkanaście kilometrów na kroplówki do weterynarza. Mieszkam na tzw: głębokiej prowincji,zupełnie sama z dala od bliskich i znajomych.Dodatkowo doszedł covid i lęk ludzi przed kontaktami z innymi.Czas pechowy - czas niepewności-czas wszechobecnego codziennego lęku. Dacie radę - tak jak my- które mamy już ponad rok czy dwa za sobą życia bez Tego Najważniejszego.Nie będzie łatwo,będzie ciężko pod górę,pod wiatr a raczej wicher codziennych spraw.Znam wdowę ,która po śmierci męża nie wiedziała jak zatankować auto i wypłacić pieniądze z bankomatu....teraz zarządza dużą firmą rodzinną nie poddała się mimo wieku i różnych związanych z tym przypadłości zdrowotnych.Jeszcze Inna,buduje dla siebie tzw:inteligentny dom,dla siebie i dwóch psiaków ze schroniska...Nie ma auta,jeździ na budowę rowerem,właśnie dzwoniła że udało Jej się kupić ,,odlotowe,,tanie kafelki do łazienki..Dwójka jej dzieci jest od 20 lat w Irlandii i już na pewno nie wrócą,ale pokoje dla Nich będą czekać.Na pytanie dlaczego ten dom buduje - odpowiada niezmiennie bo takie było marzenie mojego męża- jemu się nie udało - to może mi się uda.....
Znacie już po części  odpowiedź na nurtujące Was pytania.....Żadna ze znanych mi kobiet nie weszła w nowy związek,co nie znaczy -że Was to nie dotyczy....też czytałam...o związkach przyjacielskich- towarzyskich. Ja się burzyłam na takie ewentualności,ale życie koryguje punkt widzenia.Musicie znaleźć swoje miejsce na ziemi,jeszcze nie teraz- za czas jakiś- u jednych szybciej się to stanie u Innych zdecydowanie wolniej,a niestety będą też i takie co sobie nie poradzą i będą pod opieką specjalistów długi czas....Ja temu Forum zawdzięczam SWOJE OCALENIE,mam olbrzymi dług do spłacenia..jeżeli którejś z Was pomogłam- to się cieszę- jeżeli sprawiłam zawód- przepraszam.Pomyślmy jednak co przezywają teraz kobiety- matki-żony Ukrainki.Kiedy giną Ich mężowie,bombardowane są przedszkola z Ich dziećmi,tracą jednego dnia całe rodziny....Czy ktoś może się odważyć i porównać Ich ból z Naszym....każda powie,że Jej jest największy - i każda z Nas będzie miała rację.Piszcie kochane jak najczęściej- pozdrawiam Wszystkie

30,949

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane złamane serduszka!
Dzisiaj kolejna jakże smutna beznadziejna samotna niedziela. Mija kolejny bezsensowny weekend bez mojego najdroższego Męża... Czas wlecze się w nieskończoność. Przyjechała córka z dziećmi, jest syn z dziewczyną, a mnie nic nie cieszy. Siedzę otępiała, jakby nieobecna, od czasu do czasu przytulę moje ukochane wnuczęta. Nie potrafię jednak czuć nic prócz żalu, tęsknoty i lęku. I ta wszechogarniająca pustka... Bo przecież córka, zaraz odjedzie, ma swoją rodzinę, swój dom, syn do pracy albo do dziewczyny, do znajomych... Mają swój własny świat, a ja cóż mam? Niekończące się cierpienie i rozpacz... Mam wspomnienia cudownych chwil, ale jakże one okrutnie bolą... Szukałam ukojenia w modlitwie, chodziłam jeszcze niedawno na Mszę w niedzielę... Teraz i to jest dla mnie zbyt trudne... Pogrążam się,  coraz głębiej zapadam się w tej mojej żalobie, trwam w nicości. Ból jest tak ogromny, że aż paraliżuje mnie, nie mogę ruszyć się z miejsca, nie mogę zwlec się z łóżka. Wszędzie zalegają stosy ciuchów, lub innych klamotów, nie mam siły posprzątać zrobić prania, nic... Nie mówiąc już o rzeczach Męża czy Mamy, które przechowuję skrzętnie jak relikwie. Rzeczy Męża pochowały w szafach nasze  dzieci, kiedy byłam jeszcze w szpitalu. Nic nie ruszyłam, 7 miesięcy od Jego odejścia i nie wyobrażam sobie, że kiedyś trzeba będzie to zrobić. Sama myśl o tym napawa strasznym lękiem. W pokoju mojej Mamy nawet kapcie nadal leżą przy łóżku..., nie jestem w stanie nic tknąć. Nie potrafię zrobić choćby małego kroczka w przód. Mam wrażenie, że wręcz cofam się. A Wiecie co, myślę, że najgorsze jest to, że muszę żyć. Muszę ze względu na dzieci, bo One straciły już ukochanego Ojca, nie mogą stracić też Matki. Bo One mają jeszcze szanse na szczęście, na normalne życie... A ja? Raczej wątpię...
Drogie Dziewczyny, ogromny szacunek dla Was, za odwagę, za to, że wciąż walczycie, że się nie poddajecie, upadacie, ale wstajecie...
Jeszcze jesteście tu na tym Forum, aby pomagać sobie nawzajem, pomimo bólu dajecie ogromne wsparcie... Ja też bym chciała jakoś pomóc każdej z Was, a jak narazie to potrafię tylko wylewać własne żale.
Masz rację Droga Jolam, że każda z nas uważa, że to jej ból jest największy. Nie dociera do nas to, co dzieje się teraz na świecie, gdyż myślimy, że nie może być większej tragedii niż nasza... Gosiek, Kochana dziękuję Ci za Twoje wsparcie. To właśnie Ty rozumiesz mnie najlepiej, bo wiesz jak straszna, tragiczna, bezsensowna i okrutna była śmierć naszych Ukochanych. To nie miało prawa się stać, nie teraz, nie tak..., a jednak stało się i to my musimy teraz z tym żyć... Maadlen, Tobie również dziękuję za każde dobre słowo, jesteśmy wszystkie jak jedna wielka, głęboko zraniona rodzina. Życzę Wam wszystkim dużo siły i wytrwałości w powrocie do żywych

30,950

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam dziewczyny droga Aloes 21 jak będziesz chciała porozmawiać to pisz do mnie na maila mimo że sama jeszcze nie poradziłam sobie ze stratą mojego męża

30,951

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Moje Drogie!!! Pisałam już ,że z czasem oswoicie samotność i w jakiś sposób ją ,,ugłaskacie,, Powoli - dzień za dniem zaakceptujecie panującą obok nas pustkę i wszechobecną ciszę...Teraz dla mnie już nie najgorsze są samotne chwile,tylko puste mieszkanie po odwiedzinach najbliższych. Ich nie do końca pozabierane rzeczy,,kolorowanki i laurki  od moich wnuczek,samochodzik zostawiony w aucie przez wnuczka.To mnie nie tylko rozbija - ale wręcz,,rozwala,,z taką siłą wewnętrzną że żal i rozpacz znów zaciska obręcz na mojej szyi i to ze zdwojoną siłą...Najgorzej jest wtedy usiąść i zapaść się w smutnych myślach w nagle pustym domu. Długo się jeszcze słyszy.... w swoich uszach śmiech maluchów i wesołe rozmowy dorosłych... Natychmiast włączam telewizor i to tak głośno,żeby móc zagłuszyć swoje smutne myśli i zahamować cieknące po policzkach łzy. Zawsze byłam bardzo sentymentalna,smutne były wszelkie rozstania też te z przyjaciółmi,ale zawsze trzymał mnie za rękę mój mąż- przytulał,pocieszał...oni znów przyjadą ,albo my do nich pojedziemy...Tak jak pisze Aloes21,bliscy się rozjadą i rozejdą - a my z naszą tragedią wciąż jesteśmy same. W pewien sposób Ich przyjazdy mi bardzo dotkliwie uzmysławiają,że moje dotychczasowe życie już na zawsze jest tylko wspomnieniem...i nigdy do mnie nie wróci...
Powroty od Nich są tak smutne i rozdzierające serca,że z trudem wstrzymuję napływające bezwiednie łzy,aby ich nie dostrzegli Ja wciąż zadaję sobie pytanie:czy już zawsze tak wyglądać będzie moje życie,smutne,przygniatające i przygnębiające każdego dnia?
Czy już nigdy nie będę choć odrobinę szczęśliwa? nie będę się cieszyć z pór roku? z dowcipów opowiadanych przez znajomych?perspektywą zbliżającego się święta czy weekendu?
Niestety nie mam szklanej kuli,a brakuje mi wiary nie tylko w Pana Boga,ale też wiary w lepsze choć o odrobinę jutro. Właściwie to jestem obdarta z wszelkich złudzeń co do celowości mojej tu samotnej obecności....Co mnie tu trzyma i każe wstać każdego dnia :dzieci i wnuki - zostałam Im tylko ja...tak jak u Aloes21,ale czy to nie jest za mało?czy to wystarczy na powrót nawet powolny do względnej normalności? i jak ona ma teraz wyglądać- bez Naszych mężów? bez bliskiej codziennej obecności dzieci i Ich rodzin?
Ze mną jest tak,że przychodzi dzień względnej stabilności- można rzec rezygnacji z wszelkich wyolbrzymionych pragnień i marzeń..a wykonywania tych malutkich,podstawowych i wtedy sama siebie motywuję do jakichkolwiek działań.
Zaraz jednak przychodzi zwątpienie czy w ogóle to warto , kto to zobaczy i doceni? Wtedy Moje Drogie odpowiadam sama sobie: ZRÓB TO DLA SIEBIE - BO TY TEŻ JESTEŚ WAŻNA-TYLKO MUSISZ W TO UWIERZYĆ....i tej codziennej wiary w Nas Same życzę w tym szczególnym czasie Nam Wszystkim.Pozdrawiam

30,952 Ostatnio edytowany przez Aloes21 (2022-03-02 00:58:37)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie moje Drogie...
Nie daję już rady, nie trafiają do mnie żadne argumenty dzieci, ani sióstr, ani w ogóle nikogo. Oni chcą dobrze, ale do końca nie rozumieją, nawet dzieci. Owszem straciły Ojca w tak młodym wieku 49 lat, ale One mają życie przed sobą, swoje plany, marzenia, swój mały, ale bezpieczny świat. Mają się czego chwycić, przeżyć żałobę i iść przed siebie.
Ja nie mam już nic, moje cudowne życie u boku tego Jedynego Najdroższego Człowieka  zostało tak nagle, brutalnie przerwane. Odeszło wraz z Nim i żadna siła nie jest w stanie mi go zwrócić.
Jak żyć zatem? Jak w ciągu siedmiu miesięcy zrozumieć to co się stało i dlaczego. To było 26 błogosławionych lat małżeństwa + cztery cudowne lata narzeczeństwa, a więc 30 lat szczęścia i miłości. Jak się to ma do siedmiu najstraszliwszych i najdłuższych miesięcy cierpienia i męczarni.... Jak oswoić tę potworną stratę ?!
Nie liczę już na szczęście, ale czy w ogóle da się jeszcze żyć jakkolwiek? Czy można jeszcze podnieść się spod tego niewiarygodnie ciężkiego Krzyża? Może Wy Kochane z " tym dłuższym stażem" możecie coś mi poradzić, dać choć wątłą iskierkę nadziei. To Ona ponoć umiera ostatnia...
Droga Gosiek 76 bardzo chętnie popiszę z Tobą na maila, może podobne doświadczenia ułatwią mi zrozumieć co się stało...
Nie bez znaczenia pozostaje bowiem fakt, w jak dramatyczny sposób odszedł mój Najdroższy Mąż i dlaczego tak musiało się stać. To niczym ostry miecz przeszywa wciąż moje jakże i tak już zbolałe serce...
Dobija też to, że w tak krótkim czasie, w przeciągu nieco ponad roku, prócz Męża straciłam również Mamę i Tatę.
Czuję się bezwartościową, obdartą z wiary i nadziei sierotą
Przepraszam, piszę być może bez składu, ale taki właśnie chaos mam teraz w głowie, w sercu w życiu...
Kochane, błagam, pomóżcie

30,953

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie kochane.
Nie miałam siły, weny i nastroju ostatnio aby tu pisać. Właśnie wyprowadziłam się z mieszkania w którym wspólnie mieszkaliśmy. Kolejny etap „zamknięty” i można powiedzieć, ze to kolejna żałoba. Nie mam już naszego wspólnego miejsca a jednoczesnie mojego „schronu” które mi o Nim przypominało. Miałam swoje miejsce w którym mogłam się oderwać od wszystkich.
Jak już kiedyś wspominałam zazdroszczę wam tych wspólnych wspaniałych wielu lat jakie moglyscie przeżyć z waszymi mężami. My nie mieliśmy takiej szansy nawet nie zdążyliśmy wziąć ślubu. Mój partner miał 30 lat. Szkoda mi naszego związku, szkoda mi Jego jako człowieka. Czasem tez jestem na Niego zła ze zostawił mnie sama w cierpieniu chociaż wiem ze to nie jego wina. Przypominam sobie jaka droge przeszłam od   początku żałoby do teraz. Jak dostałam telefon o wypadku. Byłam w ogromnym szoku. Pomyślałam co to w ogóle ma być? Co on (osoba która zadzwoniła) do mnie mówi? Pomyślałam czy mój partner ma przy sobie telefon żeby się do mnie odezwać mimo ze mi powiedzieli ze jest stan ciężki… cała noc go operowali, na nastepny dzień dzwonił lekarz powiedzieć ze szanse są bardzo małe. W głowie kłębiły się najgorsze scenariusze nie tylko te o śmierci. Mimo tego miałam nadzieje ze wyjdzie z tego. Na jeszcze nastepny dzien dostałam telefon. Widząc ze dzwoni teść szczerze myslalam ze powie ze się obudził… niestety to był telefon z najgorsza wiadomością. Pamietam to wszystko jak dziś. W najgorszych koszmarach nie śniłam o takiej traumie. Nie wiem na prawdę jak to przeżyłam. Pierwsze dni tygodnie byłam na silnych lekach to wszystko było jak jakiś film ktory myslalam ze się skonczy i wszystko wróci do normy. Spałam po kilka razy dziennie byłam jak zombie kręciło mi się w głowie. Koszmar którego nikomu nie życzę. Długo miałam pretensje sama nie wiem do kogo do ludzi do świata do Boga? Do lekarzy ze nie zrobili może wszystkiego? I czemu inni wychodzą ze stanów krytycznych ? Teraz czuje się jak -wybaczcie-  kupa gowna. Ze całe życie będę już sama będzie beznadziejnie i nic sobie nie ułożę. Ze ten jedyny już był i teraz  go nie ma. Ze niby wdowa ale jednak będę już stara panną. Miała być fajna nowa praca, miłość i wspólne mieszkanie. Teraz czuje się jak jakas żenada. Tymbardziej ze czasy są ciężkie brak perspektyw na własne mieszkanie, nawet wynajem w pojedynkę mnie przerasta. Mam baaaardzo duży dystans do ludzi nie wiem jak to wszystko dalej będzie. A dodatkowo jak już wyżej pisalyscie ze świata dochodzą do nas okropne wieści, niewyobrażalne tragedie ludzkie jaką jest wojna.
Pozdrawiam was i trzymajcie się.

30,954

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie ponownie!
Wchodzę tu co chwilę, chłonę każdy nowy wpis, jakby z nadzieją, że wreszcie znajdę tu coś, co da mi choćby odrobinę ulgi w tej straszliwej męce.
Niestety to nie nadchodzi, przeciwnie ten ból wciąż zdaje się być większy. Przerażające jest widmo przyszłości, bez tego Jedynego Ukochanego... Ta bezradność, beznadziejna bezsensowna samotna egzystencja.
Droga Zzielona jak dobrze są mi znane Twoje odczucia. Też ciągle myślami wracam do tego tragicznego dnia, który całkowicie zniszczył nasze życie. Wciąż analizuję, dlaczego tak musiało się stać, dlaczego nie mogłam Mu pomóc, w końcu gdzie był Bóg... ? Dlaczego na to pozwolił, dlaczego Go nie ocalił, przecież jesteśmy wierzący..
Kochana, piszesz, że nam zazdrościsz kilkudziesięciu nawet lat wspaniałego wspólnego życia. Tak to Wielki Dar od losu przeżyć tyle cudownych lat z Najkochanszą osobą pod słońcem. Ale wszystko ma swoje drugie dno... Bo jeśli spędziło się z Kimś większość swojego życia, to jakże dużo bardziej boli Jego strata... Bo prócz bezgranicznej Miłości dochodzi wieloletnie przywiązanie, przyzwyczajenie, przyjaźń i cały bagaż wspólnych doświadczeń. Człowiek przez te lata staje się Jednością z drugą osobą. Jej odejście, to jakby wyrwano nam serce i kazano "żyć" dalej. I wiesz co Kochana pewnie niejedna z nas zazdrości też trochę Tobie tego, że jesteś jeszcze  taka młoda, że życie przed Tobą. I mimo, że teraz wydaje Ci się absolutnie niemożliwe, to masz jeszcze szansę ułożyć sobie życie. Na pewno nie teraz, nie za rok, ale kiedyś może przyjdzie taka potrzeba, aby założyć rodzinę i żyć jakoś względnie normalnie.
My natomiast po tylu latach spędzonych u boku Tego Jedynego, w większości z dorosłymi dziećmi z 40, 50 czy 60-tką na karku, cóż nam zostało? Za stare by żyć, za młode by umierać. Trzeba po prostu trwać w tej naszej smutnej codziennej nicości.
Pozdrawiam Cię serdecznie i mocno przytulam do serca Was Wszystkie.

30,955

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie moje Drogie. 
Oswoić samotność i powoli zakceptować wszechobecną pustkę , wydaje się mieć sens. ale  jak to zrobić ? Nie znajduję na to jeszcze  sposobu ale codziennie powtarzam sobie przesłanie Joli  : Ja też jestem ważna ! Staram  sie i walczę o każdy kolejny dzień również dla siebie . Spędziłam z moim mężem ponad 30 lat i jednego jestem  na  100% pewna nigdy nie pozwoliłby abym pomyślała ,że moje życie ma się skończyć wraz z jego odejściem . Chodź teraz wydaje się to wręcz nie realne ale na pewno chciałby abym rozpaliła w swoim sercu iskierkę nadziei na względną normalność . Codziennie z nim rozmawiam i proszę aby pomógł mi przetrwać ten trudny czas . Jak tak z nim rozmawiam to słyszę w głebi serca jego odpowiedzi . Dla niektórych może być to szaleństwo a dla mnie jest to ratunek aby nie popaść w obłęd. Tęsknię za nim niewyobrażalnie , za jego dotykiem , oddechem , głosem , śmiechem , poczuciem humoru ale wiem ,że tego już nie zmienię . Nikt i nic  ,żadna siła  mi go nie zwróci a mimo to staram sie ze względu na pamięć o nim . Spotkałam go na swojej drodze nie bez powodu . Mamy wspaniałego syna  , który również stracił bardzo bliską i  bardzo ważną osobę , nie chcę swoim stanem go dobijać i dodatkowo martwić . Nic już nigdy nie bedzie takie sama , bedzie inne .  Może teraz nie realnie to brzmi  ale postanowilam sobie ,że nie bedę użalać się nad sobą. 
Aloes  , Zzielona myślę ,że  utrata  najbliższej i najukochańszej osoby bez wzgledu na wiek w jakim nas to spotkało i bez względu na to ile lat spędziliśmy razem  jest tak samo bolesna . Tracąc ukochanego  tracimy cząstkę siebie i naszego bezpiecznego świata. Nasze szęśliwe  i poukładane życie prysło jak bańka mydlana , nie mamy co zbierać . Musimy najpierw odnaleźć siebie i zaakceptować  siebie taką jaką się stałyśmy po tym co nas spotkało .
Przytulam Was z całego serca , trzymajcie się dzielnie.

30,956

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam Was Kochane Moje! bardzo trudno się czyta Wasze wpisy- bo to w moim przypadku cofanie się i bolesne wspomnienia tego co było ze mną po śmierci mojego męża.Przypomnę: zmarł nagle- o godzinie 7 rano z Nim rozmawiałam,mieliśmy się zobaczyć o  10. Znaliśmy się 45 lat/był moim kolegą z klasy licealnej.Pobraliśmy się po studiach- byliśmy małżeństwem i wspaniałymi przyjaciółmi prze 39 lat.
Każda rocznica ślubu- 1 sierpień- w hołdzie Powstania Warszawskiego- w którym rodzina mojej Mamy aktywnie brała udział....była przez nas szczególna celebrowana.
Organizowaliśmy wyjazdowe spotkania rodzinne,aby wszyscy razem mogli się z Nami cieszyć....Były dzieci,wnukowie,przyjaciele..rodzina.Teraz jest płacz,lament,szloch...i olbrzymi żal do życia - że już tego Nigdy nie przeżyjemy.
Pisałam też,że najgorsze dla mnie słowo - to NIGDY - i wszystko co się za nim kryje.
Drogie moje w szczególnie Aloes oczekujecie pocieszenia od tych starszych stażem i wiekiem. Otóż powtórzę: lepiej nie będzie - ale inaczej - co nie oznacza ,że nie uśmiechniecie się jeszcze do bliskich,znajomych czy zupełnie obcych ludzi.
Każde cierpienie ma swój czas,jest taka rozpaczy granica-że dalej już nie dajesz rady.Musisz stanąć i się pochylić nad samą sobą- albo zrobisz cokolwiek - nawet bardzo mały krok,gest dla samej siebie,albo się poddasz i już do końca będziesz potrzebowała pomocy fachowców i leków.
Jest to tak trudne,że wydaje się wręcz nie do wykonania....
Chcesz się podnieść- a tu jakaś tajemnicza siła z powrotem Cię wciska w fotel,chcesz coś powiedzieć- a obręcz strachu zaciska się ze zdwojoną siłą na Twoim gardle..
Chcesz odebrać telefon,a nie możesz poruszyć nogami- całe ciało masz sparaliżowane...
Nie ogarniasz negatywnych myśli ,które wciąż Cię atakują,chcesz coś powiedzieć ...ale oprócz krzyku rozpaczy niczego nie jesteś w stanie z siebie wydobyć.
Denerwują Cię uśmiechnięci ludzie,szczęśliwe pary, ,,wpychanie ,,na siłę malutkich wnuków- bo może przy Nich się uśmiechniesz- tak było u mnie...a ja nie potrafiłam  niczego ..,wbrew sobie i myślałam : dajcie mi wszyscy święty spokój,zostawcie mnie samą z moim płaczem i przenikliwym krzykiem...ale Oni byli - trwali nadal przy mnie. Z uporem dzwonili po kilka razy dziennie,przyjeżdżali -wymyślali najróżniejsze powody abym ja do Nich jeździła...czasami stosowali podstępy...Powoli ,bardzo powoli wręcz ślamazarnie wychodziłam z cienia ...do ludzi...przestali mnie irytować,przestałam mieć do życia pretensję-że mają swoje szczęśliwe życie. Jednak sporo czasu musi minąć,aby tak się stało,aby zaakceptować nowe samotne życie- bo nigdy się z tym nie pogodzimy.
Ja w swoim najbliższym otoczeniu,jeszcze za życia męża- miałam 4 wdowy:z 19,24,13-7 letnim stażem .Spośród Nich - 3 bardzo mnie wspomagały kiedy ja do nich dołączyłam.Dzwoniły bardzo często - czasami tylko po to aby słuchać  mojego płaczu i krzyku rozpaczy,ale nie okłamywały mnie,nie mówiły ....że wszystko będzie dobrze...Miałam wtedy podświadomie do Nich o to żal,ale z czasem zrozumiałam-że nawet najgorsza prawda jest lepsza od kłamstwa,nawet małego.
Będziecie jeszcze szczęśliwe- ale inaczej, znów zaczną Was cieszyć promienie słońca,i kwitnące kwiaty.Będzie kłucie w sercu- że ONI tego nie widzą i już nie zobaczą- ale możecie IM o tym powiedzieć  swoimi słowami lub swoim sercem.Oni mogą to zobaczyć waszymi oczami.Maadlen- ja też ,,gadam,, z moim mężem,za każdym razem jak wracam do domu,od progu mówię: hej,już jestem.../bo tak się witaliśmy najczęściej.../. Jadąc autem często opowiadałam co na drodze,dopiero teraz po 1,5 roku włączam radio- ale nadal mogę słuchać tylko spokojnych,wręcz nostalgicznych utworów.
Zzielona,Aloes-każda z Nas uważa swój ból za największy...i ma prawo- bo tylko my same wiemy co na zawsze straciłyśmy,ale nie ma dwóch jednakowych osób- każda musi znaleźć swoją drogę wyjścia z cienia.Ja też czułam się jak bym przestała istnieć...,została tylko moja cielesna powłoka...a cała reszta umarła wraz z moim mężem..teraz już coraz bardziej przypominam dawną siebie- choć wiem,że nigdy już do końca nic nie będzie takie same,nigdy nie wróci moja pewność siebie jaką miałam przed śmiercią męża..ale też nigdy  nie przepraszajcie za to,jakie teraz jesteście...macie prawo do łez,smutku i bólu.
Musicie postawić moje drogie na ludzi...musicie im zaufać- same nie dacie rady.
Przynajmniej ja nie znam takiej osoby...skupcie się na małej ilości osób,nie szukajcie na siłę nowych znajomości- bo często po chwilowym zauroczeniu -znów przyjdzie Wam przeżyć kolejne rozczarowanie.Zaufajcie swojej intuicji,piszcie na nasze prywatne e-maile jeżeli macie taką potrzebę..dzwońcie. Łatwiej jest rozmawiać z kimś- kto ma takie same doświadczenie życiowe,i sporo już za sobą...Mnie pomogły książki:,,Zawsze mówił,że wróci,,i ,,Listy pisane atramentem,,,pisała też o innych tytułach Baśka,.,,Nagle Sami,,to fundacja na której stronie przeczytacie historie osób,które też straciły mężów,narzeczonych,partnerów...bliskich często w krótkim po sobie czasie - tak jak Aloes...Ostatnio wydała książkę aktorka Joanna Kurowska- opowiada co przeżyła po samobójczej śmierci męża i stracie  dziecka.Wzruszający jest wywiad z Ewą Bem,po śmierci Jej córki....Teraz w czasie pandemii takich historii jest bardzo wiele..niestety.Niedługo w W-wie wzorem z Japonii ma powstać POŻEGNALNA BUDKA TELEFONICZNA /trwa zbiórka/. Bedzie usytuowana w pięknej parkowej scenerii - i każdy kto nie zdążył się pożegnać ze swoimi ukochanymi - może wejść - podnieść słuchawkę i powiedzieć najbardziej osobiste słowa.To symboliczne pożegnanie pomogło już na świecie wielu osobom. Bardzo tez pomaga często przypominanie sobie słów wypowiedzianych do nas przez naszych Ukochanych- tych pięknych - osobistych - tylko dla nas...
Pozdrawiam serdecznie...Ikario - jesteś bardzo dzielną kobietą - chylę czoła, jesteś dla Nas wzorem-kiedyś przeczytałam: ,,rozpocząć samodzielne -samotne życie- to o wiele więcej niż urodzić się na nowo....,,Ty podjęłaś to wyzwanie....i trzymam kciuki,że Ci się uda..

