Ostatnio zaczęłam się zastanawiać nad czymś, co w teorii wydaje się bardzo proste, ale w praktyce chyba jest jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakich wymaga od człowieka chrześcijaństwo. Czy modlicie się za swoich wrogów i ludzi, którzy Was skrzywdzili?
W Ewangelii Jezusa jest przecież bardzo konkretne polecenie:
„Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują.”
(Mt 5,44)*
I im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że Jezus nie mówi tutaj czegoś w rodzaju „bądź miły dla wszystkich”. To jest znacznie trudniejsze. Bo łatwo jest modlić się za córkę, rodziców, przyjaciół albo kogoś, kogo kochamy. Gorzej, kiedy mamy przed sobą człowieka, który naprawdę nas zranił, skrzywdził albo potraktował niesprawiedliwie.
Pierwsza reakcja człowieka jest przecież zupełnie inna. Chcemy, żeby poniósł konsekwencje, żeby życie mu oddało to, co zrobił, albo przynajmniej żeby poczuł się tak źle, jak my czuliśmy się przez niego. A Jezus mówi: módl się za niego.
Jest jeszcze mocniejszy fragment z Listu do Rzymian:
„Jeżeli nieprzyjaciel twój cierpi głód – nakarm go, jeżeli pragnie – napój go.”
(Rz 12,20)*
I tutaj pojawia się dla mnie bardzo ważne rozróżnienie. Modlitwa za kogoś, kto mnie skrzywdził, nie oznacza przecież, że mam pozwolić mu dalej mnie krzywdzić. Można komuś wybaczyć, a jednocześnie postawić granicę. Można nie życzyć komuś śmierci czy nieszczęścia, ale jednocześnie nie chcieć mieć z tą osobą żadnego kontaktu.
Chyba najbardziej podoba mi się w tym wszystkim to, że modlitwa za wroga może być również uwolnieniem samego siebie. Bo jeżeli przez lata żyję złością na jakiegoś człowieka, analizuję, co zrobił, wyobrażam sobie, jak powinien zostać ukarany i ciągle do tego wracam, to tak naprawdę nadal pozwalam tej osobie zajmować miejsce w mojej głowie.
A można powiedzieć: „Boże, Ty wiesz, co ten człowiek zrobił. Ja nie potrafię tego naprawić ani zmienić przeszłości. Oddaję Ci tę sprawę. Proszę tylko, żebyś prowadził również jego”.
I chyba właśnie taka modlitwa jest dla mnie znacznie trudniejsza niż zwykłe „Boże, ukarz go”.
Św. Augustyn przypisywane jest zdanie: **„Miłość jest pierwszym krokiem do przebaczenia.” Z kolei św. Franciszek z Asyżu w swojej modlitwie prosił, aby człowiek bardziej starał się pocieszać niż oczekiwać pocieszenia, bardziej rozumieć niż być rozumianym. I myślę, że to bardzo dobrze pasuje do chrześcijańskiego podejścia do ludzi, których trudno nam kochać.
Oczywiście nie jestem jeszcze na takim poziomie, żeby szczerze powiedzieć, że potrafię modlić się za każdego, kto mnie skrzywdził, z pełnym spokojem i bez żadnych negatywnych emocji. Czasami człowiek mówi „wybaczyłam”, a w środku nadal wszystko się gotuje.
Ale może właśnie dlatego warto się modlić. Nie dlatego, że już jesteśmy święci i nic nas nie rusza, tylko właśnie dlatego, że jeszcze nie potrafimy.
Czasami taka modlitwa może być bardzo prosta: „Boże, zajmij się tą osobą i daj jej dobro, którego ja nie jestem w stanie jej dać. A mnie pomóż przestać żyć tym, co zrobiła”.
I chyba chciałabym spróbować wprowadzić coś takiego do swojej codziennej modlitwy. Nie tylko modlić się za ludzi, których kocham, ale również za tych, których trudno mi znieść. Może z czasem człowiek rzeczywiście zaczyna wtedy patrzeć na nich trochę inaczej.
A Wy modlicie się za swoich wrogów albo za osoby, które Was bardzo skrzywdziły? Czy potraficie zrobić to szczerze, czy jednak jest to dla Was jedna z najtrudniejszych nauk Jezusa?