Sorki, że robię offtop, ale nie mogę zgodzić się z tym co pisze addam24. Owszem, zgodzę jedynie z tym, że te wszystkie manipulacje być może działają, ok, ale żeby tak cały czas związek opierał się na czymś takim? To nie jest związek. W czymś takim nie ma krzty miłości do drugiej osoby, to powstrzymywanie się od prawdziwych uczuć i granie, albo postrzeganie czyjejś niedostępności za atrakcyjne jest dla mnie niedojrzałe i nie prowadzi do niczego dobrego, bo nawet jeśli jest się w takim związku, gdzie te wszystkie gierki działają na obie strony, to gdzie w tym wszystkim jest bliskość, więź, przyjaźń między partnerami? Jest tylko powierzchowne uwielbienie dla niedostępności, dla ciągłej niepewności... Spełnienie w tym związku nie daje miłość i bliskość, tylko wieczne uganianie się. Poza tym napisałeś addam24, ze zostałeś zdradzony przez dziewczynę. Teraz już rozumiem, skąd taka postawa - ty się po prostu boisz, ze jak okażesz miłość dziewczynie to cię zostawi. A tak w ogóle kochasz ją? Dawkujesz pewnie swoją miłość do niej, żeby nie uznała cię za nieatrakcyjnego, tak jak zrobiła to twoja była. Może to i działa na was obojga, ale dorośli, DOJRZALI przede wszystkim ludzie, nie bawią się w takie gierki przez całe życie, owszem, moze na poczatku znajomosci ludzie udają, żeby zrobić wrażenie, ale potem z czasem w związku powinno liczyć się coś więcej, własnie ta przyjaźń, więź, bliskość. Jeśli ktoś tego nie docenia w związku, przestaje być to dla niego atrakcyjne, to znaczy, ze ktoś do takie związku nie dojrzał, nie potrafi otworzyć się na bliskość i potrzebuje ciągłej adrenaliny, w postaci motylków, flirtów. Poza tym wg ciebie, swojemu chłopakowi nie powinnam mówić, że go kocham, szeptać mu do ucha, ze uwielbiam spędzać z nim czas, tylko każdego dnia uświadamiać go w przekonaniu, że nie wiem co do niego czuję, trzymać go w ciągłe niepewności, mimo że wcale tak nie myślę. Czyli mam udawać, kochać go, ale nie mówić mu o tym, trzymać dystans, powstrzymywać się wbrew sobie. Udawać kogoś kim nie jestem, czyli chłodną zdystansowaną dziewczynę , podczas gdy jestem ciepłą, uczuciową dziewczyną, no ale będąc sobą będę nieatrakcyjna, wiec żeby być atrakcyjna, muszę być inna. To bez sensu. Wg ciebie atrakcyjność do niedostępność. Dla mnie nie. Przerobiłam to w poprzednim związku, owszem, ale nawet gdy mój były chłopak, był w stosunku do mnie chłodny i obojętny, to wcale mnie to do niego nie ciągnęło, wręcz przeciwnie, męczył mnie swoim zachowaniem, a ja wtedy wcale za nim nie biegałam, tylko próbowałam poznać kogoś, kto tę bliskość mi zapewni, a nie będzie się wiecznie oddalał. Czym innym jest stosowanie gierek świadomie, WYUCZENIE się ich tak jak ty to zrobiłeś, a czym innym jest praca nad swoim poczuciem wartości - bo dzięki tej pracy i wiary w siebie zawsze będziemy zdrowo skupieni na sobie, rozwijali siebie i nie uwieszali się na partnerze jak bluszcz. Kiedy dzwoni do mnie chłopak, i nie mogę odebrać to znaczy, ze nie mogę odebrać, a nie, że nie odbieram specjalnie, żeby wzbudzić w nim ciekawosć/zazdrość - naucz się odróżniać te dwa przykłady, bo wg ciebie, powinnam robić to drugie non stop.
Taki tekst o gierkach, z którym zgadzam się w 100%, przeczytaj:
Schemat stary jak świat i niestety nie tylko wśród nastolatków. Piszę o tym przy okazji każdego tekstu o miłości, ale ze względu na powszechność problemu, należy mu się oddzielny artykuł. W gonienie króliczka grają Ci, którzy boją się bliskości i zależności.
