aniuu1 napisał/a:
W moim odczuciu to raz potrzebujesz czasu po tym rozstaniu, żeby dojść do siebie a z drugiej strony skupić się na tym w jakim kierunku zmierzasz zawodowo. Bo tam gdzie jesteś źle się czujesz, czujesz, że zostajesz w tyle, nie jesteś zmotywowany a pracodawca jak piszesz "chce Cię skłonić do odejścia". Przeraża Cię to, ale z drugiej strony to okazja, żeby lepiej siebie poznać, skupić się na zdobywaniu jakichś nowych kompetencji, spróbowaniu nowej drogi. Dzięki temu możesz mniej skupiać się na myśleniu o byłej żonie, poprawić swoje poczucie wartości, zadowolenia z życia.
Nie otrząsnąłeś się jeszcze z traumy rozwodu, cierpisz na depresję, potrzebujesz w jakimś sensie opiekunki, zasilania energią drugiej osoby, narzekasz na swoje możliwości zawodowe i nie masz pomysłu ani energii jak coś zmienić - nie będzie łatwo stworzyć związku, znajomości mogą się rozpadać po krótkim czasie.
Już dość straciłem czasu po rozwodzie, ile mam jeszcze czekać? W tej... powiedzmy "relacji" wiosenno-letniej" nawet nie doszło do seksu, na pewno nie będę tracić czasu żeby to odchorowywać, bo nie ma czego. A po rozwodzie... ktoś na innym forum wyskoczył ze "złotą" opinią (czy wynikiem pseudobadań) że po długim związku skuteczne odchorowanie następuje po okresie równym połowie długości związku! Na odchorowywanie rzędu 8-10 lat zwyczajnie nie mam ani czasu ani chęci!
Ja pisałem wcześniej, założyłem konto na portalu randkowym, przyjąłem faktycznie dość pasywną formę, bo skupiłem się na tych które mnie okazywały zainteresowanie (sam z siebie wysłałem do jednej uśmiech - brak odpowiedzi - i do jednej napisałem, bo uznałem że łączy nas w pewnym stopniu wykształcenie i zawód; z tej drugiej akcji wyszła korespondencja, ale chyba nie byłem dla babki opcją nr 1, bo najpierw zamilkła a potem wróciła do tematu gdy byłem już w obecnej relacji, więc kobietę chyba zbyt oschle niechcący spławiłem. Może to błąd...). Ale generalnie odpowiadałem tym, które mi wysłały uśmiechy; korespondencja była, chyba niektóre liczyły że bardziej będę za nimi latać (a ja zupełnie nie latałem; po poprzedniej relacji przyjaciółka tłukła mi do głowy o równowadze zaangażowania, więc tym razem jedynie wiadomość za wiadomość).
W każdym razie zarwała mnie jedna 10 lat młodsza; fajnie się rozmawiało, nie przeszkadzało mi że ma kilka kilo za dużo, długo gadaliśmy przez telefon, spotkaliśmy się nieco ponad tydzień po pierwszym telefonie. Wieczór w sumie miły, zakończony gorąco, ale... no w sumie nie czułem żadnej chemii. Jest miła, troskliwa, bezpośrednia, poukładana... no kierując się suchymi danymi wręcz wymarzona partnerka. Tylko... kompletnie nie ma chemii z mojej strony. Najpierw się przekonywałem, że to przyjdzie z czasem; teraz kontakt z nią mnie przytłacza, zwłaszcza gdy pod koniec trzeciego spotkania wyznała mi uczucie. Czuję się przytłoczony, najgorsze że kontakt z nią kompletnie nie daje mi tego co miałem z tamtą wiosną i latem (choć tam też w sumie było to bardziej jednostronne): tam czułem jakbym miał skrzydła, przy obecnej nie czuję mobilizacji do żadnych zmian na lepsze. Po raz pierwszy spotkaliśmy się na początku listopada (łącznie 3 spotkania), a ja mam takie myśli że wolałbym być sam niż z nią i to jeszcze pakować się w dziecko. Czuję, że powtarza się sytuacja sprzed wielu lat i ona mi nie da tego czego szukam. Nie chciałem jej psuć świąt i zrywać teraz (bo z każdym dniem mam coraz silniejsze uczucie, że rozstanie będzie właściwą decyzją), ale pamiętam jak była rozbita gdy wyznałem że ją "tylko" lubię i że nie wiem czy to wyjdzie. Nie chcę by się pogrążyła w rozpaczy, by zajadała smutek, ale ja już nie wytrzymam, tym bardziej że ona wciąż liczy że wyjdzie, a ja się czuję przez to tylko bardziej osaczony. Ona po prostu nie jest w moim typie i nadwaga (znaczna) to chyba nie jedyny problem.
aniuu1 napisał/a:Nie wiem czy niewielki procent i jak to niby jest mierzone. Czy chodzi o jakieś badania nad depresją?
