Witajcie!
Natknęłam się dzisiaj na kilka wpisów na temat partnerów - psychofagów. Po przeczytaniu dwóch, czy trzech poczułam, że chciałabym się podzielić swoją historią i poznać Wasze opinie i odczucia, jako osób całkowicie postronnych.
Związałam się z M. bardzo szybko i chyba nie do końca świadomie, gdy wyjechałam do Miasta L. na studia. Byłam zraniona po wcześniejszym związku (długim, ponad 3-letnim) z chłopakiem, który miał poważny problem z alkoholem. W poprzednim związku żyłam ciągle w stanie wewnętrznego napięcia, bałam się o swojego chłopaka (często mówił o samobójstwie, że jego życie nie ma sensu itp.). To była moje pierwsza, wielka i przyznam, że bardzo głupia miłość. Byłam otumaniona romantyzmem, potrzebą miłości, zakochaniem, czułością itd. Nie potrafiłam skończyć tego związku, mimo, że alkohol był stale obecny, doszły do tego kłamstwa, zawalenie studiów, aż w końcu zdrada. Nie wiem, jakby się to dalej potoczyło, gdyby nie to, że chłopak sam mnie zostawił. Później próbował namówić mnie, żebyśmy zaczęli od nowa, że się zmieni, ale ja już byłam na tyle silna, że uciekłam. Do Miasta L. na studia.
M. poznałam na dyskotece. Od samego początku dzwonił do mnie, codziennie pisał, chciał się spotykać. Nie byłam gotowa na nowy związek, ale poczułam, że komuś na mnie zależy, że ktoś się o mnie stara, docenia na każdym kroku. Co chwila słyszałam, że jestem piękna, mądra, że bije ode mnie dobroć. Zaczęłam poznawać z M. to wszystko, czego wcześniej nie znałam - jeździliśmy razem na wakacje, zapraszał mnie na drobne wycieczki, do kawiarni, bawiliśmy się razem. Przedstawiał mnie wszystkim znajomym, autentycznie cieszył się, że z nim jestem. Wszystko było naprawdę świetnie, zakochałam się w nim. Bardzo się kochaliśmy.
Co jakiś czas zdarzało się, że po alkoholu przejawiał zazdrość. Owszem, ja też byłam zazdrosna. Ale on mówił mi przy tym przykre rzeczy, czego ja w zasadzie nie potrafiłam zrozumieć, jak ktoś, kogo kocham, może mi tak mówić. Że patrzę na kogoś innego, że świecę tyłkiem, że się pindrzę do innych. Wcale tak nie było, byłam w nim po uszy zakochana.
Było nam razem dobrze, ale co jakiś czas pojawiały się między nami takie dziwne sytuacje, kiedy on nie myśląc o tym, co mówi, sprawiał mi ból. Na początku płakałam, byłam w szoku. Później płacz na niego nie działał, tylko jeszcze bardziej go denerwował. Do tego stopnia, że przestałam w ogóle płakać.
Na początku były to takie głupawe zarzuty, że piszę sobie z koleżanką o jakimś siatkarzu, więc wyzywał mnie od puszczalskich. Gdy mówiłam, że nie chcę z nim rozmawiać i odwracałam się, to łapał mnie za ramiona, do tego stopnia, że w końcu zaczęło to wyglądać jak przemoc - szarpał mnie, na siłe przyciskał do siebie, przytrzymywał, kiedy ja potrzebowałam po prostu odejść i ochłonąć. W złości, w nerwach mówił mi wiele przykrych rzeczy, a ja z bólu i żalu zaczęłam odpłacać mu tym samym.
Przeszkadzało mu, że wychodzę z koleżankami, że idziemy "na miasto". Owszem, mówił mi często: spotkaj się z koleżankami, pogadaj, odpocznij, masz wymagające studia, wypij sobie z nimi piwko itd. Przy czym dobrze było, jak szłam do koleżanki na stancję, ale jak wychodziłyśmy gdzieś, to zaczynał się problem. Zaczął więcej pić. A ja zaczęłam się tego bać i wyprowadzało mnie to z równowagi. M. potrafił wyjść z kolegą na 2 piwa, a po 7 przychodzić do mnie pod okno o mówić, że będzie u mnie spał, mimo, że musiałam się uczyć, rano wstawać itd. Denerwowało mnie, jak coraz częściej słyszałam jego podpity głos w telefonie. Wiele razy starałam się z nim o tym rozmawiać, na spokojnie, prosiłam, żeby nie pił tyle. Przez jakiś czas było dobrze, ale później znowu wychodzenie z kolegami itd. (dodam, że jak on wychodził, to wszystko było w porządku według niego, dzwonił, mówił, że kocha itp., ale jak ja wyszłam, to najpewniej już "dawałam dupy komuś innemu").
