Miałam dosłownie IDENTYCZNIE. Byliśmy dwa lata. Kochałam bardzo, ale żyłam wyobrażeniem o nim, bo z czasem zaczął zachowywać się nie fajnie. Gdy tylko zwróciłam mu uwagę, że coś mi się nie spodobało, albo że czegoś mi brakuje to był foch, nawet nie chciał rozmawiać tylko mówił, że robię problemy z niczego i on tego nie ma zamiaru słuchać. Ja chciałam gadać, chciałam jakiegoś kompromisu, ale on powtarzał "taki jestem i się nie zmienię". Nie wiedziałam co wtedy począć, oblewały mnie wtedy gorące poty, no i zaczynałam łagodzić sytuację, to on już był dla mnie niedostępny, chłodny i mnie zwyczajnie lekceważył i gdy błagałam wręcz o reakcję i rozmowę to mówił "było dobrze, ale ty zrobiłaś problem i teraz już nie mam ochoty rozmawiać i zachowywać się normalnie, sama do tego doprowadziłaś", no to ja pytałam, "co w takim razie teraz"?, a on na to "NIE WIEM"... Byłam w kropce, ani rozmowy, ani informacji, że pogadamy za jakiś czas, gdy emocje opadną, nic, tylko "nie wiem". Potem szedł spać i czasem rano wstał jakby nigdy nic i było ok, a czasem dalej się nie odzywał, a jak ja próbowałam coś zdziałać to była OLEWKA. Jak ja się wtedy czułam... to takie było dla mnie bolesne, czułam się jakbym nic nie znaczyła, z jakiejś głupiej pierdoły robił się wielki problem i ciche dni, po których to ja musiałam wychodzić z inicjatywą, a jeśli już on to czasem zrobił to nie wracał nigdy do problemu, za to problem wracał jak bumerang, bo nie zostawał rozwiązany.Nie dopuszczał do siebie, że ja jestem innym człowiekiem, w dodatku jestem kobietą i mam inne poglądy, inne emocje i inne potrzeby. Nie mogłam czuć po swojemu, nie mogłam pragnąć by czasem zrobił coś wg moich wyobrażeń, bo wtedy nazywał mnie księżniczką, która żąda nie wiadomo czego. Okazywał mi miłość, ale na swój własny sposób. Ode mnie wymagał AKCEPTACJI wszystkiego nawet jeśli coś sprawiało mi przykrość. Nasz związek był tak jakby martwy, ja musiałam się pilnować co mówię, o co proszę by nie wywołać kłótni, a on żył po swojemu, bez obaw że mi może być źle, że coś mi się może nie spodobać. Nie szanował mnie, bo nie słuchał i nie poznawał mnie. Wszystko musiało się kręcić wokół jego poglądów.
gusia222 nasi mężczyźni to książkowi EGOCENTRYCY. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że oni celowo nas nie ranią, oni nie robią tego z premedytacją, im się naprawdę wydaję, że oni zawsze mają rację i że nie można im zwracać uwagi. To jest ich natura. Im ciężko przyznać się do błędu, ale nie ze względu na dumę, ale ze względy na to że oni czują i są przekonaniu o swojej racji, dlatego ZAWSZE winą obciążają nas. Nie myślą jak my się czujemy, bo to oni czują się skrzywdzeni. To jest okropne, ale tak właśnie jest. Tylko uświadomienie sobie przez nich samych tego wszystkiego i ćwiczenia mogłyby sprawić, że się zmienią, ale ta ich natura jest przeszkodą w uświadomieniu sobie tych rzeczy. Mi jest ich z serce naprawdę szkoda, bo oni nie znają innego życia, tego w którym człowiek liczy się ze zdaniem innych, poświęca się czasem dla ukochanej, słucha i uczy się drugiej osoby dla dobra związku, traktuje poważnie uczucia innego człowieka, jego zdanie i poglądy, szuka kompromisu i porozumienia. Nigdy nie żyli w ten sposób i nie zdają sobie sprawy jakie to może być cudowne i budujące, nie znają i nie chcą poznać, bo blokuje ich ta własna natura. To takie smutne...
