mmJUTnetPL napisał/a:Mam na myśli szczęście w formie radości - kiedy raduje się serce oraz dusza tym, co mnie spotyka.
Celem życia jest być szczęśliwym, ale taki sposób, aby szczęścia nikomu nie odbierać, ale dawać. Celem życia jest nauka dobrego postępowania, rozwój osobowy czy moralny (niech sobie każdy nazywa jak chce). Jak ktoś czyni zło, to zło do niego wraca, a jak ktoś czyni dobro to dobro do niego wraca. Jak dobro wraca, to czujemy szczęście, czyli radość -- nie do końca to rozróżniam... szczęście, to jakby ilość energii jaką mamy w duchu (to co innego niż dusza) zgromadzoną, a radość to odczuwanie tej energii. Tak jakby nasz duch był balonem który się może napełniać, albo opróżniać. Jak sie opróżnia, nie ma w nim ciśnienia, to czujemy depresję, brak energii, która nie jest niczym spowodowana -- to po prostu brak. Z kolei szczęście, czyli jeśli duch jest napełniony energią pod dużym ciśnieniem czujemy jak takie rozpieranie od środka, dlatego ==wpadamy== w depresję, a ==rozpiera== nas szczęście.
Chodzi o porównanie "przyjemność vs radość (nie szczęście - pomyliłem słowa)". Czy ta przyjemność i szczęście - o którym mowa - przemienia się też w radość, która trwa w wieczności?
Jeśli przeżyłeś coś dobrego, dla Ciebie i dla drugiej osoby, to przybywa Ci szczęścia, czyli w balonie wzrasta ciśnienie. Dobre wspomnienia zostają na zawsze. Energia może się za jakiś czas wyczerpać. Zatem nie można deprecionować chwil szczęścia z tego powodu, że są ulotne, że nie trwają wiecznie. One zostają nawet jeśli miną, staną się historią. Szkoda, że nie możemy ich wszsytkich dokładnie pamiętać. Darem jest wiedzieć kiedy one trwają TERAZ.
Ja się kieruję tym co głosi xMarekD jako psycholog i ksiądz jednocześnie, sam aż tak mądry nie jestem: https://youtu.be/UFIyezxsRa0 .
Jeżeli wysłuchasz słowa jw -
Okej! Lubię takie tematy. A w szczególności wystawić się na ostrzał światopoglądowy.
czy nadal widzisz sens w takiej formie kontaktowania się z kobietami, że głównie ten seks i seks. Dlaczego ten seks ciągle ma być na pierwszym planie?
Jeśli przeanalizujesz życie, to możesz dojść do wniosku że najważniejsze są relacje z innymi ludźmi -- to co z nimi robisz. Idziesz na wycieczkę z dziećmi, albo z żoną na wczasy, albo w zespole pracujesz w firmie, albo masz bliskiego przyjaciela, z którym od podstawówki "robisz biznesy", albo "towarzyszy broni" na wojnie. To są bardzo ważne elementy życia, obecność innych ludzi, ale za każdym razem jesteś z kimś i patrzycie w jakimś kierunku, nie patrzycie na siebie, nie jesteście sobą zainteresowani (nooo... wyjątkiem są dzieci i żona). Zatem seks jest wyjątkowy, bo koncentrujemy się na sobie, a cały świat się nie liczy. Celem jest druga osoba, a nie coś poza nią.
Wiem, że seks to tylko bliskość fizyczna, ale jak do tego dojdzie bliskość duchowa, przyjaźń/zauroczenie/zakochanie/miłość to wtedy jest idealnie. Bliżej z drugim człowiekiem już być nie można.
Co do tego, że jesteś z kimś blisko i jest cudownie - to rozumiem. Ale seks i orgazmy bym jakoś może mniej eksponował, bo to wg mnie sprawy bardzo intymne. I chyba nie to jest najważniejsze, tak?
Obecność drugiej osoby na pewno wzbogaca wszelkie doznania, te duchowe szczególnie - zgoda.
Nie wiem jak seks działa, tak od stronu duchowej. Może jednak jak się razem to robiło, to jakoś tak zbliża duchowo? Coś jak w sekcie naciąć palce i złączyć, aby krew się wymieszała?
Moje doświadczenie wskazuje na jedno i to bardzo dosadnie: można być z kimś i być jednocześnie bardzo samotnym, a to wg mnie jest wielkie nieporozumienie/tragedia. Seks tu nic nie pomoże.
Zobacz na moją sygnaturkę...
