Słowo daję, nie określiłabym Autorki jako "patologicznie wierzącej czyli nawiedzonej". To znaczy może dlatego, że... sama taka jestem? ![]()
Gdyby mnie ktoś chciał nawracać na pewno robiłabym na opak i nie dałabym się. Wiara to sprawa osobista. Tak samo jak i zaufanie. To jego życie, błędy i wybory. Jeśli on nie czuje chęci bycia wierzącym praktującym-ufającym to żadna siła go nie zmusi, prócz jego własnej woli.
Bycie wierzącym nie jest rownoznaczne z byciem nawiedzonym. A ty niestety jesteś patologicznie wierzaca, czyli nawiedzona.
Czy przez bycie wierzącym - nienawiedzonym rozumiesz praktykowanie wiary jak w przypadku większości polskich katolików, czyli chodzenie do kościoła owszem, ale na co dzień wiara jest odkładana na półkę? Jeśli tak, to ja też podpadam pod twoją kategorię "nawiedzona", bo Bóg jest dla mnie ważny w każdym aspekcie mojego życia, nie tylko w niedzielę przez godzinę.
Nirvanka87 napisał/a:Bycie wierzącym nie jest rownoznaczne z byciem nawiedzonym. A ty niestety jesteś patologicznie wierzaca, czyli nawiedzona.
Czy przez bycie wierzącym - nienawiedzonym rozumiesz praktykowanie wiary jak w przypadku większości polskich katolików, czyli chodzenie do kościoła owszem, ale na co dzień wiara jest odkładana na półkę? Jeśli tak, to ja też podpadam pod twoją kategorię "nawiedzona", bo Bóg jest dla mnie ważny w każdym aspekcie mojego życia, nie tylko w niedzielę przez godzinę.
Popieram i zastanawia mnie zwrot "patologicznie wierząca" patologia kojarzy mi się ze złem, wiara z dobrem więc chyba coś tu nie gra ![]()
wiara też może być patologiczna, a raczej nadinterpretacja tego co mówi religia. Jeżeli ktoś kogoś na siłę przymusza do wiary to krzywdzi tę osobę, jak robi jej wyrzuty i na siłę ględzi o tym jak to będzie jej dobrze, gdy uwierzy (ale nie chodzi o wiarę tylko, równie dobrze moze tutaj być nakłanianie do jedzenia zielonej fasolki) to jest to złe, dlatego, ze uprzykrza się życie drugiej osobie.
Wiara sama w sobie jest dobra, o ile Ci wierzący na siłę nie chcą uszczęśliwiać innych.
Czy wnioskujesz po wypowiedzi Autorki, że chce nawracać kolegę siłą?
Ja zwrócę uwagę tylko na jeden aspekt. Bycie wierzącym i praktykującym wiarę w boga takiego czy innego nie jest w żadnym razie światopoglądem lepszym, bardziej wartościowym, bardziej sensownym od niewiary w żadne byty nadprzyrodzone. Jestem w stanie zrozumieć, że osoba wierząca chcąc dla kochanej osoby jak najlepiej, chciałaby jej "nawrócenia", gdyż w jej mniemaniu tylko taka droga prowadzi do zbawienia/szczęścia i życia wiecznego/wartościowego, świadomego życia itp. Zgadzam się tu z wyjaśnieniami Kizi.
Natomiast nie należy zapominać, że taki stan rzeczy ma miejsce wyłącznie w przeświadczeniu osoby wierzącej. Tzn, tylko jej zdaniem taka droga będzie dla kochanej osoby lepsza. Zdaniem tej osoby - niekoniecznie. Jej zdanie, jej światopogląd ma wartość tak samo istotną, a niewiara w bogów nie określa tak naprawdę człowieka pod żadnym kątem. On po prostu nie wierzy w bogów. Nie przeszkodzi mu to być człowiekiem szczęśliwym, spełnionym, dobrym, odpowiedzialnym.
Myślę, że istotą błędu w podejściu w tym przypadku jest przeświadczenie, że (parafrazując) 'Twój światopogląd jest uboższy, bo ja kocham Boga, a Ty nie'.
Dlatego słuszne było zadane wyżej Autorce wątku pytanie - co by zrobiła w odwrotnej sytuacji. To przypomina, ze postawa jej chłopaka nie jest czymś relatywnie mniej sensownym, niż jej postawa.
