Czasami potrafi wyprowadzić mnie z równowagi błahostka, typu coś mi co chwila wypada z rąk itd., ogarnia mnie wtedy frustracja, gniew tak silny, że muszę to rozładować. Przeważnie niszczę przedmioty, raz zniszczyłam nawet witrynę w drzwiach, zdarzało mi się rzucać nożami.
Gorzej, gdy mój gniew, bezsilność wynika z kłótni z drugą osobą, zwłaszcza z ojcem. Strasznie mnie to irytuje, że przekracza wszelkie granice, traktuje mnie jak kogoś, kto nie ma prawa mieć racji, ba, nie ma prawa nawet wypowiedzieć swoich argumentów, niezależnie jak logiczne by się zdawały. I co? Wtedy nie niszczę przedmiotów, robię krzywdę sobie. Najczęściej idą w ruch paznokcie, bo to mam zawsze pod ręką i mogę rozładować gniew od razu. Paznokcie to wbrew pozorom całkiem dobra broń na cienki naskórek - mam nawet bliznę na wierzchu dłoni po jednym takim ataku. I tak jest lepiej, kiedyś potrafiłam wziąć cyrkiel, wbić w rękę i zrobić krwawą krechę... W momencie ulga, ale po chwili? Wstyd i rozczarowanie samą sobą. No i te ślady... Ech, zawsze tłumaczyłam potem, że to kot mnie drapnął w zabawie.
Jak nad tym w ogóle panować? Ja mam wrażenie, że się zupełnie nie da, w takich momentach wszystko się we mnie gotuje, to jest naprawdę przymus. Nie wiem nawet, jak to wyjaśnić. Dodam, że te napady to pewnie dlatego, że mam zaburzenia osobowości, no ale tu nie o tym, ja chcę po prostu nauczyć się radzić sobie z objawami. Aha i to nie ma nic wspólnego z cięciem się czy coś z powodu "rozpaczy". To jest gniew, agresja, nienawiść.