Witajcie,
Byłam kilka lat temu w związku. Zakochana po uszy i zaręczona z moją (jak mi się wydawało) "drugą połową", "miłością życia". Planowaliśmy ślub w kościele, w obecności wielu gości. Była wyznaczona data i zarezerwowana sala. Niemniej jednak moja niedoszła teściowa, która żywiła do mnie wielką nienawiść, z uśmiechem na twarzy i po wielu intrygach doprowadziła do "przełożenia" ślubu, na czas bliżej nieokreślony (generalnie powiedziała, że się nie zgadza na ślub, zrobiła awanturę, był płacz, groźby, że nie przyjdzie, prośby, lament, itp, generalnie ostro wjechała na psychę mojemu narzeczonemu, zaczęły się kłotnie, więc niestety planowanie ślubu w takiej sytuacji było niemożliwe). Niemniej jednak mój ukochany stwierdził, że w takiej sytuacji możemy wziąć ślub "między sobą", polegało to na wzajemnym wymówieniu przysięgi małżeńskiej w domowym zaciszu, bez udziału żadnych świadków. Narzeczony twierdził, że taki ślub jest równoprawny z tym wziętym w kościele, w obecności kapłana, gdyż takiej informacji udzielił mu jego dobry kolega, który jest księdzem. Ja szczerze mówiąc nie wierzyłam w to tak jak on, uznawałam tylko ślub w kościele, w obecności księdza. Jednak zgodziłam się na "ślub w domowym zaciszu" ze względu na mojego ukochanego, zaznaczając, że mimo wszystko chcę żeby doszło między nami do sakramentu w kościele. Ostateczni mój związek (dzięki mojej niedoszłej teściowej) rozpadł się permanentnie i na dziś dzień jestem w związku z innym mężczyzną, planujemy zaręczyny i ślub. Stąd też nachodzą mnie teraz takie natrętne myśli:
CZY JA MAM PRAWO WZIĄĆ ŚLUB KOŚCIELNY?
Czy po obustronnym wypowiedzeniu przysięgi z ex-narzeczonym stałam się już przed obliczem Boga jego żoną?
Proszę o wypowiedzi osoby, które wiedzą coś na ten temat.