Jolam, Baśka - bardzo Wam dziękuję za odpowiedź i za miłe słowa. Ale nie zasługuję na nie.
Cały czas szykuję coś dla dziecka, ale szczerze, to mnie w ogóle nie cieszy, tylko przytłacza. Gdyby nie ciąża, też bym cierpiała, ale byłoby mi łatwiej, choćby mogłabym się wspomóc lekami. A co będzie po porodzie, wręcz boję się myśleć. Zostanę całkiem sama, w złym stanie psychicznym, z noworodkiem na głowie. Wtedy też nikt mi leków nie da, bo jak mam się opiekować dzieckiem półprzytomna. Teraz w całości trzyma mnie tylko terapia, ale przecież wtedy będę musiała ją zakończyć, bo jak chodzić z niemowlakiem przy piersi.
Co gorsza nachodzą mnie myśli, że gdyby nie ta ciąża, byłabym wtedy z mężem i może bym go uratowała. Wolałabym zostać bezdzietna, ale z nim. On tego dziecka chciał, ale nie kosztem swojego życia i mojego cierpienia.
Jeszcze trochę i po prostu znienawidzę to biedne dziecko. Wszyscy mówią, że jak urodzę, to pokocham, ale co jeśli nie? Tyle kobiet ma depresję poporodową.
Nie widzę wyjścia z tej sytuacji. Boję się, że to się bardzo źle skończy dla nas trojga.
30,876 2022-01-11 19:28:19
30,877 2022-01-11 22:16:19
metronomia kochana moja towarzyszko niedoli! nie ma takiej opcji,że znienawidzisz dziecko.Moja córka miała depresję poporodową,leczyła się u psychiatry - nie będę Cię okłamywać - trochę czasu jej to zajęło,ale dała radę.Miała skomplikowaną ciążę,w ostatniej chwili dowiedziała się,że musi mieć cesarskie cięcie - ze względu na dobro dziecka-nie odwróciło się...później się bała o nie- czy wszystko jest w porządku,czy będzie się dobrze rozwijać.
Powiem tak:nie możesz znienawidzić dziecka w którym płynie krew Twojego męża ... W Nim będzie /już jest Jego część/może później się okaże,że odziedziczyło po Nim jakieś cechy - jest w czymś do Niego podobne.Tego nie wiesz,a ja już wiem ,że mój Karol jest po części w moich wnuczkach i w 2-letnim wnuku .Geny - to geny:te same spojrzenie,mrużenie oczu,te same włosy i małe znamię u wszystkich moich wnuków....a od wieków obecne w rodzinie mojego męża.
Pomyśl,to że będziesz mamą- to może efekt takiego ,,targowania,, się z losem,żebyś nie została zupełnie sama...może tak właśnie musiało być...?
Pisałaś,że myśleliście oboje o dziecku- sprawdziło się Wasze marzenie,tylko Ty Mu zostałaś i tylko Ciebie - Mamę będzie miało przy przyjściu na ten nowy- nieznany Mu świat.Będzie zagubiony,przestraszony - w nowym nieznanym miejscu-nie będzie przy Nim Taty,ale będziesz TY-w imieniu Was obu.
Dasz radę- nie lubię sama jak ktoś tak mówi do mnie,ale ja jestem już starą wiekową kobietą - mam już mało sił, i życiowych możliwości,a przed Tobą kolejny rozdział życia.
W końcu nie będziesz sama po śmierci męża,będzie dziecko - Wasze dziecko....
Co będzie później,dalej - nieważne,nie planuj- bo i tak życie je zweryfikuje ,co będzie - to będzie- ale przestaniesz być sama.Będziesz miała kogo przytulić i do kogo się przytulić.Będziesz obserwowała każdego dnia jak rośnie i się zmienia....a Ono będzie na Ciebie patrzyło z czułością i wdzięcznością- bo będziesz Jego ukochaną MAMĄ
Jeżeli potrzebujesz jakiejkolwiek pomocy- pisz nawet na adres prywatny.Ja mogę przesłać rzeczy /ubranka,grzechotki,pościel/dla Twojej pociechy.U mnie sporo ich pozostało,fajne rzeczy dla dziewczynki i chłopaka...będzie mi miło przekazać dalej...
Przytulam Cię bardzo mocno do serducha,i jak pisze niezastąpiona Nasza Aniczka :dobrą energię...mnie pomogła to i Tobie musi...tylko proszę :uwierz w to.
Kobiety i Dziewczyny z tego Forum :zostańmy Ciociami /przyszywanymi/dla dziecka
metronomi ,co Wy na to? Pozdrawiam Was Wszystkie
30,878 2022-01-12 11:41:44
Droga Metronomio , proszę Cię z całego serca nie bądź dla siebie taka wymagająca i niesprawiedliwa . Nie masz wpływu na to co spotkało Twojego męża ale los czy też inne moce nie chciały abyś była sama w tej trudnej drodze . Dziewczyny mają racje pisząc ,że pod sercem nosisz czastkę swojego męża . Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy , nie widziałam jaki nasz syn jest podobny do męża . Niedawno w ręce wpadło mi zdjęcie męża z naszym synem , na którym mąż był w aktualnym wieku syna .... przeżyłam szok i niedowierzanie bo są identyczni , postawa , budowa ciało , nos , oczy , uśmiech nawet taki sam zarost mają . Dopiero widze to ogromne podobieństwo i do mnie dociera , że tych wspólnych cech jest więcej . Nie tylko wizualnych ale również cech charakteru , nawet modobne poczucie humoru mają . Podobnie jak ty jestem na początku swojej samotnej drogi ale dla mnie matki dorosłego dziecka , które ma już swoje poukładane życie to wlaśnie Ty jesteś szczęściarą w tym ogromnym nieszczęściu jakim jest strata ukochanego . Podzielam zdanie Jolam1 i w 100% się z nią zgadzam . Maluszek odmieni Twoje życie , jego bliskość otuli Twoje zbolałe serce a jego każdy uśmiech bedzie miodem na Twoje zranione i obolałą duszę. Wiem ,że trudno dostrzec iskierkę kiedy i w głowie i sercu panuje mrok . Małymi krokami może czasami niedostrzeganymi w codzienności idziesz do przodu , jesteś silna a Twój mąż na pewno byłby z Ciebie dumny bo realizujesz wasz najpiękniejsze i najcudowniejsze marzenie !!! Ogromnym i niewyobrażalnym szczęściem jest zostać Rodzicem ..... Życzę Ci dużo siły i przesyłam moją cała pozytywną energię !!! Pisz śmiało jeśli czegokolwiek bedziesz potrzebować z miła chęcią zostaną forumową i może nie tylko forumową Ciocią ![]()
Przepraszam ,żę napisałam teraz tylko do Metronomii ale tak mnie poruszył jej wpis ,że musiałam odpisać natychmiast .....odezwę się później .
Pozdrawiam Was Wszystkie serdecznie .
30,879 2022-01-12 13:20:22
Witajcie Kochane,
W sobotę poszłam na spacer nad morze, zrobiłam ponad 10 km i pierwszy raz od ponad 4 miesięcy przespałam prawie całą noc.
Za to w niedzielę, kiedy wróciłam z cmentarza, ogarnął mnie taki okropny żal, jak chyba nigdy dotąd, potem wpadłam w taką złość na los, że aż z tej złości, zaczęłam sprzątać mieszkanie, jak dzika, kiedy zaczęłam myć klosze w łazience mało nie spadłam z drabiny.
Aniczka, ja mam 53 lata, i do niedawna czułam się, jakbym miała 35, pełna energii, chęci do życia, pełna planów, bo przecież jeszcze tyle przede mną, a teraz czuję się, jakbym miała 90 i całe życie było już za mną. I w sumie jest, bo to co najlepsze to już było, a teraz czeka mnie tylko smutek wieczny.
Maadlen, mi znajomi zaproponowali wyjazd na Sylwestra w góry, jechali większą grupą, ale ja nie jestem jeszcze gotowa patrzeć na szczęśliwe pary i spędzać czasu w dużym gronie. Wierzę, że ten czas nadejdzie, kiedyś, tylko kiedy? Dużo czasu jeszcze musi upłynąć.
Basia, ja też zawiodłam się na kilku dobrych znajomych, zawiodła mnie też bardzo moja kuzynka, wydawało się, że była z nami bardzo związana, pomagaliśmy jej i jej dzieciom, kiedy była w trudnej sytuacji, a ona od pogrzebu nie zadzwoniła do mnie ani razu.. Ja rozumiem, że nie każdy umie o tym rozmawiać, nie wiedzą co powiedzieć, ale żeby nie odezwać się wcale?, tego się nie spodziewałam. Czuję się, jakby mnie zdradziła.
Ale też zaskoczyły mnie na plus dwie koleżanki z pracy, które są już na emeryturze, ale długo pracowałyśmy razem i wciąż mamy bliski kontakt. Bardzo mi pomagają. Dzwonią codziennie, wyciągają mnie z domu, przyjeżdżają kiedy mogą. Dostałam też bardzo wzruszający list od jednej sąsiadki, która straciła swojego ukochanego ponad 4 lata temu. Spotkałyśmy się kilka dni temu, obie płakałyśmy i było mi trochę lepiej choć na chwilę, bo wiem, że ktoś rozumie to okropne cierpienie.
Muszę też ogarnąć niektóre sprawy Męża, zlikwidować komórkę, zamknąć konto firmowe i inne sprawy. Mąż był bardzo aktywny zawodowo na kilku frontach, ale nie mam na to siły, wszędzie muszę mówić, że Mąż nie żyje, a to mi nie chce przejść przez gardło, zaciska się pętla, łzy lecą, jak grochy. Odwlekam to z dnia na dzień, bo wciąż nie jestem gotowa.
Rano się budzę i obok mnie zamiast mojego kochanego R., leży Jego poduszka, która wciąż przesiąknięta jest jeszcze Jego zapachem. Budzę się, ryczę, cierpię i bardzo, bardzo tęsknię.
Bardzo się cieszę, że znalazłam to forum, pisanie i żalenie się tutaj jest dla mnie bardzo dobrą terapią, bez Was chyba bym oszalała. Ktoś kto tego nie przeżył, nie zrozumie tej okropnej tęsknoty, tego rozrywającego bólu i niewyobrażalnego cierpienia.
Dziewczyny jesteście wspaniałe, dziękuję Wam, że pomimo swojego bólu, potraficie wspierać inne kobiety i dajecie nadzieję. I podobnie, jak Maadlen, biorę sobie do serca Wasze wpisy, trzymam się ich, wierząc w to co piszecie, że kiedyś będzie lepiej.
Pozdrawiam Was serdecznie
30,880 2022-01-12 18:10:33
Metronomia, upłynął podobny czas od śmierci naszych Mężów. Mój zmarł 28 października, jutro minie 11 tygodni, najgorszych 11 tygodni mojego życia.
I choć jestem w innej sytuacji życiowej, doskonale wiem co czujesz, wiem, jaką przeżywasz rozpacz i ból.
Ja przez pierwszy miesiąc byłam poza domem, bo nie byłam w stanie wrócić do tych pustych ścian, gdzie wszystko zostało, tak, jak zabrało Go pogotowie do szpitala, a z którego już nie wrócił. Podobnie, jak Ty przez pierwszy miesiąc żyłam w strasznym odrętwieniu, zresztą byłam na prochach inaczej nie dałabym rady. Kiedy wróciłam do domu, ciągle płakałam, a właściwie wyłam non stop. Tak, jak Jola nie byłam w stanie nawet się przebrać do spania, kładłam się w tym w czym snułam się po domu przez cały dzień, nie jadłam, nie piłam, gdyby nie moja przyjaciółka, która zamieszkała ze mną na kilka dni i mnie zmuszała do jedzenia, chyba umarłabym z głodu.
Wciąż mało jem, ale przynajmniej już coś sama sobie przygotuję, też mam ogromne problemy ze snem, w sobotę po raz pierwszy przespałam prawie pierwszą noc, tylko z jedną pobudką w środku nocy.
Jesteś dzielna, że udało Ci się uporządkować rzeczy Męża, ja do tej pory zostawiłam jego kurtkę i buty w przedpokoju, kluczyki od samochodu leżą, jak leżały. Do jego szafy z ciuchami nie jestem w stanie nawet zajrzeć. Do tej pory nie zmieniłam pościeli, w której spaliśmy razem, a dawno to powinnam zrobić, ale ona ciągle jeszcze pachnie moim R.
Po domu chodzę w jego bluzie, którą ostatnio nosił, koło mojej poduszki leży jego t-shirt, do którego wciąż się tulę i płaczę. Dopiero niedawno zamknęłam Jego laptopa, ale schować go nie jestem jeszcze w stanie, ale to już i tak malutki kroczek dla mnie.
Też muszę zacząć robić porządek w dokumentach mojego M, muszę uporządkować jego biuro, wszystkie projekty leżą, tak, jak je zostawił, ale na razie nie mogę, co wezmę jakiś papier to płaczę. Jeszcze z tym poczekam.
Potrzeba nam dużo siły, aby przejść tę długą, trudną, pełną bólu drogę. Tobie z pewnością doda sił Wasze Maleństwo, my nie mieliśmy dzieci, jest mi przez to trudniej, bo zostałam sama, ale dzięki Dziewczynom, które tu piszą wierzę, że nam się uda wrócić do jako takiego życia….kiedyś.
Mnie bardzo pomaga pisanie tutaj i bardzo się cieszę, że znalazłam to forum i „poznałam” takie wspaniałe Kobiety.
Ściskam Was wszystkie.
30,881 2022-01-12 21:49:00
Drogie dziewczyny ,dziękuję za słowa wsparcia ale na prawde nie jest tak jakby sie wydawalo z moja odwaga . Wyjechalam z domu na świeta bo doskonale wiedzialam ,że nie dam rady spedzić świąt w domu . Ta pustka i brak mojego M jest nie do zniesienia . Unikam jak ognia chwil i sytuacji , które z nim kojarzą się najbardziej . To już 23 tydzień jak odszedła a ja mam wrażenie jakby to było na chwilę .....dłuższą ale chwilę . Czasami mam wrazenie ,że siedzi w salonie na swoim ulubionym miejscu i słyszę jak mnie woła . Wszystkie jego rzeczy leżą na swoim miejscu jakby wyjechał gdzieś na jakiś czas . Jeszcze kilka lat temu często wyjeżdżał dopiero ostatnie lata spędziliśmy razem . Nauczyliśmy sie wszystko robic razem a teraz do niczego nie moge sie zmusić tak bardzo mi go brakuje . Najgorsze są weekendy , puste i bez sensu ....dla mnie pełne smutku nie do ogarnięcia.
Podobnie jak Jola mam pieska , to ukochana psia dziewczynka mojego męża . Śmiało mogę powiedzieć , że to mój największy motywator i najwierniejszy towarzysz w tym trudnym czasie . Śmialiśmy się zawsze ,że mieszkamy w psiej budzie , w naszym domu od zawsze rządzi pies . Odkąd mąż ją dostał stali się nierozłaczni , wszędzie razem , nawet na urlop ją zabieraliśmy . Myślę ,że nie ma drugiego takiego rozpieszczonego psiaka jak nasz. Pierwsze tygodnie były i dla niej bardzo trudne , byla taka niespokojna ,często skomlała z wielki żalem , szukała męża . Obowiązkowo śpi ze mną i to na sofie , bo odkąd zostałyśmy same nie mogę spać w naszej sypialni . Teraz trochę się uspokoiła i to syn stał sie jej brakującym pierwiastkiem męskim. Dla mnie jest to motywacja aby chodź na chwilę wyjść z domu .
Basia podziwiam Cię , nigdy nie odważylabym się na trzy psiaki . Przez dwa lata mieliśmy dwie psinki , jedną kilkunastoletnią i tą aktualną wtedy jeszcze małą szczeniaczkę , która tak naprawdę przy niej się wychowała . Kiedy starsza odeszła obiecalam sobie ,że nie przygarnę już żadnej psiny bo te rozstania są nie do zniesienia .
Ikaria niestety też mam wrażenie ,że wszystko co najlepsze dla mnie w życiu to już było , już sie zdażyło a jedyne co mnie czeka to żal, tesknota i łzy. Wiem ,że bylam szczęściarą bo mogliśmy wspólnie przeżyć tyle szczęśliwych chwil ale teraz na ich wspomnienie nie mogę powstrzymać łez . Zawsze myślałam ,że jestem twarda i ambitna babka ...... i tak było bo był on , ten który mnie wspierał , inspirował , doradzał i motywował . Teraz nie mam nic co by mnie chodź o krok pchnęło do przodu . Wszystko minęlo bezpowrotnie .
Doskonale rozumiem jak to jest kiedy osoby , o których myśłisz ,że mogą być wsparciem dla Ciebie nie oddzywają się w ogóle , są obojetne lub wręcz nie taktowne . Myślę ,że każda z nas przeszła przez takie przykre doświadczenia . Niestety tu się sprawdza stare powiedzenie " prawdziwych przyjaciól poznaje się w biedzie " . Dlatego cieszę się bardzo ,że znalazlam to forum i Was moje drogie ,bo o tym co mi leży na sercu niestety nie z każdym można porozmawiać i nawet moja najlepsza przyjaciółka pomimo tego ,że stara się jak nie wiem co to czesto sama jest przytłoczona ciężarem mojego cierpienia.
Tradycyjnie już wpłakałam morze łez pisząc do Was .
Pozdrawiam Was serdecznie i trzymajcie się ciepło .
30,882 2022-01-13 20:49:50
Witajcie Moje Drogie...Właśnie wróciłam od syna i jego rodzinki,zaledwie po dwóch dniach pobytu.Musiałam wracać do pracy- też tylko na dwa dni...ale obiecałam pomóc,bo brakuje nauczycieli.
Ta moja samotna droga/3 godziny w jedną stronę/to moja droga przez mękę,tym bardziej że jeżdżę autem męża.Sprzedałam swoje,aby móc sobie zostawić Jego samochód.
Trasa - którą tyle razy wspólnie przemierzaliśmy,którą znaliśmy na pamięć-sprawiała nam zawsze dużą frajdę. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym,śmialiśmy się,żartowaliśmy,opowiadaliśmy jak spędziliśmy dzień... Cieszyliśmy się ,że jedziemy do syna,synowej i Ich dzieci z fajnymi prezentami,że będzie wesoło i rodzinnie...Zawsze dojeżdżali drudzy Dziadkowie,aby trochę wspólnie z nami wszystkimi pobyć,bo normalnie dzielą nas od siebie spore odległości......Teraz - jest prawie tak samo,tylko ja przyjeżdżam SAMA i za każdym razem SAMA odjeżdżam. Od razu w samochodzie płacz,a później już poza miastem-wycie,przerażający krzyk zmieniający się w skowyt -jak u zranionego zwierzaka.Droga nagle stała się obca, smutna i nieprzyjazna dla samotnej kobiety która ma tylko w głowie negatywne emocje,a w sercu smutek i przeolbrzymi żal...
Ile to już razy wykrzykiwałam bezskutecznie prośby i zaklęcia do losu,aby zwrócił mi męża,ile razy mówiłam,że nie poradzę sobie sama,nie potrafię i nie umiem....no i nie chcę żyć bez NIEGO!? to wszystko bezskutecznie,niczego nie wywalczyłam i już z całą pewnością nie wywalczę. Jedno wiem - muszę być blisko rodziny,bo oszaleję z rozpaczy,muszę stanowić część jakiegoś ludzkiego zbioru - muszę czuć się komuś potrzebna, ot tak po prostu.Nie chcę być niczyja,nie chcę wciąż czekać na telefony od ludzi którzy z całą pewnością powinni dzwonić i być dla mnie wsparciem,a nie robią tego i już nie zrobią. Niestety nie pracuję już na pełen etat, co prawda mam stały kontakt z byłymi koleżankami z pracy- ale każdy ma swoje życie,problemy i kłopoty mniejsze lub większe... Nie zgadzam się na codzienną samotną monotonię wdowiego życia... nie ma też zgody na błaganie czy proszenie Innych o zainteresowanie moją osobą...jeżeli tego nie zrobili do tej pory ,to już niczego nie takiego nie uczynią.
Chcę a przynajmniej spróbuję zawalczyć jeszcze o parę lat w miarę spokojnego życia,chcę choć na krótko jeszcze zaistnieć i poczuć się komuś potrzebną.
Patrząc na wnuki- widzę w Nich coraz więcej cech mojego męża,One coraz więcej rozumieją - wczoraj wnuczka mi powiedziała :,,babciu nie martw się że Majunia/suczka/umrze,bo jest już b.schorowana i coraz bardziej tęskni za Dziadkiem- On też za nią tęskni-bo tam jest zupełnie SAMIUTKI i smutny,a my tu wszyscy razem.Oni tam na ciebie razem poczekają.....babciu i jeszcze raz się z dziadkiem pobierzecie....,,
Daję sobie jeszcze dwa lata na ,,względne,,ogarnięcie się - na tyle,aby każdego dnia nie zaczynać od płaczu,żeby nie bać się zasnąć w przerażającej ciszy i pustce,aby mieć chęć do wstania i zrobienia czegokolwiek.Zabraknie Naszego psa- to kolejne i nieuniknione -bardzo ciężkie i bolesne dla mnie przeżycie.Będę musiała się zmierzyć z tym całkowicie sama,nie będzie tej Jednej Jedynej- Wyjątkowej Osoby- która była zawsze balsamem na moje skołatane serce i duszę - i rozwiązywała wszystkie nasze codzienne życiowe problemy.NIE BĘDZIE MOJEGO MĘŻA. Pozdrawiam,wiem -że rozumiecie i wiecie co czuję ...dziękuję za wsparcie,będzie lepiej mówią ,,starsze,,stażem kobiety i musimy Im wierzyć,bo prawdę powiedziawszy nie mamy innego wyjścia,a nikt nam nie zaoferuje żadnej innej opcji.
