Basiu, od diagnozy zrobiłam wszystko, co mogłam, towarzyszyłam mojemu M od początku we wszystkich badaniach, nie zostawiałam Go ani na chwilę samego, nawet kiedy na początku diagnozy czuł się dobrze, i chciał jeździć na badania sam. Kazałam mu tylko odpoczywać., tak jak pisałam trafiłam na bardzo dobrych lekarzy, wszystko co mogłam, kartę DILO, skierowania, badania z dnia na dzień, wszystko to, co można zrobić bez obecności M, żeby Go nie męczyć niepotrzebnie, udało się załatwić od ręki, spotkałam się z wielką wyrozumiałością lekarzy. Mam tylko żal do siebie, że w tym ostatnim momencie, nie przyjechałam o te 5 minut wcześniej, żeby ostatni raz powiedzieć, jak bardzo Go kocham i trzymać za rękę w chwili odejścia. Ordynator mi powiedział, że i tak by mnie w tym momencie nie wpuścili do sali, bo ratowali mojego M jeszcze raz. Ale, wiem, że to były tylko słowa pocieszenia, jakbym była o te 5 minut wcześnie to by mój M. poczuł dotyk mojej dłoni, który tak bardzo lubił. To się już stało, staram się tym nie gnębić, ale ciągle to mam w głowie i ten obraz wraca, jak bumerang.
Jola, tak wiem, że mój M. w ostatnim momencie myślał o mnie, zawsze mi mówił, że to będzie jego ostatnia myśl i tym bardziej mi żal, że mnie wtedy nie było. Nie zadręczam się tym, ale tak bym chciała być przy Nim wtedy, chociaż wiem, że odchodził z myślą, że był moim największym szczęściem.
Maadlen, ja liczę dni, tygodnie, miesiące, niedługo minie 4 miesiące odkąd „żyję” bez mojego M. i nie wiem, jak i kiedy z tą stratą dam sobie jako tako radę. Teraz mi się wydaje, ze NIGDY.
Praca mi niestety nie pomaga, wszyscy mnie denerwują, ostatnio przyszła koleżanka, i rzuciła taki tekst, a co ty jesteś taka zła, masz taką minę, no mam, bo mój M. niedawno zmarł, oj no nie wiedziałam, przepraszam, i poprosiła czy bym w czymś tam jej nie pomogła, bo ona nie wie, jak to zrobić. A ja nie mam siły, żeby w tej chwili robić coś za kogoś, ledwie ogarniam swoje obowiązki, zawsze chętnie pomagałam, też zostawałam, jak trzeba było, ale teraz nie. Powiedziałam, że przykro mi, dałam materiały, że jak chce to może skorzystać, i tyle. Na szczęście takich osób nie ma u nas dużo, większość jest taktowna, ale wystarczy jedna żeby dobić. Ale nie zabronię nikomu śmiechów, żartów, swobody, dla nich normalnie toczy się życie, a dla mnie się zatrzymało. Długo tam pracuję, mój M. pracował na tej samej uczelni, studenci, koledzy z Katedry bardzo go lubili, ale to mi nie pomaga, bo każdy pyta, jak się czuję, no że wielki żal, że zawsze będą go pamiętać itp. Najchętniej bym się gdzieś schowała. Tylko ryczeć mi się chce, duszę w sobie przez cały dzień łzy, żeby w domu wybuchnąć.
W pracy muszę być miła, próbować zachowywać się normalnie, rozmawiać, odbierać telefony, a to powoduje, że przez cały dzień duszę w sobie emocje.
Nie wiem, jak długo tak wytrzymam. Zastanawiałam się czy nie wziąć na jakiś czas urlopu bezpłatnego, ale i tak kiedyś będę musiała wrócić, ale może później będzie łatwiej? Wiele osób mi powtarzało, że praca mi pomoże, no mi nie pomaga, lepiej się czuję w spokoju i ciszy. Na razie dam sobie jeszcze trochę czasu. A potem zobaczę.
Pozdrawiam Was Kochane.