Jednak pojde na ten wolontariat - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » Jednak pojde na ten wolontariat

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 16 ]

Temat: Jednak pojde na ten wolontariat

Nie mogę zostawić tych dzieci teraz chorych. Jakoś to nie mogę tego zrobić. One już czekały na pomoc. A nikogo narazie nie ma na moje zastępstwo.

Trudno najwyżej stracę na wartości tracąc swój czas wolny,no ale nie mogłabym ze spokojem korzystać z wolności myśląc o tych wszystkich chorych dzieciach

Jutro napisze siostrze zakonnej,że przemyślałam sprawę i będę pomagać w wolontariacie

Zobacz podobne tematy :
Odp: Jednak pojde na ten wolontariat
Julia life in UK napisał/a:

Postanowiłam już więcej nie zakładać tematów

Wczoraj 18:32:00

Julia life in UKPrzyjaciółka ForumNieaktywny

Temat: Postanowiłam już więcej nie zakładać tematów

I też nie pisać o sobie... chyba,że ktoś zapyta

Nie ma sensu skoro moje tematy są spamowane. Prawie każdy mój temat jest. Sprawdziłam. Ja nigdy nikomu w tematach nie spamowałam

Oczywiście nadal będę na forum,ale już nie będę sama z siebie nic o sobie pisać,ani na tym forum ani nigdzie indziej



Odp: Jednak pojde na ten wolontariat
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:
Julia life in UK napisał/a:

Postanowiłam już więcej nie zakładać tematów

Wczoraj 18:32:00

Julia life in UKPrzyjaciółka ForumNieaktywny

Temat: Postanowiłam już więcej nie zakładać tematów

I też nie pisać o sobie... chyba,że ktoś zapyta

Nie ma sensu skoro moje tematy są spamowane. Prawie każdy mój temat jest. Sprawdziłam. Ja nigdy nikomu w tematach nie spamowałam

Oczywiście nadal będę na forum,ale już nie będę sama z siebie nic o sobie pisać,ani na tym forum ani nigdzie indziej



Dokladnie kropka ,ale i tak dzisiaj założe nowy temat,bo jest dla mnie bardzo ważny.

Odp: Jednak pojde na ten wolontariat
Julia life in UK napisał/a:

Dokladnie kropka ,ale i tak dzisiaj założe nowy temat,bo jest dla mnie bardzo ważny.

Super, cieszę się.

Pozwolisz jednak, że za każdym razem kiedy będziesz zakładać nowy temat skupiony na sobie, będę Ci wklejał to powyżej by przypominać Ci o Twoim postanowieniu.
Dzieku temu, będzie łatwiej Ci w nim wytrwać.

Na kolegów z foruma i DC zawsze można liczyć!

Odp: Jednak pojde na ten wolontariat
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:
Julia life in UK napisał/a:

Dokladnie kropka ,ale i tak dzisiaj założe nowy temat,bo jest dla mnie bardzo ważny.

Super, cieszę się.

Pozwolisz jednak, że za każdym razem kiedy będziesz zakładać nowy temat skupiony na sobie, będę Ci wklejał to powyżej by przypominać Ci o Twoim postanowieniu.
Dzieku temu, będzie łatwiej Ci w nim wytrwać.

Na kolegów z foruma i DC zawsze można liczyć!

Nie bede juz zakładać więcej tematów

A temat skupiony na kim mam zakładać? Skoro kazdy tutaj zaklada temat skupiony na sobie i swoich problemach. To ja mam sie tylko zajmowac problemami innych ludzi. A inni ludzie sie moga tutaj tylko zajmowac swoimi problemami tak wedlug Twojego myslenia?

Odp: Jednak pojde na ten wolontariat
Julia life in UK napisał/a:
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:
Julia life in UK napisał/a:

Dokladnie kropka ,ale i tak dzisiaj założe nowy temat,bo jest dla mnie bardzo ważny.

Super, cieszę się.

Pozwolisz jednak, że za każdym razem kiedy będziesz zakładać nowy temat skupiony na sobie, będę Ci wklejał to powyżej by przypominać Ci o Twoim postanowieniu.
Dzieku temu, będzie łatwiej Ci w nim wytrwać.

Na kolegów z foruma i DC zawsze można liczyć!

Nie bede juz zakładać więcej tematów

A temat skupiony na kim mam zakładać? Skoro kazdy tutaj zaklada temat skupiony na sobie i swoich problemach. To ja mam sie tylko zajmowac problemami innych ludzi. A inni ludzie sie moga tutaj tylko zajmowac swoimi problemami tak wedlug Twojego myslenia?


Mojego myślenia?

Ja Ci tylko przypominam TWOJE słowa:)

To Twoje myślenie a nie moje.

Odp: Jednak pojde na ten wolontariat
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:
Julia life in UK napisał/a:
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Super, cieszę się.