30,883 2022-01-14 19:03:25
Dziękuję Wam bardzo za wsparcie, szczególnie Tobie Jolam1, Maadlen i Ikaria.
Jolam1, mój syn jest właśnie nieprawidłowo ułożony - miednicowo poprzecznie. Jeśli w ciągu miesiąca się nie obróci, to będzie planowa cesarka. Boję się więc też tego, jak będziemy po niej dochodzić do siebie.
Wiem, jak duża na mnie ciąży odpowiedzialność, i jak patrzę na siebie jak jestem krucha teraz, znienacka wybuchająca płaczem i opadająca z sił, to nie mam pojęcia, czy mnie na nią stać. Że też akurat teraz muszę to na siebie brać, kiedy jestem psychicznie i fizycznie rozwalona i ledwie żyję.
Zawsze byłam silna i samodzielna, mąż nawet czasem na to narzekał - mówił, że zachowuję się tak, jakbym go wcale nie potrzebowała. Jakie to straszne, że właśnie teraz potrzebuję go najbardziej w życiu, a jego nie ma.
Staram się codziennie coś robić, na przykład dzisiaj wyniosłam trochę niepotrzebnych rzeczy z domu do lombardu i sprzedałam, ale szczerze, wcale nie czuję, żeby mi to pomagało. Wszystko, co mi przychodzi do głowy do zrobienia, dotyczy męża albo dziecka i automatycznie doprowadza mnie do płaczu.
Przyjaciele i rodzina niby deklarują jakąś pomoc, zawsze mam do kogo zadzwonić, ale czuję, że ich to stresuje i nie wiedzą, jak się zachowywać. Dziwne, że najbardziej potrafią pomóc zupełnie obce osoby, jak terapeutka, położna albo Wy kochane internetowe Ciocie <3. Albo ktoś, kto sam to przeżył, albo wielokrotnie widział i z doświadczenia wie, jak się zachować, żeby wesprzeć.
Jesteście przykładem, wzorem i macie bardzo cenną wiedzę. Nie wiem czy Was to pociesza, bo przecież same cierpicie, ale naprawdę chcący czy nie chcący pomagacie bardzo wielu ludziom <3
30,884 2022-01-15 00:38:45
Jolam, masz cudowne wnuki! Ale to w dużym stopniu zasługa Twoja i Twojego męża. Wychowaliście wspaniałe, mądre dzieci, które przekazały swoim to, co otrzymały od Was. Chciałabym, żeby mój okruszek stał się takim właśnie mądrym małym człowiekiem z otwartym sercem.
Rozumiem ten straszny ból obezwładniający Cię podczas jazdy samochodem Waszą ulubioną trasą. Też sporo jeździliśmy z mężem, wtedy czułam, że jesteśmy tylko dla siebie i takie proste rzeczy, jak wspólne żarty, śmiech, wspomnienia, rozmowy o życiu i naszych sprawach składały się na niezwykle szczęśliwe chwile. Zawsze ogromnie lubiłam te podróże, teraz je doceniam.
Jolam, masz wielkie serce, jesteś wrażliwa, czuła , empatyczna. Cieszę się, że wpadłaś na pomysł forumowych cioć dla synka Metronomii, natychmiast dołączam do tego grona! Metronomio! Jeśli tylko zechcesz, będziemy Cię wspierały we wszystkim. My z Jolam jesteśmy już babciami, więc trochę o dzieciach wiemy. Ale mamy też wspaniałe córki, które są doświadczonymi mamami maluchów, więc służymy dowolną ilością porad, wysłuchamy wszelkich problemów i postaramy się znaleźć dla nich rozwiązanie. Na razie musisz przede wszystkim dbać o siebie! A o synka się nie martw – pokochasz go całym sercem. Też długo po śmierci męża czułam, że moje serce skamieniało, ale ten słodki, bezradny maluch (mój wnuczek urodził się kilka miesięcy po śmierci męża), wdarł się do niego przebojem. Początkowo na pewno, jak każdą z nas, przerośnie Cię ogrom obowiązków i niebywałe zmęczenie. Dlatego spróbuj znaleźć kogoś do pomocy i jak mówi Misiulka, deleguj część obowiązków. Musisz znaleźć choć kilka chwil wytchnienia, żeby się zdrzemnąć, zjeść śniadanie, wykąpać… Postaraj się w wolnej chwili o tym pomyśleć. A cesarka też nie jest taka straszna – wprawdzie dawno temu, ale ją przeżyłam i dosyć szybko wróciłam do zdrowia. Trzymam mocno kciuki za Ciebie i Twojego synka. Buziaki od cioci Baśki!
Maadlen, tak się cieszę, że jest nas coraz więcej chętnych do pomocy Metronomii. Myślę, że ból, który nas wszystkie łączy, sprawia, że stajemy się sobie bliskie i możemy się wzajemnie wspierać. Choć jesteś na początku tej bolesnej drogi, zobaczysz, już niedługo zaczną pojawiać się krótkie chwile wytchnienia. Ból będzie wracał, ale zaczną się też pojawiać chwile radosne. Tylko na to potrzeba czasu, to naprawdę nasz najbardziej cierpliwy sprzymierzeniec (mówię to z perspektywy 2 lat żałoby).
Ikario, jesteś chyba w najtrudniejszej sytuacji … Czuję Twój ból każdym fragmentem ciała i duszy, też przez to przechodziłam i wciąż w tym trwam (z dłuższymi lub krótszymi chwilami wytchnienia). Mnie na początku pomagała praca fizyczna, ciężka, do utraty sił. Chwytałam się prac, których nigdy w życiu nie wykonywałam i pewnie już nie będę nigdy tego robiła (np. szlifowanie podłogi!). Ale wraz ze zmęczeniem spływał ze mnie ból a krańcowe wyczerpanie sprawiało, że przychodził sen, który pozwalał odpocząć głowie i sercu. Jednak na pewien wysiłek wciąż nie mogę się zdobyć – nie potrafię uporządkować Jego rzeczy, dojrzewam do tego bardzo, bardzo powoli. Ty jednak dokonałaś naprawdę wiele, zaczynając choćby pisać na tym forum…
Pozdrawiam Was wszystkie gorąco, kochane
30,885 2022-01-16 23:21:41
metronomia Kochana Moja! Ty nie dziękuj za nasze wsparcie,bo my czujemy się jak JEDNA WIELKA RODZINA i naszym przesłaniem jest wzajemna pomoc.Tu nie ważny jest wiek,ale doświadczenie życiowe i chęć niesienia pomocy innym.
Ja ten etap życia mam już za sobą,nie liczę na nikogo- kto do tej pory się do mnie nie odezwał- jest już dla mnie stracony.Wiele,bardzo wiele czasu mi to zajęło,aby poprzestawiać swój system wartości Jednak od jakiegoś już czasu- to ja ustalam: z kim chcę utrzymywać kontakt- i do kogo mam zaufanie?
Uwierz mi, jest wiele osób dla których Twoje codzienne życie i troski są bliskie ich sercu a są takie którzy nie kojarzą sobie Twojej osoby....
Ja nigdy nie przestanę się dziwić skąd u nas taka społeczna znieczulica,skąd ta nagła ,,pomroczność...umysłu-która odebrała nam możliwość logicznego myślenia i empatii Jesteśmy : tu i teraz i nie możemy czekać aż coś się w ludziach zmieni.....
Mamy siebie,jest nas dużo - wspierajmy się wzajemnie i nie czekajmy na żaden cud- bo cuda mają to do siebie,że zdarzają się niezwykle rzadko....niestety..../albo wcale/.
Ja mieszkam w tzw:Centralnej Polsce - blisko Łodzi- w miarę Warszawy,Częstochowy,Radomska....Piotrkowa Trybunalskiego/piszcie możemy się spotkać./Potrzebujemy się wzajemnie :jako Ciocie,Opiekunki,Powierniczki i Przyjaciółki.. mamy to- co nikt inny tego nie ma- takie same przeżycia :zaznałyśmy bólu ,krzywdy i rozpaczy po śmierci Naszych Mężów i doskonale wiemy jaka rozpacz jest z tym związana i ile łez i smutku nam towarzyszy w każdej minucie naszego samotnego-wdowiego życia.
Postanówmy sobie,że będziemy się wzajemnie wspierać,i zawsze na siebie liczyć..nikt nie jest w stanie zrozumieć Innej osoby,jeżeli sam tego nie przeżył....
My Wszystkie tego olbrzymiego bólu zaznałyśmy - dosięgnęłyśmy - tego przysłowiowego dnia rozpaczy-i teraz próbujemy się z tego podźwignąć....pomóżmy sobie wzajemnie....DAMY RADĘ- JESTEŚMY WIELKIE.
Pozdrawiam
30,886 2022-01-17 13:31:08
Witajcie Wszystkie, Baśka1- te pochwały i piękne słowa o mnie- to miód na moją skołataną duszę,ale myślę że wszystkie /Ty też/mamy w sobie dużo empatii i spore pokłady dobrej energii/jak mówi Aniczka/aby nią się dzielić z Innymi.
Wyobrażam sobie jaka z Ciebie super babcia z ciepełkiem w serduchu i dobrymi fluidami rozsiewanymi w koło. Masz szczęście,że masz blisko siebie najbliższe Ci osoby - bo uwierz mi cichy- pusty dom ciągnie psychicznie w dół i ciężko się ciągle motywować do zajęcia się w nim czymkolwiek.
Metronomio i Ikario:jesteście młode i to duży plus do przerobienia żałoby,możecie planować,roztaczać wizje przyszłości swojej i bliskich.Wiem,że to na razie nie brzmi najlepiej,ale czy tego chcecie czy nie- to samo życie Was poniesie dalej...często nie będzie się Was pytać o zgodę i Wasze zdanie.Jak powiedział bardzo,bardzo,bardzo dawno temu Heraklit - filozof na którego słowa lubił się powoływać mój zmarły mąż:
,,ta panta rhei,,- czyli dosłownie:wszystko płynie w sensie ciągłej zmiany od nas
niezależnej nawet w najmniejszym stopniu...drugie Jego chyba jeszcze bardziej znane przysłowie: ,,niepodobna wstąpić dwukrotnie do tej samej rzeki,, bo już napłynęły do niej inne,nowe strumienie wody- tak to trzeba interpretować
Oba znakomicie oddają nasze nowe życiowe sytuacje po śmierci Naszych mężów.
Dziewczyny to dobrze,że macie dużo czasu przed sobą ,niektóre mają go o wiele mniej /mówię o sobie/i zdaję sobie sprawę ,że moje szanse na powrót do codzienności maleją z dnia na dzień.Nie mam tu na myśli,żadnych nowych związków czy znajomości- ja tylko chcę budzić się i zasypiać bez zapuchniętych od płaczu oczów. Chcę móc spokojnie mówić o Naszym byłym -wspólnym życiu.Chcę nie odwracać głowy na widok radosnych - uśmiechniętych par w Naszym wieku i żyć ciągle ze świadomością ,że dla mnie świat się skończył,a przynajmniej zatrzymał i stoi ciągle na granicy głębokiego smutku i rozpaczy. Nie ma niczego gorszego jak śmierć i ....nie ma tez niczego piękniejszego jak ...nowe życie. Medycyna wciąż idzie na przód,życie matek i Ich nowo narodzonych dzieci - to na szczęście wciąż priorytet dla całej służby zdrowia.Będzie dobrze,nie ma innej opcji - o tak po prostu.Dbajcie o siebie Wszystkie- Drogie Moje-pozdrawiam serdecznie.
30,887 2022-01-17 22:21:47
Witam Was serdecznie moje drogie powierniczki .
Jest jakaś wyjątkowa magia w Was piszących na tym wątku , że chcę się dzielić z Wami tym co mi na sercu leży . Wspólne doświadczenia i przeżycia zbliżają ludzi ale Wy macie coś jeszcze ..... empatię i wielką , ogromną życzliwość do drugiej osoby. Trudno jest w dzisiejszym świecie znaleźć powiernika , który nie tylko nas zrozumie ale i wesprze. Podobnie jak Metronomia mam wrażenie ,że nie każdy jest w stanie udźwignąć ciężar mojej straty . Czasami krepują się a nawet stresują i przez to unikają kontaktu . Nie mam pojęcia dlaczego ale w naszym społeczeństwie panuje przekonanie ,że rozmawia się tylko o dobrych rzeczach . Osoby niepełnosprawne , chore , czy też w będące w żałobie tak jak my spychane są na margines relacji międzyludzkich . Smutne to ale prawdziwe.
Trudno mi teraz znaleźć radość w codzienności i cieszyć sie małymi rzeczami kiedy nie mam dnia bez smutku i łez . Nigdy, przenigdy nie pomyślałabym ,że to takie trudne doświadczenie . Nic mnie nie cieszy ,nie mam planów nawet na jutro . Co sie zdarzy to będzie i tyle . Życie moje plynie bezmyślnie , jak bym żyła obok siebie . Wstaję rano i zastanawiam się co ja wczoraj robiłam , dlaczego mam taki bałagan , czy powinnam coś dokończyć ......tragedia a zarazem czarna rozpacz ..... jak mam żyć?
Basiu bardzo bym chciała abyś miała rację i również u mnie pojawia się choć krótkie chwile wytchnienia .
Ikario ja również nie jestem w stanie ogarnąć rzeczy mojego M . Podobnie jak Ty noszę na codzień jego bluzę ....Tak bardzo zanim tęsknie ,że kiedy coś z jego rzeczy dotykam to od razu płaczę . Czasami jak coś przekładam , oglądam , przytulam to jestem w jakimś amoku , że później nie pamietam gdzie je położyłam . Wczoraj szukałam jego słuchawek do telefonu , przekopałam wszystko ..... przepadły ! Taka byłam zła na siebie bo zamyśliłam posłuchać naszych ulubionych piosenek podczas spaceru z psiunią .
Matronomio dzielna jesteś i nie rób sobie wyrzutów jak coś pójdzie nie tak .Małymi kroczkami podążasz do przodu . Macierzyństwo niesie za sobą obowiązki ale daje też niewyobrażalnie dużo radości . Ulożeniem synka na razie się nie martw mój obrócił się na 3 tygodnie przed rozwiązaniem .
Jolam1 tak bardzo rozumiem twój ból i rozpacz kiedy samotnie przemierzasz droge do rodziny syna . Wiem jakie to trudne bo równiez tego doświadczam . Unikam wszystkich miejsc , które z mężem odwiedzaliśmy bo wywołują u mnie niewyobrażalny smutek .
Jesteś mądrą kobietą i tak też wychowałaś swoje dzieci . Basia ma rację teraz zbierasz plon Waszej (Twojej i męża ) pracy włożonej w ich wychowanie . Cudownie ,że masz u nich takie zrozumienie i wsparcie.
Ja mieszkam na zachodzie Polski ,do Łodzi mam dwa razy dalej niż do Berlina ale nie wykluczam możliwości wspólnego spotkania .Takie spotkanie może okazać się dla nas wszystkich terapeutyczne .
Dziękuję , że jesteście !
30,888 2022-01-18 19:31:03
Witajcie Moje Drogie! Wiem,że Wszystkie tu piszące Kobiety są piękne,mądre i bardzo empatyczne. Piękne i duchem i ciałem- bo same słowo PIĘKNO zawiera nieskończenie wiele możliwości. Łączy Nas niewątpliwie jedno: MIAŁYŚMY PIĘKNE WSPÓLNE ŻYCIE Z NASZYMI MĘŻAMI. Na początku mojej żałoby odbywałam sporą ilość rozmów z tzw:,,Pocieszycielami dusz,,. To moja własna nazwa ludzi,którzy chcą za wszelką cenę pomóc, tym- którzy są w rozpaczy i dla których świat się skończył. Nie zawsze wiedzą co powiedzieć i jak powiedzieć....Niekoniecznie dotyczy to śmierci bliskiej osoby,może to być utrata pracy,rozwód, nieuleczalna - śmiertelna choroba w rodzinie....śmierć ukochanego zwierzaka.Oni chcą pomóc - ale różnie z tą pomocą bywa.
Dużo osób żyje samotnie z własnego wyboru,są singlami - bo tak chcieli,postanowili,bo tak wyszło ....Jednak za każdym razem mieli jakiś wybór- my go nie miałyśmy nikt się nam o nic nie pytał,jak będziemy same żyć ,czy damy same radę w tym gąszczu spraw życiowych...za nas postanowił los -czasami moment wystarczył,abyśmy już na zawsze zostały same.Straciły nie tylko wspaniałego towarzysza życia,przyjaciela,ale tez poczucie bezpieczeństwa, przystań życiową- swoją opokę.
Ja nagle zaczęłam się bać,czy dam sobie sama radę jak zachoruję,czy moja emerytura wystarczy na utrzymanie domu,auta/z którego w żaden sposób nie mogę zrezygnować - bo mieszkam na odludziu i to jest jedyny środek transportu/ gdzie żyć..czy logistycznie dam radę z wszelkimi opłatami i należnościami. Przecież jedna osoba nie jest w stanie zajmować się wszystkimi ważnymi rzeczami....okazuje się ,że jest w stanie i radę daje - bo musi- bo nikt oprócz niej tego nie zrobi..nie zatankuje auta, nie pojedzie do mechanika,nie wyprowadzi psa,nie kupi chleba,nie załatwi spraw w banku,nie nastawi pralki,odkurzy.......Jednego nie zrobimy na pewno tak dobrze:nie zaparzymy tak dobrej kawy jak On to robił rano i nie podamy jej sobie do łóżka...z Jego wypowiadanymi do nas słowami. Same nie wiemy do końca jak wielkie tkwią w nas pokłady wewnętrznej siły i determinacji..jak wielką mamy moc sprawczą...i na przekór wszystkiemu postaramy się... Wiele osób z tych j.w radziło:sprzedaj dom i samochód i wyprowadź się do dzieci-one się tobą zaopiekują...albo:sprzedaj dom i zabezpiecz sobie miejsce w Domu Seniora....albo te pomysły najgorsze z najgorszych: ogarniesz się i czas rozejrzeć się za jakimś facetem,bo sama nie dasz rady na stare lata! Otóż ,oznajmiam wszem i wobec - że to ja i tylko ja postanowię jak będzie wyglądało
moje dalsze życie.Nie ma tego Jedynego z którego zdaniem się zawsze liczyłam - więc zrobię tak jak On i ja byśmy tego chcieli. Być może przyjdzie taki czas,że pomoc dzieci będzie nieodzowna,być może sprzedam dom i przeprowadzę się bliżej Nich- ale nie do Nich.Cenię niezależność swoją i innych,spontaniczność a nie przymus. Na razie wróciłam do pracy - w niepełnym wymiarze godzin- ale to już coś -zaoferowano mi też pracę w moim drugim zawodzie.Wyjdę do ludzi i dorobię trochę do swojej nauczycielskiej emerytury - jak się da, jak nie to tez nie będę rozpaczać.Teraz każda porażka z jaką przyjdzie mi się zmierzyć - będzie niczym wielkim w porównaniu z
traumą i tragedią jaka mnie spotkała po śmierci męża.Dam radę- jestem Mu to winna a przede wszystkim sobie samej.Pisząc te słowa mam przed swoimi oczami Jego uśmiechniętą twarz...i taki szelmowski a po części wręcz,,łobuzerski,,uśmiech...niepowtarzalny-jedyny...ale już widoczny u Naszego 2 letniego wnuczka! Pozdrawiam serdecznie-dbajcie o siebie proszę...
P.S z rzeczami po mężach - to temat rzeka ,ja dopiero po roku oddałam ich większą część znajomym-którzy mają własna firmę i zatrudniają sporo mężczyzn.
Ostatnio będąc u Nich widziałam kilku z Nich noszących znane mi rzeczy,nie było mi przykro-wprost przeciwnie- ucieszyłam się ,że trafiły w dobre ręce ,komuś się spodobały w przyniosły może jakąś radość!?