Masz rację -- można z kimś żyć i być samotnym. Pewnie czesto się tak dzieje. Ale nie nazywałbym tego wielką tragedią. Po prostu dwoje ludzi żyje razem, może mają dzieci, może kredyty, ale w ich relacji czegoś brakuje.
Może chodzi o to, że jak jest właściwa osoba z Tobą, to niczego nie brakuje - nie trzeba już nic więcej szukać....
Odpowiadałem sobie na to pytanie milion razy i nie wiem... Wydaje mi się, że seks jest delikatną pokusą, której nie czuć, ale jak Ci seksu brakuje to rośnie głód i zatruwa umysł, szczęście. Z drugiej strony może być jak narkotyk, że jak się rozpedzisz za bardzo, to potem ciągle byś chciał seksu. Są też ślepe uliczki -- pornografia, seks który ma coś innego zastąpić (ksiązka o tym jest pt. Dlaczego ludzie uprawiają seks, czy jakoś tak).
Wracając do tematu jednak - czy zakaz seksu szkodzi? Wg mnie nie szkodzi, ale też sam zakaz to za mało, bo trzeba też wyjaśnić dokładnie "dlaczego?" taki zakaz funkcjonuje. Innymi słowy - samo tylko zakazywanie (bez uzasadnienia rozumowego) sensu nie ma.
Jeżeli bym miał podawać przykład pary, która wg mnie jest godna podziwu i musiała działać w ukryciu (bez ślubu) to jest Johnny Depp i Vanessa Paradis - jak dla mnie Vanessa jest bardzo naturalna i nic nie gra w życiu. Mr Depp miał szczęście, że ją spotkał.
Nie znam ich historii. Jak ktoś potrzebuje dorgowskazów w postaci zakazu? Okej... może to dla niego dobre. To jak z ogniem -- może się poparzyć i zginąć, można ognia zakazać, aby było mniej poparzeń. Ale ja lubię ognisko...
EDIT... słuchałem księdza.
Pierwsze słowa księdza "szukanie przyjemności jest przejawem zniewolenia"... No to weźmy pod mikroskop najgorszy przykład -- seks za pieniądze. Jeśli dziewczyna jedyne co może od siebie dać, to przyjemność, to jest to zwykła usługa. Taki ograniczony seks, albo nawet nie seks. Ale jeśli ja ją lubię, a ona lubi mnie, i nawet jeśli się poznaliśmy przez płatny seks, to niewielka jest różnica, o ile w ogóle jest, pomiędzy seksem "z miłości" a takim płatnym. Dwoje ludzi jest ze sobą razem i się dobrze bawią. Jestem ja i jest ona -- ludzie, a nie rzeczy, są ciała, oczy, dusze.
Ksiądz porównuje seks do jedzenia. Fakt... ja też tak porównuję. Ale ksiądz ignoruje całkowicie, że seks jest czymś co ROBIMY Z DRUGIM człowiekiem. Tak jakby twierdził, że mogę nawiązać łączność na poziomie ludzkim z jedzeniem, albo tak jakby twierdził, że kobieta z którą mam seks jest rzeczą.
Następnie twierdzi, że jak jemy dla przyjemności, to sobie szkodzimy. Że jemy za dużo, albo niezdrowo, że nie taki jest cel jedzenia, bo jedzenie ma służyć odżywianiu a nie przyjemności. Moje kontrargumenty: (1) jeśli ktoś się przejada to sobie szkodzi... a przyjemność tutaj nie ma nic do rzeczy, czyli manipulacja polegająca na wymieszaniu prawdy z fałszem (2) lubię zjeść coś dobrego, dlaczego miałbym tego nie robić? dlaczego miałoby to nie być przyjemne? jaki jest prawdziwy sens słów księdza? chętnie o tym porozmawiam.
Ksiądz twierdzi, że pogoń za przyjemnością doprowadza do krzywdzenia innych ludzi. Np. jeśli będę zły to komuś wbiję nóż w brzuch, bo to będzie dla mnie przyjemne. Moje kontrargumenty: (1) Seks jest przyjemnością dla dwojga kochanków, którzy czują się szczęśliwi; zatem wszystkie strony działania (ona i on) na tym korzystają, ich poczucie szczęścia rośnie; jeśli wbijam komuś nóż w plecy, to nie jest moralne działanie, bo jedna strona na tym traci, jej szczęście maleje -- czyli mamy przykład pasożytnictwa; (2) w seksie za pieniądze... jeśli on idzie do niej, jest niemiły, wyżywa się na niej to pasożytuje... jeśli on idzie do niej, a ona oszukuje, to też pasożytuje.