Pozwolisz jednak, że za każdym razem kiedy będziesz zakładać nowy temat skupiony na sobie, będę Ci wklejał to powyżej by przypominać Ci o Twoim postanowieniu.
Dzieku temu, będzie łatwiej Ci w nim wytrwać.

Na kolegów z foruma i DC zawsze można liczyć!

Nie bede juz zakładać więcej tematów

A temat skupiony na kim mam zakładać? Skoro kazdy tutaj zaklada temat skupiony na sobie i swoich problemach. To ja mam sie tylko zajmowac problemami innych ludzi. A inni ludzie sie moga tutaj tylko zajmowac swoimi problemami tak wedlug Twojego myslenia?


Mojego myślenia?

Ja Ci tylko przypominam TWOJE słowa:)

To Twoje myślenie a nie moje.

No tak mojego myslenia

Nie bede juz zakladac nowych tematów tutaj. Ten dzisiaj temat byl ostatni na 100% już

8

Odp: Jednak pojde na ten wolontariat

Kiedy myślimy o słynnych rzeźbach przedstawiających ludzkie ciało, zazwyczaj przychodzą nam do głowy monumentalne dzieła starożytnych Greków, renesansowy „Dawid” Michała Anioła albo pełne emocji rzeźby Rodina. Tymczasem jedna z najbardziej niezwykłych figurek przedstawiających człowieka powstała dziesiątki tysięcy lat wcześniej, w czasach, kiedy nie istniały jeszcze miasta, państwa, świątynie ani pismo. Jest niewielka, mieści się właściwie w dłoni, a jej twórca pozostaje całkowicie anonimowy. Mimo to dzisiaj Wenus z Willendorfu* należy do najbardziej rozpoznawalnych zabytków sztuki prehistorycznej.

Już sam termin „Wenus” jest jednak trochę mylący. Figurkę nazwano tak dopiero w czasach nowożytnych, kiedy archeolodzy zaczęli używać określenia „Wenus” wobec prehistorycznych figurek kobiecych. Nazwa nawiązywała do rzymskiej bogini miłości i piękna, ale nie oznacza to, że ludzie, którzy stworzyli figurkę, rzeczywiście wyobrażali sobie boginię odpowiadającą rzymskiej Wenus. Nie mamy najmniejszego dowodu, że figurka była przedstawieniem konkretnej bogini. Równie dobrze mogła pełnić zupełnie inną funkcję.

I właśnie to jest w niej najbardziej fascynujące.

Nie wiemy, co właściwie przedstawia.

Figurka została odkryta w 1908 roku w pobliżu Willendorf w Austrii. Jest wykonana z wapienia i ma zaledwie około jedenastu centymetrów wysokości. Powstała prawdopodobnie około 25–29 tysięcy lat temu, w okresie paleolitu. Oznacza to, że dzieli nas od jej twórcy niewyobrażalnie długi okres. Wielkie cywilizacje Egiptu czy Mezopotamii pojawią się dopiero tysiące lat później.

Człowiek, który wykonał tę figurkę, żył w świecie zupełnie innym od naszego.

Nie miał internetu, książek, szkół ani nawet trwałych osad w takim znaczeniu, jakie znamy dzisiaj. Jego życie było związane z przemieszczaniem się, zdobywaniem pożywienia, polowaniem, zbieractwem i przystosowaniem do środowiska. A mimo to znalazł czas i umiejętności, żeby wykonać niewielki przedmiot przedstawiający ludzką postać.

Co więcej, postać ta nie jest przypadkowym, bardzo prymitywnym szkicem.

Twórca doskonale wiedział, co chce podkreślić.

Figurka ma bardzo charakterystyczną sylwetkę. Jej piersi są duże, brzuch wyraźnie zaokrąglony, biodra szerokie, a uda masywne. Kobieta jest przedstawiona jako osoba o bardzo pełnych kształtach. Jednocześnie twarz praktycznie nie istnieje jako indywidualny portret. Głowę pokrywają spiralne lub faliste elementy, które interpretowano na różne sposoby – mogą przypominać włosy, nakrycie głowy albo coś jeszcze innego.

Nie widzimy wyraźnych oczu, nosa czy ust.

To bardzo ważne.

Jeżeli twórca potrafił tak szczegółowo opracować inne części ciała, to fakt, że twarz nie została przedstawiona w typowy sposób, prawdopodobnie nie jest przypadkiem. Być może indywidualna tożsamość kobiety nie była ważna. Być może najważniejsze było pokazanie jej jako pewnego rodzaju symbolu.

Tylko czego?

Tutaj zaczyna się największa zagadka.

