Muszę się z wami czymś podzielić, bo sama jestem trochę w szoku.
Ostatnio miałam rozmowę z rabinem w kontekście mojego zainteresowania Judaizm. Nie była to jakaś jedna konkretna „odpowiedź na wszystko”, ale raczej spokojna rozmowa o życiu, sensie, pracy.
I padła jedna rzecz, która dała mi do myślenia.
Że człowiek nie musi robić „wielkich rzeczy”, żeby jego życie miało sens.
Że nawet prosta praca, jeśli robi się ją uczciwie i z sercem, ma wartość.
I nie wiem czemu, ale wrócił do mnie temat… mojej biżuterii.
Tak, tej samej, z którą mi nie wyszło.
Pierwsza myśl była: **bez sensu, przecież już próbowałam i się nie udało**.
Ale potem zaczęłam się zastanawiać, czy problemem był sam pomysł… czy może sposób, w jaki do tego podeszłam.
Wtedy chciałam, żeby to od razu „zadziałało”, żeby był sukces, sprzedaż itd.
A może to powinno wyglądać inaczej.
Spokojniej.
Bez presji.
Bardziej jako coś, co po prostu robię, a nie od razu wielki biznes.
Zresztą przy moim CFS i tak nie jestem w stanie działać na 100%, więc może właśnie taka forma byłaby dla mnie lepsza.
Trochę mnie to też łączy z tym wszystkim, co ostatnio mam w głowie – prostsze życie, mniej chaosu, mniej kombinowania.
Nawet jak myślę o Hildegarda z Bingen, to ona też była blisko natury, robiła rzeczy proste, ale wartościowe.
Może ja za bardzo kombinuję, a powinnam wrócić do czegoś, co już kiedyś lubiłam.
Na razie nic nie postanowiłam.
Po prostu pierwszy raz od dawna pomyślałam o tym bez takiego „to się nie uda”.
I to już jest dla mnie coś nowego.
Ciekawa jestem co wy o tym myślicie.
Czy warto wracać do czegoś, co wcześniej nie wyszło?
Czy raczej lepiej całkowicie zamknąć ten rozdział i iść w coś zupełnie nowego?