30,889 2022-01-18 21:44:01
Jolam, kochana! Nareszcie! Tyle optymizmu w Twoim ostatnim poście! Nie poznaję Cię, jesteś fantastyczną, niezwykle silną kobietą! Tak trzymać! Kochane Dziewczęta, Jolam, Maadlen, Ikario, Metronomio! Dużo smutku i bólu przewijało się w naszych ostatnich wpisach. Dlatego chciałabym podzielić się z Wami pewną myślą. Na początku mojej żałoby sporo czytałam, właściwie wszystko, co mi wpadło w ręce, a choć odrobinę wiązało się ze śmiercią, cierpieniem po stracie bliskich, znakami od zmarłych (wiem, głupota, ale na początku człowiek chwyta się nawet brzytwy…). Wtedy to trafiłam gdzieś na taką refleksję, którą powinnyśmy chyba wszystkie wdrożyć w nasze życie (nie wiem, czy powtórzę ją dosłownie, ale postaram się oddać główny sens): „ Mam swój świat w głębi serca, pielęgnuję go, żeby nie wziął góry nade mną. Muszę sprawić, aby ten świat był we mnie, a nie ja w nim”. Jolam pokazałaś nam, że przebojem z niego wychodzisz, a to co najdroższe pozostawiasz w sercu. Postaram się również podążać tym tropem…
Pozdrawiam gorąco Was wszystkie
30,890 2022-01-19 11:36:38
Witajcie,dzięki Baśka za ciągłe wsparcie i miłe słowa.Ja myślę,ba jestem całkowicie pewna,że gdybym nie trafiła na to Nasze Forum we wrześniu ubiegłego roku dwa tygodnie po śmierci mojego męża - nie było by mnie tu i teraz. Byłabym na Oddziale Zamkniętym z ciężką depresją albo co gorsza z początkiem obłędu.Poprosiłam córkę która mnie do siebie zabrała,aby znalazła mi najszybciej jak się da jakąś grupę ludzi,którzy mi pomogą przejść przez to piekło na ziemi...bo sama nigdy nie dam rady,za dobrze się znam...
Znalazła Nasze Forum i drugie: Nagle Sami/wtedy tylko wirtuale ze względu na pandemię/,choć wcześniej mieli kilka oddziałów stacjonarnych w tym w Łodzi do niedawna - moim mieście.
Wszystkie spotkania w ,,Nagle Sami,,zostały poodwoływane - przymierzali się do organizacji spotkań z psychologami w trybie online ale od razu uruchomili telefon alarmowy o którym dużo wcześniej już Nasze Kobiety pisały,i który uratował wiele istnień.
Po moim wpisie odezwało się sporo kobiet,niektóre zaproponowały kontakty telefoniczne i e-mailowe.Nagle przestałam być sama,anonimowa w mijającym mnie tłumie ludzi.Zostałam przygarnięta wraz ze swoimi smutkami,ze swoją rozpaczą i niezgodą na cały otaczający mnie świat przez wspaniale Kobiety-można rzecz Anioły - które zdarzało się,że sprawdzały co ze mną się dzieje nawet w nocy- jak za długo nie dawałam znaku życia.Zrobiły więcej jak Inni,którzy powinni zrobić o wiele więcej/ale o tym tez już pisałam/po prostu miałam poczucie,ze oprócz dzieci im też na mnie zależy.Z niektórymi spotkałam się ...był to fajny czas myślę,że dla każdej z Nas...nadal utrzymujemy kontakty i mamy nadzieję na jakiś letni wspólny pobyt może już w większym gronie powiększonym o Was...o kobiety z Naszego Forum....
Wiesz Baśka co jest gorsze od ciągłego płakania w poduszkę ? Pustka-zupełna -całkowita-która cię nagle dopadła,bez głosu i śmiechu Tego Najważniejszego dla ciebie Człowieka,ale też braku jakichkolwiek odgłosów normalnego -codziennego życia-które do niedawna było tez twoim- Waszym udziałem. Otwieranych drzwi,płynącej wody,odgłosów kroków,...i powitań
Najgorsze są chwile kiedy po prostu siedzisz i wiele godzin bez najmniejszego poczucia czasu wpatrujesz się w niebo,lub w jeden punkt na ścianie - jak już jest całkowicie ciemno za oknami.
Siedzisz bezsilna wiesz że nie możesz już niczego zmienić,niczego nie cofniesz,z nikim już niczego nie wytargujesz...twoja bezradność jest paraliżująca,a każda spływająca do twojej głowy myśl waży tonę i ty czujesz że cię przygniata,tracisz oddech....wszystko cię zżera od środka ale ty nie robisz nic- po prostu się temu niemo przyglądasz...i wszystko o czym marzysz - to znów Go usłyszeć i się do Niego przytulić .....i tak trwać... ,ale jak masz to zrobić?
Kiedyś jedna z Nas mi powiedziała:,,ja nie zastanawiam się jak przeżyć kolejny dzień- tylko co mam zrobić,żeby jak najszybciej kolejnego dnia umrzeć...co mam zrobić,żeby już mnie samej nie było,,
Ja tylko na obecną chwilę chcę nauczyć się na nowo żyć z NIM,ale bez NIEGO - czy jest to w ogóle możliwe? Uda się ? nie wiem - ale spróbuję,zawsze byłam życiową ryzykantką - lubiłam wyzwania ,często mi się udawało ...może i tym razem ?
Każda z Nas doczeka się takiego dnia,w którym w zupełnej ciszy i samotności musi przemyśleć ...CO DALEJ MAM ZROBIĆ ZE SWOIM ŻYCIEM !?
U mnie za kilka dni będzie 17 miesiąc najsmutniejszego czasu jaki mi przyszło przeżyć.Nie chcę dalej tak żyć i wiem,że On też by tego nie chciał dla mnie.Skoro nie umarliśmy razem/o tym już pisałam/to jedno z nas musi pociągnąć ten wózek życia..../to też było jedno z Jego powiedzeń/. Trafiło na mnie, syn mi niedawno powiedział,mamo straciliśmy ukochanego Tatę - Ty musisz żyć i walczyć o każdy kolejny w miarę lepszy dzień- bo wiec,że my sami bez Was nie poradzimy sobie zupełnie,a tylko Ty nam zostałaś...
Szczególnie teraz,w tych czasach kiedy atakują cię zewsząd tylko negatywne przekazy,kiedy nie wiesz komu ufać a kogo się wystrzegać.Kiedy ci mówią,że białe to czarne, a wszystko i wszystkich można kupić - tylko to kwestia pieniędzy i braku moralności.Musisz mamo być przy nas i mówić nam jaką drogą mamy dalej w tym życiu podążać - my i nasze rodziny,aby się w tym codziennym natłoku złych ludzi i złych czynów zupełnie nie pogubić i nie zbłądzić- Tata by tego chciał,uwierz mi- bo On Cię bardzo kochał,zawsze powtarzał:że Ty i my- to największe miłości Jego życia.Teraz kochamy Cię podwójnie,za siebie i za Niego - każdego dnia pamiętaj o tym.
Więc widzicie kochane Moje mam misję do spełnienia,Wy też.Wszystkie razem pokażmy światu i ludziom,że nie jesteśmy takie ,,ostatnie bidy,,za jakie nas mają/Aniczko,sorry ale musiałam przytoczyć Twoje słowa,które spowodowały u mnie olbrzymi pozytywny - przełom w mojej psychice/i jako wdowy-choć samotne bez mężów- jednak też coś dla siebie i innych znaczymy i nadal mimo przeciwieństw losu idziemy do przodu.
I każda z osobna też ma własne życie z którym musi się uporać ,metroonomia:bycie samotna matką jest trudne,ale w oczach Twojego dziecka nikt nie robi tego lepiej niż Ty/to cytat.../.Ikario jesteś super dzielna, Trzymam kciuki ,dbajcie o siebie Dziewczyny.
30,891 2022-01-19 11:58:05
Dziewczyny to przesłanie dla mnie i dla Was !
"Franz Kafka (1883–1924), który się nigdy nie ożenił i nie miał dzieci, miał zwyczaj chodzić do berlińskiego parku Steglitz. Kiedyś zobaczył małą dziewczynę, która płakała, bo straciła ulubioną lalkę. Kafka próbował pomóc, ale na próżno szukali lalki. Kafka powiedział dziewczynce żeby się z nim spotkała następnego dnia. Że znów spróbują poszukać lalki.
Następnego dnia, kiedy wciąż nie znaleźli zguby, Kafka dał dziewczynce list „napisany” przez lalkę, która pisała :
„Proszę nie płacz. Pojechałam na wycieczkę, aby zobaczyć świat. Napiszę do ciebie o moich przygodach. "
Tak rozpoczęła się przyjaźń, która trwała do końca życia Kafki.
Kiedy się spotykali, Kafka czytał dziewczynce starannie skomponowane listy z przygodami i rozmowami o ukochanej lalce. Dziewczynka była zachwycona. W końcu Kafka przeczytał jej list z historią, która sprowadziła lalkę z powrotem do Berlina, a potem dał jej, kupioną przez siebie samego, lalkę.
„Ona wcale nie wygląda jak moja lalka” - powiedziała dziewczynka . Kafka dał jej kolejny list który mówił: „Moje podróże mnie zmieniły”. Dziewczynka przytuliła nową lalkę i zaniosła ją do domu. Rok później Kafka zmarł.
Kilka lat po śmierci przyjaciela, dorosła już kobieta znalazła list ukryty w lalce. List był podpisany przez Kafkę. Przyjaciel pisał :
„Wszystko, co kochasz z czasem zmieni się, prawdopodobnie zostanie utracone, odejdzie . Nie rozpaczaj. Dziękuj, za to że miałaś szansę kochać. Kochać naprawdę. Kiedyś przyjdzie czas, że powróci, to co kochałaś, może w inny sposób, ale powróci. Bo prawdziwa miłość zawsze wraca. Prawdziwa miłość nigdy nie umiera. "
Znalezione w sieci
30,892 2022-01-19 22:36:02
Maadlen,piękny i bardzo mądry tekst.Od razu zapisuję go w moim Dzienniku i z całą pewnością będę często do niego wracać, a zawarte w nim przesłanie przekażę Innym.
Mam od dawna taki zwyczaj- a może i przyzwyczajenie z lat szkolnych/moja polonistka nam cierpliwie wbijała do głowy/żeby jak spotkamy jakiś wyjątkowy tekst lub cytat - od razu go zapisywać - ba na pewno kiedyś się nam przyda i go wykorzystamy.
Więc zamiast typowych - często używanych i masowo powielanych życzeń na rozmaite okazje i uroczystości wysyłałam, kartki z sentencjami i nieco bardziej oryginalnymi tekstami.
Kiedyś-? i znów wspomnienia ...i znów łzy same napływają pod powieki.Pozdrawiam Was Wszystkie.Dbajcie kochane o swoje zdrowie,bo nie jest dobrze....
30,893 2022-01-20 00:15:00
Maadlen, piękny, wzruszający tekst i …dający nadzieję na przetrwanie. Dziękuję!
Jolam, znam tę pustkę i całkowitą bezsilność. A targowanie się z losem… też już to przerobiłam. W tę jedyną najstraszniejszą noc, kiedy mój mąż leżał pod EKMO, a ja myślałam, że istnieje jeszcze jakiś cień nadziei, bo przecież współczesna medycyna czyni cuda, obiecywałam Bogu, Losowi, wszystkim – wszystko. Od tego dnia moje relacje z Bogiem czy też Losem są raczej chłodne, niczego nie oczekuję, ale też nic nie daję od siebie. Długo też nie mogłam patrzeć na słońce, kwiaty, irytowały mnie do bólu śpiewające ptaki. Najchętniej leżałam w łóżku lub siedziałam w fotelu przy zasłoniętych roletach, marząc wyłącznie o śmierci. Ten etap mam już za sobą, co nie znaczy, że nie wracają mroczne marzenia…Po raz kolejny staram się wyjść z dołka, cieszyć z drobnostek dnia codziennego, planować w dalszej perspektywie jeszcze nie potrafię. Może dlatego, że życie mi pokazało, jak prędko i łatwo potrafi w jednej chwili zniweczyć każdy mój plan i pozbawić tego, co najcenniejsze. Ale na pewno nigdy nie pozbawi mnie jednego – Miłości, która będzie w moim sercu zawsze równie silna, bo przecież, jak przypomniała nam Maadlen: „ Prawdziwa miłość nigdy nie umiera”
Trzymajcie się, kochane
30,894 2022-01-22 23:13:34
Tak właśnie jest Jolam, ta grobowa cisza jest najgorsza, kiedy się przez tyle lat stale słyszało oddech drugiej osoby. Nawet zegary się zatrzymały i przestały tykać. Już mi z rozpaczy przychodziło po nocach do głowy, żeby przyjąć kogoś na pokój albo bezdomnego na nocleg. Jak słyszę że sąsiad z góry przestawia krzesło, to się cieszę. Jeszcze ten covid, przez który boję się wyjść do ludzi, bo co będzie jeśli się rozchoruję w 7 miesiącu ciąży.
Dziecko na pewno mnie zaabsorbuje, pytanie czy nie będę się z nim czuła jeszcze bardziej samotna. Czuję się jak w pułapce i już sama nie wiem, czy bardziej boję się przeszłości i tego, co się stało, a co mi się bez przerwy przypomina, czy przyszłości.
30,895 2022-01-23 14:20:44
Metronomia,hej głowa do góry.Popatrz ile to już dni minęło w tym nowym roku....ja też miałam chęć ,,przygarnięcia ,,do siebie jakiejś osoby.Szkoda,że nie mam żadnej dalszej rodziny...z jakąś osobą do zaopiekowania.Mam duży dom w pięknym miejscu na ziemi,tylko pusty niestety.
Na razie jeszcze sobie radzę,choć samotność i smutek - to dwa uczucia,które są przy mnie nierozerwalnie od 17 miesięcy, towarzyszą mi ciągle - jak najlepsze przyjaciółki.
Jak będzie źle - ucieknę do dzieci...podładuję akumulatory i znów spróbuje od nowa.
Czy długo tak wytrzymam? nie wiem,później będę się o to martwić.
Ty Metronomio też kiedyś będziesz miała swój bufor bezpieczeństwa - będzie nim Twoje dziecko.
Wierz mi zaopiekujesz się Nim najlepiej jak umiesz,będziesz ciepłą - kochaną Mamą.
Kiedyś opowiesz Mu o Jego Tacie i Waszym wspólnym szczęśliwym życiu.Każdy kolejny dzień przyniesie Ci nowe wyzwania i przeżycia związane z opieką nad dzieckiem.
Ostatnio usłyszałam takie słowa: nie zna smutku prawdziwego,ten kto przez tunel samotności się nie przeczołgał.... Mam nadzieję ,że część z Nas tu teraz piszących już ten tunel pokonała,cześć jest w jego połowie a inne już dostrzegają jego światełko przy wylocie na zewnątrz....tego sobie i Wam życzę z całego mojego zbolałego serca.Pozdrawiam
30,896 2022-01-26 00:36:06
Metronomio, kochana, ta gorycz w Twoim sercu, uczucie zamknięcia w potrzasku, czy strach o przyszłość to nie tylko wynik żałoby. W ciąży hormony wariują jak szalone, a jeśli znajdą podatny grunt, czarne myśli potrafią naprawdę przytłoczyć. Rzeczywiście, samotność i cisza bywają straszne, każda z nas tego doświadczyła, ale już niedługo Twój dom zacznie tętnić życiem. Jeszcze zapragniesz chwili spokoju i ciszy. Nie ukrywam, że los postawił przed Tobą niebywale trudne wyzwanie, ale może właśnie, jak pisała Jolam, synek będzie Twoim buforem i ocaleniem? Z pewnością nie poczujesz się jeszcze bardziej samotna. Uśmiech Waszego dziecka, dla którego staniesz się całym światem, sprawi, że pokonasz wszystko, co stanie Ci na drodze. Podziwiam, jak niezwykle silną i zorganizowaną jesteś kobietą, jak wiele osiągnęłaś w tak krótkim czasie. Będziesz równie wspaniałą matką!
Pozdrawiam gorąco
30,897 2022-01-27 21:56:42
Metronomio kochana,to że się boisz-przyszłości której nie znamy to rzecz normalna,wszyscy w jakimś stopniu boimy się tego nieznanego nam czasu ...tym bardziej jak jesteśmy same,przestraszone w każdym momencie naszego życia.Ty masz tą przewagę nad wieloma z Nas,że jesteś sama - ale nie samotna - masz swój - WASZ skarb pod sercem.
Mnie teraz scenariusz mojego życia - niespodziewanie rzucił na dwa tygodnie do córki i Jej rodziny...covid,zamknięte szkoły i przedszkola...i jestem bardzo z tego powodu szczęśliwa...Widzę każdego dnia oczy mojego męża w oczach mojej 4 letniej wnuczki,mają też sporo wspólnych cech- ciekawość świata i odwagę.Teraz Jej ulubiona zabawa - to kręcenie globusem i wskazywanie palcem - gdzie kiedyś pojedzie.Pamiętam jak moja już od dawna nieżyjąca teściowa opowiadała z przejęciem jakie zabawy lubił Jej ukochany Jedynak- a w przyszłości dalekiej mój mąż..../właśnie ta samą/. Ta jeszcze mała istotka niczego się nie boi,jest odważna jak LEW- Jej znak Zodiaku - nieżyjącego Dziadka i mój!? Wnuczka mówi,babuniu ty się nie martw - zaopiekuję się tobą,bo przyrzekłam to Dziadziusiowi - pytam kiedy? no jak mi się śnił ostatnio....a często Ci się śni zapytałam?...,,nie - często nie,ale jak mi się śni -to puszczamy latawce,albo się wspólnie bawimy...Pozdrawiam Was Wszystkie Drogie Moje ! już koniec stycznia,więc jeden miesiąc do przodu...słoneczka i ciepełka w Waszych serduchach życzę.Głowy do góry,damy radę -kto jak nie My!!!!!Nasi mężowie będą z Nas dumni...tam wysoko w chmurach - lub tu blisko - obok naszego ramienia.....
30,898 2022-01-30 08:48:23
Metronomio
Jeśli chodzi o utratę ukochanego za wiele nie powiem, bo u mnie minęło mniej czasu niż u Ciebie i wciąż to do mnie ewidentnie nie dociera.
Ale czytając Twoje wpisy o zbliżającym się maleństwie musiałam napisać. Nie jest prawdą , że każda matka kocha swoje dziecko od pierwszego wejrzenia. Nawet kiedy wiedzie szczęśliwe życie u boku partnera, a dziecko było planowane i wyczekane. Pamiętaj o tym i jeśli ta miłość nie pojawi się od razu nie miej wyrzutów sumienia. Ja długo myślałam, że coś jest ze mną nie tak. Córka wyczekana, a po porodzie nie poczułam tej wielkiej fali uczucia, o której wszyscy mówią. Nie miałam depresji. Czułam potrzebę zapewnienia jej bezpieczeństwa, zaopiekowania się nią, ale prawdziwe, głębokie uczucie pojawiło się później i narastało z każdym dniem. Miałam wyrzuty sumienia, że musi być ze mną coś nie tak. Później okazało się, że nie jestem jedyna. Wśród moich znajomych były mamy,które tak jak ja "zakochiwały" się w swoich dzieciach stopniowo. Oczywiście były też takie, które fala miłości zalała po porodzie, albo i przed i tego Ci życzę, bo to z pewnością pozytywnie wpłynęłoby na Twój stan psychiczny. Jesteś pod opieką psychologa, więc pamiętaj też, że gdyby pojawiły się po porodzie dziwne myśli, że nie chcesz tego dziecka, że byłoby łatwiej gdyby coś mu się stało, czy gdybyś zaczęła wizualizować sobie jak coś mu robisz, powiedz to lekarzowi. Nie wstydź się. To nie oznacza, że jesteś złym człowiekiem. Depresja poporodowa dopada wiele kobiet, nie jest to zupełnie ich wina. Najważniejsze to umieć przyznać się do tego lekarzowi. Kult idealnej matki polki ma się u nas wyjątkowo dobrze i kobiety wstydzą się przyznać, że czują inaczej niż ogólnoprzyjęta norma. Zostają same ze swoimi lękami, a wtedy już naprawdę łatwo popaść w obłęd.
Z pewnością będą trudne chwilew których będziesz miała dość, ale te uczucia są normalne.
Życzę Ci dużo siły na tej i tak trudnej i wyboistej drodze. Mimo, że wciąż nie dociera do mnie śmierć męża, zawsze jak widzę postęp w rozwoju naszej córeczki wyobrażam sobie, że on to widzi. Obserwuje nas i cieszy się tak jak ja, z każdego nowego słowa, każdej nowej umiejętności.
Mam nadzieję, że choć trochę pomoże Ci to co napisałam. Mi tego zabrakło. Zewsząd jesteśmy zalewani obrazem idealnej ciąży, idealnego macierzyństwa. Przez to w trudniejszych chwilach pojawiają się wyrzuty sumienia i niepotrzebna złość.
Co do sposobu porodu. Maluch pewnie nie raz jeszcze będzie robić fikołki. Ale nawet jeśli nie, to nie przejmuj się. Leżałam na sali z dziewczyną po cesarce. Wstalyśmy z łóżka o podobnej porze. Powiedziałabym nawet, że ona szybciej, bo ja rodziłam kilka godzin przed nią. Później też dochodziła do siebie szybciej. Także nie ma reguły
A co do reszty forumowych kobiet...jesteście niesamowite. Mimo ogromnego bólu jaki przeżywacie, znajdujecie siłę, aby pomóc innym. Jesteście bohaterkami!