Przez wiele lat bardzo popularna była teoria, według której tego rodzaju figurki przedstawiały płodność. Ich wydatne piersi, brzuch i biodra miały symbolizować zdolność do rodzenia dzieci oraz zapewniania przetrwania grupy. Była to kusząca interpretacja, szczególnie ponieważ w wielu późniejszych kulturach kobiecość i płodność były ze sobą mocno związane.

Problem polega na tym, że nie mamy wystarczających dowodów, aby stwierdzić, że właśnie takie było znaczenie Wenus z Willendorfu.

Archeologia prehistorii ma tutaj ogromny problem: brakuje nam pisemnych wyjaśnień. Jeżeli znajdziemy średniowieczną figurę świętego, możemy przeczytać o jego historii. Jeżeli znajdziemy egipską rzeźbę, często możemy odczytać hieroglify i dowiedzieć się, kogo przedstawia. W przypadku figurki sprzed 25 tysięcy lat nie mamy niczego podobnego.

Nie wiemy, jak nazywali ją jej twórcy.

Nie wiemy, czy miała imię.

Nie wiemy, czy przedstawiała konkretną kobietę.

Nie wiemy nawet, czy w ogóle miała przedstawiać kobietę w takim sensie, w jakim my rozumiemy przedstawienie.

Możemy jedynie patrzeć na jej cechy i próbować wysnuwać hipotezy.

Jedna z nich mówi o płodności. Inna zakłada, że figurka mogła mieć znaczenie związane z macierzyństwem. Jeszcze inne interpretacje wskazują na możliwość, że była przedmiotem rytualnym, amuletem, symbolem określonej grupy albo po prostu przedmiotem związanym z życiem codziennym.

Możliwe jest również coś znacznie prostszego: mogła mieć wiele znaczeń jednocześnie.

Współczesny człowiek ma tendencję do szukania jednej prawidłowej odpowiedzi. Tymczasem ludzie żyjący dziesiątki tysięcy lat temu mogli nie rozdzielać tak wyraźnie religii, życia codziennego, rodziny i symboliki. Jeden przedmiot mógł być jednocześnie ozdobą, symbolem, pamiątką i przedmiotem rytualnym.

Właśnie dlatego badacze są dziś znacznie ostrożniejsi niż dawniej z określaniem takich figurek jako „bogiń płodności”.

Sama nazwa „Wenus z Willendorfu” również może sugerować coś, czego tak naprawdę nie wiemy. Nie była to przecież starożytna Wenus. Rzymianie pojawią się dopiero tysiące lat później. To po prostu współczesna nazwa nadana figurce.

I może nawet lepiej byłoby mówić o niej po prostu jako o figurce kobiecej z Willendorfu.

Jednym z najbardziej niezwykłych aspektów dzieła jest jego wielkość. Jest naprawdę małe. Ma mniej więcej rozmiar dłoni. To oznacza, że człowiek, który ją wykonał, prawdopodobnie mógł ją łatwo przenosić.

Niektórzy badacze zwracają uwagę, że taka wielkość mogła mieć znaczenie praktyczne. Jeżeli grupa ludzi często zmieniała miejsce pobytu, ogromna kamienna rzeźba byłaby zupełnie niepraktyczna. Małą figurkę można natomiast zabrać ze sobą.

To rodzi kolejne pytania.

Czy należała do konkretnej osoby?

Czy była przekazywana z pokolenia na pokolenie?

Czy służyła podczas określonych rytuałów?

Czy była zabawką?

Czy mogła być przedmiotem osobistego znaczenia?

Nie wiemy.

Możemy jednak zauważyć, że sama figurka jest bardzo starannie wykonana. Jej powierzchnia została opracowana w sposób wskazujący na świadome działanie. Nie jest to przypadkowy kawałek kamienia, któremu nadano kilka nacięć. Twórca musiał poświęcić czas i energię na wykonanie określonego kształtu.

To z kolei mówi nam coś ważnego o ludziach epoki paleolitu.

Często wyobrażamy sobie prehistorycznego człowieka jako kogoś, kto przede wszystkim walczył o przetrwanie i nie miał czasu na „sztukę”. Tymczasem Wenus z Willendorfu pokazuje coś zupełnie innego. Ludzie ci nie tylko zdobywali pożywienie. Tworzyli symbole, ozdoby i przedmioty, którym nadawali znaczenie.

Sztuka nie pojawiła się wraz z cywilizacją.

Jest od niej znacznie starsza.

Wenus z Willendorfu jest jednym z dowodów na to, że potrzeba tworzenia obrazów i przedmiotów symbolicznych jest bardzo głęboko zakorzeniona w ludzkiej historii.

Co jeszcze bardziej interesujące, jej proporcje zupełnie nie przypominają późniejszego europejskiego ideału piękna.

