Dziś uśmiecham sie pod nosem bo dotarło do mnie jakie zmiany nastaly w podejsciu do dzieci.
Córka (2 kl. LO) pojechała na wies z koleżanką i jej rodzicami. Dzwonią i pytają czy dziewczyny mogą iść na rower. Myślę sobie co za podchwytliwe pytanie. Po krótkiej rozmowie okazało sie za rowery są a kasków nie ma ![]()
Teraz córka chce pojechać na weekend z koleżankami do innego dużego miasta. Zgodziłem sie. I pojawiły sie pytania: a kto z nimi jedzie? Nie wiem chyba same. A gdzie będą spać? Nie wiem pewnie booking...
I przypomniało mi sie ze po 2 kl. LO pojechałem z kolegami na wycieczkę rowerową. Miesięczna. Wigry Jubilat itp. Nie było komórek do rodziców zadzwoniłem w połowie wycieczki od jakiegoś sołtysa bo kasy nie starczy. Dostaliśmy odpowiednik przeddominacyjnych 400 zł od osoby i pojechaliśmy. Chyba trasy z rodzicami nie ustalaliśmy. Kilkaset kilometrów (dróg rowerowych nie bylo wiec po ulicach i lasach), mieliśmy starej generacji namiot ciężki jak cholera . Jeden wiózł tropik, jeden "rdzen", jeden stelaż. Była butla z gazem żeby sobie cos podgrzać. Spało sie na polach, pod lasem, czasem u jakiegoś rolnika na posesji co jajka rano przynosił a czasem na "kempingu" w luksusie - bylo sie gdzie umyć. Do tej pory wspomi,namy z kumplami ten wyjazd. Były burze z piorunami, ,gradobicia, słońce bezlitosne. Cudnie.
Tak sie zastanawiam czy w dzisiejszych czasach znaleźliby sie rodzice którzy na cos takiego pozwola (łącznie ze mna). I jeszcze to zero kontaktu ![]()