30,899 2022-01-31 00:16:14
Mileno 1991, kochana, to Ty jesteś bohaterką! Pomimo takiego ogromu bólu, jaki masz w sercu i tak krótkiego okresu, jaki minął od śmierci Twojego męża, wspierasz innych! Chapeau bas! Pisz, kiedy zechcesz, zawsze będę do Twojej dyspozycji. Pozdrawiam Cię gorąco i tulę do serca.
30,900 2022-02-03 00:39:14
Witam Drogie Moje ! Ja myślę,że każda z Nas która po stracie Najważniejszego dla Niej Człowieka - Męża I Przyjaciela - próbuje każdego dnia dźwignąć się i iść do przodu- jest bohaterką. Taką cichą,nie widzialną dla tłumu,ale widoczną dla najbliższych którzy tak jak ona pozostają w ciężkiej żałobie.
Musi nie tylko zadbać o siebie,ale przede wszystkim o swoje dzieci,rodziców,teściów....
Musi iść do pracy często nakładając dla otoczenia maskę ,,normalności,,.
Musi zrobić zakupy,ugotować obiad,posprzątać .....pomóc przy lekcjach.
Musi udawać każdego dnia, że jest silną - choć nie jest
Musi odłożyć swój żal i gniew do świata na później- hamować płynące łzy- do czasu gdy nikt Jej płaczu nie usłyszy i swym rozpaczliwym krzykiem nie obudzi śpiących....
Musi wstać rano i najczęściej po nieprzespanej nocy zacząć kolejny dzień przetrwania bez Tego najważniejszego....
Wszystkie każdego dnia mamy do przeżycia dni podobnie wyglądające.Toczymy razem z bliskimi lub zupełnie osamotnione heroiczną walkę o przetrwanie i dalsze w miarę normalne życie....
Jakie ono będzie? tego dziś żadna z Nas nie wie,ale warto podjąć tą walkę choćby długo trwała - warto to zrobić dla Nas samych i Naszych bliskich...
Musimy spróbować iść dalej...bo bez naszego wysiłku niczego nie osiągniemy.
Tak - jesteśmy Bohaterkami - i Nam się uda....głęboko w to wierzę. Pozdrawiam
30,901 2022-02-04 15:01:29
Witam wszystkie dzielne kobietki
Wahałam się żeby tu napisac. Chyba z braku wsparcia zaczęłam szukać takich grup jak tutaj. Mam 27 lat mój partner zginął w wypadku niecałe 4 miesiące temu. Cały świat mi się zawalił dosłownie w chwili. Widząc jak moi rówieśnicy układają sobie życie śluby dzieci fajna praca domy mieszkania popadam jeszcze w większa frustracje. Moje życie się zatrzymało i płynie jakby obok mnie. Popadam już w depresje nie ma mojej ukochanej osoby, przyjaciela towarzysza życia. Najgorsze jest to ze mysle ze będę już tak smutno i samotnie egzystować. Wiele osob się odwraca, osoby w moim wieku nie rozumieją tego, nikt takiej sytuacji nie przeżył wiec nie mam co liczyć na wsparcie. Rodzinie tez ciezko to pojąć. Nie wiem jak dalej układać sobie życie bez tej jednej osoby.
30,902 2022-02-04 21:21:50
Witaj zzielona,cóż Ci powiedzieć? Trafiłaś pod dobry adres:tu piszą kobiety,które przeżyły i nadal przeżywają swój najgorszy w życiu czas- czas po śmierci najbliższej osoby,męża czy partnera - który był jednocześnie naszym największym przyjacielem...
To bardzo trudny okres , jesteśmy w różnym wieku i z różnym bagażem życiowym.Mamy dzieci,lub jesteśmy całkowicie same- ale ból jest taki sam- czasami brak słów,które by oddały nasze cierpienie i naszą ogromną tęsknotę za tymi ,których już nie ma i nie będzie,ale też za zwykłym codziennym życiem- którego już nie będzie dane nam razem przeżyć...
Mimo to nadal jesteśmy i musimy się każdego dnia mierzyć z naszą rzeczywistością
Musisz kolokwialnie mówiąc ,,przeczekać,,ten najgorszy czas,musisz dać czas czasowi - aby mógł zadziałać na Twoją korzyść.Tak kiedyś będzie: nieprędko,nie szybko- ale to się stanie. Nie mówię tu o Niepamięci- bo ona nigdy nie zawiedzie,mówię o jakim takim dojściu do równowagi psychicznej.Nie ma tu żadnego konkretnego czasu- każda z Nas idzie swoim rytmem.
Poszukaj jakiejś ,,bratniej,,duszy- może nawet poprzez pisanie na Forum.Może zaufaj komuś zupełnie nie związanemu z Twoją rodziną czy najbliższymi koleżankami....odśwież pamięć i pomyśl kto kiedyś był Ci przyjazny...kogo możesz poprosić o wsparcie...przy którym będziesz mogła popłakać,wykrzyczeć swoje żale,kto wsłucha się w Twoje słowa,potrzyma za rękę,,,wyciągnie,,na spacer.
Możesz sięgnąć do książek które przedstawiają losy takich kobiet jak my,przekonasz się ,że nie tylko My zmagamy się każdego dnia z wielkim cierpieniem...Taka lektura udowodni,że można po jakimś czasie zacząć w miarę normalnie egzystować Jak byś cofnęła się do troszkę wcześniejszych naszych wpisów- tam wymieniamy się też ich tytułami ...
Jedno jest pewne- wielu jest ludzi empatycznych i gotowych nieść pomoc innym...mam nadzieję,że Ich znajdziesz...oczywiście pisz tutaj jak najczęściej,z całą pewnością wkrótce odezwą się inne kobiety które Cię będą wspierać . Pozdrawiam serdecznie
30,903 2022-02-05 17:12:46
Witajcie moje drogie towarzyszki niedoli .
Zaglądam do Was i zbieram się aby napisać ale co ? Już sama nie wiem co ? Nie dzieje się nic czym mogłabym się podzielić . Nic w ostatnim czasie nie ma dla mnie sensu . Żyję a właściwie egzystuję czy raczej wegetuję , właściwie nie wiem jak ten stan nazwać ? Jakbym była obok siebie , jakaś taka obca ,wypalona od środka i zupełnie pusta , bez żadnych pozytywnych emocji . Zaczynam się sama siebie bać , na niczym mi już nie zależy , na niczym nie mogę się skupić . A co jeśli moje serce ,które pękło na milion kawałków nie da się już posklejać ?Czy wogóle dam radę kiedykolwiek zaprzyjaźnić się z tą okropną samotnością ?
Jola i Basia dajecie nam nadzieję swoimi wpisami na względną normalność tylko jak do niej dotrwać ?
Zzielona dobrze ,że napisałaś tutaj każda z nas doświadczyła i przechodzi przez to samo co Ty . Doskonale wiem jak to jest kiedy po tak niewyobrażalnej stracie każdy drobiazg sprawia ogromny ból a wokół nie ma nikogo kto to nas zrozumie .
30,904 2022-02-08 00:53:05
Drogie Dziewczyny! Zzielona, Maadlen, Ikario (co u Ciebie? Martwi mnie Twoje milczenie...), Metronomio, Mileno 1991, Jolam i wszystkie obecne tu! Czuję, jakbyśmy były jedną wielką rodziną. Jolam ma rację, wszystkie trafiłyśmy pod właściwy adres, tu znajdujemy zrozumienie i wsparcie, potrzebne nam jak powietrze do życia w tym najtrudniejszym dla nas okresie. Świadomość, że każda z Was wie, o czym piszę, ponieważ ten sam ból tkwi w Waszych sercach jak ostry cierń, sprawia, że wciąż tu wracam.
Zzielona, dla Ciebie nadchodzi najtrudniejszy czas. Przez pierwsze miesiące czułaś, że żyjesz gdzieś obok, a dopiero teraz dzień po dniu zacznie docierać do Ciebie ta najstraszniejsza prawda... To właśnie mierzenie się z nią stanowi dla nas największe wyzwanie. Zobaczysz, przyjdzie jednak moment, że będzie odrobinę łatwiej. A to, że ludzie nie rozumieją, nie wiedzą, jak się do Ciebie odnosić, zdarzyło się każdej z nas. Mnie chyba najbardziej utkwił w pamięci tekst młodej koleżanki z pracy wygłoszony 2 tygodnie po śmierci mojego męża: „rozumiem, co czujesz, niedawno też umarła moja babcia". Niestety, brutalna prawda jest taka, że wszyscy dokoła mają swoje życie i to ono ich pochłania, nie nasze problemy. Zzielona, staraj się pisać częściej, to naprawdę pomaga, ja zaczęłam zbyt późno.
Maadlen, Ty właśnie jesteś w tym kolejnym etapie życia. Dni mijają niezauważone, wciąż te same, a serce rozrywa upiorna tęsknota, bo jak pisała Maria Pawlikowska-Jasnorzewska:„gdy się miało szczęście, które się nie trafia, czyjeś ciało i ziemię całą, a zostanie tylko fotografia, to jest bardzo mało". A najgorsze jest to, że świat się nie zatrzymał i nikt dokoła nie rozumie, że powinien. Postaraj się wytrwać przez ten czas, kochana, zamykając każdy przeżyty dzień tak, jakbyś zamykała przeczytany rozdział książki. Wreszcie przyjdzie taki moment, kiedy zauważysz, że zaczynasz już inną książkę, taką z odrobiną nadziei…
Misiulko! Jeśli jeszcze czasem czytasz nasze posty, dziękuję Ci z całego serca! Właśnie dotarłam do ściany i tak jak powiedziałaś, zbieram ponownie kawałki, które kiedyś były mną. Tylko tym razem wybieram je bardziej starannie, bo rzeczywiście, nie wszystkie już pasują do całości. Ból nie zelżał, świat nawet nie zwolnił, a ludzie nie stali się bardziej empatyczni. Ale umiem już pokonywać kolejne dni (no, może jeszcze nie wszystkie…), zaczęłam podejmować trudne lecz całkiem samodzielne decyzje i mierzyć się z ich konsekwencjami. Maadlen, cierpliwości, Ty też dojdziesz do tego momentu. Mnie droga do niego zajęła 2 lata, a ostatnią górę pokonałam w styczniu. Wtedy myślałam, że to już koniec, nie pójdę dalej, nie mam siły. I… przeczytałam wpis Misiulki o składaniu kawałków z dawnej siebie, a potem zaczęłam układać te puzzle.
Trzymajcie się, kochane, odwagi!
30,905 2022-02-08 17:27:53
Droga Maadlen, Wszystkie Pozostałe Moje Drogie.....Ja też miałam taki sam czas nie akceptacji siebie.Widziałam wyraźny dysonans między ciałem a duszą i rozerwanym na kawałki sercem.Nie lubiłam się, nie akceptowałam,byłam zła na siebie za to jaką się stałam po śmierci męża. Czułam coś na wzór wstydu - że jestem taka nieogarnięta i niezaradna życiowo. Też miałam podobną sytuację do Baśki1 - usłyszałam od naszego wspólnego przyjaciela i jednocześnie Dziadka Naszej wnuczki po 3 miesiącach mojej żałoby:czy już sobie poukładałam życie po śmierci męża/który nim był przez 39 lat,a znaliśmy się 45 lat!!!/Pamiętam moją złość i zdziwienie że ktoś może w ogóle myśleć w ten sposób...byłam zasadnicza - powiedziałam wprost co miałam powiedzieć i od tego dnia przyjaciel przestał być przyjacielem - widzimy się od czasu do czasu - bo to Dziadek wnuczki- ale znacznie ograniczyłam wzajemne kontakty.
Psycholog- który bardzo mnie wspiera ł- uprzedzał mnie o takich sytuacjach,ale ja naiwna - całe życie ufna i wierząca w dobroć człowieka dostałam mówiąc kolokwialnie po głowie.
Maadlen,ja też nie miałam o czym pisać- ale pisałam.... każdego dnia do swojego Dzienniczka, często też na Naszym Forum o tym co przeżywam,co mnie trapi, z czym nie daję sobie rady... Mało tego - wspomniany psycholog-polecił mi jako terapię pisanie też do innych koleżanek, przyjaciół - którzy są w szczęśliwych związkach i nie mają podobnych do moich przeżyć. Nigdy z ich strony nie było żadnej uszczypliwej uwagi- wprost przeciwnie- dziękowali ,że dzielę się swoim żalem,tęsknotą i rozpaczą....dziękowali za zaufanie jakim Ich obdarzyłam...
Nie mieli wcześniej takiej wiedzy...śmierć nigdy nie należała do tematów popularnych i medialnych ...
Dziękowali też - bo jednej z Nich w międzyczasie zmarła mama, drugiej siostra,trzeciej szwagier.. i wiedząc co ja przeżywam- bardziej mogli się skupić na niesieniu pomocy swym bliskim.
Mnie uratowała też - dziś już 18 letnia suczka.Przez 3 m-ce przeżywała ,,swoją psią żałobę leżąc całymi dniami przy łóżku nieżyjącego już ukochanego pana.Gdy krzyczałam z rozpaczy- przychodziła do mnie i zaczepiała łapą-chcąc powiedzieć:jestem przy tobie....nie jesteś sama...
Gdy poważnie zachorowała,to ja musiałam się pozbierać ze swoim bólem - i ją ratować.
Jej codzienna obecność sprawia,że nie czuję się taka osamotniona - choć zdaję sobie sprawę - o zbliżającym się czasie rozstania z Nią -co nie będzie łatwe- kolejna żałoba po,, Braciach Mniejszych,,jak pięknie nazwał nasze zwierzaki Święty Franciszek z Asyżu-już się boję tego czasu...odpędzam w swoich myślach jak najdalej- mówię do niej: dasz radę ,jeszcze bądź ze mną - bo sama sobie nie poradzę bez ciebie....
Kiedy będzie lepiej? lżej? każdego niemal dnia porównuję swoje zapiski z tamtego roku z tymi obecnymi...jest w nich różnica - maleńka,ledwie uchwytna - ale jednak jest.
Mniej już żalu do świata i ludzi,mniej tragicznych myśli i słów. Jedyną porażką życiową jest zupełne poddanie się- więc nadal walczę o każdy dzień.Usłyszałam niedawno słowa:najgorsza tragedia zawsze kiedyś się kończy...każdy musi iść własną drogą bo ROZPOCZĄĆ NOWE SAMOTNE - SAMODZIELNE ŻYCIE- PO STRACIE UKOCHANEJ OSOBY TO O WIELE WIĘCEJ NIŻ SIĘ URODZIĆ....
Człowiek jest jak skrzypce,dopiero kiedy ostatnia struna pęknie - stają się zwykłym kawałkiem drewna. Oby nigdy nas to nie spotkało- nawet niedostrojone, wydające nie do końca upragnione dźwięki - trwajmy i walczmy i nie lekceważmy potęgi dobrego słowa i uczynku innych.
Piszmy - dzielmy się zwykłymi codziennymi sprawami ,ale też tymi głębszymi często rozpaczliwymi myślami - bo razem możemy więcej.
Ja TU trafiłam na wspaniałe kobiety,miałam szczęście napisały do mnie,wspierały i dzwoniły ..nadal mam w Nich ogromne wsparcie.Misiukla- Jedna z Nich - To LEGENDA...i każda z Nas czuje się w jakiś szczególny sposób wyróżniona jeżeli mogła skorzystać z Jej rad i życiowych wskazówek. Aniczka i Venles to taki wzór kobiet który ja chciałam i chcę osiągnąć w swoim wdowim życiu.Jednak nadal kiepsko mi idzie w tym kierunku.Raz myślę,że już jestem na dobrej ku temu drodze - a tu ups-potykam się co rusz..i gubię kierunek..Serdecznie Pozdrawiam ...Baśka1 - pięknie piszesz- Twoje słowa - to balsam na obolałe serce.Tak sobie myślę ,że teraz przyszła kolej na spłacenie przez Nas,,długu,,jaki dostałyśmy od w/w Naszych Forumowych Kobiet.One nam pomogły- to i my powinnyśmy pomagać młodszym ,,stażem,,Dziewczynom i Kobietom.Dajmy wsparcie i nadzieję,bo ona umiera na końcu.
30,906 2022-02-08 18:26:03
Witajcie Kochane,
zbieram się od dawna, żeby poczytać, co u Was i napisać co u mnie, ale często wpadam w taką beznadzieję, że kładę się pod koc, kulę, płaczę i czekam aż zasnę. Po trzech miesiącach tęsknota jest tak wielka, że tylko chcę zasnąć i najlepiej się nie obudzić.
Ale są też i maleńkie chwile ulgi. Koleżanka „wyciągnęła” mnie na kilka dni do Krakowa i to był fajnie spędzony czas, znamy się ponad 30 lat, nasi mężowie też się znali, powspominałyśmy mojego R, popłakałyśmy razem, pogadałyśmy też o zwykłych sprawach. Trochę bałam się tego wyjazdu, bardzo lubiliśmy z moim R. Kraków i bywaliśmy tam co kilka lat, obawiałam się oglądania naszych ulubionych miejsc, chodzenia tymi samymi uliczkami, bez Niego, że wspomnienia będą zbyt bolesne, ale nie, te wspomnienia dały mi ukojenie. Nie sprawiało mi bólu przechadzanie się miejscami, w których byliśmy we dwoje, wręcz odwrotnie, te wspomnienia wywoływały mój lekki uśmiech.
Jeszcze to był taki dobry czas, Kraków był prawie pusty o tej porze roku, bardzo mało turystów, muzea zwiedzałyśmy praktycznie same, w knajpach też prawie nikogo, źle teraz znoszę, jak jest dużo ludzi i takie wymarłe miasto, które normalnie tętni życiem, teraz mi odpowiadało.
I to są takie malutkie chwile, gdy jest ciut, ciut lepiej i pojawia się nadzieja, że może chociaż trochę idzie ku lepszemu, ale za chwilę znów dopada mnie taki straszny dół, żal, smutek, tęsknota, i nadzieja ta zaraz gaśnie. I znów wpadam w czarną dziurę.
Ogólnie to czuję się podobnie, jak Ty Maadlen. Nic nie ma dla mnie sensu, wszystko jest nijakie, moje życie jest nijakie, mam wrażenie że nie żyję tylko snuję się gdzieś obok życia, na niczym mi nie zależy, coś tam staram się robić w domu, tylko nie wiem po co? Ta samotność jest okropna.
Codziennie, milion razy zadaję sobie pytanie, jak ja mam żyć bez mojego kochanego R.? Czy moje życie, takie smutne i nijakie już będzie zawsze?
Kochane, dajecie nadzieję, że kiedyś będzie inaczej, lepiej, ale tak samo pytam siebie, jak Maadlen, jak do tej względnej normalności dotrwać?
Jola doskonale to ujęłaś, zdecydowanie gorsze od płakania w poduszkę jest ta całkowita pustka i cisza w domu, brak odgłosów normalnego życia, płynącej wody w łazience, szumu wody w czajniku, kroków, czy zwyczajnego słowa, cześć, po powrocie z pracy.
Często łapię się w nocy, kiedy zaskrzypią deski w sypialni, że to M. właśnie wstał i chcę, jak zwykle coś zagadać, a za chwilę brutalnie do mnie dociera, że to nie Jego kroki, ich już nigdy nie usłyszę.
Basia (wzruszyłaś mnie, że się martwisz), moja reakcja na słońce i budzące się wiosenne życie jest podobna. Myślałam, że kiedy dzień będzie coraz dłuższy, pogoda lepsza, słońce, śpiew ptaków, że to pobudzi mnie trochę do życia, a jest wręcz odwrotnie.
Zbliżająca się wiosna, więcej słońca, śpiewające coraz śmielej ptaki, to wszystko co kiedyś dawało mi wielką radość po zimie, teraz mnie bardzo denerwuje i powoduje smutek, żal i złość na los.
Lepiej czułam się, kiedy było szaro, ponuro, deszczowo, taka pogoda odzwierciedlała mój stan, słońce do mnie nie pasuje.
Zielona, to najlepsze miejsce, do którego mogłaś trafić w takim tragicznym momencie życia.
Tu wszystkie Dziewczyny to przeszły, przechodzą i nikt tak, jak uczestniczki tego forum, rozumieją co czujesz, co teraz przeżywasz.
Ja gdybym tutaj nie trafiła w pewnym momencie, to chyba bym oszalała z rozpaczy, żalu i bezsilności, i chociaż smutne jest to, że inne Kobiety też tak cierpią, to z drugiej strony świadomość, że nie jest się z tym strasznym, rozrywającym bólem samemu, pozwala to jakoś przetrwać, ale przede wszystkim, mi pomaga to, że jest KTOŚ, kto doskonale rozumie, jak to wszystko boli, nie neguje, nie umniejsza, nie myśli nawet w duchu, że przesadzam w tej rozpaczy, to daje mi siłę.
Jesteśmy z Tobą całym sercem, pisz tutaj, to bardzo pomaga.
Kochane, ja jestem z północy Polski, ale może kiedyś znajdziemy jakiś wspólny punkt na nasze wdowie spotkanie?
