Dziewczyny pomóżcie mi!
Zostałam porzucona po prawie 9 latach, wydawało mi się całkiem dobrego związku, chociaż z problemami.
Początki sielankowe - kilka lat bez kłótni, wspólna zabawa, wyjazdy, byliśmy w siebie tacy wpatrzeni.
Po kilku latach w jego życiu pojawiła się matka (zachorowała, wcześniej miał z nią ograniczone kontakty, odwiedzał ja dwa razy w roku, mieszkała daleko), przeprowadziła się do naszego miasta, mój partner wynajmował dla niej mieszkanie (nie miała nigdy własnego). Wspomagał ja finansowo, wiedziałam, że tak będzie, nie było innego wyjścia. Problemem jednak zaczął być czas który partner poświęcał matce. Wiedziałam, że będzie do niej chodził, myślałam jednak, że będzie tak, poświęci jej jeden dzień, w inne zaniesie np. zakupy i nasze życie nie ulegnie większej zmianie . Jednak matka szantażowała emocjonalnie mojego partnera, wymagała czasu spędzanego z nią, podobno nie radziła sobie. Czułam się samotna - coraz częściej jadłam samotnie obiady, coraz częściej czekałam aż będzie jak dawniej - ale partner często obiecywał mi, że przyjdzie od matki o danej godzinie, później spóźniał się, czekałam, było mi przykro. Zaznaczę, że matka nie akceptowała naszego związku, chciała mieć relacje wyłącznie z synem, co też mnie bolało.
Od tego momentu w naszym życiu zaczęły się kłótnie. Czułam się coraz bardziej na drugim torze. Niby rozumiałam, że partner ma obowiązek pomoc, jednak czułam się coraz bardziej samotna. Dodatkowo inwestował coraz większe sumy w pomoc matce (była zadłużona). Partner też bardzo to wszytsko przeżywał, stresował siez nasze tematy zdominował temat jego matki.
W końcu nie wytrzymałam, powiedziałam, że jeśli nic się nie zmieni to nasz związek się rozpadnie. Że czuje się samotna. Że nie może być tak, że znika tam na całe dnie. I że wracając mówi ciągle o tym, nie może się otrząsnąć.
Posłuchał mnie, odtąd matka przychodziła do niego (raz w tygodniu), kiedy ja byłam w pracy. Sytuacja niby się poprawiła, ale tak naprawdę było to pozorne - partner wyjawił mi przy rozstaniu, że poczuł, że nie daje mu wsparcia. Że nie może rozmawiać ze mną o trudnym dla niego temacie, że gryzła go sprawa z matką, a ja oczekiwałam, że nie będzie to wpływać na naszą relację i przestał mi się zwierzać z tego tematu.
Dodam, że sytuacja z brakiem akceptacji przez matkę bardzo mnie bolała. Dodatkowo doszły kwestie finansowe - partner dawał matce pieniądze, a ona wydawała je nie tylko na jedzenie, leki, ale też np. na taksówki czy inne rzeczy nie będące niezbędnymi. Skutkowało to tym, że zaczęłam wybuchać - nie mówiłam codziennie o swoich frustracjach - ale np. po imprezie, kiedy napilam się alkoholu, wszystko że mnie wychodziło - zaczynałam awanturę, krzyczałam, byłam złośliwa. To zdarzyło się może jakieś 20 do 25 razy w przeciągu naszych prawie 9 lat bycia razem. Partner bardzo to przeżywał, jest wrażliwy. Mówił dzień po, że czuje się paskudnie. Ja przepraszałam, tłumaczyłam się. Ale sytuacje się powtarzały. W końcu stwierdziłam, że jedyną opcja żeby do tego nigdy nie doszło jest zaprzestanie chodzenia na imprezy. Partner jednak nie chciał tego, cenił sobie nasza wspólna zabawę.
Mimo tego wszystkiego związek miał swoje plusy, mocne strony. Bardzo go kochałam. Myślałam, że on mnie też.
W ostatnim roku miałam trudna sytuację w pracy - często przynosiłam stres do domu, opowiadałam o tym, partner słuchał, wspierał. Ale w pewnym momencie powiedział, że ma dość tematu, że zrobiłam się bardzo skupiona na sobie. Starałam się z tym walczyć. Pytałam częściej co u niego w pracy, jak sytuacja z matką. Ale mówił, że nie chce rozmawiać o stresujących rzeczach, że chce się zrelaksować i woli rozmawiać na miłe tematy, bo jest mu źle kiedy myśli o problemach. Nie naciskałam więc.
Wszystko jakos się toczyło odkąd pewnego dnia odkryłam kłamstwo (partner ukrył przede mną picie alkoholu, znalazłam puszki, to nie był pierwszy raz). Od tego momentu wyszło 6 kłamstw - drobnych, małych, ale codziennie coś wychodziło - a miałam do niego bezgraniczne zaufanie. Postanowiłam wybaczyć. Zaproponowałam terapię - odbudowę zaufania, on problem relacji z matkąz która omotała go emocjonalnie, ja nerwy i wybuchu po alkoholu. Chciałam ratować związek. Jednak partner powiedział, że coś dzieje się z jego uczuciami. Nie wie co do mnie czuje - to był szok - nawet w ostatnich miesiącach był kochany, czuły, nic nie zdradzało, że coś jest nie tak.
Poczułam się paskudnie. Aby dowiedzieć się czy zatęskni wyprowadził się na próbę. Nie zatęsknił, wrócił, stwierdził, że mnie nie kocha.
Byłam w szoku - była między nami czułość do ostatniego dnia, miłe słowa, wspólne tańce, wstawał rano żeby zrobić mi śniadanie, ja jeździłam po niego do pracy. Było trochę inaczej, był zestresowany , zmęczony, myślałam, że to nerwy w pracy.
W tym okresie wypłynęło jeszcze kłamstwo finansowe - odkryłam, że partner zadłużył się na sporą kwotę - dla matki. Jednak chciałam mu wybaczyć.
Zapytałam o powody utraty uczuć - powiedział, że pewnie częściowo wpłynęły na to moje kłótnie. Jest wrażliwy, przeżywał je, mielił w środku i popełnił blad, bo sam nie chciał ze mną rozmawiać o nich. Dodatkowo czuł, że są rzeczy o których nie może że mną porozmawiać - sytuacja z matką, bo to temat dla mnie drażliwy (tylko ja naprawdę czułam się opuszczona, na drugim planie :( dodatkowo zaczęło mnie dobijać, że nie możemy np. zrobić remontu, bo całe pieniądze partnera idą na matkę). Mówił też, że kiedy byłam zaangażowana w mój problem w pracy on nie czuł wsparcia, nie miał przestrzeni, żeby ze mną porozmawiać, bo byłam skupiona na sobie. Chociaż często prosiłam - mów, ale nie chciał. Powiedział, że jego błędem było to, że czasami jakieś moje zachowanie sprawiło mu przykrość, trudność, ale chował to w sobie, nie rozmawiał.
Pytałam o ostatnie czułości, miłe gesty, słowa. Powiedział, że zdał sobie nagle sprawę, że od około roku to jest wyuczone, po prostu robi tak, bo cały związek robił.
Dziewczyny, czuję się paskudnie! Mam potworne wyrzuty sumienia. Może gdybym była bardziej wyrozumiała. Akceptowała jego relacje z matką, wspierała. Nie przeżywała swojego problemu w pracy, a była otwarta na niego. Może gdybym była bardziej uważna. Czuję się paskudnie. Czuję, że to ja zawalilam, zniszczyłam tak piękny związek.
Proszę, poradzicie co o tym myślicie.