Ja zwrócę uwagę tylko na jeden aspekt. Bycie wierzącym i praktykującym wiarę w boga takiego czy innego nie jest w żadnym razie światopoglądem lepszym, bardziej wartościowym, bardziej sensownym od niewiary w żadne byty nadprzyrodzone. Jestem w stanie zrozumieć, że osoba wierząca chcąc dla kochanej osoby jak najlepiej, chciałaby jej "nawrócenia", gdyż w jej mniemaniu tylko taka droga prowadzi do zbawienia/szczęścia i życia wiecznego/wartościowego, świadomego życia itp. Zgadzam się tu z wyjaśnieniami Kizi.
Natomiast nie należy zapominać, że taki stan rzeczy ma miejsce wyłącznie w przeświadczeniu osoby wierzącej. Tzn, tylko jej zdaniem taka droga będzie dla kochanej osoby lepsza. Zdaniem tej osoby - niekoniecznie. Jej zdanie, jej światopogląd ma wartość tak samo istotną, a niewiara w bogów nie określa tak naprawdę człowieka pod żadnym kątem. On po prostu nie wierzy w bogów. Nie przeszkodzi mu to być człowiekiem szczęśliwym, spełnionym, dobrym, odpowiedzialnym.
Myślę, że istotą błędu w podejściu w tym przypadku jest przeświadczenie, że (parafrazując) 'Twój światopogląd jest uboższy, bo ja kocham Boga, a Ty nie'.
Dlatego słuszne było zadane wyżej Autorce wątku pytanie - co by zrobiła w odwrotnej sytuacji. To przypomina, ze postawa jej chłopaka nie jest czymś relatywnie mniej sensownym, niż jej postawa.
Tak, ale czy w związku z tym nie mogę się modlić za mojego faceta o dar głębokiej wiary dla niego (on wcale nie wie o tym, że się o to modlę)? Nie uważam mojego faceta za gorszego od siebie ani mniej wartościowego, chcę tylko, aby żył wiecznie.
74 2013-05-22 14:49:33 Ostatnio edytowany przez kjersti (2013-05-22 14:51:22)
Tak, ale czy w związku z tym nie mogę się modlić za mojego faceta o dar głębokiej wiary dla niego (on wcale nie wie o tym, że się o to modlę)? Nie uważam mojego faceta za gorszego od siebie ani mniej wartościowego, chcę tylko, aby żył wiecznie.
Moim zdaniem jak najbardziej, tak ![]()
Pewnie, można by się przyczepić do faktu, że skoro się modlisz, to znaczy, że chcesz dla niego na siłę szczęścia, którego on sam nie chce, lub nie postrzega tego jako szczęścia.
Ale dla Ciebie jest to dążenie do zapewnienia mu czegoś, w Twoim mniemaniu, wartościowego, może nawet najbardziej wartościowego, przy czym robisz to nie ingerując w jego decyzje bezpośrednio.
Zastanawiam się tylko, na ile jest to wykonalne w praktyce, tzn. modlić się o czyjeś życie wieczne, nawrócenie etc., a przy tym nie uważać go za "zbłąkaną owcę".
W drugą stronę to może działaś podobnie, czyli partnerowi nie przeszkadza Twoja wiara, ale w głębi umysłu chciałby, abyś "otworzyła oczy na rzeczywistość i przestała żyć baśniami". Z Twojej perspektywy może to już być wartościowanie Ciebie jako gorszej, tak samo jak z jego perspektywy - modlenie się, aby uwierzył czy praktykował, a więc - zmienił się.
Dlatego, jak już wyżej napisałam, mnie by nie przeszkadzało, że ktoś się za mnie modli, jeśli na co dzień nie próbuje mnie nakłaniać do swojego stylu życia. Ale każdy ma prawo inaczej postrzegać 'uszczęśliwianie na siłę', jak również protekcjonalizm lub jego brak. Dlatego za tak ważne uważam niewartościowanie poglądów. Pogodzenie się z tym, że moje zdanie niekoniecznie okaże się wymierne po śmierci może przynieść pewną dozę ulgi w wątpliwościach, jakie ma Autorka.
"Każdy ma prawo do własnego zdania, ale nie do własnych faktów".
Zastanawiam się tylko, na ile jest to wykonalne w praktyce, tzn. modlić się o czyjeś życie wieczne, nawrócenie etc., a przy tym nie uważać go za "zbłąkaną owcę".
Oczywiście, że uważam, że jest on "zbłąkaną owcą" , co nie przeszkadza mi go szanować, kochać i podziwiać jako wspaniałego człowieka.