:(:(
Mój narzeczony był ciężki, oj bardzo, potrafił być okrutny, bo działał na moją psychikę, nigdy jednak nie wyzwał mnie ani nie krzyczał po mnie, ale odwracając się ode mnie i obarczając mnie winą bardzo mnie krzywdził. Nadal sobie pewnie z tego sprawy nie zdaje, bo uważa, że jego zachowanie zawsze było wynikiem mojego.
Nie jeździliśmy do kina, na kolację (raz czy dwa razy do roku), rzadko też mnie całował tak namiętnie, nie lubił leżeć bezczynnie tak po prostu ze mną, patrząc się w oczy, nie skupiał często na mnie takiej 100% uwagi, zawsze gdzieś obok były jego przyjemności, nie odwiózł chyba przez całe te dwa lata mnie do domu po pracy, chociaż mieszkał 100 metrów od mojego zakładu. Ja do niego zawsze przychodziłam, czasem tylko jak już mnie to wkurzało to prosiłam, żeby wyszedł po mnie, ale to było raz na jakiś czas, zazwyczaj to ja przybiegałam do niego i często zdarzało się, że gdy zapukałam to słyszałam "otwarte", nie witał mnie w drzwiach tylko siedział w tym czasie przy komputerze, albo telewizorze. Nie wyjeżdżaliśmy też na jakieś romantyczne weekendy, no chyba że on miał w tym cel np. zdobycie szczytu górskiego, a tak to nie bo uważał to za bezcelowe. To były rzeczy, które mnie bolały. Mówiłam o tym, ale wtedy właśnie zaczynały się kłótnie. Oczywiście były też cudowne chwile. Nie był zazdrosny, ufał mi, cieszył się gdy ja byłam z czegoś bardzo zadowolona i gdy odniosłam jakiś sukces, mogłam mieć kolegów i nie było żadnych zakazów. Jak było dobrze był kochany, codziennie pisał, że mnie kocha, dużo czułych słówek typu kochanie, skarbie, dziubasku mój itp., podgrzewał mi obiadki, przytulał często, zawsze i wszędzie trzymał za rękę, ale wystarczy że zwróciłam mu uwagę to wszystko się kończyło- za karę.
Te wszystkie powyżej opisane fakty, czyli pewne braki, zwłaszcza te emocjonalne oraz to, że nie rozmawiał, lekceważył mnie, widział tylko moją winę i KARAŁ za rzeczy, które nie były po jego myśli skłoniły mnie do podjęcia decyzji o rozstaniu. Punktem kulminacyjnym był wspólny wyjazd na który ja go zaprosiłam na tydzień do mojego taty nad morze. Spędziliśmy go cały osobno, bo mu się coś nie spodobało i nie raczył o tym mi powiedzieć, tylko chciał żebym się domyśliła i tak się sytuacja pogłębiała, każdy miał jakiś żal, on nie chciał rozmawiać, spędziliśmy ten czas osobno, tam podjęłam decyzję, że to nie ma sensu, byłam tak wściekła na niego i pewna, że nie będę z nim szczęśliwa, bo wykończę się psychicznie.
Zakończyłam ten związek mimo iż byliśmy zaręczeni, była wyznaczona data ślubu, zamówiona sala, orkiestra, fotograf. On spodziewał się tego po tym wyjeździe, więc się też nastawił na to, ze koniec między nami. Wyjaśniliśmy sobie wszystkie żale, on trzyma się swoich racji, ja swoich. I od piątku nie jesteśmy oficjalnie razem. Boli to bardzo, bo były plany i nadzieje. Najbardziej jednak bolesne dla mnie jest to, że nawet nie zawalczył, po prostu tak odpuścił, mimo iż kochał, był moim narzeczonym i planowaliśmy ślub. Ja dawałam z siebie wiele, walczyłam nie raz o nas, kochałam całym sercem, poświęcałam się, a mimo to on tak po prostu poddał się. Wiem, że tak widocznie musi być i mimo wielu ran i tak zachowam o nim sporo ciepłych uczuć, bo pomijać te złe rzeczy miał też sporo bardzo fajnych cech i wartości, które mi imponowały i które ceniłam. Muszę się jednak pogodzić, ze nas już nie ma, mam nadzieję, że on kiedyś chociaż troszkę będzie żałował, że stracił mnie... 
Ja kocham go całym sercem, ale nie poświecę swojego życia by walczyć z jego własnym EGO...