30,957

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Kochane wszystko to co piszecie to oczywiście prawda, zgadzam się z Wami.
Dziekuje Aloes i Wam wszystkim za słowa wsparcia, przytulam mocno. Jolu piękna historia twoja i twojego męża. Jest to prawda ze po tylu latach małżeństwa na pewno człowiek czuje jakby mu wyrwać cześć samego siebie. Ale także tak jak napisała Madlen niezależnie od wieku i stażu bardzo to boli i tracimy kawałek swojej osobowości. Dobrze jest posłuchać doświadczeń i w pewnym sensie rad osob które przeżyły wiecej. Nabrać trochę innej perspektywy.
Ja na ten moment nie nadaje się na nawiązywanie jakichś nowych znajomosci - może kiedyś. Narazie jest czas aby zająć się sobą, poukładać sobie w głowie. Niedługo również powrót do pracy czego w sumie już bym chciała ale jednoczesnie się boje.
Co do ludzi tak są oni potrzebni ale ja na przykład sama się izoluje. Chociaż czuje ze potrzebni są mi inne osoby do funkcjonowania i do tego aby poczuć się lepiej. Czuje ze potrzebuje żeby ktoś mnie trochę „pociągnął” i lekko wyrwał z tej izolacji niestety nie mam takiej osoby. Znajomi raczej mnie olali. Przez jakieś pierwsze 2 miesiące rzeczywiście kilka osob się przejęło i przyjechała do mnie koleżanka za co dziekuje i jest to zrozumiałe ze każdy ma swoje sprawy - takie jest życie i ono toczy się dalej a my nadal trwamy w swoim bólu. Jednak milo by mi było gdyby ktokolwiek się zainteresował i napisał czy zadzwonił zapytał zwyczajnie co slychac.
Brak zainteresowania ze strony innych jeszcze bardziej potęguje ta samotność ponieważ partner był w stanie zastąpić mi wszystkich. Jego nie zastąpi nikt. Tak sobie mysle ostatnio - dzieciństwa szczęśliwego nie miałam, dorosłe życie chciałam sobie poukładać po swojemu i jaka była radość kiedy pojawił się On. Jednak życie dało mi kopa. Może jeszcze kiedyś los się odmieni, narazie nadziei na to nie mam.

30,958

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie,raz jeszcze.Pisząc o szukaniu nowych znajomości wyraziłam się nie dość precyzyjnie.Miałam na myśli szukanie ludzi w podobnych sytuacjach życiowych na różnych Forach internetowych a nie w celach towarzyskich.. Jest ich sporo,ludzie piszą - myślę i taką mam nadzieję w dobrej wierze i z dobrymi intencjami- ale wychodzi różnie....znam kobiety,które już dawno sobie poradziły na tyle- że są w nowych związkach, i słyszę od jednej z Nich:Ty jeszcze rozpaczasz- no ile można? ty tak naprawdę....nie szkoda Ci czasu- nie dużo ci zostało,zacznij żyć- nie masz wyboru...
Niektórzy zaś swoją głęboką żałobą  zbytnio nią epatują i mimochodem stopują Wasze poczynania  częściowego podnoszenia się z bólu i  rozpaczy
Mnie samej ktoś zarzucił,że zbytnio epatuję swoją żałobą...skończyło się rozmową z psychologiem- bo wystraszyłam się -że mogę swoją osobą szkodzić....innym.
Usłyszałam,że każdy próbuje znaleźć swoją drogę,,przez mękę,, i nikt - kompletnie nikt nie ma prawa nas krytykować- dopóki nie przeżyje tego co my.Mam być sobą i nie próbować nikogo udawać.Nie wstydzić się swoich emocji - nawet jak innym się to nie podoba.
Są ludzie-też w żałobie którzy próbują  w pewien sposób sugerować nam - jak mamy się zachowywać - bo uważają ,że to właśnie Oni powinni nam służyć za wzór....bo wydaje się Im że lepiej sobie radzą od innych.
Bądźmy sobą w każdej chwili ,każdego dnia...bo siebie nie oszukamy.Wybierzmy swoją drogę - bo nikt jej za nas nie pokona..Nie raz się pogubimy,ale przyjdzie moment,że z krętych ścieżek wyjdziemy na szerszą drogę.Powodzenia Nam Wszystkim- zyczę

30,959

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane,
Mam ostatnio bardzo ciężki okres, nawet siły czytać i pisać nie mam, minęły 4 miesiące życia bez mojego M, beznadziejne 4 miesiące, pełne bólu, rozpaczy i niemocy.
Chciałam się tylko wyżalić, wiem, że tu mogę, a normalnie muszę się "trzymać", bo przecież już minęło tyle czasu, to co ja ciągle rozpaczam.
Już pisałam, że przeżyliśmy razem ponad 30 lat, wspaniałych, cudownych, pełnych miłości, ciepła, i wsparcia. Teraz zostały mi tylko wspomnienia, które wciąż nie dają mi ukojenia, tylko powodują jeszcze większy ból, że to się już skończyło. Wszystko co robię, nawet zwykłe czynności domowe, typu pranie, ogarnianie domu, robienie zakupów, każda zwyczajna czynność przypomina mi mojego M., i cały czas przy tym płaczę. Kilka dni temu po raz pierwszy od odejścia mojego M. wzięłam się za prasowanie i wyłam nad deską, aż mi zabrakło tchu. Lubiłam prasować Jego koszule i zawsze była przy tym sprzeczka, bo M. uważał, że sam powinien to robić, a ja się śmiałam, żeby mi nie odbierał tej przyjemności, no więc prasowałam, gadaliśmy, śmialiśmy się. I ciągle mam przed oczami takie zwykłe obrazki z naszego życia, cokolwiek robię, przypomina mi się co wtedy mówił, jak żartował, jak się śmialiśmy, jak było nam dobrze razem, że nawet takie zwyczajne, codzienne czynności przynosiły nam radość. A teraz jest tylko smutek i ból.

Tak bardzo za Nim tęsknię, codziennie coraz bardziej. Najgorsze są poranki i wieczory, kiedy się budzę i zasypiam w pustym łóżku, skulona, z tęsknoty i żalu. Tak bardzo mi brakuje Jego bliskości, czułości i ciepła, do którego przywykłam przez ponad 30 lat. Tak bardzo chciałabym się chociaż raz do Niego przytulić i poczuć jeszcze raz to ogromne szczęście, przepełniające moje całe ciało. I myśl, że NIGDY już tego nie poczuję, mnie przeraża, dobija. I wciąż zadaję sobie pytanie, jak ja mam żyć bez tego wszystkiego?
Byliśmy ze sobą, tak bardzo związani, tak szczęśliwi, że nie raz mówiliśmy, że powinniśmy odejść razem, bo żadne z nas nie przeżyje bez drugiej osoby.
I wtedy przypominają mi się słowa z serialu z After Life, które mi pomagają przetrwać kolejny dzień.

Przeżyłam z M. wiele cudownych lat, zostały mi wspomnienia. Tym właśnie jesteśmy wspomnieniami. M. miał piękne życie, a teraz nie cierpi, nawet nie wie, że już po wszystkim. Ja owszem, ale wolę żyć i tęsknić za nim niż żeby on żył tęskniąc za mną. Tak bardzo go kocham.

Pozdrawiam Was Kochane.

30,960

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie, Jola, Basia, Maadlen, Zzielona, Aloes i wszystkie Kobiety, które doświadczyły tak bolesnej straty.
Po ostatnich dniach wielkiej rozpaczy, tęsknoty, bólu i ciągłego płaczu, dzisiaj miałam trochę lepszy dzień.
I w takich chwilach, tak, jak Ty Maadlen, postanawiam, że nie dam się, będę silna, proszę mojego M, żeby pomógł mi dalej żyć bez Niego, żebym się bez przerwy nie sypała. Wiem, że mój ukochany, nie chciałby żebym tak bardzo cierpiała.
Powiedziałam do M., że postaram się żyć na razie, tak jakby nie było jutra, bo jutro dla mnie jeszcze nie istnieje, ale kiedy to jutro nadejdzie, będę wyznaczała sobie małe zadania, coś co sprawi, że rano zechce mi się wstać z łóżka i żeby chciało mi się przetrwać kolejny dzień.
Wiem, że mam prawo tęsknić za M., czuć ból, żal do losu i złość, ale muszę też obudzić w sobie nadzieję, bo taka rezygnacja ze wszystkiego jest najgorsza.
Pisałam, że wiosna mnie przeraża, zawsze w pracach ogrodowych działaliśmy razem, ale dzisiaj na przekór losowi, choć łatwo nie było i pchnęła mnie do tego bardziej złość niż chęć działania, ale weszłam na balkon, uprzątnęłam stare kwiaty, wywaliłam ziemię, umyłam donice, terakotę, potem pojechałam do ogrodnika, kupiłam prymulki, stokrotki i hiacynty, posadziłam to wszystko i powiedziałam z dumą do mojego M., że będzie miał taki piękny balkon, jaki miał od ponad 20 lat. Nie przyniosło mi to radości, ale poczułam zadowolenie. Pierwszy raz od ponad 4 miesięcy.
Pozdrawiam Was Kochane i dużo siły nam wszystkim życzę.

30,961

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny! Nadmiar obowiązków nie pozwalał mi ostatnio ani na czytanie, ani na pisanie. Przykre to, że wciąż nas przybywa, ale budujące, że wszystkie znajdujemy tu pocieszenie i wsparcie. Ikario, tak się cieszę, że wreszcie wysunęłaś się choć troszkę z cienia, że chwyciłaś choć na chwilę oddech! Maadlen, Twoje postanowienie to prawdziwy przełom – jestem z Was dumna, Dziewczyny! Myślę, że wielka jest w tym Twoja zasługa, Jolam. Motywujesz nas wszystkie, odrobinę zawstydzasz, dajesz przykład siły i wytrwałości. Szczególnie jest to ważne dla Aloes, Puder i Zzielonej – przed nimi najtrudniejszy okres, kiedy to najgorsze wciąż wydaje się nieprawdopodobne, a serce jest tak ściśnięte, że  z bólu nie można złapać tchu. Ty Jolu pokazujesz, że każda z nas jest w stanie przetrwać najstraszniejsze chwile i z mozołem posuwać się do przodu. Staram się korzystać z Twoich doświadczeń pełnymi  garściami, chociaż tak prawdę mówiąc, to ja powinnam Cię wspierać ( bo mam chyba najdłuższy z Was staż w pokonywaniu żałoby). Jednak mimo upływającego czasu, wciąż czuję się pozbawiona duszy i jakaś niekompletna. „Ktoś, kto powiedział, że czas goi wszystkie rany, jest kłamcą... Czas pozwala jedynie nauczyć się najpierw przetrwać, a potem żyć z tymi ranami. Ale każdego ranka, natychmiast po otwarciu oczu czuje się te rany. I zawsze, do ostatniej chwili życia będzie się czuło obecną nieobecność. Od niej można uciekać, ale nie można uciec...” Ja wciąż czuję tę wyrwę i sercu, i w życiu. Masz rację, Jolam, nic nie jest już takie samo, choć nauczyłam się z czasem uśmiechać, gorzej wychodzi mi planowanie, raczej zdaję się na innych i płynę z prądem. Jednak życie wciąż stawia przed nami nowe wyzwania i daje do zrozumienia, żeby nie narzekać, bo może mieć w zanadrzu szereg zupełnie nieprzewidywalnych niespodzianek. Kiedy widzę, co dzieje się na Ukrainie, chylę czoła przed losem i staram się zaakceptować to, co mnie spotkało. Przestałam dyskutować z faktami i staram się po prostu przepychać czas do przodu, każdego dnia. Pomaga…
Pozdrawiam Was gorąco

30,962

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane ! Zaglądam tutaj i zbieram sie aby napisać , ale idzie mi jakoś kiepsko .
Cieszę się Ikario , że starasz się walczyć o kolejny dzień . Rozumiem doskonale jakie to trudne  i jakiej wymaga siły . Podobnie jak ty staram się coś już ogarniać wokół domu , puki co ze słabym skutkiem . Robię to bardziej ze złości niż z przyjemności ale z nadzieją ,że z czasem to sie zmieni . Zbierałam się kilka dni aby pomalować drzewka , odwlekałam bo bałam się ..... zawsze to robił M . Kiedy w końcu zaczęłam to łzom nie bylo końca  , płakałam z żalu, że jego nie ma i znowu dopadło mnie to okropne NIGDY.  Tak bardzo za nim tęsknię. 
Zzielona wiem co masz na myśli kiedy piszesz ,że potrzebujesz kogoś kto Cie pociągnie do przodu . Nie mam na myśli szukania rozpaczliwie nowych znajomych ale w życiu trzeba być uważnym , czasami bardziej zrozumie nas przypadkowo poznana osoba niż ktoś kogo znasz od lat . Dla nowo poznanych osób jesteś czystą biaąa kartą , nie znają to nie krytykują i nie oceniają . Nie wiem czy dokładnie przekazuję to co mam na myśli ale jestem przekonana ,że spotykamy ludzi na swojej drodze nie bez powodu . Każda znajomość wnosi do naszego życia nowe wartości . Z czasem może się okazać ,że to będzie nasza lokomotywa.
Rozmawiałam z przyjaciółką na temat tesknoty za M , byłam przekonana ,że ona jedna mnie rozumie tak bezgranicznie i tylko jej moge powiedzieć o tym co czuję . Powiedziała szczerze , że nie może nawet sobie wyobrazić jak to jest kiedy tracisz najbliższą osobę i kiedy  runie nam cały świat . Bez względu na to muszę codziennie pamietać ,że jutro daje nam nowe możliwości i trzeba żyć bez względu na to ile razy runie nam niebo . Powinnam krok po kroku realizwać nasze marzenia i mimo bólu oswajać swoje demony . 
Wiem ,że łatwo się mówi a trudniej działa ale sobie i Wam ,życzę tego lżejszego jutra z całego serca !!!

30,963

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane, po lepszym dniu znów wpadłam w czarną dziurę, ogarnia mnie uczucie beznadziejności, czuję bezradność, osamotnienie i ogromny smutek.
Tak, jak piszesz Basiu, czas nie leczy ran, one będą już do końca życia, czas może jedynie spowoduje, że kiedyś będę potrafiła żyć bez tej wielkiej rozpaczy, tęsknoty, od której boli mnie całe ciało. Wszystko mi przypomina mojego M., każda rzecz w domu, każda wykonywana czynność, poza domem to samo. Wczoraj poszłam na spacer nad morze i przechodziłam koło Portu, w którym M. przeprowadzał badania, a ja często pomagałam i tak mnie to rozbiło, że całe popołudnie znów płakałam i nie mogłam się uspokoić, a już wcześniej tam byłam. Dzisiaj pojechałam na cmentarz, zaparkowałam w innym niż zwykle miejscu i musiałam przejść koło siedziby firmy, z którą M. ściśle współpracował od wielu lat, co wywołało znów wielki smutek i żal. Jutro muszę odesłać akta sądowe, ciągle jeszcze przychodzą zlecenia i znowu na poczcie muszę powiedzieć, że M. nie żyje, a to mi wciąż nie chce przejść przez gardło, wywołuje łzy i sprawia ogromny ból.
I co się trochę „ogarnę”, chociaż na jeden dzień, to takie sytuacje mnie na nowo rozwalają, nie ma miejsca w moim mieście, które chociaż na chwilę pozwoliłoby odpocząć głowie, a przecież się stąd nie wyprowadzę, nie chcę, tu nam było dobrze, i tu mieliśmy się zestarzeć.
Myślałam, że już się pomału oswoiłam z tymi miejscami, a potem się okazuje, że nie.
Maadlen, ja do ogrodu jeszcze nie „dotarłam”, patrzę tylko przez okna, jeszcze czuję za duży lęk przed pracą w pojedynkę, to co zawsze robiliśmy wspólnie. I, tak ryczę, jak widzę drzewka, krzaki, które jeszcze w sierpniu mój M. „obrabiał” i nie mieliśmy pojęcia, że to ostatni raz. Nie tak miało być. I ta świadomość, że NIGDY już tego nie zrobi jest nie do zniesienia. Ale spróbuję za miesiąc, może dwa, bo chcę to zrobić dla Niego, dla siebie, dla nas.
Bardzo mnie niepokoi też ta sytuacja na Ukrainie, jak widzę tę tragedię, na granicy kobiety, dzieci z przytulonym do piersi pluszakiem, rodziny, które w plecaku mają cały swój dobytek, płaczę, nie mogę w to uwierzyć co się dzieje i mam wyrzuty sumienia, że ja tak rozpaczam nad swoim losem, czym mam prawo w obliczu tragedii tych rodzin?

Dziękuję Wam Kochane, że jesteście, pozdrawiam serdecznie.