Albo dwoje ludzi na stałe obdziela się rolami, albo co jakiś czas wymieniają się nimi.
Gdy jeden jest wiecznie uciekającym królikiem, a drugi wciąż go goni, wydaje się, że ten, co goni, pragnie bliskości i próbuje zmusić do niej tego, kto ucieka. Nic bardziej mylnego! Oboje nie chcą bliskości! Gdyby ten, który goni, naprawdę jej pragnął, zakochałby się w kimś, kto z okazywaniem uczuć, pełnym zaangażowaniem i byciem blisko problemu nie ma. Tymczasem to nie bliskość, lecz gonienie jest tym, co go pociąga. Owszem, cierpi, ale im szybciej zda sobie sprawę, że cierpi na własne życzenie i że w taki schemat wchodzi za każdym razem, tym większa szansa, że ze schematu wyjdzie. Najpierw jednak musi dostrzec pewną prawidłowość: nie są dla niego atrakcyjni ci, którzy są nim zainteresowani, pragnący z nim bliskości, oddani, lecz ci niedostępni lub niezdecydowani. Największe szanse mają u niego ci, którzy: flirtują, a potem tyle ich widać, są chętni póki zdobywają, a jak zdobędą, tracą zainteresowanie i idą zdobywać gdzie indziej, nigdy nie mogą się opowiedzieć, zobowiązać, usiedzieć w miejscu...
Do tego, że to przejaw lęku przed byciem razem, może dochodzić przeświadczenie, że „ten, kto mnie chce, nie jest atrakcyjny, bo skoro zainteresował się takim nikim jak ja, sam musi być nikim”, „o mojej wartości świadczyłoby jedynie zainteresowanie kogoś nieosiągalnego, upragnionego przez wszystkich i gdyby z morza możliwości wybrał właśnie mnie”. Problem w tym, że gdyby zdarzył się „cud” i zostałby wybrany przez tego wyśnionego i nieosiągalnego, ten także okazałby się nikim… „Bo skoro zainteresował się takim nikim, sam nim musi być”.
To, że lęk przed bliskością, zależnością i zaangażowaniem, oraz wynikającymi z tego konsekwencjami, to problem pary ludzi, a nie tylko tego, który goni, najlepiej widać, gdy „los” (piszę w cudzysłowu, bo przecież koleje losu to zazwyczaj wasza, choć nie zawsze uświadamiana, sprawka) sprawi, że ten który goni, przestaje to robić. Bo np. zainteresuje się kimś innym lub po prostu odechce mu się i zajmie się swoim życiem, a nie bezowocnym zabieganiem o uczucia. Wtedy „króliczek” zatrzymuje się w ucieczce osłupiały: „jak to, nikt mnie nie goni?”, odwraca się i… podąża za swoim „myśliwym”. Role się odwracają do czasu, gdy myśliwy, mając nadzieję, że króliczek zmądrzał i wreszcie będą naprawdę razem, pozwoli mu się dogonić. Ale im będą bliżej siebie, tym króliczek szybciej zerwie się do ponownej ucieczki. Jeśli jednak temu, który gonił, znudziło się na dobre (np. zmienił obiekt uczuć), króliczek często zamienia się w nieugiętego w próbach odzyskania, obiecującego, że już nigdy nie będzie uciekał, błagającego, by… być znowu gonionym. Tak tak, nie miejcie złudzeń, że zrozumiał i teraz jest już gotowy do naprawy związku. Niestety, rzadko kiedy, gdy uda mu się uprosić powrót, wytrzymuje w nim długo. Na ogół powrót potrzebny mu jest tylko do tego, by odzyskać poczucie wartości, nadwerężone byciem porzuconym i już nie gonionym. Fakt bycia gonionym często służy mu właśnie do tego – by czuć, że jest kimś ważnym, upragnionym, atrakcyjnym. Chodzi mu o ciągłe potwierdzanie tego, a nie o miłość. Lęk przed byciem razem na dobre i złe i potrzeba ciągłego udowadniania sobie własnej wartości poprzez fakt, że jest się tak upragnionym, że aż ściganym, idą w parze. Osoba, która jest niepewna siebie, tego kim jest i ile jest warta, musi przeglądać się w cudzych oczach w poszukiwaniu