Pozdrawia Was serdecznie
30,907 2022-02-08 23:53:05
Kochane zaglądam tu i czytam wasze wpisy ale zbieram się i zbieram aby sama napisac. Jakoś się boje tego pisania tak jak przed każda wizyta u psychologa. Może dlatego ze tak jak rozmowa z psychologiem, pisanie tu o swoich emocjach jest jak konfrontacja z całą tą sytuacją. Ciezko tez zebrać swoje mysli, napisac coś tutaj tak aby to miło sens. Cieszę się ze się odezwałam, bo po przeczytaniu wiadomości od was czuje większe wsparcie niż to jakie dostałam od wydawałoby się bliskich osob.
Jolam1 bardzo podniosły mnie na duchu twoje słowa. Mimo ze ludzie coraz bardziej mnie rozczarowują wierze ze spotkam na swojej drodze jeszcze tych pełnych empatii. Z wieloma osobami, „przyjaciółmi” z przeszłości zerwalam kontakt, teraz mam bardzo wąskie grono a i tak z ich strony nie czuje tego zaopiekowania. Najbliższa koleżanka powiedziała mi ze „im szybciej się z tego otrząsne tym lepiej i chyba przesadzam bo i tak chciałam się czasem rozstać „. Bardzo ale to bardzo mnie te słowa zabolały. Po pierwsze bo usłyszałam je właśnie od niej a druga sprawa tak w związku czasem się tak dzieje ze chcemy się rozstać mino ze nie mieliśmy stażu małżeństwa 20 lub 30 letniego. Bywaly problemy bywala złość ale zawsze chciałam mu we wszystkim pomoc. Po tym jakie miałam zawirowania w przeszłości , w życiu cieszyłam się ze mój partner stanął na mojej drodze ze jest on jakby moja nagrodą , ze niewazne ze nie mam jakichś ludzi, znajomych czy dawnych przyjaciółek wokół siebie. Byłam wdzięczna ze takie szczęście mnie spotkało ze jesteśmy razem, ze znalazłam tą jedyną osobę, przyjaciela który zawsze wesprze. Wszystko w co wierzyłam zostało mi wyrwane. Mimo młodego wieku czuje się jakby doszło mi conajmniej 20 lat więcej. nie mam nadzieji na przyszłość, ze jakoś sobie poukładam życie. A jestem właściwie na jego starcie .. czuje jakby się skończyło . Wczoraj zobaczyłam zdjęcia ciążowe koleżanki. To był dla mnie cios w pewnym sensie. Jak widzę czyjeś szczęście, jeśli ktoś może budować swoją przyszłość z mężem, partnerem bardzo mnie to boli choć nie chce nikomu życzyć zle.
Maadlen, kiedy przeczytałam twoje słowa poczułam się jakbym czytała sama siebie. Czuje dokładnie to samo.
Baśka1 masz racje teraz nadeszło właśnie najgorsze. Dopiero niedawno wyszłam w ogóle z tego etapu szoku. Teraz mierze się z rzeczywistością dopiero zaczęło dochodzić to wszystko do świadomości ze to co się stało to jednak prawda. Co do słów kolezanki z pracy, ja usłyszałam coś podobnego o śmierci dziadka. Nikomu nie umniejszając, każdy przeżywa żałobę, traumę związana ze śmiercią bliskich. Ale niestety nie jest to sytuacja która można porównać.
30,908 2022-02-09 00:00:08
Ikaria, ja mam to samo co ty jak pomyśle, ze ma nadejść wiosna. Moja żałoba zaczęła się wtedy kiedy zaczynała się jesień. W pewnym sensie się cieszyłam ze jest szaro, ciemno, brzydka pogoda, ludzie mniej wychodzą z domu. Można się zaszyć pod kocem i nie widzieć tej radości, słońca. Tez obawiam się ładnej pogody bo nie odzwierciedla mojego stanu psychicznego. Na wiosnę wszystko odradza się do życia, ja czuje się na odwrót. I ta świadomość ze w tę wiosnę będę „wchodzić” bez niego.
30,909 2022-02-09 12:00:31
Zzielona, mój M. też odszedł jesienią, i ta pogoda, szaro, deszczowo, o czwartej ciemno, była mi na rękę, im brzydsza tym lepiej. Jak musiałam wyjść z domu, mogłam się ukryć w tej ciemności, przed sąsiadami, przed ludźmi, najchętniej bym się schowała przed całym światem. Akceptowałam tylko ścisłe grono znajomych (dosłownie kilka osób) i rodzinę. Zresztą do tej pory tak mam, a wcześniej lubiłam ludzi, teraz mnie drażnią.
Tegoroczna nadchodząca wiosna mnie przeraża, bardzo lubiliśmy wiosnę, zaczynały się wspólne prace w naszym ogrodzie, wyjazdy za miasto, spacery po Starówce czy nad morzem. W tym roku ani w żadnym kolejnym już tego nie będzie. Nie wiem, jak to przetrwać.
Wiesz, chyba każda z nas słyszała takie głupie teksty, że już czas się wziąć w garść, albo życie toczy się dalej i tego typu brednie. Mnie ostatnio zapytała koleżanka, kiedy wróciłam po 3 miesiącach do pracy, o hej, jak się czujesz (takim tonem, jakbym wróciła z wakacji), mówię, że kiepsko, a ona na to takim lekceważącym tonem, prawie prychając, no wiesz każdy z nas kogoś bliskiego stracił, życie toczy się dalej. Odpowiedziałam, pewnie dla ciebie tak, dla mnie stanęło w miejscu i lepiej już niech nic nie mówi. Może to miłe nie było, ale następnym razem się niech zastanowi co mówi, lepiej nie mówić nic, niż mówić coś głupiego. A ludzie myślą, że koniecznie trzeba coś powiedzieć. Nie, nie trzeba.
Wkurza mnie też, jak niektórym się wydaje, że kiedy minęło kilka miesięcy to już nie boli i będziemy się uśmiechać, wesoło rozmawiać o pierdołach, a jak tego nie robimy, to że przesadzamy z żałobą.
A tak naprawdę właśnie po kilku miesiącach do nas dopiero dociera co tak naprawdę się stało, a ból i tęsknota są jeszcze większe.
30,910 2022-02-09 22:33:48
Kochane moje, Zzielona, Ikario(dziękuję, że się odezwałaś, jakoś mi lżej na duszy),Maadlen, Jolam, Metronomio i wszystkie tu obecne Dziewczyny! Razem z Wami wciąż zadaję sobie pytanie: jak przetrwać następny dzień? Powoli dochodzę do wniosku, że chyba nie ma na to uniwersalnej recepty, musimy próbować, może znajdziemy coś, co choć odrobinę nam pomoże. Z perspektywy czasu widzę, że najgorsze wcale nie były pierwsze dni i miesiące żałoby, dla mnie najtrudniejsze było drugie półrocze. Chwytałam się wszystkiego, jak tonący brzytwy. Znajomi mnie przekonywali, że najlepszy będzie szybki powrót do pracy, nie był. Nie mogłam się na niczym skupić (do dziś mam z tym problem),irytowali mnie ludzie, ich brak empatii, a czasami nawet elementarnej kultury. Wcześniej tego nie zauważałam, teraz wzrok mi się wyostrzył. A najgorsze chyba było to, że po kilku miesiącach większość z nich uznała, że „chłopaki nic się nie stało", życie płynie dalej... Rozumiem Zzielona, że nie możesz patrzeć na zdjęcia szczęśliwych, też pękało mi serce, kiedy rozpaplane koleżanki pokazywały zdjęcia z wakacji w uścisku z uśmiechniętymi mężami. Zastanawiałam się, czy były aż tak bezmyślne, czy tak nieczułe... Na słowa, które, usłyszała od przyjaciela Jolam, początkowo reagowałam ostro, potem odpuściłam i ... po prostu zweryfikowałam znajomych. Bardzo pomogła mi koleżanka i kolega, którzy krótko po mnie stracili swoich współmałżonków, to właśnie u nich znalazłam zrozumienie. Próbowałam również zagłuszyć ból ciężką pracą fizyczną - trochę pomagało, na pewno zasnąć. A potem już samo życie nie dało mi chwili wytchnienia, zrzucając na moje barki ogrom obowiązków. Pomogło forum, choć na razie tylko czytałam posty. Po 1,5 roku dotarło do mnie, że potrzebuję oddechu, bo dłużej już nie wytrzymam ani tempa życia, ani rozdzierającej tęsknoty. Zdecydowałam się na wyjazd w większej grupie, w której znałam tylko 1 koleżankę. Bałam się ogromnie, bo zawsze wyjeżdżaliśmy razem z mężem, kochałam te nasze wspólne eskapady. Ale właśnie wtedy nastąpił przełom. Poznałam nie tylko osoby, z którymi pojechałam, ale również siebie. Po powrocie po raz pierwszy odważyłam się napisać na forum. Masz rację, Zzielona, to działa trochę jak psychoterapia i... pomaga. Teraz, po 2 latach stwierdzam, że walka o każdy kolejny dzień to prawdziwe bohaterstwo z naszej strony i niestety, mamy tylko jednego sprzymierzeńca - czas. Pewnie nie zabrzmiało to zbyt optymistycznie, ale chciałam, żebyście podjęły tę próbę, bo naprawdę przyjdzie moment, gdy będzie już trochę łatwiej. Jeszcze wielokrotnie zaleje Was fala rozpaczy i tęsknoty, ale za każdym razem będzie odrobinę prościej wydostać się na stromy brzeg. W tym roku po raz pierwszy nie drażnią mnie już zwiastuny wiosny (ale jeszcze nie cieszą!), znowu zaczynam lubić, gdy budzą mnie promienie wschodzącego słońca. Ikario, Zzielona, Maadlen, też dojdziecie do tego miejsca, musicie być tylko cierpliwe.
Jolam, cudowne było to porównanie człowieka do skrzypiec! Rzeczywiście, dopóki jest w nas choć jedna struna, musimy grać, żeby odnaleźć tę piękną muzykę, jaka skryła się gdzieś w zakamarkach naszego serca.
Pozdrawiam Was wszystkie bardzo gorąco
30,911 2022-02-09 23:13:37
Witajcie moje Drogie . Pisałam to już wcześniej ale jeszcze raz powtórzę .... Dziękuję Wam za to ,że jesteście . Rozumiecie i wspieracie mnie mimo swoich trudnych doświadczeń . Dzięki Wam wiem ,że mogę porozmawiać o wszystkim co mi leży na sercu . Nigdy wcześniej nie pomyślałam i w najgorszych koszmarach nie śniłam ,że w tak trudną drogę bedę zmuszona przez okrótny los pójść sama . Bardzo mało jest osób przynajmniej w moim otoczeniu, które rozumieją i wspieraja . Grono naszych przyjaciół od śmierci mojego M skurczyło się i to znacznie . Wiem ,że na taką stratę nie możemy sie przygotować w żaden sposób i jest to trudne nie tylko dla mnie ale dla innych również .Niektórzy od pogrzebu nie odezwali sie w ogóle inni natomiast zachowują się jakby nic się nie stało . A dla mnie stała sie rzecz najgorsza i niewyobrażalna , straciłam nie tylko męża ale również najlepszego przyjaciela ,razem z nim umarła część mnie samej . Nie oczekuję od nikogo litości ani dobrych rad w stylu nie ma co żyć przeszłością , im szybciej sie pozbierasz tym lepiej dla ciebie , jesteś jeszcze młoda to ułożysz sobie życie albo to co mnie zabolało najbardziej pomyśl tak jest lepiej i dobrze , że się bidulek nie męczy . Nie mogę tego pojąć jak można być takim zimnym i pustym człowiekiem ? Sama stronie od ludzi bo nie jestem jeszcze na tyle silna czy też pogodzona ze stratą aby bez emocji i łez rozmawiać o moim mężu . Pomimo tego ,że za kilka dni minie pół roku to ja czasami mam wrażenie ,że jestem w jakiejś alternatywnej rzeczywistości albo śnię jakiś koszmarny sen , z którego nie mogę sie wybudzić . Ostatnio mam jakiś gorszy czas i znowu często płaczę .
Ja również boję się jak to będzie gdy nadejdzie wiosna . Jak ogarnąć emocje kiedy właśnie wiosna i lato to był nasz ulubiony wspólny cudowny czas . Uwielbialiśmy nasz ogród ,całe dnie spędzaliśmy w ogrodzie , niespieszne pogaduszki przy kawce czy też wspólne prace nigdy nas nie nudziły . Nie mogliśmy sie doczekać kiedy zrobi sie cieplej już pod koniec lutego działaliśmy w ogrodzie . Często też wyjeżdżaliśmy na kilka dni, od poniedziałku do piątku praca , dom i ogród a weekend spędzaliśmy gdzieś nad morzem . To był taki cudowny wspólny czas ,nie mogę ogarnąć ,że już się nie zdarzy i już nic nie będzie takie jak wcześniej ........Pozdrawiam Was serdecznie .
30,912 2022-02-10 15:21:51
Basia, no właśnie, ja myślałam, że to były najgorsze 3 miesiące mojego życia, a teraz widzę, że najgorsze jeszcze przede mną, wcześniej do końca do mnie nie docierało to co się stało, a teraz z każdym dniem dociera coraz mocniej, silniej, a ja czuję się coraz gorzej.
Wierzę, w to co piszesz, że kiedyś będzie lepiej, nie wiem za rok, dwa może 5 lat?, wiem też, że ta „duchowa rana” będzie się goiła bardzo długo, a blizny zostaną na zawsze, nie wiem tylko, jak to przetrwać zanim nastąpi to „lepiej”.
Ja przez 3 miesiące nie pracowałam, nie byłam w stanie, ale w końcu pomyślałam, że już czas wrócić, że praca mi pomoże, oderwie choć trochę myśli. Niestety jest odwrotnie. I nawet nie chodzi o to, że nie mogę się skupić, bo z tym się liczyłam, ale denerwują mnie ludzie w pracy, telefony, rozmowy, śmiechy, za dużo dla mnie jest bodźców na raz. Chce mi się ciągle płakać, w pracy nie mogę, muszę powstrzymywać łzy i czekam tylko, kiedy znajdę się w domu, zawijam się w koc i wypłakuję to co dusiłam w sobie przez cały dzień. Miałam nadzieję, że po kilku dniach się przyzwyczaję, ale z dnia na dzień jestem coraz bardziej zestresowana, poirytowana, boli mnie żołądek, znów prawie nic nie jem.
Dobrze (na tyle ile można w takiej sytuacji) czuję się tylko w bardzo ścisłym gronie - rodziny, i czterech koleżanek, które mnie bardzom wspierają, nie gadają głupot i mogę im się żalić do woli. W pracy mnie wszyscy denerwują, jest tu za dużo osób, są za głośni, za weseli.
W domu było mi też bardzo ciężko, ale wypracowałam sobie pewne schematy, a teraz to wszystko zostało zaburzone i wpadam w coraz większy dół. Chyba nie byłam jeszcze gotowa na powrót do pracy.
Maadlen, ja czuję to samo, zresztą pisałam wcześniej, że tegoroczna wiosna mnie przeraża, uwielbialiśmy te pierwsze prace ogrodowe po zimie, pierwsze przebiśniegi, krokusy, odradzająca się trawa, kwitnąca forsycja, wszystko to nas wprawiało w taki dobry nastrój i dodawało energii. Tak bardzo boli, że tego już nigdy nie będzie.
30,913 2022-02-10 18:53:42
Dziewczyny, tak macie racje. Teraz jest ten najgorszy czas. U mnie jutro mijają 4 miesiące. Mija ten szok i trzeba się zmierzyć z rzeczywistością, poukładać się w pojedynkę. Ja znowu czuje się fatalnie. Czasami jest odrobine lepiej ale później znów mam spadek. Przeraża mnie wizja przyszłości, we dwójkę jest wszystko inaczej. Ja do pracy jeszcze nie wróciłam i tez mnie to stresuje. Ikaria rozumiem co czujesz w związku z powrotem do pracy ja bym tego nie wytrzymała gdybym wróciła teraz. Tak jak mówisz za dużo bodźców, tez to mam a później musze odchorowywac. Z reszta i tak czeka mnie zmiana pracy, mieszkania może nawet miasta (chociaż co do miasta coraz częściej mysle ze jednak nie) wiec całkowicie rewolucja..
Tak samo wizja tej wiosny nie jest zbyt przyjemna. Ludzie się będą cieszyć a ja będę chyba płakać. Szczerze to nawet nie mam do kogo gęby otworzyć, do koleżanek już mi się nawet nie chce. Jakoś się izoluje ostatnio.
Zawsze czekałam na ciepła pogode az zaczniemy grille, spacery do lasu, wspólny urlop a teraz mnie łapie żal i frustracja ze tego nie będzie.
Maadlen i znowu jakbyś czytała mi myślach mam identyczne odczucia.
30,914 2022-02-10 21:31:30
Maadlen, Zzielona my jesteśmy chyba na podobnym etapie żałoby, to co piszecie to jakbym pisała o sobie. Dokładnie to samo czuję.
Zzielona ja bardzo żałuję, że wróciłam do pracy, chociaż nie musiałam. Momentami już czułam, że robię jakieś małe kroczki do przodu, a przez powrót do pracy zrobiłam wiele kroków do tyłu. Lubię swoją pracę, dlatego myślałam, że to mi pomoże, a powrót pociągnął mnie w dół. Najchętniej znalazłabym sobie jakąś kryjówkę i się tam schowała, a muszę być miła, uśmiechać się, a chce mi się tylko ryczeć.
30,915 2022-02-10 21:48:55
Witam Ikario,zzielona,Maadlen i Was Wszystkie. Czytając Wasze słowa - cofam się do mojego początku żałoby. Pamiętam,że odliczałam każdy kolejny smutny dzień, dramatyczny- często beznadziejny. Wstajesz i nie masz do kogo powiedzieć zwykłego - dzień dobry czy hej:jak ci się spało? w samotności jesz śniadanie / no bo trzeba wziąć leki/ i wypić kolejną zimną już kawę.
Patrzysz na zegar i po raz wtóry zastanawiasz się co ze sobą masz zrobić,w koło słychać odgłosy codziennego rodzinnego życia - u sąsiadów a na ulicy roześmiane - szczęśliwe rodziny lub trzymające się za ręce pary.
Musisz zrobić zakupy,a w sklepach znów przewaga małżeństw w różnym wieku- wspólnie robiących zakupy -przy wesołych komentarzach lub rodzinnych naradach...co dziś na obiad?
W autach rzadko pojedyncza osoba,przeważają całe rodziny...uśmiechnięte buzie,gestykulacje,głośne rozmowy. Tylko ja zupełnie sama,samiutka smutnie patrząca na ludzi którzy w pospiechu mnie mijają aby w miarę szybko dotrzeć do swoich przytulnych domów ,gdzie czekają na nich :żony,mężowie,dzieci....tylko na mnie już nikt nie czeka,nikt nie przywita słowami:chodź szybko - zrobiłem herbatę- bo pewnie zmarzłaś..... opowiadaj jak ci minął dzień ? Smutek jest nadal- ale już mniej boli ,już oswoiłam pustkę domu- już zaprzyjaźniłam się z samotnością i zakumplowałam z codzienną tęsknotą .Nie pogodziłam się z odejściem Tego najważniejszego,ale zaakceptowałam fakt bycia wdową- choć nie ukrywam było ciężko i bardzo boleśnie.
Też wolałam ciemne,pochmurne dni i deszcz od słońca. Do nikogo oprócz paru osób i dzieci nie dzwoniłam- bo co miałabym powiedzieć- jak gardło ściskał wręcz fizyczny ból i
oprócz płaczu nie mogłam wydobyć ani słowa....Nadal płacz jest moim wiernym towarzyszem,ale już bardziej kontrolowany - już udaje mi się nie rozpłakać na ulicy lub podczas zwykłej telefonicznej rozmowy.Staram się płakać tylko w domu, albo w całkowitej samotności/spacer po lesie,jazda samochodem,oglądanie filmu/.
Już ta wiosna nie rozdziera mi serca na pół- bo też mąż kochał tę porę roku.Planował wakacyjne wyjazdy lub te krótsze weekendowe.Mówił,gdzie pojedziemy i co zobaczymy.. Hiacynty,tulipany,narcyze - to Jego ulubione wiosenne kwiaty. Teraz sama kupuję cebule i rozsady kwiatów w kolorach jakie lubił najbardziej - zgaduję gdzie by chciał je widzieć ...
W tamtym czasie najbardziej bolało słowo:NIGDY...teraz zastąpiło go inne mniej bolesne ...JUŻ....
JUŻ sama potrafię wiele: ogarnęłam całą logistykę płacenia w terminie wszelkich rachunków,obsługę samochodu z przeglądami i wymianą opon.JUŻ poprzepisywałam wszelkie umowy i zobowiązania na siebie, JUŻ sama załatwiam sprawy w urzędach i instytucjach.JUŻ po raz pierwszy /po roku i 3 miesiącach żałoby/dałam się namówić córce na wspólny babski /z Nią i wnuczką/ 10 dniowy pobyt w Egipcie- w ulubionym kraju mojego męża. Nie było płaczu - tylko żal i smutek ,że tym razem/jak było dotąd/nie było Go z nami- choć wnuczka twierdziła,że widziała Dziadka na plaży i to właśnie On - sprawił,że na nasze powitanie- dostałam nasz ulubiony drink a w tle słychać było mój ukochany utwór Chrisa De Burgha : Lady in red....
