Możliwe? Czy na myśl o śmierci bliskiej osoby czujecie strach, niepokój? Bardziej boicie się własnej śmierci czy kogoś bliskiego? Czy śmierć można oswoić?
I kolejny aspekt, chyba nieunikniony w kwestii rozważań nt. śmierci ? religia. Czy myślicie, że ludzie religijni lepiej radzą sobie z tym problemem? W końcu zawsze jest perspektywa życia po śmierci - ?lepszego życia?, raju, ponownego spotkania.
Natomiast jak tłumaczą to ateiści? Czy nie jest ciężko wyjść z założenia, że osoba, którą darzyłam/em miłością leży kilka metrów pod ziemią, zjadają ją robaki i w żadnym aspekcie już nie istnieje? Czy uważacie, że pamięć bliskich jest namiastką istnienia tej osoby?
Boje się śmierci bliskich, swojej nie bardzo, szkoda mi tylko kiedy myślę, że pewnie umrę młodo a jest jeszcze tyle rzeczy które chciałabym zrobić, wciąż mam ludzi których kocham, psa którego nie chcę zostawić samego, to budzi we mnie bardziej żal niż strach.
Umieranie towarzyszy nam każdego dnia, od momentu narodzin zbliżamy się do chwili śmierci. W naszej kulturze mało mówi się o śmierci, nie oswaja się z nią. Można by rzec, że jest tematem tabu, a przecież jest nieuniknioną konsekwencją istnienia.
W Meksyku, gdzie kultura Indian splata się z tradycją chrześcijańską, śmierć jest widoczna na każdym kroku. Tam kult "Świętej Śmierci" jest wciąż żywy.
Obrzędy ludowe, będące pozostałością starych wiar, zawierają w sobie oswajanie ze śmiercią. Składanie ofiar z jedzenia, które znamy z "Dziadów" Adama Mickiewicza, odbywało się z okazji wielu świąt.
We współczesnym świecie nie przygotowuje się ludzi, a zwłaszcza dzieci na śmierć. Panuje kult życia i młodości.
Czy na myśl o śmierci bliskiej osoby czujecie strach, niepokój? Bardziej boicie się własnej śmierci czy kogoś bliskiego? Czy śmierć można oswoić?
W przeszłości bardzo przeżywałam śmierć. Jako dziecko się jej bałam i starałam wyprzeć z umysłu jej istnienie. Z wiekiem wiele się zmienia. Odchodzą bliższe i dalsze osoby, rodzi się świadomość przemijania i nieuchronności śmierci. Gdy po ciężkiej i wyniszczającej chorobie odchodzi bliska osoba, odczuwa się ulgę, że już nie cierpi.
Trudniej jest pogodzić się ze śmiercią młodych ludzi, tu rodzi się żal, smutek, że nie zdążyli zaznać życia.
Śmierć bliskich? Tak, bardzo się jej boję. Straciłam kilka bliskich mi osób i wiem, że nie da się z tym oswoić. Kilka lat temu zmarł mój tata, co jakiś czas przeszywa mnie porażająca myśl, że kiedyś zabraknie też mojej mamy, wtedy staję na głowie, aby się z nią jak najszybciej zobaczyć, powiedzieć coś, dzięki czemu będzie wiedzieć, jak bardzo ją kocham i jak bardzo jest dla mnie ważna. Ja wiem, że te gesty i słowa nie jej, ale mi są bardziej potrzebne, ale nauczona doświadczeniem wiem też, jak ciężko jest żyć ze śwaidomością, że z czymś się nie zdążyło.
Mojemu synowi i mężowi wiele razy powtarzałam, że jeśli komuś z nas miałoby się coś stać, to wolałabym być to ja. Ja sobie poradzę, ale dziś nawet nie potrafię wyobrazić sobie tego bólu, kiedy dowiedziałabym się, że zostałam sama, a nawet, że stało im się coś poważnego, na przykład mieli ciężki wypadek. Naprawdę to ja sama wolałabym leżeć w szpitalu niż patrzeć, że dzieje im się coś złego.
Moje obserwacje pokazują, że ludzie religijni tracąc kogoś bliskiego wcale nie czują się lepiej od ateistów. Ich strata jest tak samo bolesna i tak samo cierpią. Kilka lat temu naprawdę głęboko wierząca kuzynka straciła męża, do dziś się z tego nie otrząsnęła. W ubiegłym roku jej równie religijna siostra straciła swojego - dziś jest zupełnie inną osobą od tej, którą pamiętam.
Gdy po ciężkiej i wyniszczającej chorobie odchodzi bliska osoba, odczuwa się ulgę, że już nie cierpi.
Trudniej jest pogodzić się ze śmiercią młodych ludzi, tu rodzi się żal, smutek, że nie zdążyli zaznać życia.
Podpisuję się pod tym.
Dodam jeszcze, że ludzie strasi są ze śmiercią oswojeni, często już się jej nie boją, ci ktorzy pozostają też powoli się na tę chwilę przygotowują, ale ze śmiercią dziecka, które swoje życie miało dopiero przeżyć, szczególnie trudno się pogodzić.
5 2015-06-16 20:15:44 Ostatnio edytowany przez truthrevealer (2015-06-16 20:52:13)
Powiem jak według chrześcijan powinno wyglądać podejście do sprawy śmierci.
Jezus przyszedł na świat w grzesznym ciele (chociaż sam nie popełnił grzechu, ale przyjął taki ciało jak mamy my) , aby potępić to ciało, które jest skłonne do grzechu . Wrócił w nowym ciele bezgrzesznym takim jakie będą mieć wszyscy zbawieni.
"Albowiem czego zakon nie mógł dokonać, w czym był słaby z powodu ciała, tego dokonał Bóg: przez zesłanie Syna swego w postaci grzesznego ciała, ofiarując je za grzech, potępił grzech w ciele."
Kto kocha swoje życie ten straci je, bo używając teraz świata tracimy czas i szanse na kontakt z Bogiem. Nie ważne co tu na ziemi zrobimy, jeżeli nie znajdziemy drogi do Boga, która prowadzi przez Jezusa nic nam nie pomoże.
Jana 12,24 Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. 25 Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne.
Według Jezusa bez śmierci ciała nie ma życia wiecznego bo ciało i krew nie wejdą do Królestwa Bożego. Dlatego dla prawdziwego chrześcijanina śmierć ciała to nie powód do smutku, bo żeby zmartwychwstać jak Jezus w nowym ciele, musimy też umrzeć ciałem, ale wcześniej należy porzucić swoje doczesne życie pełne niepotrzebnych, ulotnych celów i skupić się na poszukiwaniu Boga.
1 List Jana 2:16 Bo wszystko, co jest na świecie, pożądliwość ciała i pożądliwość oczu, i pycha życia, nie jest z Ojca, ale ze świata.
I świat przemija wraz z pożądliwością swoją; ale kto pełni wolę Bożą, trwa na wieki.