Jeżeli zestawimy ją z Apollosem, Dawidem Michała Anioła czy klasycznymi przedstawieniami Wenus, różnica będzie ogromna. Apollo ma smukłe, harmonijne ciało. Dawid jest wysportowany i proporcjonalny. Klasyczna Wenus często ma ciało przedstawione w sposób subtelny i elegancki.

Kobieta z Willendorfu jest natomiast bardzo masywna.

I właśnie dlatego przez długi czas próbowano interpretować ją przez pryzmat płodności i macierzyństwa. Jednak można też spojrzeć na nią inaczej.

Być może jej ciało nie miało symbolizować „piękna” w naszym współczesnym znaczeniu.

Być może miało przedstawiać dobrobyt i bezpieczeństwo.

W środowisku, w którym zdobywanie pożywienia było trudne i niepewne, pełna sylwetka mogła być zupełnie inaczej postrzegana niż dzisiaj. Zapasy tłuszczu oznaczały możliwość przetrwania okresów niedoboru. Kobieta o pełnych kształtach mogła więc być kojarzona z dostatkiem, zdrowiem lub możliwością przetrwania.

Ale ponownie – to tylko hipoteza.

I właśnie w przypadku Wenus z Willendorfu warto nauczyć się jednej bardzo ważnej rzeczy dotyczącej archeologii: brak dowodów nie pozwala nam dopisać do zabytku historii, która brzmi atrakcyjnie, ale nie jest potwierdzona.

To niezwykle kuszące, aby powiedzieć: „To była bogini płodności, którą prehistoryczni ludzie czcili”. Brzmi to ciekawie i dobrze pasuje do wyglądu figurki. Tyle że nie wiemy, czy to prawda.

Być może jej znaczenie było zupełnie inne.

Może przedstawiała konkretną osobę.

Może była symbolem kobiecości.

Może była amuletem.

Może była związana z narodzinami.

Może była częścią rytuału.

A może jej twórca po prostu miał określony pomysł artystyczny i nie kierował się żadnym skomplikowanym systemem religijnym.

To właśnie czyni ją tak fascynującą.

Nie znamy odpowiedzi, ale mamy wystarczająco dużo informacji, aby zadawać pytania.

Warto również zastanowić się nad samym pojęciem „sztuki”. Czy twórca Wenus z Willendorfu uważał się za artystę? Prawdopodobnie nie w takim znaczeniu, w jakim my rozumiemy artystę. Nie istniała przecież instytucja sztuki, galerie, krytycy czy rynek sztuki. Nie wiemy nawet, czy wykonanie figurki było specjalistycznym zajęciem jednej osoby, czy czymś, co mogło robić wielu członków grupy.

Dla jej twórcy granica pomiędzy „sztuką”, „rzemiosłem” i „przedmiotem codziennym” prawdopodobnie w ogóle nie wyglądała tak jak dzisiaj.

To bardzo ważne, bo pokazuje, że potrzeba tworzenia jest starsza niż nasze współczesne kategorie.

Człowiek chciał coś przedstawić.

Wziął materiał.

Nadał mu kształt.

I stworzył coś, co przetrwało około 25 tysięcy lat.

W tym sensie Wenus z Willendorfu jest niemal niewiarygodnym śladem osobistej decyzji człowieka, którego imienia nigdy nie poznamy.

Nie znamy jego twarzy.

Nie znamy jego języka.

Nie znamy jego rodziny.

Nie wiemy, gdzie mieszkał.

Nie wiemy, czego się bał ani o czym marzył.

A jednak wiemy, że siedział kiedyś z kawałkiem kamienia i zaczął go obrabiać.

I efekt jego pracy oglądamy dzisiaj.

To chyba najbardziej niezwykła rzecz w tej figurce.

Apollo może być symbolem wielkiej cywilizacji greckiej. Dawid – symbolem renesansowego geniuszu. Rodin – symbolem narodzin nowoczesnej rzeźby.

Wenus z Willendorfu jest natomiast symbolem samego początku ludzkiej potrzeby przedstawiania świata.

Nie wiemy, dlaczego została wykonana. Nie wiemy, co miała oznaczać. Nie wiemy, jak była odbierana przez ludzi, którzy żyli w jej czasach.

Wiemy jednak, że ktoś 25 tysięcy lat temu uznał, że warto ją stworzyć.

I może dlatego ta maleńka figurka jest w pewnym sensie bardziej tajemnicza niż monumentalne posągi bogów.

W przypadku Apolla znamy mitologię.

W przypadku Dawida znamy historię.

W przypadku świętej Teresy znamy jej własne zapiski.

Tutaj nie mamy prawie nic.

Tylko kamień.

I ślad po człowieku, który żył tak dawno, że cała znana nam cywilizacja była wtedy jeszcze niewyobrażalnie odległa.

Wenus z Willendorfu przypomina więc, że historia sztuki nie zaczyna się od wielkich pałaców i świątyń. Zaczyna się dużo wcześniej – od małych przedmiotów, które ktoś stworzył, ponieważ chciał nadać materiałowi określony kształt.