potwierdzenia. Inni właściwie służą jej tylko do tego, by być lustrami, w którym widzi swoje piękne odbicie. Ci, którzy upragnionego odbicia nie dają, bo widzą ją adekwatnie do rzeczywistości, nie są interesujący. Gdy opadają łuski z oczu po pierwszym zauroczeniu, czyli wówczas, gdy związek wchodzi w dojrzalszą fazę (patrz: WIELKA MIŁOŚĆ), osoba, która nie chce widzieć siebie tak, jak widzi ją na co dzień partner, szuka kolejnego wielbiciela, który zaspokoi pragnienie bycia wyjątkowym, podziwianym, uwielbianym, czyli bycia naj naj w jego oczach, oczywiście do czasu, gdy i temu łuski spadną. Wymaga to nieustającej ucieczki, robienia w tył zwrot, gdy tylko minie pierwsza fascynacja. Pewnym rozwiązaniem jest skakać z kwiatka na kwiatek albo wydłużać ten czas z jednym i tym samym partnerem – nie dając się poznać do końca, tworząc tajemniczy dystans, znikając, zwodząc… Nikt normalny czegoś takiego nie wytrzyma, więc do takiego pseudozwiązku wybierani są ci, którym schemat ganiania króliczka pasuje, jak się okazuje – z powodu ich emocjonalnych problemów. Z nimi własne złudzenie, jakim to się jest cudownym i niezwykłym, skoro tak uporczywie gonionym, można podtrzymywać niemal w nieskończoność. Trudno w tej sytuacji mówić o miłości. Raczej o fałszywym uwielbieniu. To wykorzystywanie drugiego człowieka do podtrzymywania złudzenia: „jestem pępkiem świata i to innym zależy, żeby ze mną być, a nie mnie, ja mam nad nimi władzę”. Te osoby panicznie boją się rozstać z tą wizją. Wychodząc ze schematu bycia gonionym i wchodząc w dojrzały związek, musiałyby przeżyć fakt, że są zwyczajne jak każdy śmiertelnik i zależne. Że gdy kochają, ukochana osoba ma nad nimi pewien rodzaj władzy, a bliskość nie jest tylko na ich warunkach, że mogą czegoś pragnąć od drugiej osoby, a ona może im tego nie dać (bo nie chce, nie może, nie ma akurat czasu…), że nie są bardziej wyjątkowi od tego, z kim są, że świat nie kręci się wokół nich, tylko jeśli chcą miłości, muszą też coś dać, troszczyć się o partnera, zamiast tylko oczekiwać dla siebie, że partner to nie mamusia, która będzie skakać wokół nich i na kiwnięcie palcem zaspokajać wszystkie zachcianki bez względu na to, jak się ją traktuje, bo to zdrowy układ tylko w niemowlęctwie. Tylko dzidziusiowi wybacza się, że gryzie, drapie, wrzeszczy i karmi się go dalej.
Najgorszą wersją gonienia króliczka, bez względu na to, czy robi to dopadnięty królik, czy ten kto go dogania, jest ta, w której chodzi o triumf, pogardę i ostatecznie o zniszczenie obiektu. Myliłby się ten, kto sądzi, że to zawsze szczęśliwy koniec, gdy uda się w końcu dopaść „ukochaną” osobę, bo ta skapituluje, myśląc że faktycznie wszystkie starania w jej kierunku były wyrazem szczerych uczuć i chęci zbliżenia, lub odwrotnie, gdy zwodzący, dający obietnice, ale do tej pory umykający królik wreszcie ulega. To często niestety nie bajka: „i odtąd żyli długo i szczęśliwie”, lecz scenariusz jak z niejednego filmu, np. z „Niebezpiecznych związków” Stephena Frears’a na podstawie powieści Pierre’a Choderlos de Laclos o tym samym tytule: pozbawionemu skrupułów kobieciarzowi udaje się uwieść piękną, młodą narzeczoną, bynajmniej nie jego, choć ta się długo opiera, jest lojalna i wierna swojemu narzeczonemu, ale w końcu zaczyna ufać i poddaje się żarliwemu uczuciu upartego „wielbiciela”; nie ma pojęcia, że nie chodzi o miłość, a jedynie o zakład, intrygę i gierki znudzonych arystokratów.