Możliwe? Czy na myśl o śmierci bliskiej osoby czujecie strach, niepokój? Bardziej boicie się własnej śmierci czy kogoś bliskiego? Czy śmierć można oswoić?
I kolejny aspekt, chyba nieunikniony w kwestii rozważań nt. śmierci ? religia. Czy myślicie, że ludzie religijni lepiej radzą sobie z tym problemem? W końcu zawsze jest perspektywa życia po śmierci - ?lepszego życia?, raju, ponownego spotkania.
Natomiast jak tłumaczą to ateiści? Czy nie jest ciężko wyjść z założenia, że osoba, którą darzyłam/em miłością leży kilka metrów pod ziemią, zjadają ją robaki i w żadnym aspekcie już nie istnieje? Czy uważacie, że pamięć bliskich jest namiastką istnienia tej osoby?
Boję się śmierci rodziców. Śmierci partnera oczywiście też, ale nie myślę o niej często, bo jesteśmy młodzi, więc zakładam podświadomie, że to jeszcze nie czas. Natomiast aktualnie obserwuję jak rodzice moich koleżanek z podstawówki albo liceum jeden po drugim umierają na raka. Z takich bliskich mi znajomych praktycznie każdy stracił już matkę albo ojca. W tym roku byłam na 8 pogrzebach czyichś rodziców. To naturalnie budzi moje refleksje i przeraża zarazem. Chociaż mam już własne życie, a z rodzicami nie wiszę codziennie na telefonie, to nie wyobrażam sobie, by mogło ich nie być. Swojej śmierci się nie boję. Boję się jedynie tego, że mogłaby być długa i bolesna.
Nie lubię katolickiego rytuału pogrzebowego: wystawionej trumny, głaskania nieboszczyka, smętnych i łzawych pieśni, a potem niehigienicznego składania w grobie. Pogrzeby są dla mnie najgorszą rzeczą w całej żałobie i oswajaniu śmierci. I nie rozumiem ich, bo czy katolicy nie powinni się cieszyć w takiej sytuacji? Mam wrażenie, że religijni ludzie gorzej sobie radzą ze śmiercią, są słabi psychicznie. Długo nie umieją pogodzić się ze stratą, wierzą w duchy, sny itp. Nie krytykuję tego, bo to nie moja sprawa. To tylko moje obserwacje ludzi, których znam. Być może to oni są słabi psychicznie i nie są reprezentatywną grupą katolików. Wiem, że osobom wierzącym wydaje się niepojęte, jak my (ateiści) radzimy sobie ze świadomością, że nie ma żadnego życia po śmierci. Jest mi ciężko, gdy umrze bliska osoba, ale nie jest ciężej ze względu na brak wiary w życie pozagrobowe. Ja zawsze postrzegałam tę ostateczność jako coś pięknego. Mam świadomość, że każdą żałobę muszę przepracować i przeżyć. Staram się dostrzegać pozytywne strony, to mi pomaga. Tę pozytywną stroną jest np. przypominanie sobie o wszystkich wspólnych dobrych chwilach oraz przypominanie tego, jak dana osoba zmieniła moje życie. Pociesza mnie właśnie, że żyje ona w mojej pamięci. Staram się też żyć tak, by jej wpływ na moje życie miał sens, czyli zmarły żyje nie tylko w mojej pamięci, ale też w każdym codziennym czynie.
Ja się boję tym bardziej, że mieszkam daleko od rodziny i kiedy od nich wyjeżdżam tym bardziej przeżywam bo nigdy nie wiem czy wszystkich zobaczę kiedy przyjadę znowu, tym bardziej że ostatnio dziadek, który prócz cukrzycy, cieszy się dobrym zdrowiem i nic nie wskazywało że pojawią się jakieś problemy niedawno był w szpitalu z dość poważnym problemem.
Więc często o tym myślę, głównie dlatego (tak podejrzewam) że właśnie nie ma mnie na miejscu.
Byłem katolikiem - jestem deistą, więc można powiedzieć że mam pogląd na zagadnienie śmierci z dwóch stron. Wcale nie powiedziałbym, że wiara w Boga pozwala przebrnąć przez śmierć. Oczywiście perspektywa życia po śmierci jes kusząca, bo daje jakieś tam poczucie, że to jeszcze nie koniec, że jak żyłem/am dobrze to Bóg przyjmie mnie do swojego królestwa. Jednak umówmy się, jeżeli w momencie śmierci została by wam przedstawiona możliwość przedłużenia życia choćby o tydzień, czy ktoś z was by nie skorzystał? Skorzystałby każdy, taki jest człowiek i to że ktoś wierzy to nie znaczy, że wcale mu tak śpieszno na tamten świat.
Zresztą z moich obserwacji wynika że tak naprawdę nie jest ważne czy ktoś wierzy w coś tam dalej czy nie. Ludzie tak naprawdę w ostatnich chwilach swojego życia żałują niewykorzystanych szans, tego że nie zawsze byli dobrymi: matkami i ojcami, synami i córkami, mężami i żonami. Żałują najczęściej zerwanych relacji, tego że mogli swoim ukochanym coś jeszcze ważnego powiedzieć ale nie zrobili tego, czy to przez głupotę czy to przez brak czasu. Te lęki są myślę uniwersalne dla każdego bez względu na jakieś podziały.
Bardzo mi też brakuje tego o czym mówiła ewka, że w naszej kulturze nie oswaja się ludzi przed śmiercią. Zaryzykuje nawet stwierdzenie, że śmierć - wciąż temat tabu, jest tematem ważniejszym nawet od seksu. Umówmy się, seks nie każdy uprawiać musi, a śmierć jest wpisana jednak w ludzkie istnienie. Czy chcemy czy nie, wszyscy umrzemy, dlatego powinno się o śmierci mówić.
Jednak umówmy się, jeżeli w momencie śmierci została by wam przedstawiona możliwość przedłużenia życia choćby o tydzień, czy ktoś z was by nie skorzystał? Skorzystałby każdy, taki jest człowiek i to że ktoś wierzy to nie znaczy, że wcale mu tak śpieszno na tamten świat.
.
No to chyba jednak nie jest tak że KAŻDY, bo gdyby tak było to ludzie nie odbieraliby sobie życia...
Wydaje mi się że śmierć chrześcijanin powinien traktować jak cos podobnego do przeobrażania poczwarki w motyle, ciało jest naszym więzieniem które powoduje cierpienie i pragnienia. To coś co szybko się psuje i ulega powolnej degradacji. Dlatego wiele osób które przeżyło śmierć kliniczną mówi że nie chciało wracać do swojego ciała bo czuło się właśnie jak te motyle które wzlatują do lotu i z góry widzą zasuszoną powłoke które była kiedyś ich częścią.