30,964

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Drogie Moje....Złe Demony znów zaczęły szaleńczy swój taniec....ta dla nikogo niezrozumiała wojna  a nas Samotne Kobiety szczególnie dołuje...Nie dość ,że same jeszcze nie poradziłyśmy sobie ze swoją tragedią i rozpaczą- to dochodzą wciąż nowe.
Pandemia- która w oczywisty sposób ograniczyła nasze relacje z innymi i sprawiła dodatkowy ból samotności ,to teraz wojna....i codzienne koszmarne myśli..co dalej!
Byłam wczoraj u swojego syna - przyjął rodzinę z Ukrainy-5 i pół osób/66 letnia kobieta z córką /33 lat/w ciąży i dwoma synami/5 i 15 lat/. Miał możliwość udostępnienia swojego jeszcze nie sprzedanego mieszkania- kilka m-cy temu wraz z rodziną się przeprowadzili na nowe miejsce. Wraz z synową jeździłyśmy kilka godzin aby kupić nową pościel/kołdry,poduszki/uzupełnić potrzebne do codziennego życia rzeczy...skompletować wyprawkę dla maluszka.
Szok i niedowierzanie - gdy patrzyłyśmy w większości sklepów na puste półki...
Znów uczułam strach i zaciskającą się krtań-bo przecież jeszcze dobrze pamiętam Stan Wojenny- kiedy będąc studentami uciekałam z moim przyszłym mężem przed gazem łzawiącym skierowanym przez Milicjantów do zwykłych ludzi.Pamiętam...też pustki w sklepach ,kartki i tankowanie aut w wyznaczone dni...Wtedy jednak byłyśmy z rodzinami,przyjaciółmi,naszymi chłopakami.Miałyśmy do kogo biec,przy kim się wyżalić czy zwyczajnie po ludzku - wygadać.Miałyśmy się do kogo przytulić,potrzymać za rękę.Miałyśmy poczucie względnego - osobistego bezpieczeństwa.Teraz to wszystko runęło,teraz oglądam relacje z Ukrainy,sama  w pustym mieszkaniu,tylko płynące po policzkach łzy mi towarzyszą.
Nie mam komu powiedzieć o swoim strachu i rosnących obawach.Co dalej z naszym życiem?co dalej z uciekającymi kobietami i malutkimi dziećmi?co z Ukrainą?
Błyskawicznie rosną koszty utrzymania,a my zostałyśmy same...ja muszę kupować paliwo ile by nie kosztowało- mieszkam w malutkiej miejscowości,gdzie nie ma żadnych środków komunikacyjnych oprócz własnych...blisko największa wojskowa  baza lotnicza i klika b.ważnych tzw.obiektów strategicznych.
Każdego dnia i w nocy słychać non-stop przelatujące samoloty,widać sprzęt wojskowy....a ja sama,przestraszona - bijąca się z własnymi niewesołymi myślami...
Wiejski sklep świeci pustkami,ludzie robią zapasy- bo droższe paliwo - to droższe towary- i to wszystkie. W koło lasy- piękne,ale w obecnej sytuacji stanowiące dodatkowy problem do pokonania w drodze do min.lekarza,apteki,sklepu,czy stacji CPN oddalonych kilkanaście kilometrów. Strach - brak bliskiego wsparcia Tego Najważniejszego doskwiera podwójnie.
Ikario,te łzy i wspomnienia kojarzące się z Twoim mężem będą Ci jeszcze długo towarzyszyć...do mnie też jeszcze dzwonią jak ja mówię,,zabłąkani,,pacjenci mojego męża.Przepraszają cichutko jak mówię ,że odszedł...a ja po takim telefonie płaczę jeszcze długo.Do tej pory unikam miejsc ,które w szczególny sposób są związane z Naszym byłym życiem i są dla mnie wyjątkowe. Baśka dziękuję,za miłe słowa - ale uwierz mi,że nadal nie odnalazłam się tak do końca w tym swoim samotnym życiu.Tak jak pisze Ikaria czy Maadlen- wydaje się,że jest lepiej- choć odrobinę - a tu bum...znów dostaję po głowie...i jakbym słyszała z oddali głos....jeszcze nie teraz...jeszcze za wcześnie....nie myśl sobie że to już za tobą kobieto....Ty Basiu masz dłuższy ,,wdowi staż,,bo jak pamiętam ponad 2 lata,a mój to ponad 1,5 - ale każda z nas ma inną sytuację,Ty nie jesteś sama...Ja tak od dnia pogrzebu - nie samotna do końca- bo dzieci dzwonią przyjeżdżają a ja do Nich też często zaglądam.Jednak wspólny czas kiedyś się kończy i wracam albo zostaję w pustym domu.
Myślę,że i tak sporo osiągnęłam,sprzedałam dom,przeprowadziłam się logistycznie ogarnęłam nasze wspólne sprawy/a było i nadal jest ich sporo/. Jednak zdaję sobie sprawę - że najgorsze jeszcze przede mną?! - kontynuacja samotnego życia..,jakie będzie i czy dam sobie radę? ale też wiem ,że nikt w tej chwili mi na to nie odpowie.
Będę pisać i dzielić się swoimi codziennymi problemami ,doświadczeniami i przemyśleniami.Postaram nieść pocieszenie,ale nie będę upiększać faktów. Uwierzyć w siebie - to już połowa sukcesu -ja podjęłam samotną walkę o przetrwanie....czas pokaże ...czy wytrwam i co mi los przyniesie.Pozdrawiam

30,965

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam Kochane,
Ze łzami w oczach i z krwawiącym sercem czytam Wasze wpisy. Mam potrzebę dzielić się z Wami swoim bólem, a jednocześnie nie wiem co napisać. Wszechobecna pustka w głowie, w życiu. Bezradność, niemoc, beznadzieja. Brak słów, które oddałyby rozmiar cierpienia i udręki...
Droga Maadlen i Ikario my jesteśmy właściwie na początku tej jakże trudnej i długiej zapewne  drogi naszej żałoby. Piszecie, że miewacie czasem lepsze momenty czy nawet dni, to w naszym przypadku już sukces. U mnie narazie brak jakichkolwiek pozytywnych akcentów. Jeszcze nie umiem znaleźć żadnego sensu w tej mojej okrutnej, samotnej rzeczywistości. Nie potrafię cieszyć się dziećmi, ani wnuczętami, choć tak bardzo ich kocham. Nie umiem z niczego czerpać przyjemności. To co kiedyś lubiłam robić teraz  tylko mnie przygnębia i wywołuje przykre wspomnienia. Po prostu życie bez mojego ukochanego Męża straciło jakikolwiek smak, kolor, sens...
Minęło dopiero 7 miesięcy odkąd Go z nami nie ma, to przecież tak niewiele, a mnie zdaje się wiecznością. W cierpieniu tak wolno płynie czas, każdy dzień, tydzień, miesiąc wlecze się w nieskończoność. Nie radzę sobie z niczym, bez mojego Ukochanego ten świat nie ma już dla mnie nic do zaoferowania. Nie mam się czego uchwycić, bezwzględny los nie chce rzucić mi żadnego koła ratunkowego. Za to ból, smutek tęsknota, rozpacz i cierpienie towarzyszą mi wiernie bez końca.
Droga Jolam, Ty tak pięknie piszesz, dzielisz się z nami swoimi doświadczeniami z tej trudnej drogi, którą już udało Ci się pokonać, a tą która Ci jeszcze została do przejścia.
Jesteś już ponad 1,5 roku na tej ciężkiej drodze. Udało Ci się pokonać już niektóre demony, osiągnęłaś już swoje małe cele i sukcesy, a jednak jakże silne emocje, ile trwogi tęsknoty i bólu nadal tkwi w Tobie. To pokazuje ile jeszcze niewiarygodnie ciężkich przeżyć przede mną, ile jeszcze czasu musi upłynąć, aby poczuć chociaż odrobinę ulgi w tym strasznym cierpieniu. To bardzo nierówna walka, którą przyszło nam toczyć samotnie każdego dnia. Jolu, podziwiam Twoich bliskich, że tak czynnie włączyli się w pomoc niewinnym ofiarom tej straszliwej wojny. Dzięki takim ludziom świat może być lepszy.
Tak bardzo chciałabym wierzyć, że zarówno na świecie jak i w moim nędznym życiu zaświeci jeszcze słońce. Teraz jednak tkwię w tym ogromnym, wszechogarniającym mroku, z którego nie mogę dostrzec nawet iskierki światła. 
Pozdrawiam Was wszystkie udręczone serduszka i życzę nadziei na lepsze jutro.

30,966

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Hej kobietki
Dziś od rana odczuwam jakiś stres lęk sama nie wiem co mi jest… pierwszy raz od prawie 5 miesięcy (bo za kilka dni będzie równe 5 miesięcy jak go już ze mną nie ma) mam luźniejszy czas, wolny miesiąc. Zamknęłam pewne sprawy ale powiem szczerze ze mi tego brakuje. Kilka dni byłam w domu rodzinnym później kilka dni u siebie i tak w kółko, zawsze było coś do zrobienia , poza tym wtedy miałam jeszcze ten swoj kąt do którego mogę przyjechać, co tez mnie dobija. Staram się sobie jakoś organizować czas dzisiaj wyszłam na spacer, ale wyobrażałam sobie jakby było gdybyśmy mogli iść sobie właśnie razem, rozmawiać, żartować. Tak jak większości z was czy chyba nawet wszystkim, brakuje mi tej wspólnej codzienności. Ile bym oddała aby teraz moc normalnie wrócić z pracy położyć się obok niego spać, zrobić obiad, wyjść właśnie na spacer, pojechać na zakupy. Życie wszystkich dookoła się kręci, moje stanęło w miejscu. „Kontynuacja samotnego życia” dobrze powiedziane Jolu. Jak się tego nauczyć, jak w tym trwać.. to jest właśnie najgorsze. Nauczyć się wszystkiego od nowa i samej. Dziś sama z siebie zadzwoniłam do koleżanki. Kiedy mój T. Zmarł ona właśnie rozpoczęła nowy związek który jej się wiedzie i dobrze ale powiem wam nie mogę tego słuchac… chce normalnie rozmawiać z ludźmi i utrzymywać kontakty bo tego potrzebuje ale nie wiem ile jeszcze czasu upłynie jak będę słuchac o czyichś sprawach szczególnie damsko męskich bez żalu. Cały czas dołuje mnie czyjeś szczęście lub słuchanie o problemach które dla mnie są bardzo błahe. Czyjeś problemy przy tym co przeżywam to dla mnie na prawdę nic.

30,967

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane .
Nastały złe czasy . Obecna rzeczywistość budzi we mnie mnóstwo trudnych emocji . Napływające zewsząd doniesienia wpływają niekorzystnie na moje samopoczucie .  Jestem przerażona ogromem ludzkiej tragedii, która dzieje się na oczach świata. Cała ta sytuacja jest dołująca ze względu na brak poczucia bezpieczeństwa i  okropną samotność . Brak tej ukochanej , najważniejszej osoby jeszcze bardziej doskwiera w obliczu toczącej się wojny . Masz rację Jolu straciłyśmy osobiste bezpieczeństwo , nie mamy z kim podzielić się  troskami , obawami czy też zwyczajnie się wygadać. Znowu częściej płaczę , nawet drobiazg sprawia ,że rozklejam się  na dobre . Obiecałam sobie ,że nie będę się użalać nad sobą  ale jakoś mi to nie wychodzi . Dla mnie najgorsze są weekendy , ogarnia mnie taka niemoc i smutek . Z moim M nigdy nie było nudy , dzień  wypełniony wspólnymi zajeciami od świtu do nocy  . Dzień za dniem uciekał tak szybko , nieraz byłam ściekła  ,że już po weekendzie . A teraz snuję się z konta w kont , na niczym nie mogę  skupić uwagi , wszystko zdaje sie być bezsensowne . Czy tak już będzie zawsze ?
Ikario wiem jakie to bolesne i trudne w samotności być w miejscach  jeszcze nie tak dawno wspólnie  odwiedzanych , kroczyć  w samotności waszymi wspólnymi ścieżkami . Żal jest tak ogromny ,ze serce pęka za każdym razem od nowa . Jola pisała,że dopiero po cichutku zaczęła słuchać muzyki podczas samotej jazdy samochodem . Ja natomiast mam właczone radio na cały regulator  , bo tylko tak moge zagłuszyć myśli i powstrzymać łzy rozpaczy .
Aloes masz rację w cierpieniu strasznie wolno płynie czas . Czasem myślę ,że to dlatego aby bardziej  bolało .
Basiu to dobrze ,że rzucasz się na głeboką wodę w wir obowiazków  . Tym , że  starasz się pomalutku przepychcać dzień za dniem do przodu  dajesz mi ogromną nadzieję !
Pozdrawiam Was serdecznie , trzymajcie się dzielnie w tych trudnych czasach .

30,968

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Wszystkiego najlepszego kochane, aby było nam coraz lżej..

30,969

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane,
Droga Zzielona i Wszystkie Samotne Serduszka...
Czego życzyć Nam w takim dniu jak dziś, szczególnie tym dla których to pierwszy Dzień Kobiet bez Ukochanego.
Chyba tylko spokoju, siły i woli walki, aby przetrwać każdy kolejny pełen bólu i rozpaczy dzień.
To właśnie jeden z tych dni, w których nasze i tak już bardzo zbolałe serca krwawią jeszcze mocniej. Cóż nam po próżnych życzeniach składanych przez rodzinę, znajomych, bo tak "wypada" ? Ja dziś nie odbieram telefonów, po co mam wysłuchiwać kolejnych bzdetów typu "wszystkiego najlepszego" i przy okazji: " doszłaś już do siebie"... ?! Przecież już minęło "tyle" czasu, a Ty jeszcze rozpaczasz... ? I te durne słynne "ogarnij się wreszcie, weź się w garść" Po co mi to wszystko, nie mam na to siły... W spełnianie życzeń już przestałam wierzyć, a Ten Najważniejszy już nam ich dziś nie złoży... Mam jednak nadzieję, że Oni są, trwają gdzieś wciąż i czuwają nad nami, szczególnie w takie dni jak dziś.
Życzę Nam więc Kochane, abyśmy zawsze czuły Ich obecność i pieczę i niech to dodaje Nam sił...

30,970

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Kochane Kobiety dziś nasz dzień-i choć nigdy specjalnie za nim nie przepadałam  ale pracując z olbrzymią ilością ludzi - trzeba się było niejako podporządkować panującym zwyczajom.
Mój mąż - zawsze się śmiał,gdy przytulał mnie do siebie i mówił: jesteśmy dla siebie największymi prezentami..Ty dla mnie i Ja dla ciebie....
Od rana sporo SMS I MMS od Panów- wspólnych przyjaciół czy znajomych.Dobrze chociaż ,że spersonalizowane a nie tylko powielane wielokrotnie- chociaż i takie też mają swoje znaczenie...ze komuś się chciało kliknąć.
Smutek i żal nadal goszczą w moim domu - wygląda na to,że już na dobre się zadomowili.Czasami stają się nawet przez sporą chwilę niewidoczni,ale później znów o sobie przypominają.Co z tym zrobić? obawiam się ,że żadna z Nas nie ma dobrego pomysłu. Aloes27 cieszyłam się wnukami/na szczęście mąż też zdążył/ale po Jego śmierci straciłam kompletnie zainteresowanie Nimi.Pamiętam przestraszony wzrok Drugiej Babci - jak na siłę próbuje mi wciskach na ręce malutkiego wnuczka-a ja odmawiam - kręcąc przecząco głową.Myślałam sobie,czego Oni ode mnie chcą? ja nigdy niczego nie udawałam- to i teraz nie będę. Trochę później/6-8 m-c żałoby/zaczęłam ,,na nowo,, uczestniczyć w Ich życiu:najpierw stopniowo,później bardziej intensywnie.Zaczęłam do Nich jeździć- One do mnie,w związku z tym planowałam wspólne zabawy i zajęcia.Z tym wiązało się wyjście do sklepu,zakup potrzebnych rzeczy: np karbowanej bibuły na specjalne dekoracje,czy tradycyjnych pasków do ręcznie robionych gwiazdek. Nie wszystko udało się skończyć z wnukami- to później sama to robiłam.Zauważyłam,że sprawiało mi to frajdę- odciągało od negatywnych myśli.Sama porobiłam masę rzeczy znanych z dzieciństwa i ładnie popakowane dołączyłam do prezentów świątecznych.Śmiałam się z Ich zdziwionych/pozytywnie/min a w szczególności wnuków.
Teraz kupuję już powolutku nasiona wystawione w sklepach,poproszę wnuków o ich wysianie.Tak było w tamtym roku...na niczym mi nie zależało- poprosiłam żeby to zrobili za mnie- bo ja nie dam rady...I w ten oto sposób-buraczki były z nagietkami,a maciejka z pietruszką.Nieliczni odwiedzający mnie uznali,że to jakaś specjalna uprawa ekologiczna -ku swojej uciesze nie wyprowadzałam nikogo z błędu.
Postanowiłam  nie dać się zagarnąć w całości smutkowi- jak to było rok temu- tylko nawet używając podstępu - utargować coś dobrego dla siebie. Co z tego wyjdzie?nie wiem,ale będę pisać o ewentualnym postępie lub porażkach.
Uspakajało mnie też układanie puzzli - już nie tylko z wnukami,ale też z córką-te dla większych..... Syn udostępnił mi Netflixa - wybierałam filmy trudne :Trzy dni świąt,Matki równolegle,Ból i blask,Listy do Juli,Ludzki głos,Wszystko o mojej matce.W szczególności zaś długie seriale izraelskie:Shisel ,Fauda. To przy ich oglądaniu uzmysławiałam sobie,że nie tylko ja cierpię- że samych odcieni cierpienia jest tak wiele na naszym świecie,że praktycznie stało się one nierozerwalne z większością Nas.
Ludzie cierpią codziennie na swój sposób - nie dzieląc się tym z innymi,ba muszą nieść na swoich barkach przygniatający ich do ziemi ciężar nie żaląc się nikomu.....
To jak Oni to uniosą - to dlaczego nie ja?..podjęłam walkę- samotną - codzienną- okazało się b.żmudną...ale idę dalej- gubię się,znów odnajduję- ale staram się wciąż do przodu.
Od syna dostałam Oculusa- urządzenie w postaci wielkich gogli-umożliwiające uczestnictwo w wirtualnym świecie.Mogłam być w 1 rzędzie na dowolnym koncercie na żywo,skakać ze  spadochronem,jeździć zimą psim zaprzęgiem na Alasce,czy ćwiczyć na szczycie lodowca..Po jakimś czasie- sama wybierałam sobie dodatkowo gry:np.żyłam jako mieszczka w 18 wieku,a później musiałam uciekać za swoje poglądy....lub przenosiłam się w 15-16 wiek i uwalniałam ludzi zatrzymanych za przekonania religijne.Uwierzcie mi,to bardzo wciąga i pomaga zapomnieć o troskach- a najważniejsze nie kojarzy się ze zmarłym mężem i jest bardzo..bardzo czasochłonne- a to najważniejsze było.... żeby godziny płynęły szybciej....
Od dawna już zaniechałam przynajmniej na jakiś czas - tzw:bezpiecznych czynności zastępczych/tą nazwę sama sobie wymyśliłam na swój użytek/,co nie oznacza -że do nich nie wrócę.Po prostu na chwilę obecną szkoda mi już czasu,teraz mogę już czytać książki- do tej pory miałam duży problem ze skupieniem się nad tekstem.Wyszło słońce-powinnam zacząć porządki wiosenne w domu i na zewnątrz.Mam sporo do zrobienia i tu i tu- bo nawet do końca nie rozpakowałam kilu kartonów z przeprowadzki- choć w kwietniu minie od niej rok!? Daję sobie czas,choć widzę zdziwione miny moich dzieci,gdy zamiast wjechać autem do garażu- muszę parkować na zewnątrz- bo nadal jego powierzchnia służy jako przechowalnia różnych nieuporządkowanych przeze mnie rzeczy.
Uwiera mnie taki stan rzeczy bardzo-bo zawsze ja ,a przede wszystkim mój mąż lubiliśmy ład i porządek wśród dokumentów,rzeczy osobistych i męczył nas bałagan i rozgardiasz w domu.Nawet jak gdzieś wyjeżdżaliśmy/a było to często/starałam się zostawiać dom w porządku - przyjemniej było wracać do posprzątanego mieszkania.
Teraz też się staram,ale różnie z tym bywa- brak mi motywacji,choć coraz lepiej mi w tym temacie idzie. Drogie moje,życzę Wszystkim powrotu do codzienności i względnej
normalności,choć wszystko wskazuje na to ,że już nic nie będzie takie same - a co za tym idzie i Nam nie będzie się łatwo odnaleźć w czasie trwania naszej  żałoby- w nowej samotnej rzeczywistości jaka zapanowała po wybuchu wojny w Ukrainie.Pozdrawiam bardzo serdecznie.

30,971

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane,
Jolu masz rację okropne ostatnio czasy, najpierw strach przed Covid, teraz przed tym co się dzieje za naszą granicą, i przed tym co dalej? A my w tym wszystkim same, z lękami, z myślami, którymi nie możemy się podzielić z naszymi Ukochanymi. Mój M. całe nasze życie dawał mi ogromne poczucie bezpieczeństwa, z Nim wszystko było łatwe, a teraz z tym strachem i obawami jestem sama.
Spotykam się z rodziną, mam cudowną mamę, siostrę, szwagra, siostrzeńca, młodego, cudownego człowieka, na którego zawsze mogę liczyć, przyjaciółki, bliskie koleżanki,  które wyciągają mnie „na miasto”, na spacery, odwiedzają mnie, ale potem każdy idzie w swoją stronę, do swojego życia, a ja zostaję sama, w tym pustym domu.
Jak to kiedyś napisała Maadlen, straszna jest ta wdowia samotność.
Jolu ja jeszcze mam komórkę M., nie mam siły rozwiązać umowy, wciąż dzwonią jeszcze do Niego, M. był bardzo aktywny zawodowo, a ja muszę mówić, że M. odszedł, przepraszają, że nie wiedzieli, a ja potem mam rozbity dzień. Wiem, że powinnam się zmusić, żeby zamknąć konto firmowe, rozwiązać umowę z operatorem telefonu, sprzedać samochód, bo to są też koszty, które niepotrzebnie ponoszę, ale nie mam jeszcze na to siły. Samochód stoi, jak stał od ponad 4 miesięcy, a ja nie mam odwagi nawet do niego zajrzeć.
Aloes21, to co piszesz, to jakbyś pisała o mnie. Ja też nie widzę sensu w tej samotnej rzeczywistości, takiego życia nie chcę, ale na razie innego nie mam i chciałabym się z takim życiem pogodzić, na razie nie umiem. Też nic nie sprawia mi przyjemności, każda czynność, którą wykonuję wzbudza wspomnienia, przypomina konkretne sytuacje, nawet rzeczy, które średnio lubiłam robić sprawiały mi radość, bo jak jest się szczęśliwym to wszystko cieszy, a teraz tylko przynosi smutek i ten okropny ból.
Zmuszam się w domu do wszystkiego, snuję się z kąta w kąt, zajrzę to tu, to tam, z nadzieją, że może coś mi się zachce zrobić, ale nie chce mi się nic, czekam tylko aż będzie noc, ale ostatnio nawet sen nie daje mi odpocząć.
Zzielona ja się spotykam często z ludźmi, ale tylko z bardzo ścisłym gronem, zazwyczaj z jedną, góra z dwiema koleżankami na raz, rozmawiam szczerze o moich uczuciach, koleżanki nie wiedziały, jak się zachować, czy mogą mówić o wszystkim, a ja chcę żeby mówiły o swoich problemach, chociaż tak, jak piszesz dla nas one są błahe, chcę żeby też mówiły o tym co je cieszy. Uprzedziłam, że nie jestem dobrym słuchaczem, staram się, ale moje myśli wciąż uciekają do mojego M., więc niech się nie denerwują, kiedy zapytam co mówiły, rozmówcą też nie jestem, więc niech się nie dziwią, że często milczę, jestem ciągle z boku, są wyrozumiałe i bardzo pomaga mi ich obecność, inaczej chyba bym dawno już oszalała.
Ostatnio zapytałam moją przyjaciółkę, która jest na początku szczęśliwego związku, jak się jej układa, i ona się bała mi opowiadać, jaka jest szczęśliwa, żeby mnie nie zranić.
A ja chcę słuchać o jej szczęściu, potrzebuję od niej dobrych wiadomości, zwłaszcza że, całe życie miała pod górkę, kiedyś ona cieszyła się moim szczęściem, ja słuchałam jej żali, teraz ona mnie wysłuchuje, a ja się cieszę, że i jej zaświeciło słońce.
Natomiast dołuje mnie widok szczęśliwych par, ale obcych. Kiedy jestem z koleżanką na spacerze nad morzem i widzę uśmiechnięte pary, zwłaszcza takie w moim wieku i starsze to czuję żal i smutek, że ja już tak z moim M. nie pospaceruję, ani teraz ani „na starość”, a przecież tak miało być. Bylibyśmy takimi zakochanymi staruszkami trzymającymi się za ręce.
Jolu, pisząc o filmach mi się przypomniało, że ostatnio oglądałam serial After Life, to jest co prawda odwrotna sytuacja, tam mąż traci żonę, ale jakże prawdziwy dla nas. Wspaniałe postaci, żadna z nich nie jest przypadkowa, każda ma swój udział po coś, świetne relacje międzyludzkie, dużo mądrych słów, które mi pomogły, przynajmniej na jakiś czas.
Nie jest dołujący, mimo tragedii, jaka spotkała głównego bohatera, wzrusza do łez, ale też śmieszy. Może trochę drażnić wulgarny język czasami, ale tylko na początku. Bardzo Wam Dziewczyny polecam.
My z M. też nie obchodziliśmy Dnia Kobiet, ale kwiaty mi zawsze kupował, więc dzisiaj sobie kupiłam od Niego tulipany, żółte, słoneczne i wypiłam z Nim lampkę wina po pracy.
Poza standardowymi życzeniami, co mogą wkurzać, ale przecież koledzy chcą dobrze, otrzymałam "laurkę" od koleżanki synków, zrobionych ręką ich mamy, bo to maluszki są, ale bardzo mnie to wzruszyło i aż się uśmiechnęłam na widok kartki od takich przystojniaków. Bardzo to miłe było.
Trzymajmy się i piszmy w tym trudnym dla nas i dla innych kobiet, czasie.
Kochane pozdrawiam Was bardzo serdecznie.