A najbardziej niezwykłe jest to, że po tylu tysiącach lat nadal próbujemy zrozumieć, co ten człowiek miał na myśli.

9

Odp: Jednak pojde na ten wolontariat

PunBB bbcode test

10

Odp: Jednak pojde na ten wolontariat

A to Oczy i ten drugi to jest jeden ten sam xDd ? Czy jak??

Odp: Jednak pojde na ten wolontariat
jea1 napisał/a:

A to Oczy i ten drugi to jest jeden ten sam xDd ? Czy jak??

Niewiem możliwe,ze Palec i Oczy to ta sama osoba

12 Ostatnio edytowany przez Julia life in UK (2026-09-14 19:18:08)

Odp: Jednak pojde na ten wolontariat

Napisalam do siostry zakonnej i jest szczęśliwa ,ze zmienilam zdanie. Dzieci tez sie ponoc ciesza. Natomiast nie jestem pewna,czy zaczne w ten weekend czy w następny ten wolontariat.

Ja niewiem czy sie mam cieszyc,bo inni sie ciesza. Stracę swoj czas wolny. No,ale moze sie jakos przyzwyczaje do tego,ze strace na wartości jako człowiek,w koncu bede za niedługo niestety niewolnikiem pracy  i na nic sie nie przydam,bo pomagac każdy glupi potrafi. Nikt mnie za to pomnika i tak nie zbuduje. No,ale wcześniej obiecalam we Wspolnocie ,wiec dotrzymam słowa

Ludzie ja chcialam byc slawna bizneswomen co po moim odejsciu z tego swiata,to by pokolenia podziwiali moje obrazy w muzeum.  A teraz bede nikim

Ja tego psychicznie nie wytrzynam. Z drugiej strony nie potrafiła bym sie cieszyc wolnościa majac z mozgu te chore dzieci. No trudno życie jakos mi ono zleci i... pojde do Nieba

13

Odp: Jednak pojde na ten wolontariat

Są rzeźby, które ogląda się przede wszystkim jako piękne przedmioty. Są też takie, przy których pierwszą reakcją nie jest zachwyt, ale pytanie: co tutaj właściwie się wydarzyło? „Laokoön i jego synowie” należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii. To nie jest spokojny bóg stojący w idealnej pozie, jak Apollo. Nie jest to też człowiek, który dopiero za chwilę podejmie walkę, jak Dawid Michała Anioła. Laokoön już walczy. I właściwie już wiadomo, że tej walki nie wygra.

Przed nami znajduje się mężczyzna oplątany przez ogromne węże, a obok niego dwóch młodych chłopców, którzy również zostali przez nie zaatakowani. Ich ciała są wykręcone, mięśnie napięte, twarze wyrażają cierpienie. Ojciec próbuje walczyć i jednocześnie ratować synów, ale sytuacja jest beznadziejna. Właśnie dlatego rzeźba robi tak mocne wrażenie: nie przedstawia zwycięstwa, lecz moment, w którym człowiek zdaje sobie sprawę, że jego los został już przesądzony.

## Historia człowieka, który ostrzegał Trojan

Żeby zrozumieć tę rzeźbę, trzeba cofnąć się do mitu o wojnie trojańskiej.

Laokoön był trojańskim kapłanem. Według najbardziej znanej wersji mitu to właśnie on podejrzewał, że drewniany koń pozostawiony przez Greków przed murami Troi może być podstępem. Kiedy inni Trojanie chcieli wprowadzić konia do miasta, Laokoön miał ostrzegać ich przed Grekami.

Jego słynne ostrzeżenie sprowadza się do myśli, którą później streszczano jako „Obawiam się Greków, nawet gdy przynoszą dary”.

I tutaj zaczyna się tragedia.

Według jednej z wersji mitu bogowie zesłali na Laokoöna i jego synów dwa ogromne węże morskie. Węże zaatakowały ich i udusiły. Trojanie uznali to za znak od bogów. Skoro kapłan został ukarany, najwyraźniej musiał obrazić bogów albo skłamać. Koń został więc wprowadzony do Troi.

Jak wiemy z dalszej historii, był to fatalny błąd.

Wewnątrz konia ukrywali się greccy wojownicy, którzy nocą otworzyli bramy miasta. Troja upadła.

I właśnie tutaj rzeźba nabiera dodatkowego znaczenia. Laokoön miał rację, ale jego próba ostrzeżenia rodaków doprowadziła go do śmierci, ponieważ został ukarany za coś, co z punktu widzenia późniejszego przebiegu wydarzeń było prawdą.

To jeden z najbardziej ponurych motywów mitologii greckiej: człowiek może mieć rację, a mimo to przegrać.