Lub jeśli patrzeć z naukowego punktu widzenia ich mózg nie umarł i stąd takie doznania, oczywiście mówię to dla zróżnicowanej dyskusji, nie mam zwyczaju negować czyichś wierzeń ![]()
Ten strach przed śmiercią nie jest czymś oczywistym w naszej kulturze. W polskiej kulturze ludowej do końca XIX wieku śmierć była oswojona. Sądzona, że ośmiesza się ten, kto nie umie się z nią pogodzić. Tylko realia były trochę inne. Śmierć rzadko pojawiała się nagle, zwykle można było się do niej przygotować. Ludzie najczęściej umierali w domu, a nie w szpitalach. To było ważne, bo konający żegnał się ze światem we własnym łóżku, wśród ludzi, których kochał. Ludność chłopska była przywiązana do swojego domu i ziemi. Śmierć w szpitalu wydawała się niegodna i według przekonań, była wynikiem jakiejś kary. W chwili śmierci nie myślano zwykle o ratowaniu życia, ale modlono się o szybką, bezbolesną śmierć. Charakter śmierci zmienił się też od momentu rozwoju nauk ścisłych, zwłaszcza medycyny. Chory umiera najczęściej w szpitalu i zwykle samotnie (wcześniej umierającemu towarzyszyła rodzina, sąsiedzi, społeczność). Śmierć nie jest już częścią codzienności.
Już sam sposób obrazowania i wyobrażania sobie śmierci uległ przemianie. Kościotrup z kosą (już on sam budzi strach i złe skojarzenia) nie był przecież pierwotnym obrazem śmierci u nas. To przyszło z chrześcijaństwa. Wcześniej wyobrażano sobie śmierć jako zwykłą wiejską kobietę, która posiada wiele ludzkich uczuć i emocji. Taką śmierć można było próbować przebłagać, nakarmić, dać jej podarunek itp. Osobiście wolałabym ten pierwszy obraz śmierci, nie ten chrześcijański.
Czasami kwestia smierci nie jest kwestia wiary ale faktow. Np. ludzie, ktorzy dotarli do swoich wspomnien z przed momentu urodzenia sie (hipnoza) nie tylko maja inny od naszego ale dla nich realny obraz tego jak jest ale sie rowniez tym z nami podzielili. Jest tez wiele obserowalnych zjawisk, ktore pokazuja ze swiadomosc nie umiera z cialem. Kwestia jest inna. Czy wobec roznych mozliwosci jestesmy przygotowani na zjawisko smierci (jest dla nas nieuniknione) i ew. konsekwnecji tych roznych mozliwosci? Bo przekonanie o tym ze po smierci nic nie ma, czy ze jest zycie wieczne nie zmienia tych mozliwosci. Ciekawe jest np. to ze wielu ateistow nawracalo sie w chwili smierci lub tuz przed nia.
Wiele wnosi do doswiadczenia smiercu smierc osob bliskich, przyjaciol z ktorymi bylismy zwiazani. I tak jak jedni maja intuicje a inni jej nie maja, tak niektrorzy moga w sposob subtelny odczuwac kontakt z takimi zmarlymi bliskimi im osobami. Jest to kwestia pewnych predyspozycji (tak jak niektrorzy odbieraja rozne dzwieki a inni tego nie rozrozniaja) a w efekcie koncowym doswiadczenia lub jego braku. Trudno wiec przekonac kogos kto czegos nie doswiadczyl do czegos albo kogos kto czegos doswiadczyl do nie bycia czegos. Ew. mozna czerpac z doswiadczen innych ludzi lub interdycyplinarnie. I tak jak wszedzie, sa rowniez ludzie, ktorzy nie zastanawiaja sie nad realnoscia rzeczywistosci pozamaterialnej ale ja analizuja podobnie jak Ci o wysotrzonym sluchu muzycznym, nie tylko to odbieraja ale weryfikuja, swiadomie odczuwaja. Dla nich wiec dowodzenie czegos co jest oczywiste w czym posiadaja doswiadczenie, to absurd.
Problem w dyskusji jest taki, ze czesto Ci co w nic nie wierza, chca na sile narzucic swoje zdanie (moze i byc odwrotnie) przez co sama dyskusja sprowadza sie do poziomu dowodzenia czy cos jest czy nie jest (czego sie nie da dowiesc poniewaz jest to kwestia doswiadczenia lub przyjecia doswiadczenia innych ludzi). Mozna wiec to dowodzic jedynie poprzez doswiadczenie wlasne lub innych ludzi. Szkoda, bo mozliwosc dyskusji juz na szczegolami opisu rzeczywistosci ginie. Rowniez czesto mam wrazenie ze Ci co niewierza, tak naprawde maja jakis problem z ta niewiara, bo reaguja emocjonalnie, a przeciez w takim przypadku temat powinien byc dla nich obojetny.
Ciekawe jest np. to ze wielu ateistow nawracalo sie w chwili smierci lub tuz przed nia.
Interesuję się dość mocno zjawiskiem umierania i śmierci i da się to w dość logiczny sposób wytłumaczyć określonymi procesami zachodzącymi w mózgu w czasie umierania człowieka. Ludzie Ci, którzy umierają powoli i są w stanie agonalnym bardzo często doświadczają różnych wizji. Ich organizm produkuje bardzo dużo substancji mających umierającego uspokoić i pozwolić odejść w spokoju. Dlatego też często ludzie umierający po prostu ze starości, czy nawet w chorobie długotrwałej i przy skutecznym leczeniu bólu odchodzą spokojnie i często wręcz sprawiają wrażenie szczęśliwych.
Niestety mimo mojej dość bogatej wiedzy na ten temat i niejako oswojenia się z umieraniem i śmiercią to bardzo boję się śmierci rodziców. W innych przypadkach już tak tego nie odczuwam. Ale to raczej dość logiczne i chyba jeśli ma się bardzo dobry kontakt z rodzicami to mimo wszystko nie jest się łatwo pogodzić z tym, że każdy kiedyś będzie musiał odejść.
Problem w dyskusji jest taki, ze czesto Ci co w nic nie wierza, chca na sile narzucic swoje zdanie (moze i byc odwrotnie) przez co sama dyskusja sprowadza sie do poziomu dowodzenia czy cos jest czy nie jest (czego sie nie da dowiesc poniewaz jest to kwestia doswiadczenia lub przyjecia doswiadczenia innych ludzi). Mozna wiec to dowodzic jedynie poprzez doswiadczenie wlasne lub innych ludzi. Szkoda, bo mozliwosc dyskusji juz na szczegolami opisu rzeczywistosci ginie. Rowniez czesto mam wrazenie ze Ci co niewierza, tak naprawde maja jakis problem z ta niewiara, bo reaguja emocjonalnie, a przeciez w takim przypadku temat powinien byc dla nich obojetny.
Hehe
Przecież to Ty sypiesz inwektywami na prawo i lewo.