30,972

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny Drogie,
Jest tu najwyraźniej, na tym naszym Forum jakaś magia, dobra energia... Jakaś niewidzialna siła czy też więź z Wami ciągnie mnie właściwie codziennie, aby tutaj napisać. Odczuwam potrzebę podzielenia się z Wami moimi sprawami i troskami każdego samotnego dnia, przepełnionego bólem i tęsknotą.
Dzisiaj postawiliśmy pomnik na grobie mojego ukochanego Męża. To dla mnie w pewnym sensie forma oddania Mu szacunku i hołdu. Jednak to także ogromny stres i takie przykre emocje, że jedyne, co mogę zrobić dla mojego Męża, to mu postawić nagrobek.
Cóż mi więc teraz zostało, złożyć kwiaty, zapalić lampkę i pomodlić się nad Jego grobem...
Zostają natomiast i wciąż wiernie mi towarzyszą uczucia bólu, smutku, żalu. Tęsknota jest coraz silniejsza, samotność dokucza tak bardzo, a bezradność, niemoc i trwoga zaciska swą bezlitosną obręcz coraz ciaśniej.
Nie ma żadnej drogi wyjścia, żadnej alternatywy, żadnej przyszłości, żadnej nadziei...
Ja nie potrafię nauczyć się żyć bez Mojego Najdroższego Człowieka na Ziemi. To On był moim Życiem. Poznaliśmy się gdy miałam 17 lat, był jedyną najprawdziwszą Miłością mojego życia. Był moim Mężem, Przyjacielem, Opiekunem i najwierniejszym Towarzyszem przez 30 najszczęśliwszych lat życia.
Tak się tu rozklejam przed Wami, ale przecież wiem, jak dobrze rozumiecie moją rozpacz.
Wszystkie czujemy podobnie.
Kochana Ikario, jak dobrze, że masz tyle wsparcia od rodziny, przyjaciółek, znajomych.
Jakie to szczęście, że masz Mamę, która jest chyba najlepszym balsamem na Twe zranione serce. Moja ukochana Mamusia odeszła w najtrudniejszym dla mnie czasie, cztery miesiące po śmierci mojego Męża. 
Córka założyła rodzinę 5 lat temu i wyprowadziła się z domu. Został ze mną tylko 24-letni Syn. Wspiera mnie jak umie, ale Jemu też jest bardzo ciężko po stracie ukochanego Taty i dziadków. Poza tym praca, studia, dziewczyna, znajomi..Córka ma dwoje małych dzieci i mnóstwo obowiązków. Też bardzo przeżywa śmierć bliskich, szczególnie Taty. Przyjeżdżają kiedy tylko to możliwe, ale praca, dom, dzieci no i własne życie.
Mam dwie siostry, jedna mieszka w Niemczech, więc kontakt wiadomo, ograniczony, szczególnie w obecnej sytuacji. Druga siostra mieszka wprawdzie w Polsce, ale prowadzi bardzo aktywny tryb życia, ciągle w biegu. Telefonicznie wspierają owszem jak mogą. Zawsze, o każdej porze mogę zadzwonić, pogadać, wypłakać się i wyżalić do woli. Mam tylko jedną bliższą koleżankę, mężatkę, Ona jest przy mnie, gdy tego potrzebuję, jednak nie do końca rozumie...
Rodzice męża nie żyją od dawna, zmarli też młodo... Jego rodzeństwo niestety odsunęło się ode mnie, po tej tragedii. Przykre... No cóż pewnie poniekąd winią mnie za to nieszczęście... Poza tym nie chcą wciąż umartwiać się i celebrować ze mną mojej żałoby.
Tak więc przyszło mi w ciszy i samotności trwać w tym bezgranicznym bólu i rozpaczy.
Kiedy był On, wszystko było takie proste, nie było problemu, którego nie moglibyśmy razem rozwiązać. Bo była w nas ogromna Moc, Miłość i Szczęście...
Została pustka i nicość...
Przepraszam Was Kochane, być może powtarzam się w tych moich wpisach, ale po prostu piszę co czuję. A czuję uparcie wciąż to samo: ROZPACZ, TĘSKNOTĘ I BÓL

30,973

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny Drogie,
Jest tu najwyraźniej, na tym naszym Forum jakaś magia, dobra energia... Jakaś niewidzialna siła czy też więź z Wami ciągnie mnie właściwie codziennie, aby tutaj napisać. Odczuwam potrzebę podzielenia się z Wami moimi sprawami i troskami każdego samotnego dnia, przepełnionego bólem i tęsknotą.
Dzisiaj postawiliśmy pomnik na grobie mojego ukochanego Męża. To dla mnie w pewnym sensie forma oddania Mu szacunku i hołdu. Jednak to także ogromny stres i takie przykre emocje, że jedyne, co mogę zrobić dla mojego Męża, to mu postawić nagrobek.
Cóż mi więc teraz zostało, złożyć kwiaty, zapalić lampkę i pomodlić się nad Jego grobem...
Zostają natomiast i wciąż wiernie mi towarzyszą uczucia bólu, smutku, żalu. Tęsknota jest coraz silniejsza, samotność dokucza tak bardzo, a bezradność, niemoc i trwoga zaciska swą bezlitosną obręcz coraz ciaśniej.
Nie ma żadnej drogi wyjścia, żadnej alternatywy, żadnej przyszłości, żadnej nadziei...
Ja nie potrafię nauczyć się żyć bez Mojego Najdroższego Człowieka na Ziemi. To On był moim Życiem. Poznaliśmy się gdy miałam 17 lat, był jedyną najprawdziwszą Miłością mojego życia. Był moim Mężem, Przyjacielem, Opiekunem i najwierniejszym Towarzyszem przez 30 najszczęśliwszych lat życia.
Tak się tu rozklejam przed Wami, ale przecież wiem, jak dobrze rozumiecie moją rozpacz.
Wszystkie czujemy podobnie.
Kochana Ikario, jak dobrze, że masz tyle wsparcia od rodziny, przyjaciółek, znajomych.
Jakie to szczęście, że masz Mamę, która jest chyba najlepszym balsamem na Twe zranione serce. Moja ukochana Mamusia odeszła w najtrudniejszym dla mnie czasie, cztery miesiące po śmierci mojego Męża. 
Córka założyła rodzinę 5 lat temu i wyprowadziła się z domu. Został ze mną tylko 24-letni Syn. Wspiera mnie jak umie, ale Jemu też jest bardzo ciężko po stracie ukochanego Taty i dziadków. Poza tym praca, studia, dziewczyna, znajomi..Córka ma dwoje małych dzieci i mnóstwo obowiązków. Też bardzo przeżywa śmierć bliskich, szczególnie Taty. Przyjeżdżają kiedy tylko to możliwe, ale praca, dom, dzieci no i własne życie.
Mam dwie siostry, jedna mieszka w Niemczech, więc kontakt wiadomo, ograniczony, szczególnie w obecnej sytuacji. Druga siostra mieszka wprawdzie w Polsce, ale prowadzi bardzo aktywny tryb życia, ciągle w biegu. Telefonicznie wspierają owszem jak mogą. Zawsze, o każdej porze mogę zadzwonić, pogadać, wypłakać się i wyżalić do woli. Mam tylko jedną bliższą koleżankę, mężatkę, Ona jest przy mnie, gdy tego potrzebuję, jednak nie do końca rozumie...
Rodzice męża nie żyją od dawna, zmarli też młodo... Jego rodzeństwo niestety odsunęło się ode mnie, po tej tragedii. Przykre... No cóż pewnie poniekąd winią mnie za to nieszczęście... Poza tym nie chcą wciąż umartwiać się i celebrować ze mną mojej żałoby.
Tak więc przyszło mi w ciszy i samotności trwać w tym bezgranicznym bólu i rozpaczy.
Kiedy był On, wszystko było takie proste, nie było problemu, którego nie moglibyśmy razem rozwiązać. Bo była w nas ogromna Moc, Miłość i Szczęście...
Została pustka i nicość...
Przepraszam Was Kochane, być może powtarzam się w tych moich wpisach, ale po prostu piszę co czuję. A czuję uparcie wciąż to samo: ROZPACZ, TĘSKNOTĘ I BÓL

30,974

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny Drogie,
Jest tu najwyraźniej, na tym naszym Forum jakaś magia, dobra energia... Jakaś niewidzialna siła czy też więź z Wami ciągnie mnie właściwie codziennie, aby tutaj napisać. Odczuwam potrzebę podzielenia się z Wami moimi sprawami i troskami każdego samotnego dnia, przepełnionego bólem i tęsknotą.
Dzisiaj postawiliśmy pomnik na grobie mojego ukochanego Męża. To dla mnie w pewnym sensie forma oddania Mu szacunku i hołdu. Jednak to także ogromny stres i takie przykre emocje, że jedyne, co mogę zrobić dla mojego Męża, to mu postawić nagrobek.
Cóż mi więc teraz zostało, złożyć kwiaty, zapalić lampkę i pomodlić się nad Jego grobem...
Zostają natomiast i wciąż wiernie mi towarzyszą uczucia bólu, smutku, żalu. Tęsknota jest coraz silniejsza, samotność dokucza tak bardzo, a bezradność, niemoc i trwoga zaciska swą bezlitosną obręcz coraz ciaśniej.
Nie ma żadnej drogi wyjścia, żadnej alternatywy, żadnej przyszłości, żadnej nadziei...
Ja nie potrafię nauczyć się żyć bez Mojego Najdroższego Człowieka na Ziemi. To On był moim Życiem. Poznaliśmy się gdy miałam 17 lat, był jedyną najprawdziwszą Miłością mojego życia. Był moim Mężem, Przyjacielem, Opiekunem i najwierniejszym Towarzyszem przez 30 najszczęśliwszych lat życia.
Tak się tu rozklejam przed Wami, ale przecież wiem, jak dobrze rozumiecie moją rozpacz.
Wszystkie czujemy podobnie.
Kochana Ikario, jak dobrze, że masz tyle wsparcia od rodziny, przyjaciółek, znajomych.
Jakie to szczęście, że masz Mamę, która jest chyba najlepszym balsamem na Twe zranione serce. Moja ukochana Mamusia odeszła w najtrudniejszym dla mnie czasie, cztery miesiące po śmierci mojego Męża. 
Córka założyła rodzinę 5 lat temu i wyprowadziła się z domu. Został ze mną tylko 24-letni Syn. Wspiera mnie jak umie, ale Jemu też jest bardzo ciężko po stracie ukochanego Taty i dziadków. Poza tym praca, studia, dziewczyna, znajomi..Córka ma dwoje małych dzieci i mnóstwo obowiązków. Też bardzo przeżywa śmierć bliskich, szczególnie Taty. Przyjeżdżają kiedy tylko to możliwe, ale praca, dom, dzieci no i własne życie.
Mam dwie siostry, jedna mieszka w Niemczech, więc kontakt wiadomo, ograniczony, szczególnie w obecnej sytuacji. Druga siostra mieszka wprawdzie w Polsce, ale prowadzi bardzo aktywny tryb życia, ciągle w biegu. Telefonicznie wspierają owszem jak mogą. Zawsze, o każdej porze mogę zadzwonić, pogadać, wypłakać się i wyżalić do woli. Mam tylko jedną bliższą koleżankę, mężatkę, Ona jest przy mnie, gdy tego potrzebuję, jednak nie do końca rozumie...
Rodzice męża nie żyją od dawna, zmarli też młodo... Jego rodzeństwo niestety odsunęło się ode mnie, po tej tragedii. Przykre... No cóż pewnie poniekąd winią mnie za to nieszczęście... Poza tym nie chcą wciąż umartwiać się i celebrować ze mną mojej żałoby.
Tak więc przyszło mi w ciszy i samotności trwać w tym bezgranicznym bólu i rozpaczy.
Kiedy był On, wszystko było takie proste, nie było problemu, którego nie moglibyśmy razem rozwiązać. Bo była w nas ogromna Moc, Miłość i Szczęście...
Została pustka i nicość...
Przepraszam Was Kochane, być może powtarzam się w tych moich wpisach, ale po prostu piszę co czuję. A czuję uparcie wciąż to samo: ROZPACZ, TĘSKNOTĘ I BÓL

30,975

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny Drogie,
Jest tu najwyraźniej, na tym naszym Forum jakaś magia, dobra energia... Jakaś niewidzialna siła czy też więź z Wami ciągnie mnie właściwie codziennie, aby tutaj napisać. Odczuwam potrzebę podzielenia się z Wami moimi sprawami i troskami każdego samotnego dnia, przepełnionego bólem i tęsknotą.
Dzisiaj postawiliśmy pomnik na grobie mojego ukochanego Męża. To dla mnie w pewnym sensie forma oddania Mu szacunku i hołdu. Jednak to także ogromny stres i takie przykre emocje, że jedyne, co mogę zrobić dla mojego Męża, to mu postawić nagrobek.
Cóż mi więc teraz zostało, złożyć kwiaty, zapalić lampkę i pomodlić się nad Jego grobem...
Zostają natomiast i wciąż wiernie mi towarzyszą uczucia bólu, smutku, żalu. Tęsknota jest coraz silniejsza, samotność dokucza tak bardzo, a bezradność, niemoc i trwoga zaciska swą bezlitosną obręcz coraz ciaśniej.
Nie ma żadnej drogi wyjścia, żadnej alternatywy, żadnej przyszłości, żadnej nadziei...
Ja nie potrafię nauczyć się żyć bez Mojego Najdroższego Człowieka na Ziemi. To On był moim Życiem. Poznaliśmy się gdy miałam 17 lat, był jedyną najprawdziwszą Miłością mojego życia. Był moim Mężem, Przyjacielem, Opiekunem i najwierniejszym Towarzyszem przez 30 najszczęśliwszych lat życia.
Tak się tu rozklejam przed Wami, ale przecież wiem, jak dobrze rozumiecie moją rozpacz.
Wszystkie czujemy podobnie.
Kochana Ikario, jak dobrze, że masz tyle wsparcia od rodziny, przyjaciółek, znajomych.
Jakie to szczęście, że masz Mamę, która jest chyba najlepszym balsamem na Twe zranione serce. Moja ukochana Mamusia odeszła w najtrudniejszym dla mnie czasie, cztery miesiące po śmierci mojego Męża. 
Córka założyła rodzinę 5 lat temu i wyprowadziła się z domu. Został ze mną tylko 24-letni Syn. Wspiera mnie jak umie, ale Jemu też jest bardzo ciężko po stracie ukochanego Taty i dziadków. Poza tym praca, studia, dziewczyna, znajomi..Córka ma dwoje małych dzieci i mnóstwo obowiązków. Też bardzo przeżywa śmierć bliskich, szczególnie Taty. Przyjeżdżają kiedy tylko to możliwe, ale praca, dom, dzieci no i własne życie.
Mam dwie siostry, jedna mieszka w Niemczech, więc kontakt wiadomo, ograniczony, szczególnie w obecnej sytuacji. Druga siostra mieszka wprawdzie w Polsce, ale prowadzi bardzo aktywny tryb życia, ciągle w biegu. Telefonicznie wspierają owszem jak mogą. Zawsze, o każdej porze mogę zadzwonić, pogadać, wypłakać się i wyżalić do woli. Mam tylko jedną bliższą koleżankę, mężatkę, Ona jest przy mnie, gdy tego potrzebuję, jednak nie do końca rozumie...
Rodzice męża nie żyją od dawna, zmarli też młodo... Jego rodzeństwo niestety odsunęło się ode mnie, po tej tragedii. Przykre... No cóż pewnie poniekąd winią mnie za to nieszczęście... Poza tym nie chcą wciąż umartwiać się i celebrować ze mną mojej żałoby.
Tak więc przyszło mi w ciszy i samotności trwać w tym bezgranicznym bólu i rozpaczy.
Kiedy był On, wszystko było takie proste, nie było problemu, którego nie moglibyśmy razem rozwiązać. Bo była w nas ogromna Moc, Miłość i Szczęście...
Została pustka i nicość...
Przepraszam Was Kochane, być może powtarzam się w tych moich wpisach, ale po prostu piszę co czuję. A czuję uparcie wciąż to samo: ROZPACZ, TĘSKNOTĘ I BÓL

30,976

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny Drogie,
Jest tu najwyraźniej, na tym naszym Forum jakaś magia, dobra energia... Jakaś niewidzialna siła czy też więź z Wami ciągnie mnie właściwie codziennie, aby tutaj napisać. Odczuwam potrzebę podzielenia się z Wami moimi sprawami i troskami każdego samotnego dnia, przepełnionego bólem i tęsknotą.
Dzisiaj postawiliśmy pomnik na grobie mojego ukochanego Męża. To dla mnie w pewnym sensie forma oddania Mu szacunku i hołdu. Jednak to także ogromny stres i takie przykre emocje, że jedyne, co mogę zrobić dla mojego Męża, to mu postawić nagrobek.
Cóż mi więc teraz zostało, złożyć kwiaty, zapalić lampkę i pomodlić się nad Jego grobem...
Zostają natomiast i wciąż wiernie mi towarzyszą uczucia bólu, smutku, żalu. Tęsknota jest coraz silniejsza, samotność dokucza tak bardzo, a bezradność, niemoc i trwoga zaciska swą bezlitosną obręcz coraz ciaśniej.
Nie ma żadnej drogi wyjścia, żadnej alternatywy, żadnej przyszłości, żadnej nadziei...
Ja nie potrafię nauczyć się żyć bez Mojego Najdroższego Człowieka na Ziemi. To On był moim Życiem. Poznaliśmy się gdy miałam 17 lat, był jedyną najprawdziwszą Miłością mojego życia. Był moim Mężem, Przyjacielem, Opiekunem i najwierniejszym Towarzyszem przez 30 najszczęśliwszych lat życia.
Tak się tu rozklejam przed Wami, ale przecież wiem, jak dobrze rozumiecie moją rozpacz.
Wszystkie czujemy podobnie.
Kochana Ikario, jak dobrze, że masz tyle wsparcia od rodziny, przyjaciółek, znajomych.
Jakie to szczęście, że masz Mamę, która jest chyba najlepszym balsamem na Twe zranione serce. Moja ukochana Mamusia odeszła w najtrudniejszym dla mnie czasie, cztery miesiące po śmierci mojego Męża. 
Córka założyła rodzinę 5 lat temu i wyprowadziła się z domu. Został ze mną tylko 24-letni Syn. Wspiera mnie jak umie, ale Jemu też jest bardzo ciężko po stracie ukochanego Taty i dziadków. Poza tym praca, studia, dziewczyna, znajomi..Córka ma dwoje małych dzieci i mnóstwo obowiązków. Też bardzo przeżywa śmierć bliskich, szczególnie Taty. Przyjeżdżają kiedy tylko to możliwe, ale praca, dom, dzieci no i własne życie.
Mam dwie siostry, jedna mieszka w Niemczech, więc kontakt wiadomo, ograniczony, szczególnie w obecnej sytuacji. Druga siostra mieszka wprawdzie w Polsce, ale prowadzi bardzo aktywny tryb życia, ciągle w biegu. Telefonicznie wspierają owszem jak mogą. Zawsze, o każdej porze mogę zadzwonić, pogadać, wypłakać się i wyżalić do woli. Mam tylko jedną bliższą koleżankę, mężatkę, Ona jest przy mnie, gdy tego potrzebuję, jednak nie do końca rozumie...
Rodzice męża nie żyją od dawna, zmarli też młodo... Jego rodzeństwo niestety odsunęło się ode mnie, po tej tragedii. Przykre... No cóż pewnie poniekąd winią mnie za to nieszczęście... Poza tym nie chcą wciąż umartwiać się i celebrować ze mną mojej żałoby.
Tak więc przyszło mi w ciszy i samotności trwać w tym bezgranicznym bólu i rozpaczy.
Kiedy był On, wszystko było takie proste, nie było problemu, którego nie moglibyśmy razem rozwiązać. Bo była w nas ogromna Moc, Miłość i Szczęście...
Została pustka i nicość...
Przepraszam Was Kochane, być może powtarzam się w tych moich wpisach, ale po prostu piszę co czuję. A czuję uparcie wciąż to samo: ROZPACZ, TĘSKNOTĘ I BÓL

30,977

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny Drogie,
Jest tu najwyraźniej, na tym naszym Forum jakaś magia, dobra energia... Jakaś niewidzialna siła czy też więź z Wami ciągnie mnie właściwie codziennie, aby tutaj napisać. Odczuwam potrzebę podzielenia się z Wami moimi sprawami i troskami każdego samotnego dnia, przepełnionego bólem i tęsknotą.
Dzisiaj postawiliśmy pomnik na grobie mojego ukochanego Męża. To dla mnie w pewnym sensie forma oddania Mu szacunku i hołdu. Jednak to także ogromny stres i takie przykre emocje, że jedyne, co mogę zrobić dla mojego Męża, to mu postawić nagrobek.
Cóż mi więc teraz zostało, złożyć kwiaty, zapalić lampkę i pomodlić się nad Jego grobem...
Zostają natomiast i wciąż wiernie mi towarzyszą uczucia bólu, smutku, żalu. Tęsknota jest coraz silniejsza, samotność dokucza tak bardzo, a bezradność, niemoc i trwoga zaciska swą bezlitosną obręcz coraz ciaśniej.
Nie ma żadnej drogi wyjścia, żadnej alternatywy, żadnej przyszłości, żadnej nadziei...
Ja nie potrafię nauczyć się żyć bez Mojego Najdroższego Człowieka na Ziemi. To On był moim Życiem. Poznaliśmy się gdy miałam 17 lat, był jedyną najprawdziwszą Miłością mojego życia. Był moim Mężem, Przyjacielem, Opiekunem i najwierniejszym Towarzyszem przez 30 najszczęśliwszych lat życia.
Tak się tu rozklejam przed Wami, ale przecież wiem, jak dobrze rozumiecie moją rozpacz.
Wszystkie czujemy podobnie.
Kochana Ikario, jak dobrze, że masz tyle wsparcia od rodziny, przyjaciółek, znajomych.
Jakie to szczęście, że masz Mamę, która jest chyba najlepszym balsamem na Twe zranione serce. Moja ukochana Mamusia odeszła w najtrudniejszym dla mnie czasie, cztery miesiące po śmierci mojego Męża. 
Córka założyła rodzinę 5 lat temu i wyprowadziła się z domu. Został ze mną tylko 24-letni Syn. Wspiera mnie jak umie, ale Jemu też jest bardzo ciężko po stracie ukochanego Taty i dziadków. Poza tym praca, studia, dziewczyna, znajomi..Córka ma dwoje małych dzieci i mnóstwo obowiązków. Też bardzo przeżywa śmierć bliskich, szczególnie Taty. Przyjeżdżają kiedy tylko to możliwe, ale praca, dom, dzieci no i własne życie.
Mam dwie siostry, jedna mieszka w Niemczech, więc kontakt wiadomo, ograniczony, szczególnie w obecnej sytuacji. Druga siostra mieszka wprawdzie w Polsce, ale prowadzi bardzo aktywny tryb życia, ciągle w biegu. Telefonicznie wspierają owszem jak mogą. Zawsze, o każdej porze mogę zadzwonić, pogadać, wypłakać się i wyżalić do woli. Mam tylko jedną bliższą koleżankę, mężatkę, Ona jest przy mnie, gdy tego potrzebuję, jednak nie do końca rozumie...
Rodzice męża nie żyją od dawna, zmarli też młodo... Jego rodzeństwo niestety odsunęło się ode mnie, po tej tragedii. Przykre... No cóż pewnie poniekąd winią mnie za to nieszczęście... Poza tym nie chcą wciąż umartwiać się i celebrować ze mną mojej żałoby.
Tak więc przyszło mi w ciszy i samotności trwać w tym bezgranicznym bólu i rozpaczy.
Kiedy był On, wszystko było takie proste, nie było problemu, którego nie moglibyśmy razem rozwiązać. Bo była w nas ogromna Moc, Miłość i Szczęście...
Została pustka i nicość...
Przepraszam Was Kochane, być może powtarzam się w tych moich wpisach, ale po prostu piszę co czuję. A czuję uparcie wciąż to samo: ROZPACZ, TĘSKNOTĘ I BÓL