W naszym scenariuszu chodzi o triumf zdobywcy, a ten, który zaufa, zakocha się i odda – zostaje wzgardzony. Nietrudno się domyśleć, że mu to łamie serce i na długo pozbawia zaufania i wiary w miłość, a czasem nawet niszczy życie. Nie zawsze jednak ofiara jest młodą, naiwną panienką, którą było łatwo oszukać. Są tacy, którzy mają takie „dziwne szczęście”, że przytrafia im się to za każdym razem, gdy wierzą, że tym razem to już na pewno wielka miłość zapukała do ich drzwi. Już za drugim razem warto pomyśleć, czemu tak się dzieje. Czy przypadkiem bycie znowu porzuconą ofiarą nie służy właśnie temu, by sobie udowodnić, że miłości nie ma, a mężczyznom/kobietom nie można ufać i dzięki temu kolejne lata nie ryzykować bliskości?
Nie tylko „króliki” powinny się nad sobą zastanowić. Także ci, którzy gonią jak chart za wypchanym zającem, którego dogonić nie można: czy aby niczym się nie różnią od tych, których gonią. Tak samo boją się bliskości, tak samo gonią za udowodnieniem sobie swojej wartości. Gonią, by dorwać lustro i zobaczyć w nim wreszcie swoje oblicze zwycięzcy: „jestem wyjątkowy, udało mi się to, co nie udało nikomu innemu!” Ekscytacja, która towarzyszy jednym i drugim, ma wypełnić wewnętrzną pustkę, zakryć fakt, że nie mają nic do dania, poza gonieniem, a także miałkość i nijakość ich życia, co musieliby poczuć, gdyby się zatrzymali.
Jedni i drudzy nie są gotowi do miłości. Goniąc czy uciekając, oddalają się od siebie nawzajem, od prawdy o SOBIE i od rzeczywistości, w której być z kimś, znaczy być RAZEM, a nie w wiecznej gonitwie.
PS: Poza tym uważam, że skoro czułeś się winny, że dziewczyna od ciebie odeszła, to znaczy, że miałeś/masz problemy z samooceną, bo jednak skoro uważasz, ze w poprzednim związku popełniłeś błąd będąc zaangażowanym i dlatego cię zdradziła, to teraz na podstawie tego doświadczenia przywdziałeś taki płaszcz ochronny, stosując w następnym te wszystkie gierki. To o w jaki sposób o tym piszesz i jak do tego przekonujesz innych potwierdza teorię, że ty się tego wyuczyłeś, udajesz, w środku i tak nadal jesteś tym samym facetem co wtedy, tylko pod płaszczykiem gierek wydajesz się być atrakcyjny, bo je stosujesz w pełni świadomie i z premedytacją. Nie tędy droga. Nawet jeśli uważasz, że coś źle robiłeś w poprzednim związku to powinieneś nad sobą popracować, nas swoją samooceną, skupić się na sobie w zdrowy sposób, rozwijać siebie, a wtedy postępować z partnerką naturalnie, ale pamiętając o sobie, czyli tak zdrowo, a nie udając, grając, manipulując. Przykład z telefonem o którym pisałam powyżej jest tego przykładem. Bo gdybyś naprawdę pracował nad sobą, myślał o sobie pozytywnie, to przekonywał byś wszystkich do pracy and sobą, do skupienia się na sobie, a nie manifestował wielką moc gierek i manipulacji, to świadczy o tym, ze bardzo przedmiotowo traktujesz ludzi, kobiety, swoją dziewczynę, bo wiesz jak ją podejść w nieszczery sposób - udając coś. Pamiętaj też, że ludzie zdradzają z różnych powodów i nie można mówić w każdym przypadku o winie zdradzonego, bo to zależy od okoliczności. Poza tym w dojrzałym związku się rozmawia, rozwiązuje problemy rozmową, szczerością, a nie gierkami. Jeśli nie ma szczerej rozmowy w związku to znaczy, że związek jest do d**y. Na tym polega miłość - na zaufaniu, szczerości, poza pociągiem seksualnym na przyjaźni i bliskości. Mam nadzieję, ze rozumiesz.