Po raz kolejny tłumaczę Ci że robienie czegoś niewłaściwego, a potem przenoszenie tego na innych swiadczy o zaburzeniu osobowości. Jest to taki sam syndrom jak w przypadku innych zaburzeń z przeniesienia. Wpisz sobie w wujka google "syndrome...by proxy". Być może wyrzuci tylko syndromy pokrewne hipochondrii ale zapewniam że mechanizm jest ten sam. To trzeba leczyć, nie ze względu na innych, bo inni jeśli domyślają się przyczyny to mają z Ciebie polew, jeśli są choć trochę empatyczni to im Ciebie szkoda.
Na humorystyczne podejście do tematu reagujesz agresją. Być może dlatego że odbierasz to jako ignorowanie twojej osoby. Jest to o tyle niebezpieczne, że w sprzyjających warunkach, może przerodzić się w agresję, której nie będziesz już w stanie kontrolować. Chodzi zarówno o przemoc psychiczną jak i fizyczną.
To już nie jest zabawa. Tu już nie można siedzieć na drzewku i srać na innych którzy siedzą w twoim przekonaniu niżej, w nadziei że w taki sposób rozładuje się frustrację. Trzeba coś z tym robić.
Ale też dodałabym jeszcze, że wiele osób niesłusznie określa siebie jako ateistów. Nie są nimi w taki przemyślany, odpowiedzialny sposób., Są po prostu pogubieni, chwilowo obrazili się na Boga itp. Znam wielu pseudoateistów, ich jest znacznie więcej niż tych prawdziwych. Dlatego śmieszy mnie, gdy potem mowa o rzekomym nawracaniu człowieka, który nigdy prawdziwym ateistą nie był, bo zawsze był niepewny swoich poglądów, czegoś szukał lub jego poglądy były wyrazem buntu. Nie znam ani jednego ateisty, któremu choć przez myśl przeszłoby nawrócenie w chwili śmierci. A w hospicjum widziałam takich całkiem sporo i przecież byli oni postawieni w skrajnej sytuacji, bo dobrze wiedzieli, że umierają. I też mieli wizje, różne stany agonalne itp.
Powiem jak według chrześcijan powinno wyglądać podejście do sprawy śmierci.
Jezus przyszedł na świat w grzesznym ciele (chociaż sam nie popełnił grzechu, ale przyjął taki ciało jak mamy my) , aby potępić to ciało, które jest skłonne do grzechu . Wrócił w nowym ciele bezgrzesznym takim jakie będą mieć wszyscy zbawieni.
"Albowiem czego zakon nie mógł dokonać, w czym był słaby z powodu ciała, tego dokonał Bóg: przez zesłanie Syna swego w postaci grzesznego ciała, ofiarując je za grzech, potępił grzech w ciele."
Kto kocha swoje życie ten straci je, bo używając teraz świata tracimy czas i szanse na kontakt z Bogiem. Nie ważne co tu na ziemi zrobimy, jeżeli nie znajdziemy drogi do Boga, która prowadzi przez Jezusa nic nam nie pomoże.
Jana 12,24 Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. 25 Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne.
Według Jezusa bez śmierci ciała nie ma życia wiecznego bo ciało i krew nie wejdą do Królestwa Bożego. Dlatego dla prawdziwego chrześcijanina śmierć ciała to nie powód do smutku, bo żeby zmartwychwstać jak Jezus w nowym ciele, musimy też umrzeć ciałem, ale wcześniej należy porzucić swoje doczesne życie pełne niepotrzebnych, ulotnych celów i skupić się na poszukiwaniu Boga.
1 List Jana 2:16 Bo wszystko, co jest na świecie, pożądliwość ciała i pożądliwość oczu, i pycha życia, nie jest z Ojca, ale ze świata.
I świat przemija wraz z pożądliwością swoją; ale kto pełni wolę Bożą, trwa na wieki.
Życie ziemskie jest etapem docelowym a nie przejściowym.
Dając innym nadzieję że jest inne lepsze życie po śmierci, dajesz im pretekst do tego żeby odkladali życie na później. Bardzo wielu ludzi, którzy już stracili nadzieję robi tak pod wpływem wiary. Potem u kresu swoich dni mają ogromny żal że nic nie robili, nie wykorzystali szans, nawet kiedy byli na to gotowi.
Ja to znam z autopsji. Znam reakcje takich ludzi, kiedy zbliża się koniec.
W spokoju umierają tylko ludzie, którzy wiedzą że zrobili w życiu to co mogli, spelnieni. To jest ta sama radość i spokój, którą odczuwają po ciężkiej pracy mówiąc "jestem zmęczony ale szczęśliwy".
Na twoje wychwalanie wspaniałego życia po śmierci, odpowiem Ci pytaniem zadanym przez Antystenesa z Aten, które zadał orfickiemu kapłanowi, roztaczającemu przed nim wizje wspaniałego życia po śmierci - "Czemu, skoro w to wierzysz, sam co rychlej nie umierasz?".
Ciekawe jest np. to ze wielu ateistow nawracalo sie w chwili smierci lub tuz przed nia.
Interesuję się dość mocno zjawiskiem umierania i śmierci i da się to w dość logiczny sposób wytłumaczyć określonymi procesami zachodzącymi w mózgu w czasie umierania człowieka. Ludzie Ci, którzy umierają powoli i są w stanie agonalnym bardzo często doświadczają różnych wizji. Ich organizm produkuje bardzo dużo substancji mających umierającego uspokoić i pozwolić odejść w spokoju. Dlatego też często ludzie umierający po prostu ze starości, czy nawet w chorobie długotrwałej i przy skutecznym leczeniu bólu odchodzą spokojnie i często wręcz sprawiają wrażenie szczęśliwych.
Niestety mimo mojej dość bogatej wiedzy na ten temat i niejako oswojenia się z umieraniem i śmiercią to bardzo boję się śmierci rodziców. W innych przypadkach już tak tego nie odczuwam. Ale to raczej dość logiczne i chyba jeśli ma się bardzo dobry kontakt z rodzicami to mimo wszystko nie jest się łatwo pogodzić z tym, że każdy kiedyś będzie musiał odejść.
Dlatego jest to kwestia doswiadczenia chociaz wspomnienia z hipnozy (spojne dla kilku tys. przypadkow, ktore przebadal w ciagu 30 lat Newton) trudno tlumaczyc powyzszym. Niektorzy pewne wizje, wspomnienia maja juz za zycia. Zawsze mozna to tlumaczyc jakismis blizej nie okreslonymi procesami i substancjami. Jednak pewna wiedza instnieje i co ciekawe (zwlaszcza dla mnie) wystepuja ona rowniez w starozytnych kulturach, gdzie mozna dowiedziec sie ze jedna czesc czlowieka po smierci ciala rozplywa sie (cialo eteryczne), druga przechodzi do kolejnego zycia (cialo astralne) a trzecia wraca do krainy przodkow (cialo duchowe). A co do kontaktow z rodzicami. Wg. analizy wspomnien przedprenatalnych najsilniejsze wiezi ma sie z tzw. bliskimi duszami. W realnym zyciu najczesciej sa to nasi parnerzy, przyjaciele, rodzenstwo ale raczej nie rodzicie (Ci sa najczesciej z tzw. grup bliskich, dla nas pobocznych).