## Nie przedstawiono całej historii, tylko jeden moment

Jedną z największych sił tej rzeźby jest to, że nie opowiada całej historii. Artysta nie pokazuje konia trojańskiego, płonącej Troi ani greckich wojowników. Pokazuje tylko kilka sekund tragedii.

I właśnie dlatego widz sam dopowiada resztę.

Patrzymy na Laokoöna i od razu zaczynamy zastanawiać się: co było wcześniej? Dlaczego węże go zaatakowały? Czy próbował uratować synów? Czy chłopcy jeszcze żyją? Czy ojciec wie, że za chwilę umrą?

To bardzo charakterystyczne dla wielkiej sztuki antycznej. Zamiast opowiedzieć historię od początku do końca, wybiera się jeden szczególnie dramatyczny moment i pozwala widzowi zbudować całą historię w wyobraźni.

## Laokoön nie jest przedstawiony jak zwykły człowiek

A jednak jest tutaj coś, co może początkowo wydawać się dziwne.

Laokoön jest potężnym, niezwykle umięśnionym mężczyzną. Jego ciało przypomina ciało idealnego greckiego herosa. Ma ogromną siłę fizyczną, ale ta siła okazuje się niewystarczająca.

I to jest bardzo ważne.

W wielu wcześniejszych przedstawieniach greckiej sztuki piękne, harmonijne ciało było związane z doskonałością człowieka. Apollo był przykładem boskiego ładu, Dawid Michała Anioła później stanie się symbolem ludzkiej siły i możliwości.

Laokoön pokazuje coś przeciwnego.

Możesz być silny. Możesz być odważny. Możesz być inteligentny. Możesz nawet mieć rację.

A mimo to mogą istnieć rzeczy, których nie jesteś w stanie pokonać.

W tym sensie jest to niemal przeciwieństwo Dawida. Dawid dopiero za chwilę podejmie walkę z Goliatem i wiemy, że ma szansę zwyciężyć. Laokoön walczy już ze wszystkich sił i mimo to sytuacja staje się coraz bardziej beznadziejna.

## Najbardziej niezwykłe są ciała

Jeżeli przyjrzymy się bliżej rzeźbie, ogromną uwagę zwraca sposób, w jaki przedstawiono ciało Laokoöna.

Nie jest ono spokojne. Każdy mięsień zdaje się reagować na sytuację. Klatka piersiowa jest napięta, brzuch pracuje, ramiona próbują się uwolnić, nogi są ustawione tak, jakby całe ciało desperacko próbowało znaleźć punkt oparcia.

To nie jest anatomia pokazana tylko po to, żeby pochwalić się znajomością ludzkiego ciała.

Tutaj anatomia opowiada historię.

Mięśnie mówią nam, że człowiek walczy.

Skręcenie tułowia mówi nam, że próbuje się wyrwać.

Napięcie rąk mówi nam, że nie poddaje się dobrowolnie.

A wyraz twarzy pokazuje, że cierpienie fizyczne łączy się z czymś jeszcze gorszym – świadomością zagrożenia własnych dzieci.

To właśnie sprawia, że Laokoön nie jest tylko przedstawieniem człowieka zaatakowanego przez węże. To przedstawienie ojca, który nie jest w stanie ochronić swoich synów.

## Synowie są niezwykle ważni

Łatwo skupić całą uwagę na dorosłym mężczyźnie, ponieważ jego ciało jest największe i najbardziej dramatyczne. Jednak obecność dwóch chłopców całkowicie zmienia znaczenie sceny.

Gdyby Laokoön walczył sam, byłaby to opowieść o człowieku walczącym z potworem.

Ale tutaj mamy ojca i dzieci.

Jeden z synów jest mniejszy i bardziej bezbronny. Drugi również próbuje się wyrwać. W porównaniu z ojcem ich ciała są delikatniejsze i słabsze. To jeszcze bardziej podkreśla nierówność walki.

Laokoön nie walczy więc tylko o własne życie.

W pewnym sensie walczy o to, żeby jego dzieci przeżyły.

I właśnie dlatego scena jest tak emocjonalna nawet dla współczesnego widza, który nie zna całej mitologii trojańskiej. Relacja ojca i synów jest uniwersalna. Nie trzeba znać imion bogów ani historii wojny trojańskiej, żeby zrozumieć rozpacz człowieka, który próbuje ochronić swoje dzieci przed czymś, czego nie jest w stanie pokonać.

## Węże nie są zwykłymi zwierzętami

Bardzo ciekawie potraktowano również same węże.

Nie są one tylko dodatkiem mającym pokazać, że bohater został zaatakowany. Ich ciała tworzą część całej kompozycji. Oplatają ludzi, przebiegają pomiędzy ich kończynami i tworzą linie, które łączą całą grupę.

Dzięki temu wąż staje się niemal drugim „ciałem” rzeźby.