30,978

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny Drogie,
Jest tu najwyraźniej, na tym naszym Forum jakaś magia, dobra energia... Jakaś niewidzialna siła czy też więź z Wami ciągnie mnie właściwie codziennie, aby tutaj napisać. Odczuwam potrzebę podzielenia się z Wami moimi sprawami i troskami każdego samotnego dnia, przepełnionego bólem i tęsknotą.
Dzisiaj postawiliśmy pomnik na grobie mojego ukochanego Męża. To dla mnie w pewnym sensie forma oddania Mu szacunku i hołdu. Jednak to także ogromny stres i takie przykre emocje, że jedyne, co mogę zrobić dla mojego Męża, to mu postawić nagrobek.
Cóż mi więc teraz zostało, złożyć kwiaty, zapalić lampkę i pomodlić się nad Jego grobem...
Zostają natomiast i wciąż wiernie mi towarzyszą uczucia bólu, smutku, żalu. Tęsknota jest coraz silniejsza, samotność dokucza tak bardzo, a bezradność, niemoc i trwoga zaciska swą bezlitosną obręcz coraz ciaśniej.
Nie ma żadnej drogi wyjścia, żadnej alternatywy, żadnej przyszłości, żadnej nadziei...
Ja nie potrafię nauczyć się żyć bez Mojego Najdroższego Człowieka na Ziemi. To On był moim Życiem. Poznaliśmy się gdy miałam 17 lat, był jedyną najprawdziwszą Miłością mojego życia. Był moim Mężem, Przyjacielem, Opiekunem i najwierniejszym Towarzyszem przez 30 najszczęśliwszych lat życia.
Tak się tu rozklejam przed Wami, ale przecież wiem, jak dobrze rozumiecie moją rozpacz.
Wszystkie czujemy podobnie.
Kochana Ikario, jak dobrze, że masz tyle wsparcia od rodziny, przyjaciółek, znajomych.
Jakie to szczęście, że masz Mamę, która jest chyba najlepszym balsamem na Twe zranione serce. Moja ukochana Mamusia odeszła w najtrudniejszym dla mnie czasie, cztery miesiące po śmierci mojego Męża. 
Córka założyła rodzinę 5 lat temu i wyprowadziła się z domu. Został ze mną tylko 24-letni Syn. Wspiera mnie jak umie, ale Jemu też jest bardzo ciężko po stracie ukochanego Taty i dziadków. Poza tym praca, studia, dziewczyna, znajomi..Córka ma dwoje małych dzieci i mnóstwo obowiązków. Też bardzo przeżywa śmierć bliskich, szczególnie Taty. Przyjeżdżają kiedy tylko to możliwe, ale praca, dom, dzieci no i własne życie.
Mam dwie siostry, jedna mieszka w Niemczech, więc kontakt wiadomo, ograniczony, szczególnie w obecnej sytuacji. Druga siostra mieszka wprawdzie w Polsce, ale prowadzi bardzo aktywny tryb życia, ciągle w biegu. Telefonicznie wspierają owszem jak mogą. Zawsze, o każdej porze mogę zadzwonić, pogadać, wypłakać się i wyżalić do woli. Mam tylko jedną bliższą koleżankę, mężatkę, Ona jest przy mnie, gdy tego potrzebuję, jednak nie do końca rozumie...
Rodzice męża nie żyją od dawna, zmarli też młodo... Jego rodzeństwo niestety odsunęło się ode mnie, po tej tragedii. Przykre... No cóż pewnie poniekąd winią mnie za to nieszczęście... Poza tym nie chcą wciąż umartwiać się i celebrować ze mną mojej żałoby.
Tak więc przyszło mi w ciszy i samotności trwać w tym bezgranicznym bólu i rozpaczy.
Kiedy był On, wszystko było takie proste, nie było problemu, którego nie moglibyśmy razem rozwiązać. Bo była w nas ogromna Moc, Miłość i Szczęście...
Została pustka i nicość...
Przepraszam Was Kochane, być może powtarzam się w tych moich wpisach, ale po prostu piszę co czuję. A czuję uparcie wciąż to samo: ROZPACZ, TĘSKNOTĘ I BÓL

30,979

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny Drogie,
Jest tu najwyraźniej, na tym naszym Forum jakaś magia, dobra energia... Jakaś niewidzialna siła czy też więź z Wami ciągnie mnie właściwie codziennie, aby tutaj napisać. Odczuwam potrzebę podzielenia się z Wami moimi sprawami i troskami każdego samotnego dnia, przepełnionego bólem i tęsknotą.
Dzisiaj postawiliśmy pomnik na grobie mojego ukochanego Męża. To dla mnie w pewnym sensie forma oddania Mu szacunku i hołdu. Jednak to także ogromny stres i takie przykre emocje, że jedyne, co mogę zrobić dla mojego Męża, to mu postawić nagrobek.
Cóż mi więc teraz zostało, złożyć kwiaty, zapalić lampkę i pomodlić się nad Jego grobem...
Zostają natomiast i wciąż wiernie mi towarzyszą uczucia bólu, smutku, żalu. Tęsknota jest coraz silniejsza, samotność dokucza tak bardzo, a bezradność, niemoc i trwoga zaciska swą bezlitosną obręcz coraz ciaśniej.
Nie ma żadnej drogi wyjścia, żadnej alternatywy, żadnej przyszłości, żadnej nadziei...
Ja nie potrafię nauczyć się żyć bez Mojego Najdroższego Człowieka na Ziemi. To On był moim Życiem. Poznaliśmy się gdy miałam 17 lat, był jedyną najprawdziwszą Miłością mojego życia. Był moim Mężem, Przyjacielem, Opiekunem i najwierniejszym Towarzyszem przez 30 najszczęśliwszych lat życia.
Tak się tu rozklejam przed Wami, ale przecież wiem, jak dobrze rozumiecie moją rozpacz.
Wszystkie czujemy podobnie.
Kochana Ikario, jak dobrze, że masz tyle wsparcia od rodziny, przyjaciółek, znajomych.
Jakie to szczęście, że masz Mamę, która jest chyba najlepszym balsamem na Twe zranione serce. Moja ukochana Mamusia odeszła w najtrudniejszym dla mnie czasie, cztery miesiące po śmierci mojego Męża. 
Córka założyła rodzinę 5 lat temu i wyprowadziła się z domu. Został ze mną tylko 24-letni Syn. Wspiera mnie jak umie, ale Jemu też jest bardzo ciężko po stracie ukochanego Taty i dziadków. Poza tym praca, studia, dziewczyna, znajomi..Córka ma dwoje małych dzieci i mnóstwo obowiązków. Też bardzo przeżywa śmierć bliskich, szczególnie Taty. Przyjeżdżają kiedy tylko to możliwe, ale praca, dom, dzieci no i własne życie.
Mam dwie siostry, jedna mieszka w Niemczech, więc kontakt wiadomo, ograniczony, szczególnie w obecnej sytuacji. Druga siostra mieszka wprawdzie w Polsce, ale prowadzi bardzo aktywny tryb życia, ciągle w biegu. Telefonicznie wspierają owszem jak mogą. Zawsze, o każdej porze mogę zadzwonić, pogadać, wypłakać się i wyżalić do woli. Mam tylko jedną bliższą koleżankę, mężatkę, Ona jest przy mnie, gdy tego potrzebuję, jednak nie do końca rozumie...
Rodzice męża nie żyją od dawna, zmarli też młodo... Jego rodzeństwo niestety odsunęło się ode mnie, po tej tragedii. Przykre... No cóż pewnie poniekąd winią mnie za to nieszczęście... Poza tym nie chcą wciąż umartwiać się i celebrować ze mną mojej żałoby.
Tak więc przyszło mi w ciszy i samotności trwać w tym bezgranicznym bólu i rozpaczy.
Kiedy był On, wszystko było takie proste, nie było problemu, którego nie moglibyśmy razem rozwiązać. Bo była w nas ogromna Moc, Miłość i Szczęście...
Została pustka i nicość...
Przepraszam Was Kochane, być może powtarzam się w tych moich wpisach, ale po prostu piszę co czuję. A czuję uparcie wciąż to samo: ROZPACZ, TĘSKNOTĘ I BÓL

30,980

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny Drogie,
Jest tu najwyraźniej, na tym naszym Forum jakaś magia, dobra energia... Jakaś niewidzialna siła czy też więź z Wami ciągnie mnie właściwie codziennie, aby tutaj napisać. Odczuwam potrzebę podzielenia się z Wami moimi sprawami i troskami każdego samotnego dnia, przepełnionego bólem i tęsknotą.
Dzisiaj postawiliśmy pomnik na grobie mojego ukochanego Męża. To dla mnie w pewnym sensie forma oddania Mu szacunku i hołdu. Jednak to także ogromny stres i takie przykre emocje, że jedyne, co mogę zrobić dla mojego Męża, to mu postawić nagrobek.
Cóż mi więc teraz zostało, złożyć kwiaty, zapalić lampkę i pomodlić się nad Jego grobem...
Zostają natomiast i wciąż wiernie mi towarzyszą uczucia bólu, smutku, żalu. Tęsknota jest coraz silniejsza, samotność dokucza tak bardzo, a bezradność, niemoc i trwoga zaciska swą bezlitosną obręcz coraz ciaśniej.
Nie ma żadnej drogi wyjścia, żadnej alternatywy, żadnej przyszłości, żadnej nadziei...
Ja nie potrafię nauczyć się żyć bez Mojego Najdroższego Człowieka na Ziemi. To On był moim Życiem. Poznaliśmy się gdy miałam 17 lat, był jedyną najprawdziwszą Miłością mojego życia. Był moim Mężem, Przyjacielem, Opiekunem i najwierniejszym Towarzyszem przez 30 najszczęśliwszych lat życia.
Tak się tu rozklejam przed Wami, ale przecież wiem, jak dobrze rozumiecie moją rozpacz.
Wszystkie czujemy podobnie.
Kochana Ikario, jak dobrze, że masz tyle wsparcia od rodziny, przyjaciółek, znajomych.
Jakie to szczęście, że masz Mamę, która jest chyba najlepszym balsamem na Twe zranione serce. Moja ukochana Mamusia odeszła w najtrudniejszym dla mnie czasie, cztery miesiące po śmierci mojego Męża. 
Córka założyła rodzinę 5 lat temu i wyprowadziła się z domu. Został ze mną tylko 24-letni Syn. Wspiera mnie jak umie, ale Jemu też jest bardzo ciężko po stracie ukochanego Taty i dziadków. Poza tym praca, studia, dziewczyna, znajomi..Córka ma dwoje małych dzieci i mnóstwo obowiązków. Też bardzo przeżywa śmierć bliskich, szczególnie Taty. Przyjeżdżają kiedy tylko to możliwe, ale praca, dom, dzieci no i własne życie.
Mam dwie siostry, jedna mieszka w Niemczech, więc kontakt wiadomo, ograniczony, szczególnie w obecnej sytuacji. Druga siostra mieszka wprawdzie w Polsce, ale prowadzi bardzo aktywny tryb życia, ciągle w biegu. Telefonicznie wspierają owszem jak mogą. Zawsze, o każdej porze mogę zadzwonić, pogadać, wypłakać się i wyżalić do woli. Mam tylko jedną bliższą koleżankę, mężatkę, Ona jest przy mnie, gdy tego potrzebuję, jednak nie do końca rozumie...
Rodzice męża nie żyją od dawna, zmarli też młodo... Jego rodzeństwo niestety odsunęło się ode mnie, po tej tragedii. Przykre... No cóż pewnie poniekąd winią mnie za to nieszczęście... Poza tym nie chcą wciąż umartwiać się i celebrować ze mną mojej żałoby.
Tak więc przyszło mi w ciszy i samotności trwać w tym bezgranicznym bólu i rozpaczy.
Kiedy był On, wszystko było takie proste, nie było problemu, którego nie moglibyśmy razem rozwiązać. Bo była w nas ogromna Moc, Miłość i Szczęście...
Została pustka i nicość...
Przepraszam Was Kochane, być może powtarzam się w tych moich wpisach, ale po prostu piszę co czuję. A czuję uparcie wciąż to samo: ROZPACZ, TĘSKNOTĘ I BÓL

30,981 Ostatnio edytowany przez Aloes21 (2022-03-10 02:09:59)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Dziewczyny, nie wiem coś mi źle zadziałało, dodało mi posta kilka razy i w ogóle nie mogę tego usunąć, dostaję komunikat, że nie mam uprawnień do tej strony. Jakiś błąd chyba. Jak mi się uda, to zaraz usunę zbędne posty. A może któraś wie jak się usuwa posty? Z góry przepraszam za tę sytuację

30,982

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie kochane Koleżanki.
Chociaż nie piszę, czytam Was i łzy są jedyną odpowiedzią, gdyż nie znajduję już sensownego słowa w tym dramatycznym czasie.
Jestem tu już 11 lat i przerobiłam wszystkie fazy żałoby.... (jak to brzmi okrutnie).
Jedyne co od siebie mogę dodać, że nie ma jednej ścieżki dla każdej z nas.
Każda z nas jest niepowtarzalna w swej naturze.
W moim przypadku gdy skończył się "mój świat" jestem już zupełnie inną osobą.
Owszem odnalazłam się po wielu latach w świecie swoich czterech ścian, wychowałam syna, który rozpoczął już życie z dala ode mnie z partnerką.
Ukończył studia I stopnia, ma dyplom ( prawo i kryminalistyka z logistyką ).
Wyfrunął i wpadł w wir swoich spraw...
Czasem porównuję to, że to kolejny etap pożegnania życia rodzinnego.
Przechodziłam różne fazy smutku...
Doszłam do wniosku, że nic na tym świecie nie należy do mnie. Życie nas doświadcza i uczy pokory.

Natrafiłam na taką sentencję:


Życie nie jest niczym innym jak podróżą pociągiem: składającą się z wsiadania i wysiadania, naszpikowanym wypadkami, przyjemnymi niespodziankami oraz głębokimi smutkami.

Rodząc się, wsiadamy do pociągu i znajdujemy tam osoby, z którymi myślimy być zawsze podczas naszej podróży: naszych rodziców. Niestety, prawda jest inna. Oni wysiadają na jakiejś stacji pozbawiając nas swojej czułości, przyjaźni i niezastąpionego towarzystwa. Jednak to nie przeszkadza, by wsiadły inne osoby, które staną się dla nas bardzo szczególne.
Przybywają nasi bracia, przyjaciele i cudowne miłości.
Wśród osób, które jadą tym pociągiem, będą takie, które robią sobie zwykłą przejażdżkę, takie, które wywołują w podróży tylko smutek... oraz takie, które krążąc po pociągu będą zawsze gotowe do pomocy potrzebującym.
Wielu wysiadając pozostawi ciągłą tęsknotę... inni przejdą tak niezauważenie, że nie zdamy sobie sprawy, że zwolnili miejsce.


Ciekawe jest, że niektórzy pasażerowie, którzy są przez nas najbardziej ukochani, zajmą miejsca w wagonach najbardziej oddalonych od naszego. Dlatego będziemy musieli przebyć drogę oddzielnie, bez nich. Oczywiście, nic nam nie przeszkadza, by w trakcie podróży porozglądać się - choć z trudnością - po naszym wagonie i dotrzeć do nich... Ale niestety, nie będziemy już mogli usiąść przy ich boku, ponieważ miejsce to będzie już zajęte przez inną osobę.
Nieważne; ta podróż właśnie tak wygląda: pełna wyzwań, marzeń, fantazji, oczekiwań i pożegnań... Ale nigdy powrotów.

A zatem, odbądźmy naszą podróż w możliwie najlepszy sposób. Próbujmy zawierać znajomości z każdym pasażerem szukając w każdym z nich ich najlepszych cech. Pamiętajmy, że zawsze w jakiejś chwili w podróży oni mogą bełkotać i prawdopodobnie będziemy musieli ich zrozumieć... Ponieważ nam również wiele razy będzie plątać się język i będzie ktoś, kto nas zrozumie.
Wielka tajemnica na końcu polega na tym, że nigdy nie będziemy wiedzieć na jakiej stacji wysiadamy, ani gdzie wysiądą nasi towarzysze, ani nawet ten, który zajmuje miejsce przy naszym boku.
Zastanawiam się, czy kiedy wysiądę z pociągu, poczuję nostalgię... Wierzę, że tak. Oddzielić się od niektórych przyjaciół, z którymi odbywałem podróż będzie bolesne. Pozwolić, by moje dzieci pozostały same, będzie bardzo smutne. Ale chwytam się nadziei, że kiedyś przybędę na stację główną i zobaczę jak przybywają z bagażem, którego nie posiadali przy wsiadaniu. Uszczęśliwi mnie myśl, że współpracowałem przy tym, by ich bagaż rósł i stawał się bardziej wartościowy.

Mój przyjacielu, sprawmy, by nasz pobyt w tym pociągu był spokojny i wart starań. Róbmy tak, by gdy nadejdzie chwila wysiadania, na naszym pustym miejscu pozostała tęsknota i miłe wspomnienia dla tych, co kontynują podróż. Tobie, gdyż jesteś częścią mojego pociągu, życzę...

Szczęśliwej podróży!!!

Dziś postanowiłam napisać, gdyż nad ranem zmarła moja koleżanka, pozostawiając w rozpaczy męża i dwóch synów, chorowała na SM sad

Jestem z Wami wszystkimi, szczególnie dziękuję Joli za Jej obecność i słowa pokrzepienia.

30,983

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane,
Aloes, tak to prawda, że w tym nieszczęściu, mam szczęście, że mam dużo wsparcia, bez tego bym już dawno oszalała, ale też nie mogę ich ciągle obciążać moim smutkiem i rozpaczą, zwłaszcza najbliższej rodziny, oni najbardziej to przeżywają. Mam bardzo kochaną Mamę, ale nie chcę Jej martwić, jak się widzimy, udaję, że czuję się coraz lepiej, że sobie radzę, a to nieprawda. Siostra, bardzo mnie wspiera, ale wiem, że kiedy mówię, jak mi potwornie źle, to jej też źle, że się o mnie martwi, nie wie, jak mi ulżyć w tym cierpieniu, ma swoje życie, nie chcę ciągle na niej „wisieć” i dokładać zmartwień.
Nawet nie umiem sobie wyobrazić co Ty czułaś i czujesz, kiedy w tak krótkich czasie straciłaś Mamę i M., tak bliskie Ci osoby.
Rodzice mojego M. już nie żyją, Jego Mama zmarła dawno, Teść zmarł 4 lata temu,  miałam z nim bardzo dobry kontakt, bardzo mnie lubił, mój M. czasami żartował, że jak przychodził nas odwiedzić, to nie przychodził do nas, tylko do swojej ukochanej synowej. Mój M. nie miał rodzeństwa, więc została mi tylko moja mała rodzina.
Dlatego najłatwiej rozmawiać mi o moich uczuciach z przyjaciółką, bliskimi koleżankami, dzwonią często, prawie codziennie z kimś się spotykam, ale to daje ulgę tylko na chwilę, a potem wracam do tego pustego domu, w którym nigdy już nie będzie , jak kiedyś.
Najgorsze są weekendy, to były zawsze takie dni tylko dla nas, w niedzielę lubiliśmy sobie dłużej pospać, a teraz budzę się w tym wielkim, pustym łóżku, skulona, jak skrzywdzone i wystraszone zwierzę.
To mój M dawał mi siłę, wspierał, pchał do przodu, to dzięki Niemu potrafiłam się cieszyć nawet z takich zwyczajnych, drobnych rzeczy, a teraz nie ma nic, tylko okropny ból i pustka.
Wkurza mnie wiosna, pierwsza wiosna bez mojego Ukochanego, tak zawsze lubiliśmy tę porę roku, a teraz jej nienawidzę, wszystko się budzi do życia, a ja czuję jakbym umierała. Pojechałam dzisiaj na cmentarz, potem poszłam do pobliskiego parku, a tam tyle szczęścia, w ten wiosenny weekend, same pary, cieszące się piękną pogodą, uciekłam stamtąd natychmiast, ukrywając łzy za słonecznymi okularami. I wróciłam do pustego domu.
Misiulka miło, że się odezwałaś, bardzo mi przykro z powodu straty koleżanki, wiem, to nie są właściwe słowa, mnie samą denerwują…
Rozumiem, że po tak długim czasie od straty M. trudno tu pisać, ale dla nas, opuszczonych niedawno ma to wielkie znaczenie.
Przeczytałam wszystkie wpisy, kilkaset! stron, zanim tu napisałam kilka miesięcy temu i do końca mojego smutnego życia będę wdzięczna za to, że dzieliłyście i dzielicie się tu swoim bólem, pozwalając zrozumieć mi i innym dziewczynom naszą rozpacz, bezsilność, tęsknotę i żal.
Bardzo dziękuję Wam, że wciąż chcecie tu pisać, dla tych, którym to wsparcie tak bardzo teraz jest potrzebne.
Pozdrawiam Kochane i spokojnej nocy życzę.

30,984

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Drogie Dziewczyny.
Za oknem słońce , przyroda budzi się do życia...... wiosna to był dla nas najcudowniejszy czas . Uwielbialiśmy ten wspólny czas w ogrodzie , te nasze rozmowy  o wszystkim i o niczym , niespiesznie piliśmy kawkę i cieszyliśmy sie swoją obecnością. Wiedliśmy zwykłe , proste i spokojne życie . Spędzaliśmy razem każdą chwilę a teraz zostałam sama. Nie mogę tego ogarnąć,  nie wiem  jak mam żyć bez mojego M tego jedynego i najukochańszego . Pustka w sercu nie daje mi spokoju .Nie mogę sie  pogodzić ,że  już nie ma nas i już nigdy nie bedzie. To straszne NIGDY prześladuje mnie i dręczy . Kiedy uda mi się obłaskawić to okropne uczucie pustki, kiedy złapię względną równowagę i będę mogła przetrwać chodź dłuższą chwilę bez tego okropnego uczucia ?
Wczoraj miałam bardzo trudny i smutny dzień . Mały incydent i wizyta w  szpitalu  rozwaliły mnie emocjonalnie na drobne kawałki . Zwykła aktualizacja danych osoby upoważnionej do kontaktu i wszystko co złe  wróciło , jak lawina mie przygniotło, nie mogłam złapać oddechu. Wcześniej  wydawało mi się ,że już jestem na tyle świadom i silna ,że potrafię zapanować nad tymi trudnymi emocjami . Taki drobiazg uświadomił mi  ,że otoczka , którą tak misternie przez ten czas budowałam jest jak bańka mydlana , jedno ukłucie wystarczyło i wróciłam do mrocznego początku . Czy tak już bedzie zawsze? 
Jeszcze niedawno zainspirowana przez Ikarię zdobyłam się na odwagę i obejrzałam serial After Life . Pomyślałam skoro ona dała radę to i ja też podołam . I rzeczywiście to bardzo życiowy  i prosty przekaz , który otwarcie mówi o stracie najukochańszej i najważniejszej dla  głównego bohatera osoby . Nie ma jednego sposobu na przejście przez wszystkie etap żałoby . Każda z postaci jest w tej historii po coś , niesie swoje własne przesłanie . Polecam z całego serca do obejrzenia  ku pokrzepieniu i do przemyślenia .
Aloes nawet nie wyobrażam sobie jak Tobie musi być ciężko . Moi rodzice odeszli pięć lat temu w odstępach kilku miesięcy . Trudno mi było poradzić sobie z tą stratą ale był przy mnie mój M , który wspierał i pocieszał mnie kiedy tego potrzebowałam . Pomógł mi przejść przez tą stratę , to on nauczył mnie ,że życie należy przyjmować z  pokorą , bo nic nie jest nam dane raz na zawsze . Jestem przekonana ,że bez niego sama bym sobie nie poradziła . Zawsze mnie rozumiał , nigdy nie pozwalał abym się zadręczała , potrafił w jakiś jedynie sobie znany sposób rozśmieszyć mnie nawet przez łzy . Rozumiem jak to jest kiedy chcesz krzyczeć z rozpaczy a jednocześnie nie chcesz  stale obarczać bliskich swoją tragedią i smutkiem . Nie zrozumie ten kto tego nie przeżywa tak jak my .  Nie zrozumie ten , kto nie kochał i nie był kochany tak jak my . My tutaj piszące straciłyśmy cząstkę siebie samych i nic tego nie cofnie i nie zmieni , niestety ......  Mój M był dla mnie najlepszym przyjacielem , powiernikiem moją bratnią duszą i nikt nie jest w stanie go zastąpić chociażby w minimalnym stopniu . 
Zzielona dzielna jesteś i silna ,  pozamykałaś już jakieś sprawy. U mnie już siódmy miesiąc bez M a ja nic nie mogę ogarną. Nie możesz się winić ,że jeszce nie potrafisz się cieszyć szczęściem innych . Wiem jakie to trudne  ,kiedy silisz się na grzeczność i życzliwość a w sercu czujesz okropny ból straty i rozpacz . I w głowie się nie mieści jak ktoś może być szczęsliwy kiedy tobie runął cały świat . Myślę ,że to bardzo trudny i powolny proces . Wiem jak to jest bo codziennie w pracy silę się na pozorną normalność , staram sie uczestniczyć w biurowym życiu , nie epatować żałobą i zachowywać  swobodnie ale wierz mi czasem mam ochotę wykrzyczeć wszystkim jak minął mój weekend , pełen smutki i łez . Powstrzymuję się z całych sił bo to nie jest ich wina ,że tak mnie dośwadczył los .
Jolam1 masz rację dla nas  już nic nie bedzie takie same . Obraz wojny na Ukrainie przytłacza mnie  powielokroć  , najgorsza jest świadomość ,że  zostałam ze wszystkim sama . Już nie ma przy mnie tegosilnego ,  bezpiecznego ramienia mojego M , które wcześniej mnie chroniło przed wszystkim co złe .
Misiulka takmi przykro , współczuję Ci z całego serca  bez wzgledu na to jak to brzmi . Dziekuję Ci również za Twoją obecność na tym forum . Przeczytałam  wszystkie wpisy i wiem ile łez musiały Cię kosztować. Dajesz mi nadzieję na względną normalność , nikt nie wie ile tego samotnego życia przed nami .
Pozdrawiam Was i ściskam z całego serca .

