Ok. To nie jest przemoc ale czy wszystko pamiętasz z tych ataków? Mój były też miewał takie ataki i zawsze potem bagatelizował to co mi robił w trakcie. Już o wyczerpanych nerwach nie wspominając, ale fizycznie… np szarpnął mnie tak, że zawyłam z bólu a on już później jak ochłonął to mówi „lekko cię tylko”… pokazałam siniaki, to tylko wzruszył ramionami. Niby nic…
ale jak go trzepłam w zamian to „ała, ała”, chociaż nawet się nie zaczerwienił. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Pamiętam prawie wszystko, no może 99%. Wiem jak się zachowywałem, nie było w tym żadnej przemocy z mojej strony. To w ogóle były moje pierwsze takie ataki lęku w życiu, nie wiedziałem "z czym się to je", stąd takie moje reakcje. Tak, żona była wyczerpana psychicznie. Nawet bardzo, widziałem jak to przeżywała.
Twoja żona musi się uspokoić. Ona ma za dużo hmm… pszczół w głowie. Ty też! Więc oboje musicie ochłonąć, bo na próżno szukać w Waszych postawach zdrowego rozsądku. Zatem rozmowy prowadzą do nikąd. I zgadzam się z Leną . Mogło to jak najbardziej tak z jej strony wyglądać, ale ja bardziej obstawiam na miotanie się wśród sprzecznych emocji, gdzie rozum mówi „odejdź” a serce „zaraz pęknę z żalu”. Potrzebny jest czas i spokój, trochę dystansu.
W takim razie ile tego czasu powinienem jej/sobie dać? Kolejny miesiąc, dwa? Coś to jeszcze zmieni? Mija właśnie 2,5 miesiąca od rozstania, a my nawet spokojnie nie pogadaliśmy. Ona mnie zaczyna blokować na komunikatorach, co = nie chce kontaktu. Ja się miotam, cały czas mam jakąś nadzieję. Bo widzę, że przynajmniej niektóre sprawy da się odkręcić. Sporo pomaga mi psycholog, zaczynam więcej rozumieć, jestem bardziej świadomy swoich zachowań. Nie mam już ataków lęku, pracuję, za parę miesięcy będę miał odłożone pieniądze na ewentualne ponowne zamieszkanie w Warszawie. Czyli naprawiam to, o co żona miała największe pretensje. Ale jej tu nie ma i nie widzi we mnie tej zmiany. Nawet nie próbuje zobaczyć.