Mam 25 lat jestem trochę ugrzeczniona. Nie mam w sobie tego poweru ani ekscytacji życiem czy swobody jaką miałam wcześniej.
Wczesniej byłam beztroską dziewczynką studiującą mieszkającą z rodzicami. Jednak w połowie 2 roku studiów zaczęłam walczyć o swoją przyszłosć. Zapisywałam się na wiele kół naukowych, warsztatów, do wielu organizacji. Nie miałam czasu na życie prywatne. Pojechałam na rok na stypendium zagraniczne. BYłam wolna, pracowałam tam na swoje utrzymanie, mieszkałam bez rodziców. Nie miałam nad sobą żadnej kontroli i dałam sobie całkowicie radę. Z pomocą znajomyhc, kolegów- sprawy urzędowe też załatwałam sama po francusku!! Mimo, że uczyłam się tego języka tylko ok 9 miesięcy wczesniej. Byłam z siebie dumna.
Wrociłam do Polski i opadłam z sił. Od tamtej pory nie udaje mi się nic w związkach. Po erazmusie platonicznie zakochałam się w przyjacielu ze studiów, który po roku czy pół roku niedojrzałego zachowywania się, robienia mnie nadziei - odrzucił mnie. Nie tylko ja widziałam, że on ze mną flirtuje- na początku nie chciałam bo wiedziałąm, że to przyjaciel- a później stwierdziłam- dlaczego nie. Jetseśmy młodzi- jednak on stwierdził, że jestem tylko zabawką- nic ode mnie nie chciał. Pół roku zajęło mi dojście do siebie, bo on był jedną z moich najbliższych osób od kilku lat w tamtym czasie.
Później wróciłam do 'starej miłości' z liceum i początku studiów. Kiedy jednak okazało się, że on nic ode mnie nie chce ( albo jest niesmiały albo dziwny sama już nie mogę zrozumieć facetów) stwierdziłam, że znowu rzucę się w wir pracy.
Po roku czy pół roku poznałam na imprezie jednego znajomego - nasza przygoda imprezowa zamieniła się na dalszą znajomość - kolegów. Ale nie wiem czy on przypadkiem nie chce nic więcej- mieszka za granicą więc kontakty są tylko internetowe. Ale nikt na siebie presji nie nakłada.
Przez te ostatnie 2 lata bardzo zamknęłam się na facetów, w ogóle na ludzi. Stałam się strasznie taka ugrzeczniona, spolegliwa. Widziałam, że kiedy jestem sobą- osobą żywiołową pełną temperamentu, charakterną, ala kobiecą- chłopaków w moim wieku to nie interesuje. Wolą laski strasznie cisze, nieśmiałe. przez ostatnie dwa lata właśni etaka się stałam. Nie mam własnego zdania. Coś jakby mi opadło. Jakbym samowolnie zmieniła się w jakąś osobę bez wyrazu, bez opinii.
Często płaczę, czuję się nijaka. Nie chodzi o ćwiczenia czy powodzenie u mężczyzn- bo wiem że jestem atrakcyjna itp, ale o świadomość upływającego czasu, o to, że jestem coraz starsza a im jestem starsza tym bardziej zamykam się w sobie.,
Nigdy nie podrywałam pierwsza facetów, zawsze oni mnie podrywali. Zawsze w tych sprawach byłam bierna. Nigdy nie zrobiłam facetowi awantury, nigdy nie zrobiłam dramatu. Możliwe że dlatego byłam tylko w jednym związku w swoim życiu- pół rocznym na początku studiów. Czasem czuję, że mi nie zależy. Boję się pokazywać uczucia. Boję się pokazać, że mi zalezy.
Moi rodzice nigdy nie okazywali sobie uczuć. Mama się tylko starała okazwać - tata zimny jak skała. Ja nawet nie wiem czy oni kiedykolwiek uprawiali seks po moim urodzeniu.
Kochają mnie i moją siostrę- ale im dłużej z nimi mieszkam tym staję się taka bardzo babciowata, spolegliwa, miła i uczynna. A widzę, że młodzi ludzie w moim wieku, trochę młodsi czy starsi mają więcej poweru, pokazują swoją osobowość. Są ostrzy, szorstcy.