Drogie moje, jeszcze nie teraz,jeszcze będzie ciężko a czasami bardzo...ale przyjdzie taki dzień kiedy obudzicie się z jakąś tajemniczą siłą i wewnętrzną mocą z poczuciem swojej wielkości i wyjątkowości/bo przecież to Nas wybrali Nasi mężowie - a nie inne kobiety !!!!/. Miałyśmy to szczęście ,że Ich poznałyśmy i dane nam było żyć i być przy Nich/.Obudzi się w Was przekonanie,że jednak same dla siebie też jesteście ważne i dacie radę pójść dalej w pojedynkę... realizując Wasze Wspólne cele i marzenia.
Są ludzie obok Was,którym zależy na Was,może tego nie dostrzegacie jeszcze przez zapłakane i zapuchnięte od płaczu oczy...ale są - My- kobiety tu piszące- też do nich
należymy.Rozejrzyjcie się dobrze...macie dla kogo żyć..nawet dla tych kwiatów które posadzicie i motyli do nich lecących..i dla wspólnych wspomnień z tym związanych,dla Nich....Oni by na pewno chcieli,aby Nam się udało- to nasze dalsze życie- dopóki się razem kiedyś nie spotkamy-musimy dalej iść nawet w pojedynkę.... bo jak powiedziała Ania z Zielonego Wzgórza:Całe Nasze Życie - To Seria Powitań i Rozstań i Pożegnań...Pozdrawiam
30,916 2022-02-10 23:51:41
Ikario, dobrze, że wróciłaś do pracy. Tej decyzji nie można odwlekać w nieskończoność, nigdy nie będzie odpowiedniego czasu na powrót. Wiem, jak się czujesz, przeżywałam to samo – szum, gwar, śmiechy, nachalnie dzwoniący telefon, ludzie, którzy wciąż czegoś od Ciebie chcą i tacy, co wciąż udają rozkosznych, bo nie wiedzą, jak się przy Tobie zachować. I w tym wszystkim Ty, połykająca gdzieś w zaciszu łzy, licząca minuty, które wloką się jak godziny… Ja też wróciłam do pracy zbyt wcześnie, ale miałam to szczęście (wiem, że brzmi strasznie, ale tak to wtedy czułam), że nastała era covidu i dostałam pracę zdalną na kilka miesięcy. Tylko, że po niej powrót wcale nie był łatwiejszy. Ludzie się nie zmienili, jedynie zapomnieli o tym, co mnie spotkało, skończył się okres ochronny. Dlatego rano, wychodząc do pracy, przywdziewałam maskę spokoju i pogodzenia z losem, a po powrocie wyłam. Musiałam zweryfikować znajomych oraz opinie o wielu koleżankach i kolegach, zostało niewielu, za to wrażliwych i życzliwych. Wiem, że mnie nie zawiodą, wysłuchają, dobrze czuję się w ich towarzystwie. Spróbuj, przynajmniej na razie, zawęzić krąg znajomych, pozostawiając tylko tych najbliższych sercu. Mocno trzymam za Ciebie kciuki.
Jolam, pisałam już z podziwem, jak niezwykle silną jesteś kobietą, ale nie miałam pojęcia, że jesteś takim herosem! To, czego dokonałaś w okresie swojej żałoby jest niesamowite! Nauczyć się tak wiele, przejąć tyle spraw, przeprowadzić się i jeszcze pomagać dzieciom! Pułk żołnierzy nie dokonałby tego wszystkiego w tak krótkim czasie! Uwielbiam czytać Twoje posty, wzruszają, a jednocześnie dają siłę do walki o kolejne dni.
Pozdrawiam Was wszystkie, kochane
30,917 2022-02-11 01:20:42
Hej Dziewczyny ! Czytam wasze wpisy od ponad miesiaca , Dziekuje ze jestescie . Mieszkam w Londynie od 16 lat , zero znajomych , zero wsparcia . Na Londyn mowi sie samotna wyspa . Moj Maz zmarl na covid 5 miesiecy temu , mial 45 lat . Poznalam go jak mialam 17 lat , Ja mam teraz 40 . Szukalam pomocy tu w Angli , ale nie Znalazlam nikogo kto by mnie wysluchal , czytajac wasze wpisy zrozumialam , ze znajde pomoc wlasnie tu na tym forum . Ja jestem Dalej w szoku , mam problemy z pamiecia , Stany lekowe . Moj maz byl mlodym zdrowym czlowiekiem , zmarl na covidowe zapalenie pluc . Do szpitala zostal przyjety 8 sierpnia , po 4 tygodniach pod wentylatorem zmarl . Nie radze sobie z tym , nie rozumiem niczego . Czytajac wasze wpisy wiem , ze nie jestem sama . Czytajac wasze wpisy chociaz przez chwile czuje ukojenie ..Jest mi bardzo ciezko ,czasami mysle ze Chcialabym byc w polsce , porozmawiac z Kims , ale i tak niemam z Kim wiec to forum jest dla mnie lekarstwem . Tak sie ciesze , ze moglam napisac cokolwiek, same pisanie przynosi ulge , tylko wy rozumiecie ta rozpacz I bol po stracie ukochanego partnera /meza. Pozdrawiam was wszystkie . Dobranoc
30,918 2022-02-11 15:55:45
Hej Dziewczyny Drogie,Witaj Puder733,witaj Baśka1 fajnie się czyta miłe słowa o sobie,mam nadzieję,że nie popadnę w samozachwyt.
Do tego wszystkiego co pisałam wczoraj o swoich dokonaniach - muszę dodać rzecz najważniejszą: sama podjęłam decyzję o zmianie miejsca zamieszkania/wyprowadziłam się do nowego - jeszcze do końca nie wykończonego domu i sama ukończyłam przeprowadzkę do niego. Meble i potrzebne nam w lecie rzeczy przewieźliśmy jeszcze z mężem,ale po Jego nagłej śmierci zostałam sama. Dzieci chciały zatrudnić fachową ekipę zajmującą się przeprowadzkami,ale odmówiłam.
Wymyśliłam sobie,że skoro od m-ca nie mam pracy/emerytura/i niefortunnie /ale nie mogłam przewidzieć śmierci męża/odrzuciłam 1/2 etatu- co mi proponowano - że każdego dnia będę wstawała tak jak do pracy i jechała 50 km/dwie strony/do dawnego domu po pozostałe tam rzeczy. Wierzcie mi- to mnie uratowało,byłam zdeterminowana do tego stopnia,że nawet ,,rycząca,,wsiadałam do auta ...15-13 kartonów lub toreb z różnymi rzeczami lokowałam w całym aucie/tyle się mieściło i szybko z powrotem wracałam. Uciekałam z Naszego dotychczasowego domu,unikając wspomnień - ani razu nie usiadłam dla odpoczynku ,ani razu nie wypiłam tam kawy...- tak było przez 8 miesięcy. Był gorszy czas- wtedy robiłam przerwę na dojście do siebie,ale nie dłużej jak kilka dni. Jestem typowym zadaniowcem- to mnie ratowało po śmierci Mamy,Taty,Brata,pomyślałam - że może teraz uratuje mnie po śmierci męża.Coś sobie postanowić- i ze wszystkich sił wbrew wszystkiemu- dążyć do tego.Dodatkowo - myśl,że tego by na pewno chciał mój mąż - dodawała mi sił.Wyobrażałam sobie Jego zadowoloną minę i słyszałam pochwały pod moim adresem....to pomagało każdego smutnego samotnego dnia.
Mało tego postanowiłam zostawić sobie samochód męża,a swój sprzedać - choć był nowszy i dodatkowo Jego prezentem na moje urodziny. Problem był jeden- samochód męża był w tzw:leasingu i dodatkowo pozostała jedna spora rata do spłacenia.
Musiałam wystąpić do Banku i Towarzystwa Leasingującego o wyrażenie zgody na przepisanie warunków spłaty na mnie.Szanse miałam marne- bo nie prowadzę żadnej działalności gospodarczej- ale byłam tak zdeterminowana,że dotarłam do samych Prezesów w/w instytucji- i po rozmowie z Nimi i przedstawieniu mojej prośby poprzez płynące samoczynnie łzy - uzyskałam zgody.Pani w Wydziale Komunikacji- gdzie rejestrowałam auto - była wielce zdziwiona,bo na progu swojego odejścia na emeryturę po raz pierwszy się z taką sytuacja spotkała.
Piszę o tym tak dokładnie- by uświadomić Nam Wszystkim tu piszącym,że w każdej z nas jest moc i siła o której nie zdajemy sobie sprawy,aż do chwili kiedy przychodzi nam walczyć w pojedynkę.
Przez co najmniej 15 miesięcy swojej żałoby czułam się jak bym była w jakimś Matrixie.
Nie wierzyłam,że już do końca smutna rzeczywistość będzie moim dalszym życiem.
Nie przyjmowałam tego faktu do wiadomości i swojej świadomości,buntowałam się,nie godziłam,ale nie miałam z kim negocjować....w końcu poddałam się - ale nie uległam - tylko zaczęłam samotne życie na swoich własnych warunkach.
Mam wśród swoich znajomych kilku Singli z wyboru,i to Oni opowiadali mi jak sami siebie zapraszali do kina czy na obiad. Jak planowali wyjazdy wakacyjne czy weekendowe sami ze sobą. Jak robią sobie domowe wieczory filmowe wcześniej przygotowując dobrą kolację z lampką wina,koniaku lub drinka.
Oczywiście zaznaczali,że to zupełnie inna sytuacja niż moja,ale pomyślałam sobie - może choć jedną rzecz z Nich ,,zgapię,,? Stopniowo ,powoli ....wracając latem ze spotkania wdów z Naszego Forum ze Śląska- skręciłam spontanicznie w boczną drogę wskazującą znaną miejscowość turystyczną w tamtym regionie. Dużo domków campingowych,namiotów,barów,kafejek,grillów. Wzięłam psa na smycz i wyruszyłam na spacer,tu usiadłam na krupnioka - tam na kawę...zamiast wracać od razu do pustego domu,odłożyłam to w czasie i poczułam się z tym dobrze.Wróciłam zmęczona,ale po raz pierwszy w jakimś sensie dumna z siebie.Porobiłam zdjęcia,powysyłałam znajomym i dzieciom...Później córka mi powiedziała: mamo,wtedy wstąpiła we mnie nadzieja,że się powoli podnosisz z tej rozpaczy...Zresztą z córką miałam tez inną sytuację,usłyszałam od bliskiej nam osoby,że ja za bardzo emanuję swoją żałobą- i cierpi na tym moja córka i wnuczka!? kiedy poprosiłam o wyjaśnienie tej tezy- usłyszałam,że córka moja ciężko sobie radzi po stracie ukochanego taty- to jeszcze dodatkowo serce Jej ,,krwawi,,jak widzi moją rozpacz..i nie jest w stanie mi pomóc....a jak widzi łzy swojej mamy moja mała wnuczka- to też zaczyna płakać....i to ma efekt domina....pomógł mi psycholog: nikt nie ma prawa oceniać rozmiaru i natężenia emocjonalnego mojej żałoby -bo nikt nie jest na moim miejscu i nie przeżywa tego co ja...mam prawo do łez,rozpaczy,złości i gniewu.Niczego nie należy przyspieszać niczego nie obchodzić na skróty....każdy musi pójść swoją i tylko swoją drogą ..przez mękę i jak powiedziała Ania z Zielonego Wzgórza:,, ..w życiu na ma jednej prostej ścieżki do przejścia lub jej możemy nie widzieć wcale.Dlatego trzeba burzyć mury i karczować las- aby móc dalej pójść i dokądkolwiek dojść.....,,życzę Wam moje Drogie w miarę mało wyboistej drogi i sprawnej życiowej nawigacji aby nas dobrze nią pokierowała.Dbajcie o siebie pozdrawiam serdecznie Was Wszystkie
Baska1 - odnośnie Twojego komentarza o pracy zawodowej Kobiet tu piszących i Twojej- zgadzam się całkowicie, to ciężki moment powrotu do normalności i codzienności- ale chyba każdy inny też byłby bardzo trudny.Nie mu tu jednej normy ...wydaje mi się,że w przypadku kobiet chodzących w czasie żałoby w czerni- jest mniej śmiechu i często zbyt wesołych zachowań- tak było u mnie,ale to nie znaczy że tak jest gdzie indziej.Wszystko zależy od empatii i zwykłego ludzkiego zachowania.Prawda też jest taka-że ludzie szybko zapominają o problemach i sprawach Innych,a skupiają się głównie na sobie...takie czasy,tacy ludzie....
30,919 2022-02-11 20:09:11
Hej Puder 377, dobrze ze się odezwałas, ja tez odważyłam się dopiero niedawno i nie zaluje. Pisz tutaj, wszystkie kobietki cię napewno zrozumieją. Ja chciałam po śmierci mojego partnera wyjechac właśnie do Londynu ale chyba powoli rezygnuje z pomysłu.
Jola jesteś super kobietą i bardzo dzielna, twoje wpisy dają nadzieje na to ze kiedyś w końcu będzie lepiej. I tutaj prawda ze zadaniowosc pomaga. Kiedy mój partner zmarł zostały mi niecałe 4 miesiące do ukończenia szkoły. Nie rzuciłam jej, jeździłam co tydzień na zajęcia 200 km z rodzinnego miasta (bo przebywam u rodziny zanim wrócę do pracy) tu do miasta i mieszkania gdzie mieszkaliśmy razem. Na początku ledwo przytomna od leków i każdy wyjazd to był lęk bo wszystko przypominało, osiedle okolica miejsca mieszkanie właśnie. Kładłam się, wyłam z niemocy i przytulalam się do jego ubran bo nie miałam pojęcia jak mam dalej żyć bez niego. Wiedziałam ze wracając do domu nikt nie będzie czekał nie zrobi kolacji herbaty nikt nie zapyta o której będę. Smutek i żal tez był jak zdałam egzaminy i nie mogłam mu powiedzieć. Jak dzwonili świeżo po pogrzebie z nowej pracy gdzie chcieli mnie przyjąć ale oczywiście zrezygnowałam to odruchowo chwyciłam za telefon żeby sie do niego odezwać. Pamietam jak kilka dni po śmierci przyjechała do mnie koleżanka i chciałam pakować z nią jego rzeczy. Nie dałam rady ale byłam w jakimś amoku ze w ogóle na to wpadłam. Rzeczy spakowaliśmy 2 tygodnie temu, niedługo wyprowadzka z mieszkania a jeszcze niedawno wydawało mi się to niemozliwe. Właśnie odwiedziłam teściów wyszłam od nich stanęłam na chodniku i pomyślałam ze wracam do tego pustego mieszkania sama. Niestety przyjdzie tez czas powrotu do pracy i nauczenia sie życia samej, a brakuje najbardziej tych codziennych rzeczy wspólnych zakupow, przygotowywania obiadu, oglądania filmu wieczorem, rozmowy po pracy czy poranków w wolny dzień. Wciąż sie tego obawiam. Teraz mój cel - nowa praca i zrobienie prawa jazdy.
30,920 2022-02-11 21:30:51
Hej Dziewczyny ! dziekuje za przywitanie mnie na forum ,gdyby chcial mnie ktos odwiedzic w Londynie , to zapraszam . Dziekuje za wszystko , Jak milo jest zobaczyc , ze ktos odpisal . To takie wazne . Pozdrawiam
30,921 2022-02-13 01:34:16
Puder 377, wszystkie rozumiemy Cię doskonale, bo każda z nas przeżyła podobne piekło. Taka nagła śmierć, jak Twojego męża, jest bardzo trudna do zaakceptowania. U mnie ten etap trwał prawie pół roku, mąż zmarł w ciągu 2 dni – również zdrowy, silny, potężny mężczyzna, który nigdy na nic nie chorował. Wciąż nie mogłam uwierzyć w to, co się stało, cały czas podświadomie czekałam, kiedy wróci… Spróbuj znaleźć kogoś, kto Cię wysłucha, nie musi radzić ani nic robić. Najważniejsze, żebyś Ty mogła wyrzucić z siebie ten straszny ból. Jeśli nie znajdziesz nikogo, komu zaufasz, pisz tu – to jak powiedziała zzielona, też jest pewnego rodzaju terapia, czasem nawet lepsza niż ta profesjonalna. Mnie i wielu dziewczynom pomogła, może nasze historie pomogą również Tobie przetrwać te najtrudniejsze chwile i poczuć, że masz obok kogoś, kto Cię rozumie i wspiera.
Pozdrawiam Cię najgoręcej
30,922 2022-02-13 11:51:09
Witajcie dziewczyny .
Puder 377 trafilaś w odpowiednie miejsce . Moim zdaniem to forum i ten wątek to jest najlepsza terapia dla mojej poranionej duszy . Ja również długo zastanawialam sie czy powinnam dołaczyć do nich . Przez jakiś czas czytałam ich wpisy i zdałam sobie sprawę ,że piszą o mnie . Każda z tych smutnych historii wpisuje sie w moje doświadczenia po stracie M . Pisząc tu zrozumiałam , że mogę podzielić sie najbardziej bolesnymi uczuciami , których normalnie nie mogę jeszcze wypowiedzieć . Początki były niewątpliwie trudne , każdy wpis emocjonalnie mnie rozchwiewał a na dodatek pisząc płakałam . Teraz już wiem ,że potrzebowalam tych dodatkowo wylanych łez aby powoli zacząć identyfikować swoje emocje. Tutaj żadna z dziewczyn mnie nie krytykuje , nie wypomina bo każdadoświadczyła tegoco ja i wie z jakim cieżarem muszę sie mierzyć każdego dnia , Jak trudna i wyboista jest ta samotna droga, po której przyszlo nam iść juz w pojedynkę . Pomimo tego ,że mam wokół siebie grono naprawdę życzliwych i wspierających mnie osób to i one również stały mi sie wyjątkowo bliskie. Choć nie znamy sie osobiście to czuję jakby łączyła nas jakaś niewidzialna ale na pewno magiczna więź .
Pozdrawiam Was serdecznie .
30,923 2022-02-13 14:45:28
Tak Maadlen,masz rację - stanowimy JEDNĄ WIELKĄ RODZINĘ....ja po pierwszym swoim wpisie - a było to kilka tygodni po pogrzebie męża-czytając odpowiedź na swoje słowa- tak po prostu się popłakałam z radości. Ogarnęło mnie uczucie,że w końcu mogę komuś całkowicie zaufać i tak szczerze do bólu opowiedzieć co się ze mną dzieje każdego samotnego dnia. Nikt się nie będzie dziwił,nikt pochopnie oceniał.
Od tej chwili aż do dziś mam w Nich- MOICH ANIOŁÓW STRÓŻÓW. Mogę zapytać o wszystko i zawsze dostaję odpowiedź.Część z Nich już nie pisze,odeszły na inne Fora,część ułożyła sobie życie na nowo i nie chcą wracać do smutnych chwil,a część skupiła się głównie na sobie i tylko swoich przeżyciach. Każda z Nas jest inna,i musi sama dokonać wyboru drogi jaką pójdzie dalej ...
Ja nie dałam rady przeczytać wszystkich wpisów poprzedniczek,ale według słów tych co czytały: nawiązują się między kobietami bliskie znajomości,często przeradzające się w trwałe przyjaźnie. Zbliża wiek,dzieci, bliskie zamieszkanie,ale nie ma reguły.Dochodzi do spotkań,letnich wyjazdów z dziećmi. Ważne że jesteśmy razem i możemy na siebie liczyć.
My - już trochę starsze wdowim/nie lubię tego słowa,ale trzeba go używać/ stażem - nabrałyśmy dystansu do siebie i wielu spraw życiowych- mniej lub bardziej ważnych.Służymy pomocą- co nie oznacza,że sobie już całkowicie dajemy radę. Nic bardziej mylnego...każda z Nas NADAL JEST W ŻAŁOBIE....ale to już inny jej etap. Już ją bardziej oswoiłyśmy,już przyzwyczaiłyśmy się do jej codziennej obok Nas obecności.Choć to nieproszony gość- musimy go tolerować i nauczyć się z nim żyć. Nie da się go pozbyć- trzeba go gdzieś upchać i schować w ciemnym dalekim od nas zakamarku i próbować w miarę normalnie codziennie funkcjonować .Nie jest łatwo,ale ponieważ wiemy ile łez i rozpaczy przy tym towarzyszy każdej z Nas- chcemy żeby choć odrobinę mniej bolało...kombinujemy,jak ją uładzić i po trochu ...oszukać.
Lepiej się idzie przez ciemny - gęsty las - w silnej grupie- niż całkowicie w pojedynkę.Ci którzy nie przeżyli żałoby po śmierci kochanej bliskiej osoby,chcą pomóc- ale nie zawsze wiedzą jak? zamiast pomagać - irytują, ich słowa sprawiają ból- ich niecierpliwość jest dla nas niezrozumiała....ale to dlatego,że nie są na naszym miejscu....ale kiedyś będą...a wtedy może my lepiej się w roli pocieszyciela sprawdzimy? Z każdej życiowej lekcji coś zawsze wynosimy dla siebie i innych...dzielmy się tym..może ktoś z tych rad skorzysta i łatwiej zniesie ból,cierpienie i rozpacz?