W drugą stronę to może działaś podobnie, czyli partnerowi nie przeszkadza Twoja wiara, ale w głębi umysłu chciałby, abyś "otworzyła oczy na rzeczywistość i przestała żyć baśniami". Z Twojej perspektywy może to już być wartościowanie Ciebie jako gorszej,
Wiem, że on tak myśli, ale nie mam tego za złe, bo go rozumiem.
kjersti napisał/a:Zastanawiam się tylko, na ile jest to wykonalne w praktyce, tzn. modlić się o czyjeś życie wieczne, nawrócenie etc., a przy tym nie uważać go za "zbłąkaną owcę".
Oczywiście, że uważam, że jest on "zbłąkaną owcą" , co nie przeszkadza mi go szanować, kochać i podziwiać jako wspaniałego człowieka.
kjersti napisał/a:W drugą stronę to może działaś podobnie, czyli partnerowi nie przeszkadza Twoja wiara, ale w głębi umysłu chciałby, abyś "otworzyła oczy na rzeczywistość i przestała żyć baśniami". Z Twojej perspektywy może to już być wartościowanie Ciebie jako gorszej,
Wiem, że on tak myśli, ale nie mam tego za złe, bo go rozumiem.
I takiemu układowi nawet ja nie mam nic do zarzucenia (choć lubię się czepiać
). Poza tym podoba mi się Twoje "uważam, że...", a nie "on na bank JEST zbłąkaną owcą".
Przyznam też, że podziwiam, bo generalnie stoję na stanowisku, że różnica w światopoglądzie może stanowić poważną przeszkodę dla związku.
Bo różnica w światopoglądzie często prowadzi do problemów w związku. Nikt nie jest tu winny: trudno wymagać, by osoba kochająca Boga nagle przestała w Niego wierzyć, albo by ateista - uwierzył.
Jeśli natomiast ludzie szanują się nawzajem, kochają i doceniają, to taki związek można spokojnie budować.
Po czym wnioskujesz, że on wierzy w boga, powiedział Ci to? Czy jak większość polaków urodził się w katolickiej rodzinie?
kjersti napisał/a:Zastanawiam się tylko, na ile jest to wykonalne w praktyce, tzn. modlić się o czyjeś życie wieczne, nawrócenie etc., a przy tym nie uważać go za "zbłąkaną owcę".
Oczywiście, że uważam, że jest on "zbłąkaną owcą" , co nie przeszkadza mi go szanować, kochać i podziwiać jako wspaniałego człowieka.
A co byś czuła gdyby on też uważał Cię za zbłakaną owcę czy może raczej otumanioną przez religię i próbował przekonac Cię żebyś dała sobie spokoj bo to tylko bajki i marnujesz sobie życie wyrzekając się wielu rzeczy podczas gdy nie służy to niczemu?
80 2013-05-23 08:44:45 Ostatnio edytowany przez Kizia75 (2013-05-23 08:50:13)
Kizia75 napisał/a:kjersti napisał/a:Zastanawiam się tylko, na ile jest to wykonalne w praktyce, tzn. modlić się o czyjeś życie wieczne, nawrócenie etc., a przy tym nie uważać go za "zbłąkaną owcę".
Oczywiście, że uważam, że jest on "zbłąkaną owcą" , co nie przeszkadza mi go szanować, kochać i podziwiać jako wspaniałego człowieka.
A co byś czuła gdyby on też uważał Cię za zbłakaną owcę czy może raczej otumanioną przez religię i próbował przekonac Cię żebyś dała sobie spokoj bo to tylko bajki i marnujesz sobie życie wyrzekając się wielu rzeczy podczas gdy nie służy to niczemu?
A czegóż to ja muszę się wyrzekać? Mogę cieszyć się wszystkim, czym chcę. Dodatkowo czerpię radość z wiary (osobie niewierzącej nie da się tego wytłumaczyć, ale to na prawdę daje radość). Może gdybym była katoliczką, to by mnie obowiązywały różne posty, czy ograniczenia w sferze małżeńskiego seksu, ale to mnie nie dotyczy, więc doprawdy nie wiem o co ci chodzi z tymi ograniczeniami. Staram się oczywiście być dobrym i życzliwym człowiekiem, ale czy to jest ograniczenie? Modlę się, chodzę w niedziele na nabożeństwa i czytam Biblię, ale lubię to robić, więc to też nie jest dla mnie ograniczenie.
