Jestem w małżeństwie 30 lat,różnie bywało,jak na przysłowiowej "huśtawce" ale jeszcze się trzymałam,teraz czuje,że spadam.Jestem samotna kobietą,której dzieci wyfrunęły z gniazdka i nie mam dla kogo żyć.Siedzę calymi dniami w domu,jestem na emeryturze,popadam w przygnębienie,chyba mam deprechę. Może wyda się to wam dziwne,zapytacie a mąż,to jest najgorsze,on jest,przed telewizorem,a ja przy komputerze w drugim pokoju.Rozmowa sprowadza się do kilku zdan,co w pracy i takie tam ble ble.Coś się wypaliło,stał sie dla mnie daleki,zimny i obcy,chociaż chyba zawsze taki był,nie umiał okazywać miłości.a ja jej bardzo potrzebuję.Co byscie mi poradziły?
Hej, może wyciągniesz męża do kina, na wycieczkę, na spacer? Albo ugotujesz coś nowego lub upieczesz? Przyszło mi jeszcze do głowy taka rzecz, że jeśli masz siłę, chęć i energię to może jakiś wolontariat...? Pomoc innym? Piszę o tym, bo kiedyś jak mój synek chorował, chodząc do przedszkola, to pamiętam pewną sąsiadkę, która też czuła się samotna, i zaczęła opiekować się moim synkiem...ja nie mogłam tak dużo chodzić na zwolnienia. I po dwóch latach powiedziała mi, że to była naprawdę dobra rzecz dla niej, taka opieka od czasu do czasu...
Dzięki Basiu,wolontariat czemu nie,nawet o tym myslałam,tylko nie wiem czy u mnie w małym miasteczku znajdę coś. Nie wiem gdzie mam zapytać,do kogo się zwrócić,czuje się jakaś bezradna i ta depresja.