30,985

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane! Ikario, Maadlen, dałyście mi impuls do życia. Idąc za Waszym przykładem rozpoczęłam prace w ogródku: zgrabiłam stare liście, obcięłam kwiaty, które zwiędły jesienią, po raz pierwszy od 2 lat. I wiecie... muszę wlać trochę optymizmu w Wasze serca-ze zdziwieniem zauważyłam, że nie przeszkadzają mi już jaskrawe promienie słońca, ćwierkające ptaki, czy krokusy wychylające swoje kolorowe główki. Po długiej wędrówce doczekałam wreszcie spokoju. Nie znaczy to, że wszystko nagle stało się hurra optymistyczne, ale chyba wreszcie stanęłam na twardym gruncie, który daje oparcie na tyle, żebym mogła czasem uśmiechnąć się tak z głębi serca. Nadal potwornie tęsknię, czasem wyję z bólu po nocach, ale potem przychodzi taki moment, że znowu dostrzegam krokusy. Odwagi Dziewczyny! Wszystko ma swój czas, żałoba również. Maadlen, 7 miesięcy po śmierci męża miałam operację, też pielęgniarka zapytała mnie, czy nic się nie zmieniło odnośnie danych osoby upoważnionej do kontaktu. Nie wytrzymałam, płakałam długo, nie mogłam wykrztusić słowa, potem nie mogłam przypomnieć sobie danych córki, a przecież znam je doskonale...Ikario, do mnie niekiedy również odzywają się dawni klienci męża (był architektem), a pracownia nadal czeka na uprzątnięcie. Rzeczywiście, to wciąż trudne, ale jak często pisała Misiulka, daję czasowi czas. Staram się wszystko robić dopiero wtedy, gdy czuję, że nadeszła pora. Misulko, dziękuję Ci za Twoją nieustającą obecność, wsparcie i niesłychaną mądrość. Wiem, że jest ona efektem Twojego cierpienia, walki, niezłomności i wielkiego serca. Ale musisz wiedzieć, że mnie prowadziła ona przez życie i żałobę przez ponad 2 lata, wciąż dając nadzieję.
Dziewczyny, pozdrawiam Was wszystkie gorąco

30,986 Ostatnio edytowany przez Aloes21 (2022-03-16 19:19:36)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane,
Słońce coraz jaśniej świeci, wokół robi się coraz cieplej, przez otwarte okno dobiegają radosne odgłosy życia...
Jak co roku nastaje wiosna, przyroda budzi się ze snu zimowego...
Tylko ja wciąż uparcie tkwię w swoim okrutnym koszmarze i ani iskierki nadziei na przebudzenie. Tak jak piszecie Drogie Ikario, Maadlen, dla nas świat stracił swoje barwy, wraz z odejściem naszych Ukochanych. Jakże mamy cieszyć się wiosną w samotności, podczas kiedy przez kilka dekad dzieliliśmy tę radość z Nimi. Podobnie jak u Was, my też wszystko w domu i wokół domu robiliśmy razem... Mąż uwielbiał fotografować nasz ogródek. Motylka, który przysiadł na źdźble, pszczółki, które pracowicie zbierały nektar z pierwszych wiosennych kwiatków. Nie pominął też ślimaka, który ciekawie wystawił główkę ze swej skorupki, aby "pokazać rogi"... Ja zwykle gdzieś pośrodku tej naszej małej szczęśliwej Oazy, sadziłam jakieś nowe cebulki, lub pielilam chwasty... Mąż zwykle mawiał " Kochanie, uśmiechnij się" i rozkoszował się kolejną fotką swojego autorstwa...
Boże..., teraz dopiero zdaję sobie sprawę, jakie cudowne były to chwile.  Tak zwykłe, codzienne  sprawy dziś wydają się być Największym Szczęściem.
Dziś zaniedbany pusty ogródek, w którym z ogromnym wysiłkiem zdołałam tylko pościnać zwiędłe kwiaty... Pustka i smutek, tak jak w moim samotnym życiu... Nie cieszy już motyl na zeschlym badylu,  ani pszczoły, których jakby jakoś mniej... Ślimaka nie zauważam już wcale.
Myślę sobie, przecież mam to wszystko na zdjęciach, które jeszcze ostatniej wiosny robił mój Najdroższy. Moja ukochana Mamusia siedziała sobie wygodnie w wiklinowym fotelu i cieszyła się słońcem... Dzisiaj nie mogę, nie mam odwagi i siły obejrzeć tych zdjęć. Żadnych zdjęć..., to zbyt mocno boli. Mąż tak kochał wiosnę, tak kochał życie i tak kochał mnie... Był jeszcze taki młody... I znów wraca to natrętne pytanie "dlaczego" ? I znów nie ma na nie odpowiedzi... I to bezlitosne dla Nas słowo "Nigdy", już nigdy... Nawet nie zdawałam sobie sprawy jaką szczęściarą byłam przez te 30 lat życia. Myślałam, że to przecież takie oczywiste, że zawsze już tak będzie, że razem się zestarzejmy i umrzemy też razem jako leciwi staruszkowie. A jednak okrutny los sprawił, że teraz już NIGDY nie zrobimy nic razem... Nie dane nam już wspólnie cieszyć się żadną wiosną, ani latem, ani jesienią, ani zimą... Jak więc żyć cały długi rok bez Niego? A potem kolejne samotne dni, miesiące, lata, ile mi tam jeszcze ich przeznaczone...
Nie zgadzam się z tym... Milczę w pokorze, a wszystko we mnie krzyczy. W tej ciszy słyszę, jak pęka mi serce...
Droga Basiu, Ty dajesz odrobinę nadziei. Już dwa lata zmagasz się ze swoją stratą. Już potrafisz wpuścić trochę światła do swojego samotnego życia. U mnie tylko mrok, promienie tego wiosennego słońca nie mogą żadną mocą dotrzeć do mojego smutnego świata. U mnie dopiero ósmy miesiąc odkąd tak nagle i brutalnie runęło moje Szczęście... Jakże długie i tragiczne osiem miesięcy życia bez Najdroższego Męża. Basiu, Kochana jak przetrwać dwa lata, to przecież wieczność bez Niego?
26 lat temu na naszym ślubie urzędniczka Stanu Cywilnego powiedziała do Nas: "Od dziś słowo Ja zastąpicie słowem My" Jak teraz mam zastąpić słowo My słowem Ja...?
Ja nie umiem, nie chcę, nie chcę takiego samotnego beznadziejnego życia. Boję się przyszłości bez bezpiecznego ramienia mojego Męża. Co świat jest mi w stanie oferować, zwłaszcza w tych trudnych czasach?
Wojna, pandemia, pustka, smutek i trwoga...
Przepraszam Was dzielne Kobiety, że nie potrafię Was pocieszyć. Narazie widzę wszystko w najczarniejszych barwach. Straciłam w tak krótkim czasie Męża, Mamę i Tatę. To straszny bilans, to przecież jak na wojnie... Czy to możliwe, że to rzeczywistość, moja rzeczywistość? 
Kochane, wiem, że Wy jesteście, że rozumiecie, że dodacie otuchy i wsparcia.
Pozdrawiam serdecznie i życzę siły, aby i w Nas kiedyś jeszcze obudziła się wiosna.

30,987

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Moje Drogie! Kiedy przyjdzie ukojenie i choć odrobinę mniej cierpienia po stracie Tych dla nas najważniejszych? Odpowiem w swoim imieniu : nie wiem,ale w moim przypadku nie prędko...chyba lata kosmiczne...
Dziś pomyślałam,że nie powinnam pisać na tym Forum i pocieszać ,czy dzielić się radami z Innymi kobietami- bo sama ze sobą mam problemy.Po 1,5 roku żałoby przez moment wydawało mi się ,że już tuż tuż ...zaczynam powolutku przyzwyczajać się do samotnego codziennego życia - a tu pękła bańka mydlana ...i znów płacz,rozpacz i tęsknota wręcz nie do opisania żadnymi słowami.Niby rozum mówi- czas na podjęcie wyzwania jakim jest względny powrót do codzienności..a za chwilę- moment serce pęka na kawałki...schylam się,żeby je pozbierać- a one celowo chowają się po kątach.
Później wychodzą w najmniej oczekiwanych momentach i podwójnie atakują - do braku tchu - na nowo krzyk  i rozpacz.  Powodują ,że znów czujesz się nikomu nie potrzebna,zdana tylko na siebie w tej swojej olbrzymiej żałobie i bezgranicznym cierpieniu z powodu  baraku bezpieczeństwa.
Myślę,że obecność bliskich i przyjaciół pomaga w tym czasie,ale nie wszyscy mają to szczęście i taką możliwość. Ja nie mam i tym bardziej jest ciężej nieść samemu to brzemię codziennej samotności.Już nie zadaję sobie pytań: dlaczego ja?,dlaczego akurat On? - bo i tak nikt mi na to nie odpowie.Ważne jest to,że nikt nie powie jak będzie wyglądać moje dalsze życie- bo nawet ja nie mam o tym zielonego pojęcia.
Domek z kart się rozsypał- karty się pogubiły-i już się nie znajdą.
Zostało mi tylko podjęcie gry w ,,Piotrusia,,- przy czym z założenia nim będę już do końca...bo tam są dalej tylko same pary.....Wszyscy się złoszczą jak wyciągną kartę z Piotrusiem- ale ja nie mam prawa- bo ja się teraz  Nim właśnie czuję.Niechciana,nielubiana,nikomu niepotrzebna...chowana,podmieniana..nigdy nie przynosząca radości - tylko wywołująca grymas na twarzy graczy..
Życie nie lubi słabeuszy, ludzie garną się do uśmiechniętych- radosnych,ponuraków omijają z daleka...śmiech- radość tak- ale po co komu łzy i to na dodatek cudze,wdowie..Smutne są moje myśli,ale nie kłamię i nie koloryzuję ...mimo minionego czasu niewiele się u mnie zmieniło- choć się staram i to bardzo.
Ikario,ja tez nadal mam telefon mojego męża,zostawiłam Jego samochód- sprzedałam swój- choć był Jego prezentem dla mnie.Nie miałam sił aby nadal nim jeździć- a muszę bo mieszkam sama- samiuteńka na dalekiej prowincji/co prawda bardzo pięknej i urokliwej/ale to przestało mieć znaczenie.Muszę jechać do weterynarza,do sklepu do urzędów i prawie każdego dnia przywdziewać maskę codzienności.Są różne- tak jak maski weneckie:uśmiech,cierpliwość,powaga,skupienie.Po powrocie starannie odkładam je i jestem w końcu sobą- zapłakaną - nieszczęśliwą - tęskniącą wciąż kobietą- byłą bardzo szczęśliwą żoną- a obecnie wdową irytującą ludzi długością i intensywnością swoich przeżyć. Bezsensowna wojna i śmierć niewinnych dzieci i ludności cywilnej dobija podwójnie.Nawet śmierć żołnierzy z obu stron - i rozpacz Ich rodzin a w szczególności Ich Matek-obezwładnia i to wszystko tylko przez jednego szalonego człowieka- którego nadal się boi cały świat.Ja każdego dnia i każdej nocy od 24 lutego słyszę przelatujące nisko wojskowe samoloty z pobliskiej bazy wojskowej.....Wciąż też umiera wiele osób na covid...a przy tych wszystkich negatywnych wydarzeniach- My- same - bez dobrego słowa,bez trzymania za rękę,bez przytulenia i pocieszenia przez Tego Najlepszego ..brak słów i łez...Tez kupiłam bratki i prymulki- miałam zawieźć na cmentarz do dużych donic,a część zostawić sobie...od kilku dni stoją w kącie tarasu- nie wyjęte z reklamówek- z trudem zmuszam się do ich podlewania...Baśka- Tobie się udało...ale dopiero po 2 latach- czyli ja jeszcze muszę cierpieć ....chyba nie mam wyjścia- tylko jak to zrobić,żeby wytrwać jeszcze tak długo?jak każdy dzień jest katorgą?
Jakiś czas temu umieściłam na Forum słowa umierającej żony do męża z filmu :After Life...czytam je bardzo często...choć koniec serialu odbieram osobiście do siebie...
Pozdrawiam was Wszystkie

30,988 Ostatnio edytowany przez Aloes21 (2022-03-19 16:52:14)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane, 
Nadszedł kolejny smutny, samotny weekend. Zjechały się dzieci, po domu rozlegają się radosne gaworzenia maluszków.
A ja nieobecna, w swoim nieszczęściu, siedzę pośród nich, a jednak gdzieś daleko... Nie jestem w stanie ruszyć się z miejsca choćby po to żeby zrobić dzieciom jakiś obiad. Znów pewnie zamówimy "coś gotowego". Nie tak wyglądały nasze sobotnie wspólne obiady. Zawsze ochoczo przygotowywaliśmy wraz z Mężem jakieś smakołyki dla całej rodziny - dla dzieci, dla wnucząt, dla rodziców...
Widzicie, zamiast chociaż spróbować poświęcić trochę czasu dzieciom, to piszę do Was, desperacko szukając pomocy... Nie znamy się osobiście, a jednak tak bliskie mi jesteście w tym naszym bólu i rozpaczy.
Byłam szczęśliwą, beztroską mężatką i ukochaną córką swoich, nie starych jeszcze rodziców. Teraz kim jestem, nieszczęśliwą zrozpaczoną wdową i bezradną jak dziecko sierotą
Gdyby był ze mną mój Ukochany Mąż, to zapewne łatwiej by mi było uporać się ze śmiercią rodziców. Ale Jego też nie ma i już nigdy nie będzie, a z tym pogodzić się nie zdołam.
Droga Jolu, Ty cierpisz już ponad 1,5 roku. Jak dobrze Cię rozumiem Kochana. I na pewno mnie nie irytuje długość i intensywność Twojej rozpaczy. Mnie również pogubiły się gdzieś kawałki mojego rozdartego serca i też nie mogę ich nijak odnaleźć. I tylko ludzi, którzy nie doświadczyli tak potężnej straty, może irytować nasze cierpienie. Ja po ośmiu potwornie długich i nieszczęśliwych miesiącach męki, myślę, że po 1,5 roku (jeśli dotrwam) też nadal będę tkwić w tej swojej niezmiernej rozpaczy. Nie sądzę aby miało się to kiedykolwiek zmienić. Niby tyle się mówi o etapach żałoby i czasie jej trwania, ale z rzeczywistością niewiele ma to wspólnego. Trzeba jednak wierzyć, że może kiedyś nadejdą jeszcze choć krótkie chwile ukojenia. Przecież są tu z Nami te wspaniałe, dzielne Kobiety, którym udało się osiągnąć względny spokój ducha. To Wy Basiu, Misiulko i inne cudowne Dziewczyny jesteście tu z Nami i dajecie nadzieję. Dziękuję Wam za to z całego serca i pozdrawiam Was wszystkie

30,989

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Drogie Dziewczyny!  Znowu zmotywowałyście mnie do pisania. Maadlen, Aloes, Jolam, pytacie, jak udało mi się przetrwać te ostatnie dwa lata. Szczerze mówiąc, nie wiem. Na początku myślałam, że nie przeżyję żadnego kolejnego dnia, widziałam przed sobą tylko czarny tunel. Jednak jakoś przetrwałam, a po 4 miesiącach życie rzuciło mnie na bardzo głęboką wodę, nie pozwalając na rozpacz i myślenie. Moja córka (była w 5 miesiącu ciąży, kiedy zmarł jej najukochańszy tata a mój mąż)po bardzo skomplikowanej i trudnej ciąży urodziła synka. Poród był niezwykle ciężki i zagrożony. Potem zaczęły się problemy z maluszkiem i z nią. Jakby tego było mało, po 4 miesiącach od śmierci męża wykryto u mojej mamy raka. Po udanej operacji, w dniu, w którym mieliśmy ją zawieźć na naświetlania, dostała udaru ze wszystkimi jego konsekwencjami. Po 2 miesiącach miała dodatkowo zawał, potem skomplikowaną operację serca. Żyje, ale nie jest już tym człowiekiem, jakim była. Wymaga dużo wsparcia i opieki. W międzyczasie ja również miałam operację, a teściowa (jest samotna i ma tylko nas) wylądowała  4 razy w szpitalu, nie informując  mnie o tym. Szukałam jej całe dnie, a w dzisiejszym świecie, zdominowanym przez RODO, jest to prawdziwym koszmarem. W jednej chwili przestałam być królewną, musiałam zająć się bliskimi. Wszyscy mówią, żeby jak najprędzej wrócić do pracy, wyjść do ludzi. W moim przypadku to się nie sprawdziło. Musiałam brać urlopy i zwolnienia, żeby przetrwać ten najtrudniejszy czas. Mimo życia w ciągłym biegu, czułam wciąż okrutny ból w okolicy serca, taki zwyczajny, fizyczny. Targały mną wszystkie uczucia, które są Waszym udziałem, bo mąż również był dla mnie całym światem.  Dopóki nie weszłam na to Forum, myślałam, że taka miłość jak nasza, nie zdarza się. Próbowałam chyba wszystkiego, aby złagodzić ten ból. Co pomogło? Pewnie wszystko po trochu: oparcie w bliskich, długie rozmowy z przyjaciółmi, spotkania z osobami, które przeżyły podobną traumę, ciężka praca fizyczna, drinki przed zaśnięciem, lektury i filmy podnoszące na duchu, poczucie humoru, a przede wszystkim wpisy dziewczyn z Forum.  Lecz cały czas moje życie przypominało skoki na trampolinie– kiedy wydawało się, że  wreszcie szybuję w górę i znowu rosną mi skrzydła, nagle zaczynałam spadać w dół, a tam nie potrafiłam znaleźć nawet skrawka twardego oparcia. Przełom nastąpił po 1,5 roku, kiedy namówiona przez koleżankę, wyjechałam po raz pierwszy sama z obcymi ludźmi na wakacje. Tam zaczęłam odkrywać siebie i uświadamiać sobie, że muszę całkowicie przeorganizować swoje życie, i mentalnie, i realnie. Dotarło do mnie, że muszę przestać użalać się nad sobą, bo nawet nie potrafię sobie wyobrazić, ile złego może się jeszcze zdarzyć. Więc przede wszystkim  przestałam wciąż wspominać, jak cudowne chwile przeżyłam z mężem, który była dla mnie wszystkim. Nie było to specjalne trudne, bo moja pamięć, jakby chroniąc mnie przed tym, co najbardziej bolesne, wymazała najpiękniejsze wspomnienia. Jeszcze teraz wciąż trudno mi je przywołać.  Zrezygnowałam też z marzeń o tym, co mogłoby być, a na pewno już się nie zdarzy. Przestałam również oglądam zdjęcia, bo wtedy wracał ten przerażający ból. Wielu znajomych wciąż stara się mnie pocieszyć, mówiąc : masz przecież piękne wspomnienia. Nie zdają sobie sprawy, że te wspomnienia to wielka, ziejąca rana, która nie złagodzi ani trochę bólu i rozpaczy. Mimo tych usilnych starań cały dotychczasowy okres żałoby okazał się dla mnie niezwykle trudny l bolesny. Najstraszniejsza była chyba jednak druga rocznica śmierci (nawet nie pierwsza!). Wtedy wszytko wróciło ze zdwojoną siłą, znowu rozsypałam się na kawałki. Pozbierałam się z wielkim trudem dopiero po 2 miesiącach. Wreszcie udało mi się złapać na chwilę oddech. Po raz pierwszy od dwóch lat przestały mnie drażnić zwiastuny wiosny i jasne promyki słońca. Pomyślałam wtedy, że może jednak istnieje nadzieja  na względnie normalne życie, takie chociaż bez wszechogarniającego bólu i pustki w sercu. Aloes! Twoje wycofanie z życia rodzinnego jest zupełnie normalne. Tak wygląda żałoba, to bardzo długi i skomplikowany proces. Ja do tej pory nie jestem w stanie powiedzieć znajomym, że nie mogłam pokochać wnuka, bo nikt w to nie wierzy. A moje serce po śmierci męża wciąż pozostaje twarde, chociaż muszę przyznać, że ten słodki brzdąc powoli wdziera się do niego przebojem. Na wszystko jednak potrzeba trzeba czasu i cierpliwości, bo to nasi jedyni sprzymierzeńcy w codziennych zmaganiach z życiem.
Pozdrawiam Was gorąco Dziewczyny i życzę wiele wytrwałości

30,990

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny . 
Podobnie jak Aloes zaglądam tu czesto . Ciągnie mnie do Was jakaś nieznana mi siła . Zastanawiam się co u Was ?  Jak sobie radzicie ? Tak naprawdę nie znamy się a mimo to jesteście  mi wyjątkowo bliskie . Bliskie przyjaciólki , którym powierzyłam swój najwiekszy sekret . Zaufałam Wam tak bardzo  ,że  szczególnie cenię sobie Wasze zdanie . Wy natomiast jesteście cierpliwymi , taktownymi i niezwykle wyrozumiałymi powierniczkami . Tylko Was nie męczy moje narzekanie , przyjmujecie mój smutek bez żadnego grymasu . Od Was nie słyszę ...... weź sie w garść ,  ogarnij się , nie rozpaczaj czy , ze życie toczy się dalej  .  Nie oczekuję wspólczucia ani pocieszenia . Ważne , że potraficie słuchać i rozumiecie jak to jest kiedy w jednej chwili runął ci cały świat i jednocześnie  pękło serce .
Jolam1 jesteś dla siebie niesprawiedliwa. Nie możesz tak krytycznie oceniać swojej postawy . Dla każdej z nas to niewyobrażalnie trudna sytuacja , żadna z nas nie  wie  jak sobie radzić z taką ogromną stratą . Dla mnie twoje  przemyślenia  czy też wskazówki są niezwykle cenne . 
Aloes dla mnie również weekendy są najgorsze . Zmuszam sie do wielu rzeczy , Często robię coś na siłę zeby nie martwić dzieci , Lubię kiedy  mój dom tętni życiem .  To ogromna radość mieć wnuki .U mnie to  puki co nawet nie  zanosi się , mój M  marzył o wnukach  tym bardziej mi  przykro ,że się nie doczekał.  Staram się o tym nie myśleć bo  ogarnia mnie ogromny smutek ,że nigdy nie poznają swojego dziadka .
Baśka cieszę sie ,że  zrobiłaś kolejny krok do przodu . Wiem jaką  trudną drogę przeszłaś i tym bardziej się cieszę , że znalazłaś wreszcie  równowagę i harmonię . Życzę Ci z całego serca by promienie słońca  , które w końcu dostrzegłaś świeciły jeszcze mocniej i jaśniej . 
Pozdrawiam Was serdecznie z nadzieją na słoneczne jutro .