Pozdrawiam Wszystkie Kobiety- te piszące i te tylko!? czytające.....Będzie lepiej...kiedyś ale będzie ..za jakiś czas...ale ten czas się przybliża z każdym codziennym dniem.
30,924 2022-02-14 09:25:10
Kochane Moje ,dziś jest taki dzień - co niejednej z Nas przyniesie falę wspomnień....i łzy.
14 luty- kiedyś być może dla większości z Nas miły, sympatyczny...trochę zwariowany,
dziś smutny a wręcz tragiczny dla sporej części z Nas. Przesyłam NAM WSZYSTKIM
WIERSZ- Niech zastąpi symboliczny kwiatek od Tych - którzy odeszli, a z całą pewnością dużo by dali ,by usiąść z Nami i popatrzeć w dal...trzymając Nas za rękę....
choć tylko jeden,jedyny raz....
,, Nie stój i nie płacz nad moim grobem - nie ma mnie tam
nie śpię słodkim snem
jestem w wiatru silnym powiewem,w kryształkach lodu - co lśni na drzewie
odbijam się w dojrzałym kłosie - padam jak deszcz,gdy przyjdzie jesień
gdy się przebudzisz - tuż przed świtem - zjawię się jak do lotu ptak
jestem też gwiazdą - co mocno świeci....
więc nie stój nad grobem mym - w żalu ....nie ma mnie tam...NIE ZMARŁEM
WCALE..JESTEM TUŻ OBOK...UWIERZ MI....
Kochane moje,nie jesteśmy same, i nigdy nie będziemy...nie jedna kobieta oddałaby całe swoje życie- za to by móc przeżyć takie piękne chwile- jak My z Naszymi Mężami.
Byłyśmy i nadal jesteśmy swego rodzaju wybrankami losu- bo ONI wybrali Nas i zaprosili do wspólnego życia...Nikt nigdy nie odbierze Nam - pięknych wspomnień,będą Nas chronić przed rozpaczliwą pustką i codzienną rozpaczą. ...Przytulam Was Wszystkie
30,925 2022-02-14 23:04:05
Jolu jesteś niewątpliwie naszym dobrym duchem. Troszczysz się o nas i starasz sie przygotować nas na trudne emocje . Walentynki rzeczywiście mogą uruchomić falę wspomnień i nie jedną z nas przybić . Wiersz jest przejmujący i z przesłaniem ............. Ci których kochamy nie umierają nigdy bo miłość jest nieśmiertelna . Próbuję tak to sobie tłumaczyć ale puki co z miernym skutkiem . My na szczęście nie daliśmy się złapać w komercyjne sidła walentynek . Dbaliśmy o siebie na co dzień , celebrowaliśmy nasze rocznice i lubiliśmy sprawiać sobie niespodzianki. Luty zawsze był dla nas szczególny bo kilka z nich wypada właśnie w lutym . Pewnie sporo czasu jeszcze upłynie nim bedę mogła przetrwać ten czas bez łez . Moje Drogie życzę Wam i sobie dużo wewnetrznej siły.
30,926 2022-02-15 10:53:56
Drogie Dziewczyny ! Zagladnelam dzis na forum bo wczoraj nie bylam w stanie , caly dzien , cala noc przeplakalam . Usnelam w wannie na jakies 40 minut , jak otworzylam oczy nie bylam pewna czy to sen , czy to jestem ja , bylam wykonczona . To jest jakis koszmar , dzis zagladnelam na forum i na moje szczescie widze jakies wpisy . Dobrze ,ze ktos tu jest . Chcialabym choc troche poczuc sie lepiej , ale cokolwiek robie to jest jak robienie czegos na sile , oszukiwanie siebie samej , Kiedy bedzie mi lepiej i czy bedzie kiedykolwiek ?
30,927 2022-02-15 15:52:16 Ostatnio edytowany przez zzielona (2022-02-15 15:52:58)
Mnie walentynki trochę dobiły, ostatnie dni i wizyta na cmentarzu. Raz jest trochę lepiej a później znowu się pogarsza. Czasem dostaje jakiegoś powera i mysle ok jakoś to będzie a później perspektywa samotnego życia przybija.
Puder, rób tak jak czujesz i do niczego się nie zmuszaj. Ja na przykład stosuje ta metodę od samego początku żałoby bo wiem ze nikt za mnie mojego życia i cierpienia nie przeżyje. Inne osoby nie są w mojej skórze żeby wiedzieć jak się czuje. To może głupio zabrzmi ale sama poszłam do psychiatry i psychologa może spróbuj poszukac u siebie na miejscu takiej pomocy? Chociaż za granica nie jest to pewnie takie proste. Może postaraj się obrać jakiś cel taki który ci pomoże wstawać codziennie rano i coś robić. I jak najbardziej pisz tutaj jeśli nie mamy komu się zwierzyć mysle ze to forum to dobre rozwiązanie.
Pozdrawiam Was ciepło
30,928 2022-02-15 17:48:37 Ostatnio edytowany przez Ikaria (2022-02-15 17:50:59)
Witajcie Kochane, witaj Puder377, dla mnie to jest najlepsze miejsce, żeby się wyżalić, wiem, że tu mogę otwarcie pisać o moim żalu, bólu, niemocy i bezsilności i nikt mi nie powie, weź się w garść, przestań już płakać, trzeba żyć dalej i tego typu bzdety, które tylko dobijają.
Pisz, kiedy tylko potrzebujesz, takie wzajemne wspieranie, w tym okropnym rozrywającym bólu, jakie wszystkie czujemy, bardzo pomaga.
Dla mnie wczorajszy dzień też był trudny, chociaż my podobnie, jak Maadlen, nie poddaliśmy się temu walentynkowemu szaleństwu, lubiliśmy sobie okazywać miłość, robić niespodzianki, prezenty ot tak bez okazji, ale pomimo to wczorajszy dzień był bardzo smutny i cały wieczór znów przepłakałam.
Ale znacznie gorsza była dla mnie niedziela, to była 32 rocznica naszego poznania. Ubrałam Jego bluzę i przeryczałam cały dzień. Wczoraj i dzisiaj była u mnie wiosenna pogoda, ale nic mnie nie cieszy, jeżeli nie mogę tej radości dzielić z moim ukochanym, cierpię kiedy nie mogę dzielić każdej chwili z Nim. Tak bardzo mi Go brakuje i tak bardzo za Nim tęsknię. Znajomi mi mówią, żebym próbowała dalej robić to co robiłam kiedyś z moim M. i że poczuję się lepiej, a ja tęsknię nie tyle za tym co robiliśmy, co za nic nierobieniem, za zwykłym siedzeniem w domu bez wychodzenia, tęsknię za zwykłym byciem razem, czasem nawet bez jednego słowa, po prostu za Jego obecnością.
Przeżyliśmy wiele cudownych lat, teraz zostały mi tylko wspomnienia, staram się myśleć o tym co mi życie dało, a nie co zabrało, ale to nie daje ukojenia, tylko jeszcze mi gorzej, że tego już nie będzie.
Codziennie mówię do mojego M., daj mi siłę i pytam, jak mam żyć bez Niego? Wiem, że R. pękło by serce gdyby widział mój ból, smutek, żal, chciałbym żebym był tą radosną, pełną życia dziewczyną, wiem, że już nigdy nie będę szczęśliwa, ale chciałabym przynajmniej nie być tak bardzo nieszczęśliwa.
Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i siły nam wszystkim życzę.
30,929 2022-02-16 11:37:46
Witajcie Wszystkie! Już znów kilka dni za Nami, i to nie łatwych.U Jednych wspomnienia wspólnego nicnierobienia u Innej zbliżają się ważne rocznice a w większość - kolejne samotne smutne dni.Boli tym bardziej,że coraz bliżej wiosna i chciałoby się ją powitać trzymając za rękę tego najważniejszego....Ja mimo że to już 1,5 roku -nadal pod poduszką mam t-shirt mojego męża. Powydawałam prawie wszystkie rzeczy- oprócz kilku ulubionych letnich kolorowych jak łąka koszul...nie wiem co z nimi zrobię- na razie od czasu do czasu przesuwam drzwi od szafy i się do nich mocno przytulam.
Już mogę w miarę spokojnie rozmawiać na Jego temat,choć jeszcze się zdarza że zadzwoni jakiś ,,zabłąkany,,pacjent i powoduje przyspieszone bicie serca pytając o męża.
Myślę,że ważne jest przeżycie każdego kolejnego dnia- później tygodnia i miesiąca...Niczego nie planuję bo i tak codzienne życie dokonywało często bardzo bolesnej korekty....Kobiety moje drogie,róbcie to co Wam w danej chwili przychodzi do głowy,możecie siedzieć i bezmyślnie gapić się w okno,możecie szwendać się bez celu gdzie chcecie..../ale spanie w wannie jest niebezpieczne- chyba ,że bez wody- to taka moja mała dygresja/. Ja każdy scenariusz mam już za sobą -najdłużej -bycia samą w dużym domu w małej wiosce...anonimowa,choć w pobliżu mam sąsiadów z którymi poza zwyczajowymi Dzień Dobry raczej nie rozmawiamy. Potrzebowałam ciszy i odosobnienia,teraz już mniej- coraz częściej wychodzę do ludzi...przyjaciółka zaprosiła mnie na występ Piotra Bartłoczyka - i to było pierwsze moje ,,wyjście do ludzi,, od śmierci męża. Choć nie śmiałam się tak jak cała niemal widownia,to po raz pierwszy uśmiechałam się spontanicznie.Co ciekawe - nie czułam się z tym źle czy niestosownie.
Choć później podeszła do mnie nieznana kobieta - przedstawiła się i powiedziała,że znała mojego męża /był znaną osobą z racji zawodu i funkcji jakie pełnił/i zaczęła Go miło wspominać- to zdołałam opanować/chyba po raz pierwszy/wzruszenie i łzy...i chociaż po to warto było wyjść z pustego domu....On nadal jest obecny wśród nas...nie tylko ja o Nim myślę i Go wspominam....Nie do końca umieramy....ale potrzeba czasu aby to sobie uświadomić - i aby to stało się naszym pocieszeniem.Pozdrawiam
30,930 2022-02-16 23:50:03
Kochane Dziewczyny! Wszystkie dzielnie zniosłyśmy Walentynki, choć większość z nas nigdy nie celebrowała jakoś specjalnie tego święta. Kiedy jednak wszędzie dokoła pojawiają się czerwone serduszka, w radiu wciąż puszczają piosenki o miłości i przypominają, żeby nie zapomnieć o ukochanych, serce pęka po raz kolejny…
Ikario, masz rację, mnie również brakuje przede wszystkim zwykłej codziennej obecności: oddechu na poduszce obok, uśmiechu na powitanie, czasem milczenia, nic nierobienia, zapachu, dotyku i tych spacerów po lesie, kiedy trzymaliśmy się za ręce, a ja wciąż (po 35 latach) miałam w brzuchu motyle… Nie potrafię robić tego, co robiliśmy razem, jeszcze nie teraz – nie sprawia mi to żadnej przyjemności, wywołuje tylko ból. Przestałam jeździć na nartach, chociaż to mój ukochany sport, nie mogę pojechać do domku letniego, bo to też było nasze miejsce na Ziemi, gdzie ładowaliśmy akumulatory. Dużo za to jeżdżę rowerem, może dlatego, że mogę nim dojechać na cmentarz, a to piękna droga przez las. Wspomnienia cudnych chwil też nie są pocieszeniem, bo albo sprawiają zbyt wielki ból, albo po prostu nie potrafię ich sobie przypomnieć – nadal mam coś w rodzaju mgły covidowej, może tak mój organizm mnie chroni? Ale zaczynam powoli żyć, spotykać się ze starannie wyselekcjonowanymi znajomymi, w towarzystwie których dobrze się czuję.
Puder 377, będzie lepiej, cierpliwości, spróbuj skupiać się na razie na jednym dniu, potem na drugim, trzecim… Nie patrz ani w przeszłość (to jeszcze wciąż za wielki ból), ani w zbyt daleką przyszłość (to na razie ciągle za duży wysiłek). Jak mówi Jolam: „ważne jest przeżycie każdego kolejnego dnia- później tygodnia i miesiąca”.
Zzielona, taka huśtawka kłębiących się w Tobie uczuć jest normalnym stanem, każda z nas to przeżywa. Kiedyś Roma - jedna z piszących na tym forum dziewczyn zamieściła śliczny tekst o powracających falach rozpaczy, zacytowałam go chyba w połowie listopada. Jest nie tylko piękny, ale niezwykle prawdziwy i daje taką nadzieję… Przeczytaj go, jeśli znajdziesz czas. Mnie zachwycił i wiele pomógł zrozumieć.
Pozdrawiam Was serdecznie
30,931 2022-02-18 01:30:58
Hej Dziewczyny ! Dziekuje za wasze porady , przez ostatnie pare dni jestem bardzo zmeczona , odsypiam nieprzespane noce , czuje sie lepiej od kad zaczelam czytac wasze wpisy na forum . To forum jest lekarstwem i tu na forum Znalazlam ukojenie , pocieszenie i madrosc . Postanowilam porozmawiac z psychiatra ( jestem na etapie poszukiwan psychiatry) mam koszmary nocne , caly czas widze mojego meza umierajacego w szpitalu , mam w glowie jego ostatnie slowa zanim zostal wprowadzony w spiaczke ( byl pewnien , ze sie obudzi ) te koszmarne obrazy ze szpitala siedza mi caly czas w glowie , czasami mysle ze moze gdybysmy byli w Polsce a nie w Angli to by zyl . Caly czas te czarne mysli , boje sie spac . Zauwazylam tez ze odpycham jakiekolwiek wspomnienia dotyczace mojego meza , bo boje sie tych wspomnien . Nie potrafie pisac na jego temat bo to tak boli , mam jakby blokade nie jestem nawet w stanie tego dokladnie wytlumaczyc . Moze to reakcja na traume , stres . Mam nadzieje ze to kiedys przejdzie i bede mogla rozmawiac na jego temat , ale teraz czuje jakbym byla tylko w terazniejszosci , nie ma przeszlosci ani przyszlosci . Pozdrawiam !
30,932 2022-02-18 16:42:47
Jolam, ja wcześniej już pisałam, że mnie wiosna przeraża, każdy mówi, że z wiosną będzie lepiej, a ja już wiem, że to nieprawda. Od października nie zajrzałam do ogrodu, po raz pierwszy od ponad dwudziestu lat (tyle tu mieszkamy) mam nie posprzątany ogród, przez okno widzę, poprzewracane doniczki przez wichury, pewnie już wyszły przebiśniegi, na pewno przebijają się krokusy, hiacynty, ale nie mam siły iść sprawdzić, wiosna to zawsze była ogromna radość, a teraz jest tylko wielki smutek.
Ja też śpię z t-shirtem M, trzymam obok mojej poduszki, wciąż jeszcze Nim pachnie. Rzeczy jeszcze nie umiem oddać, kiedyś będę musiała, parę na pewno zostawię, ale na razie, jak otwieram szafę, to tak, jak Ty przytulam się do nich. Kurtka, w której ostatnio chodził wciąż wisi w przedpokoju i kiedy przychodzę do domu to się w nią wtulam i całuję, może to głupie, ale muszę.
Ja z kolei lubię o moim M. rozmawiać, ale tylko w bardzo ścisłym, małym gronie, z tymi osobami, z którymi wspólnie spędzaliśmy czas.
Unikam, jak ognia sąsiadów i jak wychodzę z domu, to najpierw wyglądam przez okno, czy jest „bezpiecznie”, jak jakiś dzikus. Od odejścia mojego M, spotkałam tylko 4 osoby, wolałabym być anonimowa, niestety mieszkam w małej uliczce, wszyscy się tu znają, i już słyszę te pytania, a jak się czujesz/jak pani się czuje, a jak to się stało, itp. Sprzymierzeńcem była zima, kiedy szybko było ciemno i można było przemknąć ulicą niezauważalnie. Wiem, że to nieuniknione, dzień coraz dłuższy, nie mogę się „ukrywać” w nieskończoność, kiedyś w końcu natknę się na resztę, ale oby, jak najpóźniej.
Mnie niedawno przyjaciółka wyciągnęła do teatru, na sztukę komediową, kupiła bilety, zadzwoniła i powiedziała, kochana w sobotę się maluj, idziemy do teatru. Oczywiście nie miałam ochoty, ale przyjechała, i powiedziała, wiedziałam, że nie będziesz chciała, dlatego cię nie pytałam, czy chcesz iść, bo wiem co byś powiedziała, ale ubieraj się, idziemy. Najpierw byłam na nią zła, że mnie nie rozumie, że ja nie chcę, tam jest za dużo ludzi, ale poszłam. I tak, jak Ty nie śmiałam się tak, jak reszta, nie wybuchałam śmiechem, ale wiele sytuacji mnie rozbawiło i przynajmniej przez 2 godziny nie siedziałam w smutku.
Basia, ja też nie umiem robić tego co robiliśmy tyle lat razem, wszystko mi sprawia ból. Ostatnio była taka ładna pogoda u nas, chciałam trochę uprzątnąć balkon, jest jeszcze bardziej zaniedbany niż ogród, wszystko zostało od jesieni, meble, zwiędnięte kwiaty, zawsze to robiliśmy wspólnie, tej jesieni już nie. Chciałabym wiosną, jak zawsze kwiaty posadzić, lubiliśmy te prace balkonowo/ogródkowe, a potem z tego „korzystać”. A teraz myślę, po co mi ten ogród, balkon, kwiaty, jak już razem nie będziemy się tym cieszyć, a sama nie umiem.
Ale dzięki Wam Kochane, jak pisze Jolam, przeżywam kolejny dzień, tydzień, miesiąc. W okropnym bólu, tęsknocie, żalu, ale przeżywam, z nadzieją, że kiedyś jakiś promyk słońca zobaczę, chociaż teraz wydaje mi się to niemożliwe.
Dziękuję Wam Kochane
30,933 2022-02-18 20:32:04
Puder 377, kochana, tak się cieszę, że Twoje słowa brzmią już troszkę lepiej, że pojawia się w nich chęć działania. To doskonały pomysł z psychiatrą! Wiesz, wpadłam na jeszcze jeden, jeśli masz taką możliwość finansową, żeby zapłacić za wizytę prywatną ( lub później za cykl wizyt), wejdź na stronę którejś z polskich prywatnych przychodni i zamów wizytę online. W przypadku psychiatry lub psychologa to się może sprawdzić. Musisz koniecznie o siebie zadbać, bo niestety, nikt poza Tobą tego nie zrobi. A to, że nie możesz wspominać męża, że pamiętasz tylko najstraszniejsze migawki ze szpitala, to w zasadzie normalny stan. Ja mam z tym problem do dziś, choć w dużo mniejszym natężeniu. Bardzo, bardzo długo pamiętałam tylko ostatnią rozmowę telefoniczną ze szpitala, która okazała się pożegnalną, o czym nie wiedziało żadne z nas. Do tej pory nie potrafię przywołać też pięknych wspomnień... po prostu nie mogę ich sobie przypomnieć. Daj czasowi czas i staraj się przetrwać w każdy możliwy sposób, jaki da Ci choć odrobinę ukojenia. Przyszłość nadejdzie, powolutku, cichutko, nawet tego nie zauważysz.
Pozdrawiam Cię gorąco
30,934 2022-02-18 20:56:46 Ostatnio edytowany przez zzielona (2022-02-18 20:58:39)
Witajcie kobietki
Basia, jak będę na siłach poszukam tekstu.
Puder ciesze się ze zaczęłaś szukać psychiatry.
Zazdroszczę wam ze moglyscie przeżyć ze swoimi mężami kilkadziesiąt lat, nam nie było to dane… Jak pomyśle ze miałabym żyć sama przez jeszcze np 40 lat to az się odechciewa. Tak bym chciała aby ktoś mnie wyciągnął z domu nawet z przymusu jakas przyjaciolka. Ja na swojej się zawiodłam. Znowu wszystko widzę w czarnych barwach nawet mysle ze psycholog nie pomaga i po co tam chodzic. Nie jestem osoba która się użala ale chciałabym aby w końcu coś dobrego mnie spotkało w życiu na dłużej..
Mi tez mówią ze wiosna przyjdzie, będzie lepiej ale to nie prawda. Dziś przed upraniem jednej rzeczy czułam jeszcze Jego zapach, nie mogłam się oderwać a jednoczesnie złe się czułam od razu łzy stawały w oczach. Także odebrałam średnie wyniki badań i nic nie mogę mu powiedzieć. To była taka moja iskierka, był zawsze uśmiechnięty i podnosił mnie na duchu.
Pozdrawiam was
30,935 2022-02-18 22:09:41
Droga Ikario.,Droga Puder,Drogie moje Wszystkie Pozostałe... Osamotnione Kobiety!
To jeszcze jest zdecydowanie za wcześnie,aby się cieszyć tym - czym się cieszyliśmy wspólnie z Naszymi mężami....jeszcze dużo czasu musi minąć- niestety.