Ale też dodałabym jeszcze, że wiele osób niesłusznie określa siebie jako ateistów. Nie są nimi w taki przemyślany, odpowiedzialny sposób., Są po prostu pogubieni, chwilowo obrazili się na Boga itp. Znam wielu pseudoateistów, ich jest znacznie więcej niż tych prawdziwych. Dlatego śmieszy mnie, gdy potem mowa o rzekomym nawracaniu człowieka, który nigdy prawdziwym ateistą nie był, bo zawsze był niepewny swoich poglądów, czegoś szukał lub jego poglądy były wyrazem buntu. Nie znam ani jednego ateisty, któremu choć przez myśl przeszłoby nawrócenie w chwili śmierci. A w hospicjum widziałam takich całkiem sporo i przecież byli oni postawieni w skrajnej sytuacji, bo dobrze wiedzieli, że umierają. I też mieli wizje, różne stany agonalne itp.
Myslę ze czesto tak własnie jest czego wyrazem jest ich emocjonalny a nie obojetny stosunek do tematu albo na zasadzie uderz w stół to nożyce się odezwą.
Ludzie Ci, którzy umierają powoli i są w stanie agonalnym bardzo często doświadczają różnych wizji. Ich organizm produkuje bardzo dużo substancji mających umierającego uspokoić i pozwolić odejść w spokoju. Dlatego też często ludzie umierający po prostu ze starości, czy nawet w chorobie długotrwałej i przy skutecznym leczeniu bólu odchodzą spokojnie i często wręcz sprawiają wrażenie szczęśliwych.
Niestety mimo mojej dość bogatej wiedzy na ten temat i niejako oswojenia się z umieraniem i śmiercią to bardzo boję się śmierci rodziców.
Tak. W stanie agonalnym wydzielają się bardzo duże ilości opiatów endogennych. Stąd poczucie bezgranicznego szczęścia, przyjemności, wizje pięknych miejsc w których się znajdują.
Często opisują to ludzie, którzy się topili i byli już w stanie śmierci klinicznej, albo ci którzy zamarzali, opisując to jak pomimo potwornego zimna czuli że zasypiają, jest im ciepło, błogo, mają wizje jakichś pięknych krain. Podobnie jak ci którzy się topili, opisują jakieś cudowne podwodne światy, nawet jeśli topili się w basenie przeciwpożarowym.
Jeśli boisz się tak bardzo śmierci rodziców to czas na własne dzieci. Lepiej się wtedy rozumie na czym polega życie.
Jeśli boisz się tak bardzo śmierci rodziców to czas na własne dzieci. Lepiej się wtedy rozumie na czym polega życie.
Już za dwa miesiące:)
Można się oswoić ze śmiercią...to tak naprawdę czego każdego z Nas.
Na przykładzie 3 osób z mojej rodziny które niedawno zmarły a z którymi miałem dobry kontakt mogę naprawdę Wam powiedzieć, że można z kostuchą się oswoić...najtrafniej ujęła to moja babcia, u której byłem dzień przed jej odejściem. Powiedziała mi, że śmierć nie wybiera, bo przy niej trzeba pogodzić się z nieuchronnością losu i pokazać swoje prawdziwe Ja.
Powiem tak swojej śmierci sie nie boje. Ot taka kolej rzeczy. Bardziej boje sie tego ze zachoruję i będę zależna od innych osób. Nie myślę o tym codziennie ale od czasu do czasu przychodzi taka myśl. Jeśli mam umrzec chcialabym aby to byla chwila i mnie juz nie ma.
Nie wyobrazam sobie śmierci moich najbliższych. Rodzicow, siostry, partnera, babci.
Ostatnio bliskie mi osoby odeszły z mojej rodziny - nie potrafię tego zaakceptować i nie jestem w stanie oswoić sie ze śmiercią.
Powiem tak swojej śmierci sie nie boje. Ot taka kolej rzeczy. Bardziej boje sie tego ze zachoruję i będę zależna od innych osób. Nie myślę o tym codziennie ale od czasu do czasu przychodzi taka myśl. Jeśli mam umrzec chcialabym aby to byla chwila i mnie juz nie ma.
Nie wyobrazam sobie śmierci moich najbliższych. Rodzicow, siostry, partnera, babci.
Ostatnio bliskie mi osoby odeszły z mojej rodziny - nie potrafię tego zaakceptować i nie jestem w stanie oswoić sie ze śmiercią.
Nnajtrudniejsze moim zdaniem jest znalezienie odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie jestes w stanie tego zaakceptowac. Co jest tego powodem? Moze czujesz sie osamotniona, zostawiona? Mnie pomoglo to ze w trudnych chwilach czulem realna pomoc z tamtej strony ale od przyjaciol, a nie od krewnych z rodziny. Poza tym dla mnie zycie po zyciu bylo zawsze kwestia oczywista. Kiedys jako dziecko bardzo tesknilem za siostra mojej babci. Kiedys bylo mi dane zobaczyc ja jak zyje po smierci i mimo ze zmarla w wieku ponad 80 lat, nigdy nie widzialem jej mlodej, to tam byla mloda. Od tamtej pory kwestia istnienia zycia po smierci jest dla mnie bezdyskusyjna.
Można oswoić śmierć na zasadzie przyjęcia do wiadomości, że nie da się jej uniknąć.. Moja mama odchodziła długo,był czas, żeby się do tej myśli przyzwyczaić. Tato poszedł do szpitala nagle i zmarł 4 dnia. W kwestii bólu, żalu i tęsknoty różnicy nie ma żadnej. Boję się wczesnej śmierci swojej, mojego partnera. Boję się bólu i cierpienia. Wiem, że to część życia, ale napatrzyłam się na to w szpitalach i strasznie mnie przeraża śmierć w chorobie.
Rumpelstiltskin napisał/a:Jeśli boisz się tak bardzo śmierci rodziców to czas na własne dzieci. Lepiej się wtedy rozumie na czym polega życie.
Już za dwa miesiące:)
Congratulations!.:) Zaczął się nowy etap w twoim życiu. ![]()
cisowianka napisał/a:Powiem tak swojej śmierci sie nie boje. Ot taka kolej rzeczy. Bardziej boje sie tego ze zachoruję i będę zależna od innych osób. Nie myślę o tym codziennie ale od czasu do czasu przychodzi taka myśl. Jeśli mam umrzec chcialabym aby to byla chwila i mnie juz nie ma.
Nie wyobrazam sobie śmierci moich najbliższych. Rodzicow, siostry, partnera, babci.