30,991

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam kochane Koleżanki ♥
Jesteście bardzo dzielne, wspaniale, że piszecie swoje stany emocjonalne, to jest bezcenne dla innych.
Na samym początku drogi żałoby trudno określić co się z nami dzieje jesteśmy rozbite i nie potrafimy pozbierać w całość naszą psychikę serce,
funkcjonowanie...
Nie ma magicznego klucza, który otwiera sejf do szyfru = słowa - aby ponownie poskładać siebie z przed tego dnia okrutnego.
Minie wiele czasu jak pozbieramy się, ale już nie będziemy takie same.
Najgorsze jest obecnie ten dramatyczny czas - pandemia, wojna za miedzą...
Czas jakby nas chłostał w dwójnasób.

Każda z Was jest inteligentną osobą i oczytaną...
W swoim życiu przeczytałam wiele biografii z różnych czasów i porównując to do mojego losu przestałam się biczować
niesprawiedliwym losie.

Jest Wam obecnie bardzo trudno, ale dajcie czasowi czas...

Dbajcie o swoje zdrowie i niech Wam dają wytchnienie minimalne drobiazgi - każda coś tam znajdzie.
Cudownie, że te forum żyje. Piszę to z perspektywy moich 12 lat żałoby.

Mnie pomogło i wielu innym Koleżankom.

Choć już nie zamierzałam tu pisać, ale z racji trudnej obecnie sytuacji powróciłam by dzielić się moim obecnym życiem.
Nie ważne czy jesteście wierzące tak jak ja ale wierzę, że jest siła Wyższa, która odpowiada gdy już zupełnie jest źle.

Czas nie stoi w miejscu i niesie kolejne etapy zdarzeń, osób i pomalutku zapełni tę tragiczną pustkę.
A pamięć już bez tego strasznego bólu wspomni ukohanego i czas wspólnie przeżyty.
Jestem z Wami kochane Koleżanki.

30,992 Ostatnio edytowany przez Misiulka (2022-03-24 16:34:21)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam kolejny raz kochane Koleżanki ♥

Mam nadzieję, że dzielnie radzicie sobie w tym znamiennym czasie.
Co do mnie przeważnie czytam i słucham muzyki a także piszę swój własny dziennik od lat.
Nie jest to idealne pisanie lecz spisane tam myśli często pozwalają mi radzić sobie w trudnej chwili.

Kiedyś czytałam wypowiedź psychiatry, który wypowiadał się o żałobie, emocjach i pokrótce je przytocze:

Poprosiłem pacjętkę, aby opowiedziała o swojej żałobie. Jak ona wyglądała? Ile trwała? Jak sobie z nią poradziła?

Kobieta bez zastanowienia odpowiedziała: Moja żałoba trwała bardzo krótko. Mój mąż, gdy umierał, poprosił mnie o jedną, ostatnią rzecz. Obiecałam mu, że spełnię jego prośbę, bez względu na to, jaka by nie była. No więc poprosił mnie o to, abym nie płakała po nim. Abym nie rozpaczała i nie niszczyła sobie tym smutkiem życia. Abym wróciła do normalności tak szybko, jak to możliwe. Abym ułożyła sobie życie i nie marnowała go sobie żałobą po nim. I tak się stało. Gdy tylko odszedł z tego świata, zdusiłam w sobie te emocje i niedługo potem zaczęłam żyć dalej.

Ona jej jeszcze nie przeżyła. W wyniku obietnicy, którą złożyła swojemu mężowi zamroziła te uczucia w swoim ciele, aby jak najszybciej wrócić do normalnego życia.

           Żałoba jest ceną miłości.

Ból żałoby jest tak samo częścią życia, jak radość miłości: to zapewne cena, jaką płacimy za miłość, cena, jaką płacimy za przywiązanie.

Głębsze zrozumienie procesu żałoby może pomóc nam poradzić sobie z tym, czego doświadczamy po dotkliwej stracie. Dlatego zdecydowałam się przytoczyć tutaj jeszcze jeden model, który rzuca nieco inne światło na żałobę niż to, o czym pisałam do tej pory. To 5 etapów żałoby:

1. Zaprzeczenie
2. Gniew
3. Targowanie
4. Depresja
5. Akceptacja

Czasami kolejność będzie inna, a czasami niektóre etapy mogą zostać pominięte. Każdy jest inny i nie ma "prawidłowego" sposobu na przejście przez żałobę. Czas trwania tego stanu zależy od mnóstwa czynników i nie jesteśmy w stanie przewidzieć, kiedy taka żałoba się skończy. Ważne, abyś dał sobie przestrzeń na czucie tego, co czujesz, bez oceniania swoich emocji.

Zapewniam o pamięci... przytulam.

30,993

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie kochane
Ostatnio mnie tu nie było, jakoś staram się od siebie wszystkie emocje odpędzać co nie zawsze jest dobre ale pisanie tutaj tez kosztuje kiedy się uzewnętrzniam. Dłuższy czas towarzyszy mi dziwne uczucie jakbym na coś czekała… tylko na co. Nie mam z kim planować i dzielic życia. Na telefon tez spoglądam jakbym czekała na jakas wiadomość, niestety ta która bym chciała dostać nigdy nie przyjdzie. Ale miło jest zajrzeć tu, na forum i zobaczyć wasze wpisy, ze tutaj się ktoś odzywa. Nadeszła wiosna czyli kolejny trudny etap żałoby. Wszystko się budzi do życia, każdy się cieszy ale nie ja, nie my. Każdy mój lepszy dzień, lepszy humor to tylko powierzchowna „radość”. Od tygodnia leze chora, a wiec mi wiosna dała się w ten sposób we znaki. Chorować tez przykro jakkolwiek to brzmi, bo nie mam mojego zawsze uśmiechniętego ukochanego obok. W takiej sytuacji w jakiej jestem teraz wiem ze tylko on bylby „lekiem” na to, ze by mnie wsparł i bardzo pomógł. Niestety to dotyczy jego samego. Powrót do życia zbliża się wielkimi krokami, niedługo musze zadzwonić do pracy co już mnie stresuje. Wszystko stresuje mnie teraz dwa razy bardziej. No i właśnie, kto by chciał być w towarzystwie smutnej młodej osoby, zrezygnowanej zamiast pełnej życia… Tak jak napisalas Jolu ludzi ciągnie do wesołych osob. I to prawda nie chcemy otaczać się smutasami. Nie jestem już tą energiczną dziewczyną która lubiła planować , cieszyć się z małych rzeczy, zawsze w wolny dzień wstawałam pierwsza wyskakiwałam z łóżka, budziłam Mojego i myslalam co będziemy robić. Czuje się jakbym miała 20 lat więcej, przeżyła dużo więcej niż osoby w moim wieku, nie ma już tej beztroski i tych wspólnych planów ale tez radzenia sobie wspólnie z problemami. Dziś jest szczególnie smutny dzień który normalnie byłby wesoły -  urodziny mojego kochanego, miałby 31 lat.
Pozdrawiam was bardzo serdecznie

30,994

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny,
Zaglądam tu codziennie i jak na zbawienie czekam na każdy Wasz wpis.
Podobnie jak Wam mnie również wiosna bezlitośnie daje się we znaki. Słońce coraz jaśniej świeci - a u mnie ciemność... Kwitną kolorowe wiosenne kwiaty, śpiewają ptaki - a u mnie szaro i głucho... To co kiedyś było błogosławieństwem, dziś stało się przekleństwem. Bo bez Tego Jedynego nie ma już wiosny, nie ma już życia, nie ma już Nas...
Rozpacz, tęsknota, pustka i Ja zraniona, bezbronna ofiara okrutnego losu...
Kochana Zzielona, jak mi bardzo przykro, że tak wcześnie w swoim życiu doświadczyłaś
już tak dotkliwej straty... Wierzę jednak, że (jak już wcześniej tu pisałam), Ty znajdziesz jeszcze sens życia. Jakkolwiek absurdalnie i niedorzecznie to teraz brzmi. Jesteś mądrą i młodą dziewczyną i choć już u progu życia spotkała Cię ogromna tragedia, pamiętaj Ty masz życie jeszcze przed sobą. Choć pamięć o Twoim ukochanym zawsze będzie żywa, to życie na pewno da Ci kolejną szansę. Trzymam mocno kciuki i życzę Ci tego z całego serca.
A moje życie, po 30 latach wspólnie spędzonych z Moim Ukochanym, czyż może mnie jeszcze zaskoczyć i cóż miałoby mi do zaoferowania...?! Prócz smutku i wielkiej udręki, nie ma nadziei... Jednak i ja muszę żyć, bo tak trzeba, bo nie mam innego wyjścia, choćby to miała być już tylko marna egzystencja.
Po moim Ukochanym zostały mi przecież dzieci, wnuczęta i te bezcenne najpiękniejsze wspomnienia. Choć ból wciąż rozrywa me serce na strzępy, choć z tęsknoty aż brakuje mi tchu, to wiem jedno - Jego Cząstka zostanie ze mną na wieki.
Kochana Jolu tak czekam, aż się tu odezwiesz. Dajesz nam tyle siły i nadziei, choć Twoje zranione serce wciąż jeszcze krwawi tak mocno. Miałaś rację pisząc, że lepiej nie będzie... Po ośmiu miesiącach nie jest, boli wręcz jeszcze bardziej..., ale wciąż wierzę i czekam, że będzie inaczej. Czas pozwoli może odrobinę zrozumieć, może przywyknąć, a może i kiedyś choć trochę ukoić cierpienie.
Droga Misiulko, dziękuję Ci, że jesteś z Nami. Wlewasz nadzieję w nasze złamane serca, dodajesz otuchy i siły. Jesteś żywym dowodem na to, że i z najstraszniejszą stratą da się jakoś żyć.
Tylko Czas..., tak bezlitosny, dlaczego on stoi w miejscu, dlaczego ani drgnie, gdy kiedyś tak przecież gnał. Czy wszystko jest po to żeby dłużej i mocniej bolało... O podły Losie zabrałeś Wszystko..., Oddaj choć trochę!!!
Dziewczyny Kochane piszcie, pomóżcie... Tulę Was Drogie do serca

30,995

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Drogie, jestem nowa, ale czytałam większość wpisów w poszukiwaniu sama nie wiem - chyba potwierdzenia że nie jestem sama, że nie zwariowałam w cierpieniu i beznadzieji. Mam 38 lat. Z koncem stycznia straciłam męża - popełnił samobójstwo. To co poprzedziło te tragedię wywołuje nadal ból - mąż był w psychozie, nie wiadomo dlaczego - wcześniej nie chorował psych. Dostał urojeń które z każdym dniem stawały sie coraz bardziej absurdalne i niebezpieczne.... Mamy syna - 9 lat, 6 dni przed tragedią wyjechałam z synem do rodziców aby ograniczyć ryzyko niebezpiecznego zachowania meża - jednocześnie płacząc i nie wiedząc co zrobić - tak kochałam męza który z dnia na dzień po prostu przestał byc sobą. Urojenia przesladowcze, zdrady  i niedorzeczne sytuacje (podsłuchy, głosy), strach o siebie i syna  a jednoczesnie miłość i szok co sie dzieje z moim ukochanym dotychczas zawsze spokojnym mężem. Codziennie z nim rozmawiałam po wyjeżdzie, pisałam, dał sie ostatecznie zaprowadzic do psychiatry ale o lekach nie chciał słyszeć a spozywał alkohol  - uznał, ze nie potrzebuje leków a ewidentnie potrzebował - zawsze uparty był - i zapewniał, ze sam sobie poradzi. Chcialam być z nim w domu, ale rodzice po dwoch sytuacjach jakie mąż urzadził odwodzili od tego obawiając sie o to ze w obłedzie mąż moze nawet nas zabić....Ja chcialam aby mąż zaczał leczenie nawet w domu - ale nie zgodził się...(z pewnością już nie kontrolowal rzeczywistości). Niestety nie poradził sobie  - odebral sobie  zycie zostawiając mnie i syna - nie umiem tego posklejać - nie rozumiem. Ciągle się obwiniam  i buduje rozne scenariusze jak mogłam mu pomóc - mimo tego ze w tak krótkim czasie - realnie tygodnia nic więcej nie mogłam zrobić z uwagi na to jak działa system w Polsce - pomocy osobom chorym i ich rodzinom. Bardzo męza kochałam i nadal kocham - wszystko bym oddała aby cofnać czas. Nie umiem żyć, nie widzę sensu - boję się tego co bedzie dalej. Mam syna - wszyscy mowią, ze dla niego muszę - tak odpowiedzialność - ale nie wiem czy dam radę.... To tak boli - okrutna śmierć, cała ta sytuacja, niemoc. Część ludzi obarcza mnie winą ale prawda jest taka, że rodzina męża nie dawała do konca wiary moim słowom o tym że on potrzebuje pomocy / leczenia. Ja nie winię nikogo poza systemem opieki w PL - nikt z nas nie przypuszczał, że zespoł Otello czy ewentualnie napad ukrytej schizofrenii / inna psychoza tak szybko pozbawi mojego kochanego zycia.... Ja wiem że choroba go zabrała, ale jakze okrutnie nas los potraktował.... zdrowy człowiek, nagle zapada na coś psychicznego, nie podejmuje leczenia mimo prosb i szansy (na ubezwłasnowolnienie  w takim czasie nie moglam liczyć), służby czyli policja zaalramowana dwukrotnie nie podejmuja działań dopoki nie ma ofiar....Tragedia - a bylismy normalną rodziną, kochająca sie, bez konfliktów, problemów z planami na przyszłość - miało byc drugie dziecko, dokonczony remont. Wszystko w drobny mak - nigdy sie z tego nie podniosę....przepraszam ale musiałam to chyba wszystko napisać...tu na forum - gdyż cierpię straszliwie. wcześniej bylismy w 3, 24/h - męża znałam całe swoje dorosłe życie, 21 lat razem, 11 po ślubie, nowy dom... miałam naprawdę szcześliwe zycie jak teraz myślę o wszelkich drobnostkach. a to już nigdy nie wróci - nachodzą mnie straszne myśli....ze nie ma sensu, ze trzeba było zostać, i nawet jesli posunąłby sie do przemocy trzeba było lepiej zginać niż tak egzystować - nie ma jego, nie ma mnie - tak sie czuję

30,996

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Jak dobrze, że z nami jesteś Załamana38

Wyrażam obawę uzasadnioną, iż takie pocieszanie, które potocznie się używa nie jest pomocne. Poczucie utraty osoby bliskiej jest tak silne, tak dojmujące, że każda próba pocieszania, jest z góry skazana na niepowodzenie.
Nie o to chodzi jak i nawet nie o to chodzi aby w ogóle rozmawiać. Po prostu należy być. Być i słuchać, tak jak my tu od kilkunastu lat.

Każda z nas przeżyła ten moment... i jak kania dżdżu oczekiwała jakiejś ulgi, słowa, gestu zrozumienia.

Pisanie o swoich emocjach, bólu, zagubienia było dla mnie dobrą sprawą.
Krok po kroku, dzień za dniem pełnych łez przejdziesz do następnego etapu... tak jak ja i dziesiątki innych Koleżanek tu piszących.

Obecnie to jeszcze nie dociera, ale uwierz nadejdzie czas, że będzie lżej.
Serdecznie przytulam i odzywaj się do nas - jesteśmy z Tobą ♥

30,997 Ostatnio edytowany przez Aloes21 (2022-03-26 00:32:15)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Załamana 38 witaj wśród Nas, równie skrzywdzonych jak Ty i złamanych serc...
Tutaj możesz się otworzyć, pisać o swoim bólu, swoich trudnych emocjach. To odpowiednie miejsce, tutaj nikt nie ocenia, nikt nie wywiera presji i tak jak pisze Misiulka nikt nie pociesza na siłę.
Tutaj przede wszystkim dzielimy się swoim cierpieniem, rozumiemy się i wspieramy.
Wszystkie doświadczyłyśmy tej okrutnej tragedii, jaką jest śmierć naszych Ukochanych Mężów.
Wszystkie dłużej lub krócej zmagamy się z naszą ogromną stratą. Tak jak Ty każdego dnia przeżywamy okrutną rozpacz, tęsknotę i trwogę...
Ja też niedawno tu dołączyłam, a już czuję się jakby członkinią tej naszej "Wspólnoty Cierpiących".
Zostałam serdecznie przyjęta i pierwszy raz poczułam się naprawdę zrozumianą.
U mnie minęło osiem miesięcy odkąd mój świat runął w gruzach. Odszedł Mój Najdroższy Mąż, Jedyna Moja Najprawdziwsza Miłość. Moje życie straciło sens, część mnie umarła wraz z Nim. Mój Mąż odszedł nagle, zupełnie niespodziewanie i tak tragicznie jak Twój... Jedyną różnicą jest to, że nie dawał żadnych niepokojących sygnałów, które mogły by świadczyć o nadchodzącej tragedii. Jedynym objawem tej podstępnej i okrutnej depresji był smutek, ale czyż każdy z nas nie bywa czasem smutny...?! A jednak stało się najgorsze... I stało się to w i tak już bardzo trudnym czasie, kiedy byłam pogrążona w żałobie po śmierci mojego Taty. Po śmierci Męża czarna rozpacz zawładnęła mną bez reszty. Ale to niestety nie był jeszcze koniec moich nieszczęść. Choć nawet trudno sobie to wyobrazić, w miesiąc od śmierci Męża zapadł kolejny wyrok, okazało się, że moja ukochana Mama ma nowotwór trzustki... Lekarze nie zostawili żadnych złudzeń... Po trzech miesiącach od diagnozy Mama odeszła.
I znów runęło Niebo... Czas się zatrzymał...
I tak tkwię w tym potwornym bólu i niezmierzonej rozpaczy już osiem najdłuższych i najcięższych miesięcy w moim życiu.
To już z resztą nie jest życie, to zaledwie nędzna egzystencja. Przytłacza mnie poczucie winy i bezradności. Nie chcę takiego życia, samotność jest zbyt trudna, ból i żal nie do zniesienia. W cierpieniu i męce upływają mozolnie minuta za minutą, godzina za godziną, dzień za dniem... .Jak długo przyjdzie jeszcze tak żyć - nie wiem...
Wiem natomiast dobrze, zbyt dobrze, co znaczy cierpienie, w pełnym znaczeniu tego słowa i we wszystkich jego odmianach.
Są tu Kochane Dziewczyny, które też doświadczają wielkich traum i tu właśnie wśród Nich szukam pomocy...
Jednego możesz być pewna Załamana 38, na pewno nie jesteś tu sama.
Pozdrawiam serdecznie Ciebie i Wszystkie Was Dziewczyny.

30,998

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Drogie Dziewczyny...
Napiszcie coś, proszę dajcie znak, że jesteście.
Już nie mam siły..., nie daję rady, ból nie pozwala oddychać, tęsknota i rozpacz odbiera zmysły.. Nie chcę tak żyć, już nie mogę...
Kochane, błagam pomóżcie...

30,999

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Aloes21
Kiedy umiera ktoś, kogo kochamy, żałoba jest procesem nieuniknionym. Nawet, jeśli człowiek, który stracił kogoś bliskiego, jest otoczony kochającymi i wspierającymi ludźmi, i tak będzie przeżywał ból i trudne emocje. Taka jest bowiem niewygodna prawda o żałobie: aby wreszcie ustąpiła i zrobiła miejsce na nowe doświadczenia w życiu człowieka, który kogoś stracił, musi najpierw zostać przez niego przeżyta – trzeba przestać przed nią uciekać i pozwolić sobie na te wszystkie bardzo trudne uczucia, które nierozerwalnie są z nią związane. Jeżeli jednak w otoczeniu osoby w żałobie jest chociaż jeden człowiek, który będzie umiejętnie ją wspierał, proces radzenia sobie z utratą będzie znacznie mniej dotkliwy.
Bardzo mnie martwi, że nikt nie pisze... Powtarzam to co już kiedyś pisałam, ale może potrzebujesz wsparcia psychologa.
Obecnie ledwo piszę bo także wpadłam w gigantycznego doła. Po nocach nie śpię, brak apetytu... ale ratuję się jak mogę.
Mieszkam sama i najgorsze są te bezsenne noce, nawet leki nie działają.
Obecnie pisząc piję miętową herbatę i słucham muzyki spokojnej.
Nie poddawaj się kochana Aloes, przyjdzie ulga, przeczekaj. To niestety tak boli... jestem z Tobą i zawierzam Cię W moich "westchnieniach" do Niebios.
Przytulam ♥