Ja też pierwszej wiosny - nic nie robiłam w ogródku,wiele kwiatów doniczkowych w domu tez się zmarnowało. Nic mnie to nie obchodziło czy jakieś kwiaty zaczęły się przebijać do wiosennego słońca,chwasty sobie rosły,trawa nieskoszona była do kolan.
Nikt mnie nie krytykował,nikt nie oceniał....Synowa kosiła trawę na kilka razy, jak przyjeżdżali,a syn obchodził dom i wypatrywał co jest do zrobienia.Ja nie wiem czy bym zauważyła jakiekolwiek usterki. Cebule nie wsadzone na czas tkwiły w garażu,puste skrzynki na zewnętrznych parapetach straszyły suchymi badylami.. było tak .....długo,bardzo długo. Omijałam Centra Ogrodnicze,odwracałam głowę na widok kolorowych bratków i bladoróżowych stokrotek które uwielbialiśmy.
Aż przyszedł dzień - normalny- jeden z kolejnych smutnych i samotnych- gdy przystanęłam przy nich i pomyślałam - kupię tylko do jednej skrzynki- symbolicznie,żeby było ładnie jak przyjadą dzieci z wnukami.. Tak się jednak stało że kupiłam sporo więcej i obsadziłam nimi wszystkie wolne miejsca. Część tych najładniejszych zawiozłam mężowi na cmentarz. ,,To są Twoje kwiaty - a moje są w naszym ogrodzie- tak jak kiedyś lubiłeś ,,powiedziałam głośno.... Od tego czasu to co robię - robię z myślą o Nas- ale też o SOBIE- bo My tez jesteśmy WAŻNE i zasługujemy na odrobinę- odrobinkę codziennej przyjemności- codziennego malutkiego uśmiechu. Kiedyś byłam opętana myślą,że to ja powinnam nie żyć- że to niesprawiedliwe,że ja nadal jestem a Jego już nie ma....On był znany,lubiany,potrzebny-a ja taka szara myszka...nawet by nikt nie zauważył mojej nieobecności!!
Niestety nie miałam żadnych szans na negocjacje w tym temacie z kimkolwiek...więc musiałam jakoś się w tej nowej niespodziewanej dla mnie rzeczywistości ,,odnaleźć,,.
Nadal smutek,nostalgia - olbrzymi żal i nie gasnąca rozpacz u mnie gości i nijak nie mogę ich wyprosić ze swojego życia- ale jakoś razem zaczęliśmy wspólną egzystencję.
To wzajemne zrozumienie wymaga jednak wielkiej cierpliwości,odporności psychicznej,fizycznej i ......czasu. Tak jak śpiewał Młynarski:,, nadszedł czas- na klejenie połamanych skrzydeł,,potrzebnych jeszcze nie do latania ale na początku - do utrzymania jakiejkolwiek równowagi,aby się wciąż nie przewracać..,,
Ikario- ja tez ponad 20 lat mieszkałam na malutkiej ulicy- gdzie wszyscy ze wszystkimi się znali- i dodatkowo na 18 domów w zabudowie szeregowej - w 6 były samotnie mieszkające wdowy- ja bym była 7.Urzędnicy po cichu mówili,że ta ulica powinna się nazywać :ulica Wdów!!
My mieszkaliśmy dokładnie po środku- więc w tą lub w drugą stronę musiałabym przechodzić każdego niemal dnia pod oknami sąsiadów. Ludzie,jak to ludzie- ciekawi z natury,chcą dobrze- a w rzeczywistości -wychodzi jak zwykle...Ja miałam gdzie mieszkać - czekał dom 20 parę kilometrów dalej- prawie na zupełnym odludziu,ale mnie było tego trzeba...całkowitej samotności,wszechobecnej ciszy i świętego spokoju.
Zdawkowe Dzień Dobry- z sąsiadami na przeciwko w zupełności mi wystarczy.
Wiem ,że wiedzą o mojej tragedii- męża znali i pamiętają- ale są taktowni- nie padają żadne pytania.Dochodzą czasami - wymieniamy zdawkowe- tradycyjne teksty sąsiedzkie i każdy idzie w swoja stronę.
Ikario-TY musisz zostać tam gdzie jesteś- ale idź śmiało wyprostowana i odpowiadaj wszystkim obok:przepraszam,ale nie chcę na ten temat rozmawiać- uszanujcie to...proszę -jak chcesz możesz dodać?: jeszcze nie teraz ,jeszcze nie czas...i spokojnie odejść. Jak kiedyś ktoś mądry powiedział:,,są ludzie mądrzy i ci drudzy:wyuczeni.Oni może nie wiedzą tak do końca że swoim zachowaniem ranią innych- trzeba im o tym powiedzieć wprost- bez ogródek Musicie zaznaczyć swoje terytorium - do którego mają dostęp tylko Ci - których osobiście wybierzecie i do niego zaprosicie..Pamiętajcie:JESTEŚCIE WIELKIE- bo każdego dnia dokonujecie heroicznych czynów- często wbrew sobie i swoim najbliższym - NADAL TRWACIE w olbrzymiej samotności i codziennej tęsknocie .Wszystko wokół się zawaliło,runęło i rozsypało jak domek z kart- a WY próbujecie to wszystko jako - tako poskładać i poukładać w swoich zrozpaczonych wciąż głowach. Wszyscy powinni pochylić ku WAM swoje czoła...Jesteście wyjątkowe- bo nie poddałyście się walkowerem - tylko podniosłyście rzuconą przez los rękawicę- i idziecie dalej...powoli,powolutku...ślamazarnie czasami- krok za krokiem,czasami przystajecie,rozglądacie się w koło - nie widzicie drogi- ale z powrotem zaczynacie marsz ...marsz do ŻYCIA.
.....,,za chwilę wyjdę z cienia ulicznych kasztanów i ptasiego śpiewu....
pójdę powoli rozgrzanym asfaltem w dól do zakrętu...i tam przystanę i się zobaczę
jak stoję w cieniu kasztanów - i idę powoli w kierunku zakrętu....,,
Viola Fiszerova
Te słowa wyczytałam w pięknej książce Mariusza Szczygła:..,,Nie ma,,. Polecam to książka o ludziach ,których już nie ma - ale są w naszych pamięciach...
Życzę aby myśl o tej drodze wśród symbolicznych kasztanów- była z Wami każdego dnia , dodawała sił...i przynosiła nadzieję...Pozdrawiam
30,936 2022-02-20 19:10:53
Puder mi też pomaga czytanie wpisów Dziewczyn, które przeżywały/ przeżywają to samo co my, rozumiemy się najlepiej, każda z nas wie co znaczy ten ból, rozpacz i ta niemoc, bezsilność, tęsknota do bólu.
Ja jestem pod opieką psychiatry, trafiłam na bardzo dobrego, empatycznego lekarza, który słucha i rozumie i poświęca tyle czasu ile potrzebuję, nic nie przyspiesza. Przyjmuję łagodne leki na sen, nie uzależniające, żeby mogła przespać choć kilka godzin.
Uważam, że jeżeli sobie nie radzimy same to potrzebna jest pomoc lekarza.
Zastanawiam się też nad psychoterapią, na razie dojrzewam do takiej formy pomocy, bardzo mi pomaga, jak już wcześniej wspominałam, pisanie tutaj, wsparcie i zrozumienie tych wszystkich Aniołów z tego forum.
Też mam przed oczami obrazy ze szpitala, tę ostatnią dobę przed odejściem mojego M, i długo zadręczałam się myślami, może niepotrzebnie pojechaliśmy, może gdybyśmy zostali w domu, może ten pobyt, badania Mu zaszkodziły, może…., ale taką decyzję podjęliśmy i już nic tego nie odwróci.
Jego onkolog podczas leczenia powiedziała, że jak się będzie pogarszało, żeby jechać do szpitala, zrobią badania, podadzą kroplówki, M. czekał na chemię. A pogarszało się z dnia na dzień, zapytałam, czy chce jechać, a mój M., który zawsze wiedział co ma robić, zdał się na mnie, bo to ja rozmawiałam z lekarzami, ja odbierałam wyniki badań i to mi lekarze mówili o dalszym leczeniu. Ufał mi
Bał się wtedy pójścia do szpitala, te słowa zostaną ze mną do końca życia, powiedział- jak teraz pójdę do szpitala to już z niego nie wrócę, ale nie mam chyba wyjścia?, zadał mi pytanie, a ja sama nie wiedziałam co robić, ale miałam zaufanie do jego lekarzy zapewniłam, że wróci, wierzyłam, że tak będzie.
Wieczorem pojechaliśmy, spędziliśmy całą noc w szpitalu, towarzyszyłam M. we wszystkich badaniach, potem czekałam na wyniki przy jego łóżku, głaskałam po ręce, on mnie go głowie, martwiłam się o Niego a on o mnie, że całą noc nie spałam, że jestem zmęczona, i to było dla mnie takie bolesne i wzruszające jednocześnie, a płakać przy Nim nie chciałam, musiałam być silna. Rano pojechaliśmy do domu, i do mojego ukochanego powiedziałam, no widzisz, mówiłam, że wrócisz do domu i on był taki szczęśliwy.
Położyliśmy się spać w naszym łóżku, przytuleni. Spokojni, na jakiś czas. Po kilku godzinach mój M, wstał i dostał silnego krwotoku, Jego słowa, ledwo wypowiedziane, kochanie już nic nie możesz mi pomóc, żegnał się z życiem, powiedział, kocham, potem, pogotowie, karetka na sygnale.
Walczyli o Jego życie ponad 3 godziny, udało się, taki był znów szczęśliwy, ożywiony, pozwolili mi wejść na OIOM, siedziałam przy Nim, pogadaliśmy, miał znów nadzieję, śmiał się, żartował, poprosił żebym mu przywiozła zegarek, zawsze lubił wiedzieć, która jest godzina, pocałowałam Go uchylając maseczkę, pojechałam do domu, a gdy wchodziłam na Odział Chemioterapii, nad łóżkiem stało kilku lekarzy, a mój M właśnie umierał, ale już nie zdążyłam Mu powiedzieć, że tak bardzo kocham. Wpuścili mnie natychmiast, ale już mnie nie słyszał.
Miałam wyrzuty, że gdybym po ten zegarek nie pojechała, albo gdybym szybciej jechała, dlaczego nie było zielonej fali, gdyby nie czerwone światła, gdybym szybciej biegła korytarzem na oddział, byłabym te 5 minut wcześniej, bo może o tyle się spóźniłam, zdążyłabym Mu jeszcze raz powiedzieć, że jest największą miłością w moim życiu. Nie zdążyłam.
Ale już teraz nie roztrząsam, że co by było gdyby, długo rozmawiałam z lekarzami, powiedzieli, że i tak to by się stało, a wtedy miałabym wyrzuty sumienia, że odpuściłam, że dzień wcześniej nie przyjechaliśmy, a może była jeszcze szansa, i bez względu na okoliczności, bym gdybała, a tak mogłam z Nim spędzić całą noc i kilka godzin przed odejściem.
Rozmawiałam ze wszystkimi, od lekarza pierwszego kontaktu, po wszystkich podczas leczenia, gastroenterologiem, patologiem, chirurgiem, onkologami i wiem, że zrobili wszystko, co mogli. Chociaż u nas służba zdrowia nie jest najwyższych lotów, to nie spotkałam się z ani jedną osobą, która by mnie nie wysłuchała, nie odpowiedziała na moje pytania czy okazała brak czasu. Mnie to pomogło, wiem, że lekarze zrobili wszystko, wiem, że to nie moja wina, bo może coś przegapiłam, że mój ukochany odszedł.
Nie myśl o tym (wiem, głupio to brzmi), że gdybyście byli w Polsce to może Twój M, by żył. Wszędzie, lekarze robą wszystko, żeby ratować życie.
30,937 2022-02-20 19:24:02
Jola, Ty nasz Dobry Duszku, dziękuję Ci za te słowa, tak właśnie dzisiaj zrobiłam, wyszłam z domu, bez podglądania, czy ktoś jest na ulicy, wyprostowana, bez tego wielkiego lęku przed sąsiadami, że co powiem, jak mnie zapytają. Po prostu wyszłam, zamknęłam drzwi, wsiadłam do auta i pojechałam na cmentarz, kupiłam kwiaty, zapaliłam znicze, pogadałam z moim Szczęściem i wróciłam do domu, przed domem nie udając, że rozmawiam przez komórkę, żeby tylko nie musieć nic mówić, jak kogoś spotkam. Dziękuję Ci.
Pozdrawiam Was Wszystkie Kochane.
30,938 2022-02-20 21:51:39
Ikario, kochana! Nie miej żadnych wyrzutów sumienia, zrobiłaś wszystko, co było w Twojej mocy, aby ratować męża. Może celowo wysłał Cię do domu, abyś nie oglądała Jego cierpienia, może przeczuwał, że to już ostatnie chwile i chciał Ci oszczędzić bólu? Zawsze przecież wiedział, że jest Miłością Twojego życia, tak jak Ty byłaś Jego. Też bardzo długo zmagałam się z wyrzutami sumienia, zatruwały mi każdą chwilę: że nie zostałam w szpitalu na noc, że nie zorientowałam się podczas naszej ostatniej rozmowy telefonicznej, że to już naprawdę nasza ostatnia rozmowa, że się nie pożegnałam, że nie powiedziałam tylu ważnych rzeczy… Dopiero później zrozumiałam, że wysyłając mnie do domu, mąż chciał mnie chronić, tak na wszelki wypadek, bo do końca nie wiedział, że umiera. Ja też tego nie wiedziałam, a może nie chciałam wiedzieć? Ale miał świadomość ogromu mojej miłości i pragnął, żebym nie cierpiała. Te obrazy ze szpitala będą Cię prześladowały długo, ale nadejdzie moment, kiedy zaczną blaknąć, staną się mniej ostre, zmniejszy się też natężenie bólu. Przynajmniej tak to było u mnie. Długa jeszcze droga przed nami, ale widzę, że wszystkie kroczek po kroczku posuwamy się jednak do przodu. Trzymaj się, kochana, życzę Ci wiele odwagi do życia. Pozdrawiam Was wszystkie, kochane Dziewczęta!
30,939 2022-02-20 23:57:09
Witaj Ikario ,witajcie Wszystkie Współtowarzyszki naszej niedoli!
Ciesze się,że mogłam pomóc - bo my wdowy mamy znacznie zaniżone poczucie własnej wartości....czujemy się gorsze od innych- bo same - samotne - mniej znaczymy dla innych,mniej się ludzie liczą z naszą osobą a co za tym idzie z naszym zdaniem.
Ja kiedyś przeczytałam,że pozycja wdowy jest zrównana z pozycja stróża lub woźnej /nic im nie ujmując/. Zawrzało we mnie bardzo -tak moja pozycja życiowa się znacznie,,pogorszyła, ze śmiercią mojego męża,ale nadal jestem tu i teraz i mam coś do powiedzenia....żyję ,choć z trudem wielkim łapię oddech każdego dnia w samotnym domu...ale jeszcze nadal żyję i proszę nie deptać mojej niezależności......
ZZielona jestem dumna z Ciebie jak i cała reszta Naszych kobiet ,że dałaś radę i jeździłaś tak daleko do szkoły....mimo rozpaczy i łez...i olbrzymiej tęsknoty....JESTEŚ WIELKA....uwierz mi to nie są zwykłe pochwały- wykonałaś kawał dobrej roboty....udowodniłaś,że jesteś silną zdeterminowaną kobietą.!!
Ikario moja kochana,zgadzam się w pełni z Baśką,zrobiłaś wszystko co w danej chwili było do zrobienia ....Twój mąż odchodził myśląc o Tobie i dobrze o tym wiesz....
Nasi mężowie nas kochali, wiedzieli też dobrze,że są też kochani przez Nas,że są miłością Naszego życia i z tą świadomością odchodzili....Nic i nikt tego nie zmieni, nie zadręczajmy się - bo nasza miłość do Nich była tak wielka i wyjątkowa,że swoją mocą mogłaby obalić najgrubsze mury- gdybyśmy miały tą moc....Ktoś kiedyś mi powiedział:NIC NIE DZIEJE SIĘ PRZYPADKIEM...żachnęłam się na te słowa...ale teraz coraz częściej się nad nimi zastanawiam....jeszcze od kogoś innego usłyszałam...jesteście wybrankami losu- bo nie każda by dała radę nieść na swoich barkach taki ciężar - jak żałoba po ukochanym mężu.....może coś jest ważnego i istotnego w tych słowach?.....Pozdrawiam i przytulam...Was Wszystkie
30,940 2022-02-21 23:13:14
Witajcie Kochane !
Dziś mam bardzo ciężki dzień , mija właśnie pół roku odkąd odszedł mój M. Trudno mi tą stratę ogarnąć .
Nie czuję się jakoś wyjątkowo , mam wrażenie , że jestem jakąś ofiarą losu . Niestety Jolu jest tak jak piszesz . Wdowy są traktowane jak ktoś gorszy . Nie ujmuję tu nikomu ale w rzeczywistości nie dość ,że runął nam cały świat to i społeczeństwo nie daje nam równych szans w dalszym życiu . Pisałam już wcześniej , że w moim otoczeniu nie ma samotnych wdów ani wdowców , są za to mniej lub bardziejszczęśliwe małżeństwa . Najbardziej dobija mnie fakt ,że nawet w pracy próbują mnie testować , jak na pilnie trzeba coś ogarnąć to do mnie bo ja nie mam obowiązków , nie mam do kogo wracać więc mogę zostać dłużej i przygotować co trzeba . Początkowo pracowałam zdalnie i miałam swoją strefę komfortu . W miedzy czasie coś sie wysypało w firmie i zostałam poproszona o chwilową pomoc . Sporadyczna praca w biurze przerodziła się w regularną i stopniowo dochodzą dodatkowe zadania . Ciężko mi nie ze względa na ilość pracy ale na kontakt z ludźmi . Firma może nie jest duża ale bardzo dynamiczna . Ostatnio nowa dziewczyna wypaliła do mnie co tak się ciagle na czarno ubieram ? żałobę masz , kto ci zmarł ? Zatkało mnie , nie mogłam złapać oddechu ani wydusić z siebie słowa . Łzy płynęły mi po policzkach i zaczęłam tak szlochać ,że musialam wyjść z biura bo nie mogłam się uspokoić . Powiedzialam później co i jak , przeprosiła mnie za swoje obcasowe zachowanie ale ja od tego czasu nie mogę złapać względnej równowagi . Mam jakiś niepojęty strach , trudno mi mówić o mojej stracie zwłaszcza z kimś obcym . A w biurze tak jak wszędzie , beblają o wszystkim , jak minął weekend , co się ciekawego wydażyło .... a u mnie co szaro , buro i smutno . Nie chcę uchodzić za mruka ale trudno mi rozmawiać o pierdołach i dobrze sie przy tym bawić . Dobija mnie to wszystko powoli . Przerażona jestem perespektywą takiego dalszego życia . Zastanawiam sie czy może powinnam zmienić pracę ? Wszyscy chcemy otaczać się szczęśliwymi ludźmi ale w takim razie co z tymi , którym jest smutno i źle ?
Ikaria czytam Twoje wpisy i mam podobnie , cały czas zastanawiam się czy mogłam coś zrobić ,co by było gdyby ? Nie obwiniam sie ale mam jakieś takie natręctwo myśli , dlaczego tak sie potoczylo ,że ani M ani ja nie miałam świadomości ,że widzimy się ostatni raz ? Często mówiliśmy sobie jacy jestesmy dla siebie ważni i jacy jesteśmy szczęśliwi razem . Wczoraj nawet zadzwoniła do mnie serdeczna koleżanka , z którą znamy się od 25 lat i mówiła , że zawsze nas podziwiała jakim zgodnym i szczęśliwym małźeństwem byliśmy . Wszystko robiliśmy wspólnie , jedno nakręcało drugie i czasami zazdrościła nam ,że tak dobrze się dogadywaliśmy . A my poznaliśmy sie przypadkiem ale to była miłość od pierwszego wejrzenia . Przyjemnością i ogromnym szczęściem było spędzić te wszystkie wspólne lata razem. Tym bardziej trudno pogodzić się , że już nigdy nie będzie nas. To nigdy tak mnie czasami paraliżuje ,że oddechu nie mogę złapać. Jaki ma być głębszy sens w tym cierpieniu i smutku ? M zawsze powtarzał ,że jak coś to chce pierwszy odejść ,że nie wyobraża sobie by mógł choć jeden dzień żyć beze mnie . I tak się stało a jak ja mam dalej żyć bez niego ? Tak bardzo tesknię za nim ,za codziennym byciem razem ,za wspólnym oglądaniem telewizji , poranną kawą , za rozmowami o niczym , za jego bliskością i czułością . W każdym pokoju stoją jego zdjęcia , rozmawiam z nim i nawet jak jadę na cmentarz to jakby jechał ze mną. Wiem ,że chciał dla mnie jak najlepiej i na pewno nie chciałby abym sie poddała , bo mam dla kogo żyć , tylko jak znaleźć tę moc, która pozwoli zrobić choć mały krok w kierunku wewnętrznej równowagi ?
Pozdrawiam i przytulam Was serdecznie .