Człowiek próbuje się wyrwać, ale im bardziej patrzymy, tym bardziej widzimy, że został wciągnięty w skomplikowaną sieć.

Węże symbolizują też coś więcej niż zwykłe niebezpieczeństwo. Są narzędziem losu, boskiej kary i przeznaczenia. Laokoön nie walczy z przeciwnikiem, którego może pokonać mieczem. Walczy z czymś, co zostało na niego zesłane przez siły stojące ponad człowiekiem.

## Dlaczego rzeźba wygląda tak „teatralnie”?

To dzieło jest jednym z najbardziej znanych przykładów hellenistycznego zamiłowania do dramatyzmu.

Sztuka grecka nie zawsze wyglądała tak jak spokojne, harmonijne posągi kojarzone dzisiaj z antykiem. W późniejszym okresie sztuki greckiej artyści coraz chętniej przedstawiali gwałtowny ruch, cierpienie, starość, śmierć, emocje i skrajne sytuacje.

Laokoön jest niemal teatralny.

Ciała tworzą skomplikowaną grupę, linie są diagonalne, wszystko wydaje się poruszać. Nie mamy wrażenia, że oglądamy trzy nieruchome kamienne postacie. Mamy wrażenie, że ktoś zatrzymał czas dokładnie w środku walki.

To niezwykłe osiągnięcie.

Rzeźba z natury jest nieruchoma. Kamień nie może się ruszać.

A jednak dobry rzeźbiarz potrafi sprawić, że patrzymy na kamień i mamy wrażenie, że za sekundę coś się wydarzy.

## Odkrycie, które zmieniło historię sztuki

Historia samego posągu jest niemal równie ciekawa jak historia przedstawionej sceny.

Rzeźbę odnaleziono w Rzymie w 1506 roku. Odkrycie było ogromnym wydarzeniem dla świata artystycznego renesansu.

I trzeba sobie wyobrazić, jak wyglądała wtedy sytuacja.

Europa zaczynała fascynować się na nowo sztuką starożytną. Artyści renesansu szukali inspiracji w antycznych dziełach, proporcjach i sposobach przedstawiania ludzkiego ciała. A tutaj nagle pojawiła się monumentalna grupa rzeźbiarska, która wydawała się być niemal idealnym przykładem najwyższego poziomu sztuki antycznej.

Dzieło oglądał między innymi Michał Anioł.

I jego zainteresowanie Laokoönem nie było przypadkowe. Artystę fascynowało ludzkie ciało, jego napięcie, skręcenie i zdolność wyrażania emocji.

Można więc powiedzieć, że Laokoön był jednym z tych antycznych dzieł, które pomogły ukształtować wyobrażenie renesansowych artystów o tym, czym może być rzeźba.

## Michał Anioł miał się czym inspirować

Kiedy później patrzymy na „Dawida” Michała Anioła, można zauważyć pewne podobieństwa.

Obie rzeźby traktują ciało człowieka bardzo poważnie. Obie pokazują potężną muskulaturę, napięcie i emocje. Ale cel jest zupełnie inny.

Dawid jest skupiony.

Laokoön jest rozpaczliwie dynamiczny.

Dawid ma przed sobą przyszłość.

Laokoön ma przed sobą katastrofę.

Dawid kontroluje swoje ciało.

Laokoön próbuje odzyskać kontrolę nad sytuacją, która już wymknęła się spod jego władzy.

To świetnie pokazuje, jak różne emocje można wyrazić za pomocą tego samego materiału – marmuru.

## Co właściwie widzimy: grecki oryginał czy rzymską kopię?

Tutaj historia robi się jeszcze ciekawsza.

Laokoön był przez długi czas przypisywany trzem greckim rzeźbiarzom: Agesandrowi, Athenodorosowi i Polydorosowi z Rodos. Tradycyjnie wiązano go z okresem hellenistycznym.

Jednocześnie dzieło, które znamy dzisiaj, jest związane z rzymskim światem i zachowało się w marmurze. Stąd przez lata trwały dyskusje dotyczące dokładnego datowania, charakteru dzieła i tego, w jakim stopniu jest ono oryginałem, a w jakim rzymską kopią lub reinterpretacją wcześniejszego dzieła.

To zresztą częsty problem w przypadku sztuki antycznej. Rzymianie bardzo intensywnie kopiowali greckie rzeźby. Dzięki temu wiele greckich kompozycji znamy właśnie z rzymskich wersji.

Paradoksalnie więc to, co dziś nazywamy „sztuką antyczną”, może być czasem dziełem, które przeszło przez kilka etapów: grecki pomysł, rzymskie wykonanie, późniejsze uszkodzenia, renesansową rekonstrukcję i nowoczesną konserwację.