A co byś czuła gdyby on też uważał Cię za zbłakaną owcę czy może raczej otumanioną przez religię
Otumanioną nie, bo nie jestem otumaniona. Mój mąż nie zgadza się ze mną w kwestii religii a ja z nim, ale nie kłócimy się o to, ani nikt nikogo na siłę nie przekonuje. Po prostu jak mam ochotę i czas w niedzielę, to jadę do kościoła i tyle. Nie toczymy dyskusji na ten temat. On oczywiście myśli, że tracę wtedy czas, ale niech sobie myśli, ja też uważam, że on traci czas oglądając czasami godzinami tv
. Jak się z tym czuję? Normalnie
nikt do nikogo żalu nie ma, bo każdy ma prawo do swojego światopoglądu.
Kizia75 mam pytanie odnośnie Twojego związku. Jak rozwiązaliście kwestię ślubu, jako osoba wierząca na pewno chciałaś mieć ślub kościelny?
82 2013-05-23 11:16:36 Ostatnio edytowany przez Kizia75 (2013-05-23 11:21:46)
Kizia75 mam pytanie odnośnie Twojego związku. Jak rozwiązaliście kwestię ślubu, jako osoba wierząca na pewno chciałaś mieć ślub kościelny?
Mieliśmy ślub kościelny (niestety jeszcze wtedy katolicki), bo mój małżonek chociaż nie praktykuje i kwestie duchowe mało go obchodzą, to do tradycji jest mocno przywiązany a oficjalnie jest oczywiście katolikiem, bo był ochrzczony. Jednak gdyby się upierał i nie chciał brać ślubu w kościele, to teraz chyba bym ustąpiła, bo dla mnie jako ewangeliczki forma ślubu nie ma kluczowego znaczenia. Ślub nie jest u nas sakramentem.
Z drugiej strony o ile ja się dobrze orientuje jest możliwy ślub kościelny z innowiercą lub ateista, ale skoro Twój mąż chociaż nie praktykuje, "jest na liście" osób wierzących taki zabieg był nie możliwy ![]()
Dziękuję za odpowiedź
I gratuluje, że radzicie sobie w związku ze sprawą, która generalnie dzieli wiele osób ![]()
Dziękuję za odpowiedź
I gratuluje, że radzicie sobie w związku ze sprawą, która generalnie dzieli wiele osób
Właśnie dziwi mnie, że wiele osób może to dzielić. Jakiś czas temu byłam u naszych polskich Tatarów na Podlasiu i tam jeden z nich - muzułmanin oczywiście, opowiadał jak wygląda jego małżeństwo z katoliczką. Ślub mają o ile pamiętam cywilny, potencjalnych synów zdecydowali wychowywać w duchu islamu, dziewczynki w duchu chrześcijaństwa (żartował, że trzecie dziecko będzie prawosławne). Mówił, że wśród polskich Tatarów nie praktykuje sie przechodzenia na religię jedna czy drugą i małżonkowie w mieszanych związkach pozostają przy swojej religii. Tam to się jakoś sprawdza. Musi to jakoś funkcjonowac, bo tych Tatarów jest tak mało, że muszą się łączyć z chrześcijanami w małżeństwach, podobnie jest z protestantami na Śląsku cieszyńskim, też są tam śluby mieszane i często pozostają przy swoich wyznaniach.
agnik napisał/a:Dziękuję za odpowiedź
I gratuluje, że radzicie sobie w związku ze sprawą, która generalnie dzieli wiele osób
Właśnie dziwi mnie, że wiele osób może to dzielić. Jakiś czas temu byłam u naszych polskich Tatarów na Podlasiu i tam jeden z nich - muzułmanin oczywiście, opowiadał jak wygląda jego małżeństwo z katoliczką. Ślub mają o ile pamiętam cywilny, potencjalnych synów zdecydowali wychowywać w duchu islamu, dziewczynki w duchu chrześcijaństwa (żartował, że trzecie dziecko będzie prawosławne). Mówił, że wśród polskich Tatarów nie praktykuje sie przechodzenia na religię jedna czy drugą i małżonkowie w mieszanych związkach pozostają przy swojej religii. Tam to się jakoś sprawdza. Musi to jakoś funkcjonowac, bo tych Tatarów jest tak mało, że muszą się łączyć z chrześcijanami w małżeństwach, podobnie jest z protestantami na Śląsku cieszyńskim, też są tam śluby mieszane i często pozostają przy swoich wyznaniach.
Jak nie patrzeć to religia bardziej w życiu przeszkadza niż pomaga.
Przy mieszanych to raczej jasne, ze każdy zostaje przy swoim. Ale jak jedna osoba w parze w ogóle nie wierzy, to zawsze istnieje pokusa, żeby namawiać, nawracać itd.
