Tak mnie naszlo,aby zalożyć taki wąteczek po ostatniej rozmowie z moją mama.
Rozmawiałyśmy o mojej wycieczce na Jasną Górę (pisałam wam) miałam taką potrzebę,żeby pojechać do Częstochowy i tam sie pomodlić i tak też zrobiłam :-)
kupiłam sobie piękny obrazek,który stoi na mojej półeczce,oraz mały rózaniec,który nosze zawsze przy sobie.
Wracając do rozmowy z moją mama- opowiadała mi,że zna człowieka,który poważną chorobę zwalczał "wiarą"
Opowiedziała mi również historię naszej sąsiadki,która nie mogła mieć dzieci ( o czym niewiedziałam)
również jeździła do Czestochowy-po 5 latach urodziła córke,a pożniej syna. Ja osobiście słyszałam kiedyś o mężczyźnie,który walczyl z rakiem jelit i wygrał tę walkę bez leków...zaś moja koleżanka opowiadala mi,że jej ojciec choruje na cukrzycę,i jest tak wierzący,że lekarze sa zdziwieni,ponieważ nie bierze leków,a choroba mu się nie nasila.
Tak sobie myśle ?,coś w tym kurcze jest.