## Rzeźba była uszkodzona

Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, że słynne dzieło mogło wyglądać kiedyś zupełnie inaczej.

Posąg został odnaleziony w stanie niekompletnym. Szczególnie problematyczne były brakujące fragmenty, w tym części kończyn.

Przez wiele lat artyści i konserwatorzy próbowali ustalić, jak powinny wyglądać brakujące elementy.

To prowadzi do bardzo ciekawego pytania: czy oglądamy dzisiaj Laokoöna dokładnie takiego, jakim stworzyli go antyczni artyści?

Nie do końca.

Historia rzeźby nie zakończyła się w momencie, kiedy została wykuta. Przez kolejne stulecia była odkrywana, interpretowana, uzupełniana i ponownie oceniana.

To trochę tak, jakby samo dzieło miało własne życie.

## Piękno cierpienia

Jest jednak coś, co może współczesnego widza wprawić w zakłopotanie.

Dlaczego właściwie oglądamy cierpiącego człowieka jako coś pięknego?

Laokoön jest przedstawiony w chwili ogromnego bólu. Jego synowie również cierpią. A mimo to zachwycamy się kompozycją, anatomią, ruchem i kunsztem artysty.

To jeden z podstawowych problemów sztuki przedstawiającej tragedię.

Czy można stworzyć piękne dzieło o czymś strasznym?

Antyczni artyści odpowiadali: tak.

W Laokoönie cierpienie zostało przekształcone w język sztuki. Nie oznacza to, że cierpienie samo w sobie jest piękne. Piękna może być natomiast forma, dzięki której jesteśmy w stanie o tym cierpieniu pomyśleć.

Rzeźba nie mówi: „patrzcie, jakie wspaniałe jest cierpienie”.

Raczej mówi: „zobaczcie, jak wiele człowiek może wytrzymać i jak tragiczna może być jego sytuacja”.

## Czy Laokoön jest bohaterem?

To również nie jest takie oczywiste.

Nie pokonuje potwora.

Nie ucieka.

Nie ratuje swoich synów.

Nie osiąga zwycięstwa.

A jednak trudno odmówić mu heroizmu.

Jego bohaterstwo nie polega na zwycięstwie. Polega na tym, że walczy mimo świadomości własnej bezsilności.

I właśnie tutaj Laokoön staje się niezwykle współczesny.

Wiele naszych największych zmagań nie kończy się spektakularnym zwycięstwem. Czasami człowiek walczy z chorobą, utratą, starością, wojną, niesprawiedliwością albo sytuacją rodzinną, której nie jest w stanie całkowicie zmienić.

Może jednak próbować.

Laokoön właśnie to robi.

## Człowiek przeciwko przeznaczeniu

Jeżeli Apollo był symbolem harmonii, Dawid – odwagi, a Wenus z Willendorfu pozostaje zagadką dotyczącą najstarszych ludzkich wyobrażeń o ciele i płodności, to Laokoön reprezentuje coś jeszcze innego: bezsilność człowieka wobec losu.

I dlatego ta rzeźba jest tak potężna.

Nie daje prostego pocieszenia.

Nie mówi, że dobro zawsze zwycięży.

Nie mówi, że silny człowiek zawsze da sobie radę.

Nie mówi nawet, że posiadanie racji wystarczy.

Laokoön miał ostrzegać przed koniem trojańskim. Nie zdołał przekonać swoich rodaków. Został ukarany. Jego śmierć stała się jednym z elementów tragedii Troi.

A jednak przetrwała pamięć o nim.

Po ponad dwóch tysiącach lat nadal patrzymy na jego twarz, jego napięte mięśnie, ręce próbujące oderwać od siebie węża i dwóch synów stojących obok niego.

I chyba właśnie dlatego ta rzeźba wciąż działa.

Bo pod wszystkimi warstwami mitologii, historii sztuki i archeologii znajduje się coś bardzo prostego: człowiek próbuje ochronić swoich bliskich, mimo że wie, że może nie być w stanie tego zrobić.

To już nie jest wyłącznie historia starożytnej Troi.

To historia człowieka.

A może właśnie dlatego „Laokoön i jego synowie” od ponad pięciuset lat od momentu ponownego odkrycia pozostaje jednym z tych dzieł, obok których trudno przejść obojętnie. Nie zachwyca spokojem ani idealnym pięknem. Zachwyca tym, że kamień potrafi wyglądać tak, jakby za chwilę miał zacząć krzyczeć.

14

Odp: Jednak pojde na ten wolontariat

PunBB bbcode test

15

Odp: Jednak pojde na ten wolontariat
Oczy Boga napisał/a:

PunBB bbcode test

Jeszcze nie ma 22 i takie bezeceństwa!

16

Odp: Jednak pojde na ten wolontariat

Solaris
Dobre; ))

Posty [ 16 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » Jednak pojde na ten wolontariat

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024