Ostatnio bliskie mi osoby odeszły z mojej rodziny - nie potrafię tego zaakceptować i nie jestem w stanie oswoić sie ze śmiercią.Nnajtrudniejsze moim zdaniem jest znalezienie odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie jestes w stanie tego zaakceptowac. Co jest tego powodem? Moze czujesz sie osamotniona, zostawiona? Mnie pomoglo to ze w trudnych chwilach czulem realna pomoc z tamtej strony ale od przyjaciol, a nie od krewnych z rodziny. Poza tym dla mnie zycie po zyciu bylo zawsze kwestia oczywista. Kiedys jako dziecko bardzo tesknilem za siostra mojej babci. Kiedys bylo mi dane zobaczyc ja jak zyje po smierci i mimo ze zmarla w wieku ponad 80 lat, nigdy nie widzialem jej mlodej, to tam byla mloda. Od tamtej pory kwestia istnienia zycia po smierci jest dla mnie bezdyskusyjna.
Zwyczajnie nie potrafię oswoić sie z myślą ze zabraknie moich bliskich. Jestem bardzo zżyta z rodzina. Samotna ? Nie. Mam rodzine, partnera no i znajomych. Nie czuje sie samotna.
Chciałabym kiedyś osiągnąć taki etap wewnętrznego spokoju, by umieć przyjmować na klatę śmierć bliskich osób i zaakceptować, że to naturalna kolej rzeczy. Żal i tęsknota zawsze będzie. Obserwuję jednak ludzi z otoczenia i nie chciałabym skończyć kiedyś w takiej rozsypce psychicznej. Mam nadzieję, że lepiej będę sobie radzić w takich sytuacjach, choć mam tu wątpliwości.
Bardzo mi też brakuje tego o czym mówiła ewka, że w naszej kulturze nie oswaja się ludzi przed śmiercią. Zaryzykuje nawet stwierdzenie, że śmierć - wciąż temat tabu, jest tematem ważniejszym nawet od seksu. Umówmy się, seks nie każdy uprawiać musi, a śmierć jest wpisana jednak w ludzkie istnienie. Czy chcemy czy nie, wszyscy umrzemy, dlatego powinno się o śmierci mówić.
Mój mąż wielokrotnie podkreślał, że w górach, skąd pochodzi spora część jego rodziny, śmierć traktowana jest naturalnie, jak coś, co po prostu wpisane jest w nasze życie i to życie nieuchronnie kończy. Oni mają do tematu umierania spory dystans, być może dlatego, że w ogóle są twardymi i zahartowanymi ludźmi. Odnoszę też wrażenie, że człowiek prosty, który nad wieloma sprawami po prostu nie zastanawia się, także śmierć przyjmuje jako fakt oczywisty, z którym trzeba się zwyczajnie pogodzić.
Innymi słowy za dużo myślimy i filozofujemy ![]()
30 2015-06-17 18:07:30 Ostatnio edytowany przez Iris7 (2015-06-17 18:08:52)
A "wolelibyście", by Wasi bliscy umierali stopniowo, czy raczej, żeby stało się to nagle? W nagłej śmierci chyba najbardziej przeraża to, że nie można się pożegnać, po raz ostatni powiedzieć: "Kocham Cię". Osobiście ciężko mi nawet wybrać, chociaż chyba chciałabym mieć możliwość pożegnania się.
A moglibyście umrzeć spokojnie? Bez lęku o najbliższych, o to jak potoczą się ich losy?
Nawiązując do literatury, podobała mi się śmierć Petroniusza w "Quo vadis". Zresztą, samobójcza.
Małpo, zdecydowanie... ![]()
A "wolelibyście", by Wasi bliscy umierali stopniowo, czy raczej, żeby stało się to nagle? W nagłej śmierci chyba najbardziej przeraża to, że nie można się pożegnać, po raz ostatni powiedzieć: "Kocham Cię". Osobiście ciężko mi nawet wybrać, chociaż chyba chciałabym mieć możliwość pożegnania się.
Przeżyłam i to, i to, z perspektywy czasu uważam, że dla tych, którzy pozostają lepiej jest, kiedy mają czas na oswojenie się z myślą, że tego konkretnie bliskiego za jakiś czas zabraknie, pozamykanie pewnych spraw, pożegnanie się, powiedzenie tego, co się czuje, że powinno zostać powiedziane.
Z drugiej strony czekanie "czy to już" jest bardzo trudne i stresujące. Kiedy umierał mój teść (leżał wóczas w szpitalu na OIOM-ie), z którym nie byłam jakoś szczególnie emocjonalnie związana, każdy telefon z nieznanego numeru budził lęk i wywoływał silne napięcie. Jeszcze gorzej było, kiedy w hospicjum umierała bardzo bliska mi ciocia. Chcieliśmy mieć ją w domu, ale nie dawaliśmy sobie rady z bólem, więc czekanie na to, co było już nieuchronne, wspominam jako coś strasznego.
Kiedy z kolei umarł mój tata, nie umiałam pogodzić się z tym, że stało się to tak nagle.
A moglibyście umrzeć spokojnie? Bez lęku o najbliższych, o to jak potoczą się ich losy?
Dzisiaj tak. Dziś wiem, że zrobiłam wszystko, aby mój syn dostał spory potencjał na przyszłość, wiem też, że miałby się nim kto zaopiekować. Inni są dorośli i w pełni samodzielni. Byłoby mi jednak żal, że nie zobaczę przyszłości syna, w której mam nadzieję jest miejsce na sukcesy, radości i jego szczęście.
Innymi słowy za dużo myślimy i filozofujemy
Na to wychodzi
.
32 2015-06-17 18:47:07 Ostatnio edytowany przez Małpa69 (2015-06-17 18:51:54)
Zależy jakby umierali, jeśli tak jak umierała moja ciocia to już wolę nagle, nie chcę by ktoś jeszcze z mojej rodziny musiał tak cierpieć a reszta cierpiała razem z cierpiącym. Wtedy modliłam się choć jak wiecie jestem nie wierząca żeby to było szybko, rokowanie to było jeszcze pół roku, po dwóch tygodniach ciocia zmarła, pamiętam ostatni dzień, stałam nad jej łóżkiem i w myślach krzyczałam "nie pozwól jej tak cierpieć", godzinę później już nie żyła, mogę więc powiedzieć że Bóg mnie wysłuchał tudzież los się zlitował. Ciocia chorowała w sumie 5 lat...
