Ostatnio stwierdziłam że mam już dosyć pewnej cechy w sobie, z którą nie mogę sobie poradzić.
Otóż, mam za długi jęzor, i bynajmniej nie chodzi o obgadywanie!
Sprawa wygląda następująco. Jestem otwarta, lubię zbliżać do siebie ludzi. Nie mam potrzeby bycia w centrum uwagi, jednak gdy widzę, że rozmowy się nie kleją, to czuję się "odpowiedzialna" za dobrą atmosferę. Nie mogę narzekać na brak przyjaciółek. Mam ich cztery! Wydaje się to niemożliwe i fałszywe? Otóż nie, są to wieloletnie przyjaźnie, wspaniałe osoby, moje "żony"
. Ich tajemnice są dla mnie święte i z czystym sumieniem mogę się pochwalić że nie wykorzystałam nigdy, niczego, przeciwko nim.
W czym tkwi problem? Zaczynam myśleć że ta otwartość i szczerość może być zgubna. Jak wyżej, są osoby które to doceniają ale są i takie, co do których szczerości nie jestem pewna. Przykładowo: spotykam się z grupką znajomych. Żadni wielcy przyjaciele, choć znamy się od lat. Nie są to jednak znajomości gdzie kontakt jest co kilkudniowy, spontaniczny. Spotykamy się raz na jakiś czas, spotkania przebiegają w miłej, poprawnej atmosferze i tu zaczyna się mój dramat! Nagle otwieram się i gadam praktycznie o wszystkim, co dotyczy mnie! Może pomijam sprawy stricte intymne, ale mówię szczegółowo o moich planach, o pozytywnej relacji z moim facetem. Czasami wtrącę jakąś anegdotkę z mojego życia... Wszystko jest fajnie, miło... Ale nagle zdaję sobie sprawę że mają mnie na patelni... Że przecież oni nie zdradzają przede mną wszystkich swoich trosk i problemów. Któregoś dnia, spotkałam mojego kiedyś, bliskiego przyjaciela z tej grupki. Temat potoczył się w ten sposób, że w pewnym momencie dał mi do zrozumienia żebym uważała na to co mówię, bo to naturalne że w grupie wszyscy się obgadujemy... W tamtym momencie powróciła myśl mojego długiego jęzora i zaczęłam żałować że wiedzą tak wiele... Co gorsza, zdarza mi się być zbyt otwartą względem nowo poznanych osób
...
I mało tego! Mój facet (z którym jestem od niedawna) też mam wrażenie wie wszystko! A wręcz myślę więcej niż ja o nim (zachowując zasadę "nie pytam o byłe", może o pewne szczegóły z jego życia).
Źle mi z tym, że nie jestem wystarczająco tajemnicza. Że moje życie to zreferowany Big Brother. A jednak nie potrafię nad tym zapanować. Zdarza mi się, że obiecuję sobie, dosyć. Dzisiaj zamiast się zwierzać, skrócę temat do stwierdzenia "wszystko ok"... Tak jakby, chcę się obronić przed długimi (plotkarskimi) jęzorami innych... I... Nie wychodzi... Koniec końców i tak powtarzam ten sam błąd... A może demonizuję siebie?
Boję się że zostanę kiedyś przez to skrzywdzona... ![]()