Po alkoholu, w głowie M. otwierała się jakaś dziwna bramka, przez którą zaczęła wypływać agresja w stosunku do mnie. Zaczęły się wyzwiska pod moim adresem, zaczęło dochodzić do rękoczynów. Często też znęcał się nade mną psychicznie: mówił mi, że mu odmawiam seksu, że pewnie z kimś innym to robię, że go oszukuję. Najgorsze, że nie miał hamulców, potrafił przyjść pijany pod moją pracę (pracowałam dorywczo przez wakacje), chociaż wiedział, że mnie to stresuje.
Przepraszał za takie zachowania. Kupował kwiaty, czekoladki, zabierał na wycieczkę, mówił, jak bardzo mnie kocha. I ja na początku głupio wierzyłam w to wszystko.
W tym roku (po 3 latach związku), zaczęło nam się poważniej psuć. Miałam dużo stresu na studiach, ciągle nauka, więc siedziałam po nocach. W dodatku zostałam oszukana przez M., który wziął w tajemnicy jakąś dziwną pożyczkę i nie spłacał rat. Coraz więcej pił, nie mogliśmy się dogadać, ja reagowałam nerwami. Zaczęło mi przeszkadzać też, że M. nie stara się nic zrobić ze swoim życiem - nie chce zdać matury (ma 26 lat), nie chce zrobić choćby studium jakiegoś. Owszem, pracował, nie wymagam, żeby zarabiał nie wiadomo ile, ale żeby miał jakieś życiowe ambicje. Żeby się lepiej wyrażał, a w niektórych sytuacjach było mi wstyd, bo robił to w naprawdę prostacki sposób. Zaczęłam wyraźniej widzieć różnice między nami, takie nie do ominięcia. Ale chciałam, żeby ten związek trwał. Mimo to, oddalałam się.
Ponad tydzień temu zrobił jednak coś, czego nie potrafię zapomnieć. I nie potrafię wybaczyć. Przyszedł pod moją kolejną pracę (dorabiam sobie w wakacje jako kelnerka w restauracjo-kawiarni), pijany. Wiedziałam, co się święci, tym bardziej, że wyszłam z koleżanką. Dlatego też szybko załagodziłam sprawę do tego stopnia, że koleżanka odeszła nic nie podejrzewając. Byłam wściekła. Zapytałam, dlaczego znowu to zrobił. A on zaczął mnie wyzywać od najgorszych. Przy ludziach. Z jego ust wylatywały takie słowa jak dz***a, sz***a, piz** itd. Powiedziałam, że nie chcę go widzieć i nie będziemy tak rozmawiać. Na co on plunął mi w twarz. Uciekłam. Dorwał mnie niedaleko stancji i zaczął na mnie pluć, kopać mnie, szarpać za włosy. Płakałam, bałam się, że zrobi mi krzywdę. Uciekłam w stronę jego domu, krzyczałam, wybiegły jego siostry. Pomogły mi. Na drugi dzień zaczęły się przeprosiny. Nie docierało do niego, ze nie chcę z nim być, że to koniec. Miałam siniaka na ręce, obolałą głowę i złamane serce, pokruszone jak mocno rozbite szkło.
Przyszedł, płakał, że jego życie beze mnie nie ma sensu, że jestem kobietą jego życia, że on nie wie, jak mógł mnie tak skrzywdzić. Że pójdzie do psychologa, że przestanie pić, że zrobi dla mnie wszystko. Zdaję sobie z tego sprawę, że ja też się odsunęłam, zaczęłam go gorzej traktować, zwracać mu co chwila uwagę, że byłam niezadowolona, zmęczona, odmawiałam mu współżycia. Nie wspierałam go. Nie wiem, nie byłam idealna, ale coś mnie blokowało po tych złych rzeczach, których doświadczyłam.
Nie wiedziałam i nadal nie wiem, co zrobić. M. bardzo się stara , jest spokojny, dobry, czuły, na wszystko przystaje, chce mi dogodzić. Ale ja czuję blokadę. W ciągu godziny 4-krotnie zmieniam zdanie, czy dać mu szansę, czy nie dać. Czasami jestem pewna, że damy radę, że jakoś to odbudujemy. A po chwili myślę sobie, jak bardzo mnie to krzywdzi. I że jak jesteśmy razem, to czuję blokadę, nie potrafię się przytulić.
Wiem, że to ze mną jest coś nie tak. Pieprzona Matka Teresa, niezdecydowana, niestabilna psychicznie. Nie wiem, co ze mna jest nie tak, ale nie wiem, co dalej zrobić. Ze sobą i ze swoim życiem.