To są przypadki, w których proszenie się o seks sprawia, że tej stronie, która nie chce, się nie chce jeszcze bardziej. I tu leży problem. Jedyne rozwiązanie byłoby takie, że te Wasze kobiety same próbowałyby szukać pomocy czy to u specjalistów czy u Was czy same w sobie szukałyby jakichś rozwiązań. Bo przecież one sobie zdają sprawę z tego, że Wy potrzeby macie. Ale nie ma się co spodziewać, że wybuchnie jakiś wulkan namiętności, bo nie wybuchnie.
A ultimatum da kolejną presję i kolejny czynnik, który jej wcale ochoty nie doda, a zabierze to, co jeszcze gdzieś w niej jest. W ten sposób można łatwo zabić jakąkolwiek namiętność.
I serio, ja przerobiłam dużo opcji jako właśnie ta strona, która nie ma ochoty, łącznie z uciekaniem z łóżka wczesnym rankiem czy ogólnie uciekaniem z domu na jak najdłużej się da. Wiadomo, że w dłuższej perspektywie nic mi to nie dało, ale to było koło pół roku bez seksu. I ja oczywiście byłam świadoma tego, że to nie jest ok, byłam gotowa się wyprowadzić, byłam gotowa zerwać i dać spokój, żeby mój facet się nie męczył. Jakoś po pół roku się przełamałam i teraz jest 1-2x w tygodniu, ale nie jest to czynność, do której ja mam jakiś wielki entuzjazm. Zdecydowanie bardziej wolę poleżeć sobie w łóżku z książką. A najśmieszniejsze jest to, że jeszcze z 4 lata temu mogłam uprawiać seks codziennie, tylko poprzedni partner wkopał moje poczucie własnej wartości w ziemię, przydeptał i przejechał czołgiem. I wszystkie aspekty mojego życia jakoś od tamtego czasu się poprawiły, a seks mi nie leży zupełnie. Gdyby nie to, że kiedyś miałam libido, to określałabym się teraz pewnie jako osoba aseksualna.
Mój partner też ma swoje problemy, chociaż on twierdzi, że to problemy nie są i to, że on może uprawiać seks przez godzinę zanim będzie miał orgazm (a zdarzało się, że i dłużej mu to zajmowało) nie sprawia, że mnie się chce bardziej, bo ja najnormalniej w świecie po 15-20min zaczynam się nudzić. I robi się to klasyczne patrzenie w ścianę i myślenie o tym, co zrobię jutro na obiad. Gdyby ten seks był krótszy, to pewnie częściej chciałoby mi się go inicjować i nie byłabym potem tak obolała. Na początku zastanawiałam się, czy to, że on tak długo nie może dojść nie jest moją winą, że nie wiem, jestem za mało atrakcyjna albo coś. Potem kilka razy się zdarzyły szybsze numerki (przy czym to występuje tylko i wyłącznie przy seksie oralnym), więc odpuściłam. Ale godzinna penetracja, gdzie on i tak nie jest w stanie dojść sprawia, że mnie się odechciewa. Zastanawiam się, jak my kiedyś będziemy starać się o dziecko, skoro ten seks wygląda tak jak wygląda i zawsze tak wyglądał czy był 3x w tygodniu czy jest raz albo raz na dwa tygodnie.
Czasami się zastanawiam czy inny partner jakoś zmieniłby moje nastawienie, ale łapię się na odruchach, że kiedy myślę o seksie z kimkolwiek to od razu jestem spięta i od razu mam odruchy obronne, więc po prostu nie nadaję się na partnerkę dla kogoś. Za dużo mam w sobie blokad i barier i za dużo cierpliwości i oswajania bym potrzebowała od drugiej strony, a nie wiem czy jakikolwiek 30-35letni facet byłby zdolny do takiej cierpliwości.
Sorry, rozpisałam się prywatą, ale już od dawna we mnie buzuje, żeby to gdzieś z siebie wyrzucić.