Witam, chciałem opisać swoją sytuacje, do końca nie umiem się w niej odnaleźć.
A więc od młodości byłem dosyć nieśmiały i zawsze bardzo marzyłem o kobietach, jednak wiedziałem że nie jest możliwe mieć kobiete i to bardziej jak wygrać na loterii a dostęp do kobiet mają wybrańcy.
I tak sobie żyłem od 15 roku życia (początek marzeń) aż do 39 roku życia. Czyli 24 lata.
Większość tego czasu poświęciłem na siebie. Rozwój zawodowy, fizyczny itp
Cały czas żyłem w przekonaniu, że seks to jest coś naprawdę niesamowitego, majestatycznego, uczucie nie do opisania z niczym.
W wieku 37 lat zakończyłem pracę zawodową (swoje zarobiłem i odziedziczyłem) mam dużo czasu wolnego i zacząłem próbować poznawać kobiety, coś się we mnie przełamało, wcześniej bałem się powiedzieć cześć.
I to były dwa lata ogromnych rozczarowań. Nic się nie udawało.
Wpadłem w jakiś dół. I w dzień 39 urodzin poszedłem sam na imprezę na miasto i pierwszy raz napiłem się alkoholu w życiu.
W zasadzie poznałem dziewczynę i wylądowaliśmy u mnie na mieszkaniu, był mój pierwszy seks......
To bylo 11 miesięcy temu, zobaczyłem, że u mnie w mieście nie jest trudno o kobiete, wystarczy chodzić na imprezy gdzie dziewczyny się bawią, wypić trochę na rozluźnienie i co kilka imprez można kogoś poznać.
Przez te 11 miesięcy bardzo częstego wychodzenia na miasto udało mi się poznać 9 dziewczyn. Z 4 z nich to był tylko 1 raz, potem już nie było kontaktu. Z 3 to były znajomości takie tydzień - dwa, kilka/kilkanaście zbliżeń. Z 2 wynikły dłuższe kilkumiesięczne relacje, opartę na czymś w stylu FWB. Jedna się skończyła, jedna właśnie trwa.
Wszystko pięknie. Powiedzień można po tylu latach pracy, dbania o siebie, rozwoju w końcu zasłużyłem. W końcu się odblokowało.
Ale moim ogromnym problemem jest to, że to o czym tak strasznie marzyłem 24 lat, coś tak mistycznego jak zbliżenie 2 ciał, okazało się niczym niezwykłym. Oczywiście seks z młodą atrakcyjną dziewczyną jest świetny, ale nie jest to dla mnie coś tak nadzwyczajnego aby marzyć o tym latami.
Od razu mówie, że wcześniej nie oglądałem zbyt często pornografii, masturbacja była, ale nie patologiczna, że co drugi dzień, libido było zawsze w normie/wysokie.
Szczerze mówiąc starciłem jakby sens wszystkiego, te marzenia, wizje z którymi przez 24 lata zasypiałem, okazały się nie tak mityczne. Tak jak mówie, seks jest super, ale wiele innych rzeczy dużo bardziej wpływa na komfort życia, zarobki, wygodne mieszkanie, brak stresu finansowego itp A w moich wyobrażeniach seks przebijał wszystko, coś po czym wiele godzin się leży i dochodzi do siebie i patrzy w gwiazdy rozpamiętując co się własnie wydarzyło. A wyszło, że seks daje to samo co masturbacja, tyle, że z bliskością. Tak więc wystarczy się przytulać z dziewczyną aby pokryć potrzebe bliskości. Orgazm, wyczyszczenie magazynów można mieć i tak i tak. Zaznaczam, że przez te 11 miesięcy intensywnego życia "toważyskiego" nie masturbowałem się.
Od miesiąca mam problemy ze snem, chodze apatyczny, w zasadzie nie cieszą mnie odwiedziny mojej "koleżanki", coraz mniej mnie cieszy też jej co prawda zgrabny wypięty tyłek. Nie umiem tego wyjasnić. Jest super, piękny... ale taki hmm zwykły? Normalny? Nie wiem, jak noga, pies, lodówka, po prostu zwykły. Nie czuje, że widząc go i bawiąc się nim jestem w innym wymiarze galaktyki, w innym świecie, na innych planetach, tak jak myślałem że to jest przez 24 lata.
Nie wiem czy nie żałuje utraty prawictwa. Większość robi to w nastoletnim wieku. 15,16,17,18,19. Może 39 to już nie czas na zaczynanie takiego życia, bo zaległości są tak ogromne, że nawet nie można się z tego cieszyć. Po prostu myśle, że może lepiej było dalej żyć tymi wizjami, pięknego seksu, innych wymiarów.