33 2015-06-17 22:32:39 Ostatnio edytowany przez Revenn (2015-06-17 22:33:11)
Lub jeśli patrzeć z naukowego punktu widzenia ich mózg nie umarł i stąd takie doznania, oczywiście mówię to dla zróżnicowanej dyskusji, nie mam zwyczaju negować czyichś wierzeń
Śmierć kliniczna jest wtedy kiedy mózg nie daje żadnych sygnałów. Kiedy myślisz czy śnisz cały czas produkuje fale mózgowe o większym lub mniejszym nasileniu. Dlatego do śmierci klinicznej zaliczane są tylko te osoby których mózg kompletnie przestał pracować, zazwyczaj nie trwa ona dłużej niż 4-10 minut bo mózg zaczyna bardzo szybko obumierać. Chociaż zdarzały się przypadki że pacjenci u których stwierdzono śmierć budzili się dopiero w worku. Czy była to źle przeprowadzona diagnoza? błąd sprzętu który nie potrafił wyłapać minimalnych fal? Możliwe, ale w tym czasie przeżywali bardzo intensywne doświadczenia których nigdy nie doświadczyli w zwykłym śnie. Potrafią opisać ze szczegółami przebieg tego wydarzenia. I znów pojawia się pytanie czy nie zmyślają, ale niby dlaczego mieliby to robi.
Ja się bardzo boję, że mój mąż umrze, kiedy on umrze, umrę i ja ![]()
Myślę że śmierci nie da się oswoić, ona na zawsze pozostanie dla nas tajemnicą, nie wiem czy jest życie po śmierci i w jakim celu miałoby być. Pożegnałam wiele osób z rodziny i wiem że nigdy nie zdążymy powiedzieć odchodzącym tego że ich kochamy ale oni o tym wiedzą. Jestem za kremacją i uważam że to lepsze niż gnijące ciała wyjadane przez deski w trumnie przez szczury, niestety widziałam takie obrazki. Ciało nasze to zużyte ubranko które należy zrzucić gdy przyjdzie na to pora, nie boję się śmierci ale przeraża mnie ciężka choroba i powolne umieranie w bólach. Nagły zgon jest dobrodziejstwem dla odchodzącego a dla rodziny szokiem. Nie wierzę że jest życie po śmierci, ze rozliczani jesteśmy za grzechy które popełniamy w różnych warunkach , bo kto miałby to ważyć i jaką wagą? a przede wszystkim w jakim celu?
Chory który potwornie cierpi nie cierpi sam ,ale rodzina wraz z nim i koniec jego życia jest wyzwoleniem dla niego i jego rodziny , choroby są różne i nie są piękne, różnie człowiek w nich się zachowuje tak jak i różną ma opiekę. Szpitale nie chcą przyjmować teraz pacjentów ciężko chorych, jak nie ma się kto nim zaopiekować to są do tego hospicja nie zawsze na dobrym poziomie bo jak wszystkim wiadomo to jest porażający brak kasy i to mówi wszystko o opiece.
Piszecie tu o wierzących a ja zastanawiam się dlaczego księża czy zakonnice nie chcą szybko umierać ale chcą cieszyć się zżyciem doczesnym, pięknymi samochodami i luksusowym życiem a przecież nam mówią że ostatni będą pierwszymi a pierwsi ostatnimi, dlaczego nie śpieszno im do RAJU a nam go obiecują ? Dlaczego prowadzą taki styl życia który urąga temu co głoszą?
Szanuję obecnego Papieża Franciszka, on stara przywrócić się w kościele trochę umiaru ale to niedoścignione jego marzenie.
Wiesz tylko człowiek zadaje sobie zawsze pytanie, po co żyje. Czy tylko dlatego żeby przedłużył gatunek, czy po to żeby spełniał swoje marzenia. Dlaczego jedni są nieszczęśliwi a drudzy żyją pełnią życia. Dlaczego tylko my ze wszystkich gatunków potrafimy marzyć i myśleć o tym co będzie po śmierci. Zwierzęta nie zdaje sobie sprawy że kiedyś umrą, może to jest błogosławieństwo ale niestety my zawsze będziemy mieli taki dylemat. Poza tym co się dzieje z myślami, z nagromadzoną wiedzą i doświadczeniami wielu osób, rozpływają się? Ale w przyrodzie nic tak po prostu nie znika, i pomimo że myśli nie są czymś fizycznym to jednak istnieją. W śmierci najgorsze jest cierpienie, choroba która do niej doprowadza.
Revenn, tak naprawdę to nie wiemy po co żyjemy więc musimy tak żyć aby nikogo po drodze nie krzywdzić a nagromadzona wiedza przechodzi z pokolenia na pokolenie i również musi służyć rozwojowi gatunku ludzkiego i nie tylko.
Masz rację że w przyrodzie nic nie ginie , nasze życie to koło , nie ma początku i końca , z naszego ciała w końcu czerpią rośliny i robaki a więc również życie i ono również przeobraża się w dalszym ciągu , ale nie wiem w jakim celu, na to pytanie nie ma chyba odpowiedzi.
Ciało umiera, rozpada się ale pozostaje energia i ona również czemuś służy.
Wiesz tylko człowiek zadaje sobie zawsze pytanie, po co żyje. Czy tylko dlatego żeby przedłużył gatunek, czy po to żeby spełniał swoje marzenia. Dlaczego jedni są nieszczęśliwi a drudzy żyją pełnią życia. Dlaczego tylko my ze wszystkich gatunków potrafimy marzyć i myśleć o tym co będzie po śmierci. Zwierzęta nie zdaje sobie sprawy że kiedyś umrą, może to jest błogosławieństwo ale niestety my zawsze będziemy mieli taki dylemat. Poza tym co się dzieje z myślami, z nagromadzoną wiedzą i doświadczeniami wielu osób, rozpływają się? Ale w przyrodzie nic tak po prostu nie znika, i pomimo że myśli nie są czymś fizycznym to jednak istnieją. W śmierci najgorsze jest cierpienie, choroba która do niej doprowadza.
Zwierzęta doskonale zdają sobie sprawę z tego że umrą a niektóre gatunki jak np słonie odwiedzają groby swoich przodków, jak ja to kocham, kiedy ludzie myślą że są lepsi od wszystkiego dookoła.
39 2015-06-18 08:12:58 Ostatnio edytowany przez maniek_z_maniek (2015-06-18 08:16:00)
Małpa69 napisał/a:Lub jeśli patrzeć z naukowego punktu widzenia ich mózg nie umarł i stąd takie doznania, oczywiście mówię to dla zróżnicowanej dyskusji, nie mam zwyczaju negować czyichś wierzeń
Śmierć kliniczna jest wtedy kiedy mózg nie daje żadnych sygnałów. Kiedy myślisz czy śnisz cały czas produkuje fale mózgowe o większym lub mniejszym nasileniu. Dlatego do śmierci klinicznej zaliczane są tylko te osoby których mózg kompletnie przestał pracować, zazwyczaj nie trwa ona dłużej niż 4-10 minut bo mózg zaczyna bardzo szybko obumierać. Chociaż zdarzały się przypadki że pacjenci u których stwierdzono śmierć budzili się dopiero w worku. Czy była to źle przeprowadzona diagnoza? błąd sprzętu który nie potrafił wyłapać minimalnych fal? Możliwe, ale w tym czasie przeżywali bardzo intensywne doświadczenia których nigdy nie doświadczyli w zwykłym śnie. Potrafią opisać ze szczegółami przebieg tego wydarzenia. I znów pojawia się pytanie czy nie zmyślają, ale niby dlaczego mieliby to robi.
