Cześć. Rzadko udzielam się w takich miejscach, ale potrzebuję, żeby ktoś z zewnątrz spojrzał na to chłodnym okiem. Poznaliśmy się przez internet w sierpniu zeszłego roku. Jesteśmy dojrzałymi ludźmi, ja po 40tce, ona po 30tce, jest między nami 10 lat różnicy. Oboje mamy za sobą nieudane małżeństwa i jakieś tam traumy z poprzednich związków. Spotykaliśmy się około 9 miesięcy i był to związek na odległość, ale z planami mojej przeprowadzki. Dzieliło nas 300 km, jeździłem do niej średnio raz w tygodniu. Poza tym codzienny kontakt - wiadomości, telefony, kamerki. Mimo odległości ta znajomość była intensywna i zżyliśmy się mocno ze sobą. Ona bardzo szybko się zakochała. Po miesiącu wyznała mi miłość, na co przyznam nie byłem chyba wtedy gotowy. Jestem spokojnym, ostrożnym facetem, wolno otwieram się na uczucia, dlatego wtedy te jej wyznania traktowałem ostrożnie. Pokazywałem jej swoje uczucia bardziej czynami niż słowami. Przez pierwsze 5 miesięcy to ona była bardziej zaangażowana, ja bardziej wycofany. Po czasie odkryliśmy, że mamy inne tzw. style przywiązania - ona lękowy, ja raczej unikający. I to zaczęło z czasem powodować problemy. O ile jeszcze gdy bywałem u niej wszystko było super, to zmieniało się po moich wyjazdach. Ja mam u siebie pracę, swoje obowiązki, potrzebuję też trochę przestrzeni na własne zainteresowania. Ona z kolei potrzebuje ciągłego kontaktu, zwierzania się ze wszystkich problemów, no i tego ciągłego zapewniania o uczuciach. Przez to, że jej tego wystarczająco nie okazywałem (słowami) i też przez tą moją potrzebę przestrzeni, ona z czasem zaczęła się emocjonalnie wycofywać. Ja gdy to zauważyłem też zacząłem się dystansować, bo myślałem, że jej nie zależy. Przez co powstało takie błędne koło. Było z tego powodu trochę napięć. Mimo, że jeździłem do niej co parę dni dało się wyczuć, że pod koniec te spotkania wyglądały inaczej. Ona się przede wszystkim zblokowała na fizyczność. Rozmawialiśmy o tym, ona mi nie raz wyrzucała wprost co jej przeszkadza (moje unikanie problemów, "zamiatanie pod dywan" itp.). Starałem się to zmienić, ale po czasie schemat się powtarzał. W międzyczasie ona miała problemy w pracy i w rodzinie, wpadła w dołek psychiczny, chodziła do psychologa. I to też pewnie miało jakiś wpływ na jej ostateczną decyzję.
Równo 3 tygodnie temu postanowiła zakończyć ten związek. Najpierw wylała na mnie ściany tekstu, potem zadzwoniła i stwierdziła, że ja się nie zmienię, że jej nie rozumiem, że czuje się dla mnie zbędna, że mamy inne potrzeby emocjonalne i się nie dogadamy. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że dla niej tak to mogło wyglądać. Że "czyny" to nie wszystko i po prostu moje dystansowanie się powodowało, że jest nieszczęśliwa. Jeszcze tego samego dnia jak to zakończyła napisała mi, że jestem dla niej pokrewną duszą i jeśli miałbym ochotę, to możemy spróbować utrzymać kontakt. Napisałem jej, że byłoby to dla mnie bardzo trudne, bo jest dla mnie bardzo ważna i nie wyobrażam sobie koleżeńskiej znajomości. Sama przyznała, że ma tak samo. Po tym zamilkłem na kilka dni. Po tych paru dniach napisałem do niej, wymieniliśmy parę luźnych wiadomości i napisała, że jest w rozsypce, że nie umie sobie z tym wszystkim poradzić i potrzebuje się ode mnie odciąć na jakiś czas, bo kontakt ze mną ją rani. Napisała tylko, że ja dojdzie do siebie, to się odezwie. Przyznam, że po tym wpadłem w straszny dołek, zacząłem to sobie wszystko analizować, byłem nawet u psycholog, która mi wyjaśniła jak działa ten schemat lękowo-unikowy w związkach. No cóż, potrzebowałem kopa, żeby się obudzić i przejrzeć na oczy. Po około 2 tygodniach od jej ostatniej wiadomości postanowiłem się do niej znowu odezwać, bo już nie mogłem znieść tego zawieszenia. No i ponownie napisała, że jest jej bardzo ciężko, że mocno to nadal przeżywa i zapisała się nawet do psychiatry, bo nie ma na nic ochoty. Napisała też zdanie, które mnie bardzo zabolało: "Nie wiem jak się w tym odnaleźć, bo nigdy nie rozstawałam się tak "kulturalnie", co jest równie trudne jak w awanturach. Bo z jednej strony szanuję kogoś i cenię go, jest to ktoś z kim nadal mogłabym utrzymywać kontakt, a z drugiej strony muszę się pogodzić, że nic więcej nie będzie, dlatego to tak boli". Potem dodała, że każdy sygnał ode mnie sprawia, że nie może się pozbierać, dlatego "pozwól, że następnym razem to ja się odezwę". Odpisałem, że mi również jest ciężko, że dużo zrozumiałem, że mógłbym jej teraz dużo pisać, ale się powstrzymam. Odpisała tylko "ja też się bardzo powstrzymuję". I na tym nasz kontakt się póki co zakończył.
To było przedwczoraj. Od rozstania jest 3 tygodnie, od ostatniego spotkania prawie 5 tygodni. Jestem totalnie rozbity. Z jednej strony ona zakończyła ten związek, z drugiej pisze, że się do mnie odezwie. Nie wiem jak to wszystko traktować, czy nastawiać się jeszcze na cokolwiek? Jedno jest pewne - muszę uszanować jej prośbę i nie będę już się odzywał. Chyba po prostu trzeba z tym przejść do porządku dziennego i spróbować się wyleczyć, chociaż będzie cholernie trudno. Najbardziej boli to, że nasz związek nie był toksyczny, w ogóle się nie kłóciliśmy, mieliśmy podobne zainteresowania, wyznajemy te same wartości. Do samego końca była między nami "chemia" tylko, że przykryta trochę tymi napięciami. Dla mnie to wygląda tak, że oboje do końca kochaliśmy, tylko nie umieliśmy sobie tego okazywać, zblokowaliśmy się w tym wszystkim nawzajem, a odległość jeszcze to tylko potęgowała. Poradźcie proszę, czy taka relacja, która (tak myślę) rozpada się nie z braku uczuć, tylko z problemów w komunikacji miałaby szanse jeszcze się kiedyś odbudować? Ciekaw jestem czy są tu kobiety, które rozstały się z partnerem, a później mimo wszystko żałowały decyzji i wróciły. Oczywiście wiem, że gdybyśmy znowu weszli w te same schematy, to taki powrót i tak by się nie udał na dłuższą metę. No ale ja ze swojej strony już wiem co robić, żeby to się nie powtórzyło. Tylko do z tego, jeśli ona już w to nie wierzy...