31,000

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

,,,jeszcze w zielone gramy ,jeszcze nie umieramy,jeszcze któregoś ranka odbijemy się od ściany...,,
Kochane Moje,nie odzywałam się dawno,bo też jak zzieloną dopadła mnie choroba.
Dwa silne antybiotyki nie pomogły,dopiero zastrzyki z penicyliny zadziałały,choć  nie do końca czuję się zupełnie zdrowa.Myślę,że mój mąż szybciej by mnie wyleczył no i pomógł w czasie samotnej choroby. Osłabłam fizycznie i psychicznie- nawet najprostsza czynność domowa- to dla mnie duże wyzwanie.
Dobrze ,że Misiulka pisze- to dla mnie też balsam na moje skołatane serce.
Aloes21-też miałam w tamtym roku takie same sytuacje jak Ty odnośnie dzieci i wnuków i różne z tym emocje.
Tu gwar,śmiech,radość ze wspólnych spotkań/coraz rzadszych niestety/,a ja siedzę jakby skamieniała i na niczym nie mogę skupić swojej uwagi.
Myśli się kłębią i atakują :czego Oni chcą ode mnie- dlaczego tyle do mnie mówią,jakby chcieli zagłuszyć wszystkie moje emocje i zagadać na wyrost moje niewypowiedziane smutne słowa.Jakby się bali,że zacznę nagle płakać i krzyczeć z rozpaczy....Widzę strach w Ich oczach:czy mama,babcia/czyli ja/da rade się tym razem nie rozpłakać jak ostatnio....bo wtedy wszyscy czują się w pewien sposób nieswojo...i smutno :
,,mamo dlaczego babcia jest smutna i często płacze?- pyta po cichu moja 4 letnia wnuczka- bo tęskni za dziadkiem - słyszę krótką odpowiedź..... ale mamo dziadka to już dawno nie ma!!! a babcia wciąż płacze....
Tak i będę płakać ile zechcę- nasuwa mi się odpowiedź- ale nie mówię jej głośno- bo wiem,że Oni wszyscy chcą dobrze - chcą swoimi przyjazdami i swoja obecnością pomóc
ale jak wszyscy wiemy: dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane......
Mnie nikt nie jest w stanie pomóc,cokolwiek by się wydarzyło - to i tak nie zwróci mi mojego męża.Cenię sobie obecność rodziny i przyjaciół,ale Oni zawsze kiedyś muszą wyjechać- i znów kolejny smutek kolejnych rozstań- to może lepiej,żeby tych spotkań było mniej? już sama nie wiem czego chcę? Psycholog mnie ostrzegał,nie może pani się opierać tylko na innych w tym swoim smutku - nikt nie przeżyje pani życia za panią- mąż też by nie mógł jak by był...no tak ale Go nie ma i po co te ,,gadki szmatki,,jak mówią moi uczniowie.Szkoda czasu i sił na walkę skazaną  z góry na przegraną .Nikt jeszcze z losem nie wygrał,wie o tym dobrze Aloes21- jak po kolei odchodzili Jej najbliżsi.Wiem dobrze i ja - tez usłyszałam wyrok na moją Mamę: miała 53 lata i amputowaną pierś.Miała żyć 6-miesięcy od daty wykrytego przerzutu ..żyła niecałe 3...miałam pretensje do całego świata...ale świat się nawet na moment nie zatrzymał.Po kolei straciłam Tatę i ukochanego jedynego Brata- podzielił los Mamy umarł tez na raka w wieku 55 lat.
Siłę na przeżycie każdej tej tragedii dawał mi mój mąż- a teraz Go nie ma i przyszło mi walczyć samotnie o każdy kolejny dzień w najgorszym okresie mojego życia.
Czy będzie lepiej? i tak i nie.Będzie na pewno inaczej,zobojętniejemy na nasze cierpienie,bo nawet z bólem można się zaprzyjaźnić...oswoimy  się z wszechobecną  samotnością .Nauczymy się nie odwracać głowy od szczęśliwych par...i wyzbyć zazdrości gdy spotkamy radosnych ludzi w naszym wieku.
Jednak to już nie będziemy My- tacy jak kiedyś- sprzed naszej tragedii.To będzie nasze ciało i nawet częściowo umysł- ale serce już do końca choć poskładane i zabliźnione-  będzie dawało znać o swoich przejściach- jak poskładana ręka na zmianę pogody... Już nauczymy się nieobecności Tych Najważniejszych- na tyle,że uda nam się od czasu do czasu zapanować nad łzami i ściskiem krtani. Przyjdzie czas na oglądanie wspólnych zdjęć,otwieranie skrzętnie dotąd pozamykanych szaf z Ich ubraniami,gadżetami i Ich wszechobecnym wspomnieniem: przy śniadaniu,samotnie pitej kawie czy podczas oglądania filmu- którego Oni już nie mają szans zobaczyć. Tak jak wiosennych kwiatów,kolejnego meczu ulubionej drużyny ,czy nawet nie usłyszymy żadnego Ich komentarza odnośnie tego co się dzieje tak blisko nas,a co może nas niewątpliwie niepokoić ...
Kiedyś pisałam,że najbardziej znienawidzone przeze mnie słowo to: NIGDY...nigdy już....Nigdy już nic nie będzie takie same...nigdy,przenigdy...
Jeżeli zdołamy się uporać z jego codziennym brzmieniem i okiełzać jago znaczenie- to już będzie nam znacznie lepiej. Musimy zaprzyjaźnić się z czasem i przestać wciąż patrzeć na zegar. Załamana - tak jak pisze Misiulka- czasami brak słów jest najlepszym pocieszeniem,świadomość że już nie jesteś z tym sama-że my po części uniesiemy z Tobą ten niewyobrażalnie ciężki bagaż cierpienia i rozpaczy jaki Ci przypadł do przeżycia-jest dla Ciebie wartością dodaną.Już nikt Cię nie skrzywdzi,nie zrani- bo to  już uczyniła śmierć odbierając Ci męża. Teraz musisz pokazać całemu światu ,że Twoja miłość do Niego pokona wszelkie domysły,pretensje i  niedopowiedzenia.One zawsze były i będą tak długo jak długo są źli - nieczuli ludzie.Oni zawsze będą szukać sensacji nie tam gdzie trzeba...a już absolutnie nie powinno ich interesować życie Twoje i Twojego synka.
Nie pozwól na wtrącanie się im w Wasze życie..wyznacz granice,których nie mogą przekroczyć...bądź dumna z tych Waszych Wspólnych Wspaniałych Lat i z Waszego syna.W Nim płyną geny Twojego męża- On się kiedyś Tobą zaopiekuje...sporo lat minie,ale sama zobaczysz co to znaczy miłość syna ...ja wiem i cieszę się z niej niemal każdego samotnego  dnia.

....jeszcze w zielone gramy,choć skroń niejedna siwa,to na strychach każdy z nas wciąż na nowo klei połamane skrzydła....
więc nie martwmy się - bo w końcu nie nam jednym się nie klei...ważne aby raz w miesiącu  mieć dyktando u NADZIEI.....jeszcze w zielone gramy,jeszcze nie umieramy
jeszcze się spełnią nasze piękne dni,marzenia,plany.....
                                                                   W.Młynarski:,,Jeszcze w zielone gramy..,,
Wszystkim Nam dedykuje te słowa,Baśka Ty jesteś cichą bohaterką - dajesz Nam przykład..Ikario- zazdroszczę Ci morza i tych ,,wspólnych,, spacerów,możesz każdego dnia iść w pojedynkę,ale razem...On zawsze będzie z Tobą..dajesz radę - masz w sobie moc-tę moc. Misiulka,co takiego się musiało stać,że Ty mądra,silna i najbardziej z Nas doświadczona znów musisz zmagać się z dawnymi smutnymi demonami z przeszłości...Jesteś silna,nawet nie wiesz jak silna...ale to nie oznacza,że musisz być z tym sama...nie- w żadnym razie- My jesteśmy sercem i myślami z Tobą...mam nadzieję że to instynktownie czujesz...obejrzyj się proszę...My jesteśmy tuż za Tobą...podajemy Ci nasze dłonie..Aloes21 już niedługo będzie lepiej,odrobinę - ociupinę ale będzie Zrób coś dla siebie samej- też jesteś ważna:kup doniczkę z hiacyntem i postaw obok zdjęcia męża zapal małą świeczkę  na parapecie....tak robią kobiety na północy.... Napisz do Niego list i opisz w nim co się ostatnio wydarzyło u Ciebie i w rodzinie...Dziewczyny Drogie Dbajcie o siebie  Wszystkie- pozdrawiam

31,001

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Dziękuję za przywitanie, słowa wsparcia, szczere i prawdziwe, Jolam, Aloes i Misiulka. Jolu - Twoje słowa budują:) choć każdej z nas jest źle... Zadajemy pytanie - dlaczego On, dlaczego my cierpimy, dlaczego nasze dzieci cierpia, dlaczego teraz nas to spotkało .... nie potrafie znaleźć sensownej odpowiedzi...Mi pomaga w jakims zakresie wiara, posiłkuje sie też rozmowami z psychologiem, i zaczęłam brać antydepresanty aby ograniczyć swoja fizyczna niemoc...Polecam też terapię i leki Aloes.... Niestety świat sie nie zatrzyma i trzeba jakoś żyć...Przeczytalam gdzieś, że trzeba znaleźć cel/punkt i na nim dalej sie próbować skupić  - dla kazdej z nas to moze być ktos lub coś innego i że musimy sie opowiedzieć czy idziemy w stronę żywych czy trwamy w śmierci za życia.... Cięzko wierzyć ze bedzie inaczej ale bedzie dobrze... na innych zasadach - nie wiem.... całe życie z Nim, wakacje z Nim, świeta z Nim, wieczory latem na tarasie z Nim, wspolne wedrowanie i grzyby z Nim....Nie doceniamy zwykle tych pięknych ale też tych zwyczajnych chwil wspolnie spędzonych a gdy los je nam odbiera, nie mamy co ze sobą zrobić... Ja sie czuję jak osierocone dziecko - przy Nim czułam sie zawsze bezpiecznie, zaopiekowana. Mąż był moim przyjacielem - tym bardziej jego śmierć zasiała spustoszenie w sercu i glowie... Zaraz beda 2 m-ce jak Go nie ma z nami-gdybym mogła cofnać czas, i miała wiedze która mam teraz - ale tak to nie działa.... Rozmyślając godzinami, biczujac się wręcz.....choc to już nic nie zmieni..... nie mogę darować sobie że przyzwoliłam niejako na śmierć męża....bo nie obroniłam go przed samym sobą....Wiem, że On nie był sobą w tamtych chwilach i wiem, ze mnie kochał wtedy gdy choroba nie atakowała, ale jednak i tak do konca mego zycia pozostanę z tym brzemieniem. Stoję też przed dylematem - wrócić do naszego (dziś za dużego dla tylko dwojga) domu, w strony rodzinne męża (i z jednej strony ukonczyć dzieło życia, pielęgnować pamięć)czy lepiej zamieszkać w nowym mieszkaniu....gdyż dom zawsze będzie przywoływał tramatyczne wydarzenia przed śmiercią i jego śmierć... Nie wiem czy któraś z Was miała takie dylematy - zwłaszcza w sytuacji tak tragicznego oblicza śmierci...
Starajmy sie być silne, pamiętając że kobiety z natury są silniejsze.....Spokojnej nocy

31,002

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Aloes, kochana, jedyne, co możemy zrobić, to wysłuchać  Cię, w każdej chwili, o każdej porze dnia i nocy. Taka bliskość kogoś, kto tylko słucha jest bezcenna, dla mnie była. Dlatego pisz, na Forum, na mój prywatny adres (dostaniesz go przez Forum), obiecuję, że nie zostawię Cię samej w rozpaczy, bo znam ten wszechogarniający ból, brak tchu i poczucie, że to już koniec, że nigdy nie będzie lepiej.  Ale uwierz mi, będzie… Musisz być tylko cierpliwa. Jak pisała Misiulka życie stopniowo zapełni każdą pustkę, tylko daj czasowi czas, pozwól mu płynąć i działać. Nie rób niczego na siłę, nie ulegaj presji bliskich, otoczenia. TY JESTEŚ NAJWAŻNIEJSZA!!! Pozwól sobie na łzy, ciszę, odseparowanie się od ludzi, spróbuj robić to, co zawsze lubiłaś. Mnie pomagała ciężka praca fizyczna, pozwalała nie tylko wyładować całą złość, jaką nosiłam w sobie,  ale również oderwać myśli od wspomnień, a wieczorem zasnąć. Bo najgorsze były wieczory… i noce… Jestem z Tobą całym sercem.  I z Załamaną.  Kochana, nie zwariowałaś, ale też nie obwiniaj siebie o nic, nie miałaś wpływu na chorobę męża, tak jak my nie miałyśmy wpływu na zawał czy raka, które pokonały naszych ukochanych. Czasem mam wrażenie, że  los tak po prostu pisze sobie scenariusz naszego życia , a nam nie wolno w nim nic  zmienić; ani dodać, ani usunąć żadnego słowa, wersu czy zdarzenia. Możemy tylko, jak widzowie w kinie lub teatrze, biernie patrzeć i przeżywać, cieszyć się, płakać, a potem wspominać…
Jolam, dziękuję, że wreszcie napisałaś, jak zwykle mądrze, pięknie, osobiście. Każdy Twój wpis podnosi mnie na duchu. Skoro Ty tak heroicznie walczysz, ja muszę również.
Pozdrawiam Was, Dziewczyny, gorąco i dużo wytrwałości życzę.

31,003 Ostatnio edytowany przez kolia1 (2022-03-29 14:13:32)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny, bardzo dawno już nie odzywałam się ale wchodzę co jakiś czas i czytam. W czerwcu minie 2 lata od nagłej i niespodziewanej śmierci mojego męża. Pamiętam to straszne piekło emocjonalne, które owładnęło mnie całkowicie. Nie mogłam płakać, nie mogłam krzyczeć, gardło było zaciśnięte i tylko ten potworny wewnętrzny dygot. Mieszkam również sama i zupełnie nie radziłam sobie ze swoimi emocjami. Nigdy nie wyobrażałam sobie nawet, że mogą być aż tak straszne. Przychodziło mi na myśl, że jestem jakaś nienormalna, że oszaleję i że tylko ja tak mam.  Przeszukałam całą sieć, czytałam wszystko co tylko mogłam. Po dwóch miesiącach koszmaru wewnętrznego trafiłam na to forum. I wtedy zrozumiałam, że moje emocje są normalne, że wiele osób tak ma i każdy okazuje i przeżywa w swój niepowtarzalny sposób. Czas dla mnie stanął w miejscu i stał bardzo długi czas, od bardzo niedawna zaczął odrobinę pełznąć.
Nie sądziłam że w ogóle to przetrzymam. Na początku liczyłam minuty, później godziny. Każda wydawała się wiecznością. Nawet trudno to zdefiniować i opisać. Po prostu brakuje słów. Pustka i samotność waliły jak gromy. I ta olbrzymia niezgoda na to co się stało. Olbrzymie poczucie winy....dlaczego nie ja, dlaczego On? Po co mi takie życie...bez sensu, nadziei i w otchłani bólu. Nie raz myślałam, żeby ze sobą skończyć, żeby odczuć ulgę, żeby chociaż trochę odpocząć. Niestety... Straciłam pamięć a wewnątrz buzował tylko wulkan tuż przed erupcją. Wy to wiecie Kochane.
Odrobinę ulgi poczułam po półtora roku, bo miałam szczęście pomieszkać przez całą zimę z córką jej mężem i takim małym, niespełna dwuletnim wnusiem. Okoliczności życia tak złożyły, że dość dużo się nim zajmowałam. On odsuwał ode mnie destrukcyjne myśli, wymagał uwagi i czasu. To trochę pomogło. Dziękowałam im później gorąco za dany mi czas.
Obecnie mam troszkę lepsze i gorsze dni, Wpadam w czeluści głębokiej nocy i wychodzę z nich. Huśtawki emocji szaleją cały czas. Ale chyba jestem już silniejsza i dam radę...tak myślę.
Od początku piszę listy do męża. wcześniej codziennie.. czasami dwa razy dziennie. Obecnie różnie. Wyrzucam tam wszystko co chciała bym Mu powiedzieć, za co przeprosić i to wszystko, czego nie zdążyłam powiedzieć. Wszystkie te przeżycia spowodowały u mnie duże zmiany, jestem innym człowiekiem.
Dajcie sobie czas dziewczyny, będzie lżej, łatwiej. Nie zamykajcie się na te trudne emocje. Pamiętam, jak katowałam się nimi do utraty tchu...do szaleństwa...w nadziei, że chociaż trochę się wypalą, przycichną...trochę przycichły. A ja mam czas...już teraz tak...nigdzie się już nie spieszę, nie gonię. Daję sobie nadal czas.
Pozdrawiam Was wszystkie cieplutko, serdecznie i bardzo mocno.

31,004

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Aloes21 - Moja Droga - nie jesteś sama i nie będziesz,obiecuję Ci to - tu i teraz.Też uważam,że powinnyśmy więcej pisać i kontaktować się ze sobą.Możesz zawsze napisać na prywatne e-maile - jak nie dajesz rady z emocjami i smutnymi przeżyciami.
Ja doskonale sobie przypominam swoje ,,życie,,w tym samym czasie w którym Ty jesteś.Chodziłam po pustym domu i poprzez płacz- właściwie lament- wołałam głośno:
niech mi ktoś pomoże,czy na tym całym wielkim świecie nie ma nikogo kto może mi choć dać cień nadziei ,że przestanie tak straszni boleć,że każdy oddech przynosi niewyobrażalne cierpienie? każda minuta trwa godzinę,a każda godzina zamienia się w dobę...Nikt mi nie odpowiadał,nikt nie wziął za rękę ...nikt nie przytulił i nie powiedział:dasz radę - nie jesteś sama.Był we mnie taki żal i pretensje do świata ,ludzi i bliskich ,że sama byłam nim przerażona. Nagle do wszystkich o wszystko miałam pretensje,że nie dzwonią - a jak dzwonią to za rzadko -że tak mało mówią o moim mężu- tylko znajdują tzw:tematy zastępcze.Bywałam niemiła wręcz niegrzeczna jak kolejny raz pytano mnie jak sobie radzę i jak się czuję?! Na miłość Boską- a jak wam się wydaje- jak mam się czuć- nagle z godziny na godzinę osamotniona - pozbawiona najukochańszego człowieka w moim życiu? Dlaczego?,po co ?jaki to na sens?,dlaczego  to właśnie ja doznaję takich krzywd?przecież ja i tak w swoim życiu przeżyłam koszmary związane ze śmiercią najbliższych.Oprócz córki i syna nie mam już żadnych bliskich- ani siostry ani brata,ani cioci ani wujka.Pozostało kilkoro kuzynów i kuzynek którzy poza jedną siostrą cioteczną  po kądzieli i kuzynem męża- czyli po mieczu - nie są zainteresowani moim losem, nie mówiąc już o losie moich dzieci i wnuków.Idę o każdy zakład,że miałabym trudności z rozpoznaniem Ich na ulicy.
Znajomi i ,,przyjaciele,,w większości pozapadało na głęboką amnezję...pozostała grupka tych bardziej pamiętających mnie i mojego męża .Są ze mną nadal,trwają choć prawdę powiedziawszy mało Im mogę oferować oprócz wdzięczności i życzliwości .
Widzisz moja droga Aloes,po pewnym czasie zobojętniałam na ludzkie zachowania,choć do moich małych zwycięstw mogę zaliczyć odwagę w przekazaniu im mojego zdania na temat ich zachowania w stosunku do mnie...To ja wprost zakomunikowałam ,że nie jestem zainteresowana utrzymywaniem dalszej znajomości z nimi,bo nie znoszę fałszu,obłudy i gry pozorów.Koniec- kropka- wasz czas minął- trzymajcie z tymi co mogą więcej wam dać - trzymajcie z tymi co więcej mają do zaoferowania.....
Wracając do przerażającej samotności ,postaraj zająć czymś głowę...na początku chociaż na krótko,obejrzyj neutralny film- może nawet dla dzieci.U mnie ,,Kraina Lodu,,1i2 część przyniosła chwilowy spokój.Filmy o Egipcie- ukochanym kraju mojego męża poza Polską po jakimś czasie :sport- mecze siatkówki które zawsze wspólnie oglądaliśmy,tenis,skoki narciarskie.Teraz też w samotności oglądałam Igrzyska Zimowe w Chinach choć to po raz pierwszy bez Niego... Zastanów się co możesz kontynuować sama - bez męża- ale z myślą o Nim.
Może posadź Jego ulubione kwiaty - mój lubił rudbekie we wszystkich odmianach,cynie,gladiole,irysy,peonie....nagietki i nasturcje...bez i konwalie...tulipany..
Ja początkowo unikałam ludzi,ale kobiety które już nie piszą na tym Forum radziły:wyjdź do ludzi,musisz mieć w kimś oparcie- nie dasz rady samej unieść tego ogromu rozpaczy...i tak się stało.Największą pomoc otrzymałam i nadal otrzymuję od moich dzieci i....innych wdów.Zarówno w moim najbliższym otoczeniu ,jak i z tego Forum.Pomogła mi praca podjęta też dzięki Jednej z wdów- od kilkudziesięciu lat mojej bliskiej przyjaciółki.To Ona ,,wyprosiła,,u jednej z dyrektorek szkół zatrudnienie mnie...Parę godzin w tygodniu jestem z ludźmi,robię to co lubię - czuję się potrzebna i dorabiam sobie do mojej nauczycielskiej emerytury..Nie ma szaleństwa,ale przy galopujących cenach - każda suma się liczy w moim budżecie. Muszę się przygotować do każdej  lekcji,odpytać ,ocenić.Będąc wśród młodych ludzi zarażam się Ich optymizmem życiowym - choć na tyle,że czarne myśli chowają się głęboko i na jakiś czas przestają mnie atakować,a jeżeli już zaczną - to z znacznie mniejsza siłą.
Zaczęłam przyjmować zaproszenia i sama zapraszam koleżanki z dawnej pracy.Była już kilka razy kawa,lody,pizza,pasty.Zawsze przy tym pogaduchy i fajny babski czas...z takich spotkań powroty do samotnego domu już nie są takie straszne...
Ale na wszystko musi przyjść czas,Ty najlepiej znasz siebie- to musi być za każdym razem Twoja decyzja- niczego nie rób na siłę- niczego wbrew sobie.
Można uciec w książki,można uciec w samotne lub z ukochanym psiakiem spacery....
Moja suczka ma zanik mięśni w tylnych łapach,muszę Ją podnosić i przenosić..ale jest ze mną i póki będzie miała siłę być ze mną - to będzie.Całe moje codzienne życie podporządkowałam jej opiece....Nasi Bracia Mniejsi już nie jedną osobę uratowały przed depresją,ja z całą pewnością się do Nich zaliczam..Pisz jak najczęściej- będziemy z Tobą
Dbaj o siebie- pozdrawiam i mocno przytulam.....

31,005 Ostatnio edytowany przez zzielona (2022-03-29 15:59:21)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie kochane
Witaj Załamana, zgadzam się, proste codzienne chwile docenia sie mocniej po stracie, świat się nie zatrzyma i najlepiej - chociaż czasem w ogóle ciezko cokolwiek zrobić - mieć cel. Ja tez zadawałam sobie pytania dlaczego ja, dlaczego nam się to przytrafiło, miało być zupełnie inaczej. I chociaż o wiele rzadziej to nadal przychodza mi takie pytania do głowy, tak samo jak to jak to wszystko odkręcić.. a jest to jedyna rzecz której nie można w zyciu naprawić.
Aloes dziekuje ci za cudowne słowa wsparcia, może dla niektórych to niewiele ale dla mnie dużo znaczy to co napisalas. Sama mam jakieś resztki nadziei ze może jednak kiedyś to życie się jakoś ułoży bo moje marzenie to spokojne życie z kochana osobą przy boku. Niby mało wymagam ale jednak tak wiele. Z takim bagażem i w tym momencie wydaje się to szczególnie trudne. Z jednej strony cień nadziei, z drugiej scenariusz samotnego życia przez kilkadziesiąt lat.. I obawa ze stracę kolejną osobę lub się na kims zawiodę tak jak już zawiodłam się na wielu. Bliskich znajomych tez mam malutko. Tobie kochana Aloes, wam wszystkim wdowom na naszym forum życzę abyście się umiały znowu cieszyć , aby tego bólu z dnia na dzień było coraz mniej bo jesteście bardzo silne i czytając wasze wpisy jest mi zawsze lepiej na sercu, zawsze mogę dowiedzieć się czegoś nowego i widzę w tym również swoje emocje których nie umiem nazwać..
Macie cudowne dzieci i wnuki, dla nich warto żyć. Teraz tak pisze a jeszcze w styczniu sama myslalam o tym żeby ze sobą skończyć. Wiem, ze dzieciaki potrafią być denerwujące będąc w takim stanie (tak jak ładna pogoda, ja się teraz ciesze jak widzę ze za oknem jest pochmurno). Sama nie miałam wcześniej siły na spotkania z dziećmi brata które uwielbiam. Teściowa mi opowiadała jak nie daje rady przebywać z wnukami. Ale teraz dzieci poprawiaja mi humor. Od niedawna w domu mam również szczeniaka, dzieki niemu miałam chociaż motywacje aby wyjść na spacer. Po powrocie do pracy i do mieszkania samej, będę tęsknić za zwierzakami, za moją kotką która ze mna spi i siedziała ze mna całymi dniami jak zaczynałam zalobe. Boje się tego samotnego mieszkania i w ogóle samotności, wracania do pustych 4 ścian, myśli o tym ze inni maja jakieś normalne życie, do kogo wrócić po pracy, mogą z kims planować wolny czas. Ogarnia mnie taka niemoc i pustka.
Ja wzięłam się za załatwianie spraw związanych z pracą. I wszystko co robię jest jakieś takie bezsensowne? Jak życie z automatu, taka egzystencja. Robię bo robię, żyje bo żyje. A jakakolwiek radość jest na chwile i powierzchowna tak jak wspomniałam wcześniej.
Pozdrawiam was serdecznie

Posty [ 30,941 do 31,005 z 31,427 ]

Strony Poprzednia 1 475 476 477 478 479 484 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024