Od Ciebie finalnie to zależy czy zdecydujesz się poddać i stoczyć czy zawalczyć o siebie. Nawet z osobą wspierającą u boku samemu trzeba znaleźć siłę, ta osoba nie zrobi tego za nas. W wielu momentach i tak będziemy sami. Ktoś Ci powie wierzę w Ciebie, wierzę, że ci się uda, ale robotę musisz zrobić sam. (Możesz nawet sam do siebie mówić "wierzę w ciebie". Może to pomoże? Bo w sumie to mniej więcej na to samo wychodzi)
Ja jestem już nieco sceptyczna co do tego wspierania i pomagania. Na dłuższą metę to jest strasznie męczące. W mojej rodzinie stworzyły się takie schematy, że można się poddać, przerzucić na kogoś odpowiedzialność. Strasznie mnie to wkurwia i samą mnie demotywuje do pracy jak sobie myślę, że jak ja się przełamywałam, znosiłam niedogodności, stresy, nieprzyjemności, to ktoś inny się poddał i stwierdził, że powinnam pomagać bo on nie może, nie ma motywacji.. Połowa mojej rodziny się tak poddała i stacza. Tworzy się takie zjawisko, że poddając się, ciągniesz inne osoby, które są blisko za sobą w dół i inni też mają mniej motywacji i energii. Dlatego uważam, że nie można zrzucać na inne osoby odpowiedzialności za wyciąganie siebie z depresji czy innych problemów psychicznych, bo to prowadzi do trwałego braku równowagi.
Ale ja wiem czego potrzebuję, niestety. Tamta była do mnie dopasowana w wielu dziedzinach, młodsza (może za dużo młodsza) i atrakcyjna; takiej potrzebuję. Może nie znajdę dokładnie takiej, ale w obecnym wypadku widać ile znaczy fizyczność; związek jedynie z rozsądku skazany jest na porażkę, po prostu MUSI być chemia! Inaczej się nie da! Muszę szukać takiej, do której mnie będzie ciągnęło, a nie w przypadku której będę się musiał przekonywać że to dobra i odpowiedzialna kobieta.
aniuu1 napisał/a:Z resztą jak chcesz to szukaj kobiety, ale jednocześnie włóż dużo zaangażowania w swoje życie zawodowe, bo sam piszesz, o ogromnym niezadowoleniu a w dodatku nie wiadomo czy nie stracisz tej pracy ze względu na niską motywację. Na pewno wymaga to uwagi a jak tu dokonasz jakichś zmian na plus to pewnie natrój też się poprawi.
W obecnej pracy już od dłuższego czasu jestem w stanie pracować na pół gwizdka, nie więcej (brak koncentracji, energii, powtarzające się sny o pracy). Nic nie poradzę, nic innego nie umiem. Z drugiej strony warunki finansowe są takie, że sam będę dążył do rozmowy o mojej przyszłości i to tak by szefostwo (wyższe, bo mój bezpośredni przełożony nie ma mocy przebicia lub woli zmiany) miało świadomość że obecna sytuacja mi do tego stopnia nie odpowiada że stanowczo potrzebuję jakichś zmian, z akcentem na finansowe i jaki plan działania ma do nich doprowadzić. W listopadzie (na początku) dostałem tak słabą pensję, że odechciało mi się pracować; dość powiedzieć, że jakkolwiek to chyba najsłabsze wynagrodzenie w roku - choć pozostałe, poza tym z dodatkiem urlopowym, nie biją go nawet o tysiaka - to w przeciągu kolejnego miesiąca musiałem dołożyć do interesu, czyli moje sumaryczne wydatki przekroczyły wysokość tej pensji. Czyli dłużej tak być nie może, bo czy zarabiam tyle ile wg wynagrodzenia za październik czy mniej, to i tak jestem w czarnej d...
Z drugiej strony jestem kompletnie pozbawiony energii (wykorzystałem w tym roku łącznie 27 dni wolnych, a czuję jakbym potrzebował 3-tygodniowego urlopu!), koncentracji, pomysłu na siebie i na zmiany. Jedyne co wiem, to że potrzebuję znacząco wyższej kasy. 