Istnieje wiele innych doswiadczen na temat np. odpowiedzi mozgu, aktywnosci, itp. powszechnie moze nie znanych ale sugerujacych ich sama swiadomosci czy bank wspomnien znajduja sie poza mozgiem. Staje sie to zrozumiale dopiero kiedy jest zrozumienie ze czlowiek sklada sie nie tylko z fizycznego ciala. Innego typu zjawiska to potwierdzaja (chocby potwierdzona mozliwosc wplywu na wyniki eksperymentow). Co do smierci klinicznej to relacje mowiace o tym co sie dzialo w innych pomieszczeniach poza miejscem przebywania ciala, raczej dosc silnie dowodza ze nie chodzi tutaj tylko o jakies zmiany czy reakcje w mozgu.
Revenn, tak naprawdę to nie wiemy po co żyjemy więc musimy tak żyć aby nikogo po drodze nie krzywdzić a nagromadzona wiedza przechodzi z pokolenia na pokolenie i również musi służyć rozwojowi gatunku ludzkiego i nie tylko.
Masz rację że w przyrodzie nic nie ginie , nasze życie to koło , nie ma początku i końca , z naszego ciała w końcu czerpią rośliny i robaki a więc również życie i ono również przeobraża się w dalszym ciągu , ale nie wiem w jakim celu, na to pytanie nie ma chyba odpowiedzi.
Ciało umiera, rozpada się ale pozostaje energia i ona również czemuś służy.
Widzisz. Az prosi sie o sprecyzowanie czym jest ta energia? Bo przeciez nie jest niczym czy czyms nieokreslonym co np. moze zginac. Ludzie jednak uciekaja od tematu, jakby zaczynaja, staja i nie kontynuluja, nie wyciagaja wnioskow.
Synonimem pojecia energii o ktorej piszesz, jest duch, dusza, cialo duchowe, element niesmiertelny czlowieka. Dalej mozna dyskutowac o jego cechach, posiadaniu samoswiadomosci, itp.
40 2015-06-18 18:04:59 Ostatnio edytowany przez Revenn (2015-06-18 18:08:56)
Revenn napisał/a:Wiesz tylko człowiek zadaje sobie zawsze pytanie, po co żyje. Czy tylko dlatego żeby przedłużył gatunek, czy po to żeby spełniał swoje marzenia. Dlaczego jedni są nieszczęśliwi a drudzy żyją pełnią życia. Dlaczego tylko my ze wszystkich gatunków potrafimy marzyć i myśleć o tym co będzie po śmierci. Zwierzęta nie zdaje sobie sprawy że kiedyś umrą, może to jest błogosławieństwo ale niestety my zawsze będziemy mieli taki dylemat. Poza tym co się dzieje z myślami, z nagromadzoną wiedzą i doświadczeniami wielu osób, rozpływają się? Ale w przyrodzie nic tak po prostu nie znika, i pomimo że myśli nie są czymś fizycznym to jednak istnieją. W śmierci najgorsze jest cierpienie, choroba która do niej doprowadza.
Zwierzęta doskonale zdają sobie sprawę z tego że umrą a niektóre gatunki jak np słonie odwiedzają groby swoich przodków, jak ja to kocham, kiedy ludzie myślą że są lepsi od wszystkiego dookoła.
Nie uważam że ludzie są lepsi niż zwierzęta, nawet w niektórych przypadkach są lepsze i bardziej racjonalne niż my. Ale przyznasz że ich postrzeganie świata mocno różni się od naszego. I nie wydaje mi się żeby zwierze myślało o swojej śmierci, o tym co będzie po. Owszem kiedy jest chore czy ranne to możliwe że czuje zbliżający się koniec. A ten przypadek z słoniami nie jest jednoznacznie wyjaśniony przez naukowców, jestem przekonany że niektóre zwierzęta czują stratę bliskiego towarzysza, nie ma co do tego wątpliwości, można tutaj przytoczyć wiele wzruszających historii że napomknę tylko o jednej na której podstawie został nakręcony film "Mój przyjaciel hachiko" który polecam.
I jeszcze raz napisze żebym nie byłe zrozumiany, dla mnie człowiek to największa bestia i zło które toczy tą planetę od wielu lat, potrafi knuć, spiskować, mataczyć i niszczyć wszystko co stanie na drodze dla chęci zysku, i nie ważne co z tego wyniknie za kilka-kilkadziesiąt lat. Ale wierze też są są jednostki które zachowują się jak na człowieka przystało.
A do mańka post wyżej. Wcale nie trzeba doświadczyć śmierci klinicznej żeby "wyjść z ciała". Jest takie doświadczenie jak OBE, i prawdopodobnie poprzez pewne praktyki można się w taki stan wprowadzić. Ale ja raczej bym tego nie próbował, jest to bardzo niebezpieczne, i przyciąga złą energie do takiego człowieka. Ale możecie sobie trochę o tym poczytać.
Boję się śmierci-chyba najbardziej tego,że nie wiem kiedy ona nastąpi i nie jestem pewna czy jest coś po tym życiu. Myśl,że gdy umrę to koniec-nie będzie mnie, mojej duszy czy jakiejś części mnie jest przerażająca.
Bardzo boję się także śmierci bliskich osób.
Kiedys jako dziecko bardzo tesknilem za siostra mojej babci. Kiedys bylo mi dane zobaczyc ja jak zyje po smierci i mimo ze zmarla w wieku ponad 80 lat, nigdy nie widzialem jej mlodej, to tam byla mloda. Od tamtej pory kwestia istnienia zycia po smierci jest dla mnie bezdyskusyjna.
A mógłbyś powiedzieć jak dokładnie wyglądało to Twoje widzenie siostry babci po śmierci?
Jest jeden cytat który bardzo pasuje do tego tematu - "Boisz się śmierci, to często umieraj."
śmierć jest dobrze wymyślona, o ile nie jest nagła... Bo taka normalna śmierć, ze starości, kiedy człowiek juz na nic nie ma siły ani ochoty, kiedy jest ciężarem dla samego siebie może być prawdziwym wyzwoleniem, że nie musi się już dłużej męczyć. I nie piszę tu o bólu, bo wtedy czasami aż błaga się o takie wyzwolenie mimo niewiedzy, co z nami dalej bedzie...
Będąc w Stanach widziałem w jakiejś dziurze "punkt usługowy", w którym można było kupić sobie "nieruchomość" na tamtym świecie.
Podpytywałem "localsów" a ci twierdzili, że jest ich kilka, tych "firm", które pośredniczą w obrocie pomiędzy światami.