Każdy (lub prawie każdy) lubi historie romantyczne. Chciałam się podzielić swoją historią, która zaczęła się jak w filmie, a skończyła jak w życiu.
Za oknem w mojej pracy jest piękny park ze starymi, wielkimi drzewami. Któregoś dnia zauważyłam, że jedno z tych drzew przygotowywane jest do wycięcia. Jako że nigdy nie widziałam, jak wycina się tak wielkie drzewa, z zainteresowaniem obserwowałam kolejne etapy prac. Z podziwem obserwowałam pana, który na wysięgniku, przy całkiem silnym wietrze ścinał wielkie gałęzie z taką lekkością, jakby nie musiał w ogóle używać siły. Pan drwal zauważył, że przyglądam się jego pracy i pomachał mi. I się zaczęło! Jeśli do tej pory obserwowałam tylko proces ścinania drzewa, tak teraz rozpoczęła się swoista „gra” między mną a panem drwalem. Ja co jakiś czas podchodziłam do okna, żeby zobaczyć, jak sobie radzą z wycinką, a pan drwal spoglądał w moje okno i sprawdzał, czy tam jestem (wymienialiśmy się wtedy uśmiechami). Podobało mi się to i po kilku dniach złapałam się na tym, że z niecierpliwością czekam na jego obecność pod moim oknem. Nawet nie zastanawiałam się, co będzie dalej, bo cóż mogło być?
Życie, jak wiadomo zaskakuje. Pan drwal okazał się prawdziwym mężczyzną i ostatniego dnia podszedł do okna i zamieniliśmy ze sobą kilka słów. Jeszcze tego samego dnia wymieniliśmy się nr telefonu i umówiliśmy na kawę. Nic zobowiązującego, ale jakże miłego. Dla mnie cała sytuacja była niezwykła. Od trzech lat jestem sama. Bardzo przeżyłam rozstanie z partnerem i nawet jeśli się z kimś umawiałam, to wiedziałam, że nic z tego nie będzie, bo po prostu tego „nie czułam”. Z panem drwalem było inaczej. Być może dlatego tak chętnie zgodziłam się na spotkanie z nim. Nieśmiało pomyślałam, że być może to nareszcie będzie on? Wolałam jednak podchodzić do sprawy na spokojnie i nie robić sobie nadziei. Ale wszystko wskazywało, że lepiej trafić nie mogłam.
Pan drwal okazał się mężczyzną takim, jakiego szukałam. Pierwsze spotkanie okazało się niezwykle udane, a pan drwal jasno i wyraźnie okazywał, że jest zainteresowany. Dużo by mówić. W każdym razie – każde z nas miało ochotę tę znajomość rozwijać. I było wspaniale. Coraz bardziej czułe smsy, rozmowy... jak w bajce! Ale po dwóch tygodniach coś zaczęło się mi się nie podobać. Nie jestem jakoś specjalnie podejrzliwa czy nieufna. Zwróciło jednak moją uwagę to, że drwal nie ma dla mnie czasu ani w weekendy, ani wieczorami. Np. niby byliśmy umówieni na weekend, ale musiał zostać dłużej i nie dojechał a wieczorem zasnął i nie mógł odebrać telefonu. Takie niby nic, ale wzbudziło moją czujność.
Pan drwal roztaczał przede mną coraz śmielsze wizje, jak to niedługo będziemy razem mieszkać, jak to chce mieć wreszcie żonę i dzieci. No i że chętnie pozna moich rodziców. No i jak to mnie kocha. Ja nie odwzajemniłam jego wyznania, bo jednak dwa tygodnie to dla mnie trochę mało, a takie wyznanie zbyt poważne, żeby nim szafować na prawo i lewo. Usłyszałam też, że 80% związku to udany seks. No i teraz – rozpoczęły się pretensje i zarzuty: że nie piszę (gdy nie napisałam przez 2 godziny, odbierał to jako foch z mojej strony), że nie widzi z mojej strony pożądania i zainteresowania seksem tak, jak by chciał (czyli chyba non stop), nie wyrażał tego wprost, ale dawał mi do zrozumienia, że to wszystko moja wina, do tego zarzucał mi, że odkąd powiedział mi, że mnie kocha - to zrobiłam się zbyt pewna i to wykorzystuję (ale nie mam pojęcia, w jaki sposób). Ale tego, że nie ma dla mnie czasu, że nasza znajomość zamienia się w związek smsowy, bo dziwnym trafem, gdy dzwonię on nie odbiera – to chyba nie widział. Zaczęłam źle się czuć w tej relacji, bo gdy się nie odzywałam, było źle. Gdy się odzywałam – miał pretensje, że np. moje smsy są oschłe (bo bez emotki na końcu).
Chciałam więc to w końcu wyjaśnić. Umówiliśmy się na poniedziałek. Ale nagle zamilkł i nie reagował na moje wiadomości. Odezwał się we wtorek wieczorem, że niby był w szpitalu. Kiedy dopytywałam o szczegóły, od razu się zdenerwował i oskarżył, że mam pretensje, bo patrzę na wszystko przez siebie. To wszystko smsowo, bo rozmawiać nie chciał. Ok, mętne tłumaczenia mnie nie przekonały, ale naprawdę zależało mi na spotkaniu, żeby wszystko wyjaśnić i pójść albo w jedną stroną albo drugą.
Zgodził się na spotkanie w piątek. Od rana znowu milczenie, brak reakcji na telefony. A wieczorem sms z przeprosinami, że nie mógł się skontaktować, bo w trakcie prac jego ekipa znalazła zwłoki i cały dzień był na prokuraturze... Taaa... Nie uwierzyłam, ale jako że sam tym razem prosił mnie o spotkanie, żeby mi wszystko wyjaśnić i opowiedzieć – jako człowiek, który stara się zrozumieć drugiego – zgodziłam się. Nie mieszkamy w tym samym mieście. Miał mnie odebrać z dworca, ale podobno był na policji (taaaa...) Nie chciałam spotykać się u niego, wolałam spotkać się na neutralnym gruncie, czyli w mieście. Kiedy to zaproponowałam, odpowiedział, że on woli spotkać się w mieszkaniu, bo nie chce mu się chodzić po mieście. Kiedy uparłam się na spotkanie w mieście wysłał smsa, że myślał, że coś do niego czuję, ale widocznie rozpiera mnie duma.
Nie odezwałam się więcej, bo prawdę mówiąc – ręce mi opadły. Od tego czasu – cisza.
I taka to historia.