Witam was, dopiero co dołączyłam do tego forum, już wcześniej chciałam to zrobić, ale jakoś się nie złożyło. A teraz jestem kompletnie przybita i czuję że to jedyny sposób, na wyżalenie się przy tej cudownej anonimowości.
Pisałam już o tym pobiciu w innym dziale, ale było to ze zmartwienia o chłopaka, a tak naprawdę to poszukuję pomocy dla siebie. Niedawno miałam urodziny, spędzałam wtedy parę dni w nowo wynajętym mieszkaniu (właściwie pokoju) z chłopakiem. Piliśmy szampana, trochę pogadaliśmy, trochę nawet potańczyliśmy, było naprawdę miło. Do momentu, gdy zaczęłam czuć działanie alkoholu i zrobiło mi się smutno i zaczęłam myśleć, że przez 20 lat nie osiągnęłam tyle, ile bym chciała (cierpię na lekki przerost ambicji, ale nawet sama nie biorę tego zupełnie na poważnie. Coś w stylu, że fajnie byłoby osiągnąć więcej). Rzuciłam więc żartem (uśmiechałam się przy tym, to miało nie być na serio!), że minęło dwadzieścia lat mojego beznadziejnego życia (mój chłopak wiedział że mam takie cięte żarty często i zawsze się z tego śmiał). Ale teraz było inaczej, zmienił się nie do poznania, zazwyczaj wybitnie spokojny chłopak rzucił się na mnie, zaczął po mnie krzyczeć, bić mnie, próbował udusić.. Krzyczał mi w twarz że zniszczyłam mu życie, że nienawidzi mnie, nic do tego, co powiedziałam, tak po prostu! Trwało to bardzo długie pół godziny, po czym zadzwoniłam na policję i wybiegłam z domu. Kiedy policja przyjechała i wróciłam on był spowrotem spokojny, trochę się dziwił co się dzieje, czemu ja taka rozhisteryzowana, zaczął mówić policji że jestem pijana, nie rozumiałam o co chodzi. Potem dopiero wyszło, że nie pamięta tego.. Policja nic nie zrobiła, bo nie miałam żadnych śladów (ślady i siniaki wyszły dzień później, jak już minął mi szok), a jak twierdziła nie mogła wziąć ode mnie zeznań, bo byłam pod wpływem alkoholu, co sama przyznałam. On mnie później przepraszał, jak już mu powiedziałam co zrobił, płakał przy mnie, nawet o wybaczenie błagał. Ale skąd ja mam mieć pewność że to się nie powtórzy?
Siedzę teraz w domu i staram się poukładać myśli, zawsze radziłam sobie sama z problemami, których parę mi się przytrafiło w życiu. Nigdy nie miałam żadnych przyjaciół, takich od "wyżalania się, zaufania, od serca i takich tam", uważałam że nie potrzebuję.. Znajomych miałam, całkiem sporo, byłam z pozoru całkowicie normalną dziewczyną. Raz byłam bardziej załamana, parę lat temu zostałam wykorzystana (nie umiem tego nazwać do tej pory po imieniu). Tydzień trwało, zanim się pozbierałam, ale udało mi się, poradziłam sobie z tym sama, żyłam dalej. Tylko miałam problem z zaufaniem, ale popracowałam nad sobą, było dobrze.
Teraz jestem kompletnie rozbita. Nie chcę iść do żadnego psychologa, nie chcę opowiadać komuś tego wszystko, widzieć jak mnie obserwuje i robi notatki. Nie ufam też innym ludziom, szczególnie lekarzom, którzy pomagają iluśtam 'przypadkom' dziennie. Właściwie nawet nie wiem, co chcę osiągnąć pisząc tutaj, może po prostu się wyżalić, opowiedzieć o tym, bo w życiu to nie mam komu, a nawet bym nie umiała. I z nadzieją że ktoś przeczyta tą zdecydowanie zbyt długą historię i wspomoże poradą, albo chociaż dobrym słowem.
Nawet trochę mnie boli, że opowiedziałam to w takim skrócie, przecież kiedy to przeżywałam, było we mnie tyle myśli i uczuć.. Ale przynajmniej po części wyrzuciłam to z siebie ![]()
EDIT: Chciałam jeszcze tylko dodać, tak na wszelki wypadek, że jestem osobą, która radzi sobie w życiu. Sama, bo sama, ale radzę sobie (wlaściwie radziłam sobie..) ze wszystkim. I zwykle jestem szczęśliwa i zadowolona. Na tyle, że często też dzielę się radością pomagając innym. Teraz już po prostu skończyła mi się siła..