Postępuję (a raczej postępowałam gdy były nastoletnie) z moimi dziećmi, tak jak moi rodzice. Czytanie było zawsze mile widziane i było zachęcanie do tego.
Oczywiście ukrywałam się z pewnymi lekturami
, choć w zasadzie niepotrzebne.
Rodzice sami podsuwali pewne książki, ja to samo robiłam w stosunku do własnych dzieci. Czasem im to pasowało (rodzaj lektury), czasem nie. Nie kontrolowałam co czytają, bo i tak wiedziałam - rozmawiamy do dziś na temat przeczytanych książek. Jeżeli przy tym czytali jakieś książki, które uznałabym za ... hm.... nieodpowiednie, to nie widzę problemu, jeżeli wiem, że czytają też inne.
Gdy mi jakaś czytana przez dzieci książka "nie pasowała" z różnych przyczyn, to i tak nie zabraniałam czytania, tylko rozmawialiśmy na ten temat. Ja mówiłam co mi nie pasuje, z czym się nie zgadzam, oni m mówili swoje zdanie. Bywało, że dochodziliśmy do konsensusu, bywało, że pozostawaliśmy przy swoich zdaniach. Tak jest do dziś. Dzieci biorą z naszej biblioteki książki jakie chcą i żadna nie jest przed nimi chowana.
Tak samo było z muzyką, filmami, malarstwem.
Zaniepokojona byłabym gdyby dzieci czytały - ogólnie rzecz ujmując - chłam.
Druga sytuacja, kiedy byłabym zaniepokojona, to gdyby dzieci (ale we wczesnym okresie) zaczytywały się "niezdrowo" książkami propagującymi złe idee. Jeżeli za chęcią czytania stałaby zwykła ciekawość, to nie mam nic przeciwko. Im więcej poznają, tym lepiej.
Tylko uśmiecham się pod nosem, gdy np. Młody na wakacje zabiera ze sobą Prousta 