Nie wiem co mam ze sobą zrobić, bo czuję , że po prostu brakuje mi motywacji, że za dużo analizuję i myśle o życiu, o świecie. A nie biorę tego co jest mi dane.
Poza tym bardzo trudno jest mi zrozumieć to czy ktoś jest mną zainteresowany naprawdę czy chce się tylko pobawić.
Od marca 2015 latał za mną kolega, na początku nie chciałam nic od niego ale później zaczęłam bawić się we flirty itp. Wiele razy się całowaliśmy, znaliżmy się ok pół roku , przez wspólnych znajomych. On uważał, że jestem inna niż wszystkie laski, bardziej łagodna, miła , normalna. To fakt, przez to siedzenie w domu jestem taka 'domowa', miła dziewczyna - nie ostra jak inne, nie klnę bo nie muszę, robię swoje.
Mieliśmy wspólną kolezankę, która albo chciała mnie przed nim ostrzec albo była o niego zazdrosna. Za każdym razem zachowywała się jak pies ogrodnika - mimo, że ma faceta. Tak jakbym ja też nie mogła nikogo mieć.
Przychodziłam kilak razy do niego - zawsze był miły i uczynny do mnie. Widzaiłąm, że coś ode mnie chce. Jednak po pewnej nocy albo przestraszył się zaangażowania i sobie wszystko przemyślał, albo po prostu m u się nie spodobałam. Problem jest taki, że później zachowywał się jak mój facet dopóki wspólni znajomi nie zaczęli mnie i jego wypytywać o wszystko, o związek o to czy coś od siebie chciemy ( nei wiem dlaczego - ja trzymałam buzię na kłódkę) , Aż w koncu czar prysł i znowu zostałam na lodzie. I znowu chłopak nie odpowiadał mi na smsy, i znowu chłopak się mną pobawił- mimo, że wczesniej cały rok zabiegał o mnie, spotykaliśmy się wśród znajomych, gadaliśmy, tańczyliśmy, całowaliśmy się.
Nie wiem czy to jest mój problem, że jako łagodna i miła dziewczyna trafiam na dupków za każdym razem bo ni emam tyle pewnosci siebie? A móże jest ktoś w moim otoczeniu kto po prostu za każdym razem mnie obserwuje i analizuje każdy mój ruch tak żeby mi się ni eudało. Ja już też o tym myślałam.
Za każdym razem jest to samo - zmiana zdania kiedy ja się pytam o co mu chodzi, albo kiedy ja się pytam nawet delikatnie po tygodniu czy dwóch tygodniach kiedy się spotykamy ![]()
Albo jestem tak niedoświadczona w relacjach damsko męskich, że po prostu nie wiem jak się zachowywać i może za szybko wszystko chcę. Może wysyłam złe komunikaty
Dlaczego osoba jak ja: normalna, miła nie może sobie nikogo znaleźć? Co się ze mną takiego stało że z każdym rokiem czuję, że po prostu opadam z sił i nic mi się nie chce- nie mam poweru ani swobody. Bo nie chodzi o wiek. Mam koleżanki starsze, które sa o wiele bardziej energiczne ode mnie. Nie są spięte, nie myślą tyle co ja. Nie wiem z czego to wynika.
Po prostu chyba jestem 'zbyt miła'. Mieszkam nadal z rodzicami i z siostrą- jesetśmy dla siebie mili. Pamiętam, że kiedy w liceum wyszłam z domu jakby i zaczęłam spotykać więcej ludzi i znajomych zaskoczyło mnie to, że ludzie nie są do siebie mili. Obecnie czuję się tak samo- że w domu jest miło, łagodnie i ja automatycznie przesiąkam tą atmosferą. CO jest złe bo na zewnątrz świat jest zły i rzeczywistość jest inna. I kiedy nawte teraz idę do ludzi czuję się strasznie zamknięta , jestem zbyt miła- nie potrafię już nawet ironicznie odpowiedzieć na nic. Czuję się źle, nijaka. Tak jakbym gdzies zatraciła siebie. I wg mnie te moje problemy związkowe siedzą u mnie w głowie...