87 2013-05-23 19:58:12 Ostatnio edytowany przez brzydulla (2013-05-23 20:22:09)
A czegóż to ja muszę się wyrzekać?
Oczywiście nie wypowiem się co do Ciebie, ale autorka powiedziała że jest katoliczką a katolik musi się wyrzekać wielu rzeczy. Pozwolę sobie wspomnieć kilka:
1. Seks małżeński tylko wg kalendarzyka.
2. Seks przedmałżeński zakazany całkowicie.
3. Spowiedź. Nawet najbardziej gorliwi jej nie lubią. W końcu opowiadasz obcemu facetowi o bardzo intymnych nieraz sprawach. A jeszcze czasem on zjedzie cię jak psa.
4. Żyjesz w przekonaniu co prawda że Bóg cie kocha i to jest najwspanialsze co może cię spotkać (tak ci mówią) ale jeśli się mu całkowicie mu się nie podporządkujesz to wyśle cie na wiecznośc na straszne męki do piekła i żadnej amnestii nie będzie. A jak sobie poczytasz rachunek sumienia to się okaże że to 'podporządkowanie' Bogu to totalna kontrola woli i umysłu, coś w stylu 'wielki brat patrzy'.
Podam taki przykład z własnego życia. Psychologowie twierdzą że budząca się seksualność nastolatków jest naturalna (oczywiście w zdrowych granicach, nie uprawianie seksu gdzie i kiedy popadnie). Ja byłam wychowana w surowym katolickim domu i mówiono mi że każda nawet myśl o seksie czy cielesności to grzech i że muszę się spowiadać. I nie dość że i tak byłam z natury nieśmiała, to jeszcze zmuszano mnie żebym opowiadała o tym księdzu jak mi się takowa myśl wyrwała. Nie powiem że to jedyny czynnik obecnego stanu rzeczy ale faktem jest że mam takie zahamowania (nadal,mimo wieku i bardziej otwartego myslenia) że nigdy w życiu nie umowiłam się nawet z facetem... Naprawdę mam wątpliwości czy religia to samo dobro. A jak czytam o historii (ziemi, człowieka, biblii) to mam poważne wątpliwości czy to nie wytwór ludzkiego umysłu... niestety, żaden 'uczony w piśmie' żadnej odpowiedzi nie jest mi w stanie udzielić...
Otumanioną nie, bo nie jestem otumaniona.
no a chłopak autorki pewnie nie czuje się 'zbłąkaną owcą'.... Dlaczego uważasz że osoby religijne mają prawo nazywać niewierzących 'zbłąkanymi' a osoby niewierzące nie mają prawa nazywać wierzących 'otumanionymi'? Ostatecznie to bardzo trafne słowo jeśli przyjąć hipotezę że żadnego Boga nie ma a religia to tylko wytwór wielu pokoleń ludzi...
Przepraszam autorkę wątku, że pociągnę off-top, ale może się przyda.
Oczywiście nie wypowiem się co do Ciebie, ale autorka powiedziała że jest katoliczką a katolik musi się wyrzekać wielu rzeczy. Pozwolę sobie wspomnieć kilka:
1. Seks małżeński tylko wg kalendarzyka.
Ach ten mit kalendarzyka... Według NPR, a to zupełnie co innego ![]()
2. Seks przedmałżeński zakazany całkowicie.
Ok,choć słowo zakaz brzmi dziwnie. Bóg nie stawia jakiś wydumanych ograniczeń tylko chce naszego szczęścia.
3. Spowiedź. Nawet najbardziej gorliwi jej nie lubią. W końcu opowiadasz obcemu facetowi o bardzo intymnych nieraz sprawach. A jeszcze czasem on zjedzie cię jak psa.
Spowiedź jest pięknym darem, choć trudnym. Nie lubią mówisz? A skąd wiesz? Jak się naprawdę nagrzeszy to marzy się o tym, żeby zrzucić z siebie ten ciężar. Pod warunkiem, że wierzysz w moc tego Sakramentu. Mówisz to Bogu, przez księdza, którego być może nigdy więcej nie zobaczysz, więc w czym problem?
Warto dobrać tego księdza, tu się zgodzę, że różnie bywa.
4. Żyjesz w przekonaniu co prawda że Bóg cie kocha i to jest najwspanialsze co może cię spotkać (tak ci mówią) ale jeśli się mu całkowicie mu się nie podporządkujesz to wyśle cie na wiecznośc na straszne męki do piekła i żadnej amnestii nie będzie. A jak sobie poczytasz rachunek sumienia to się okaże że to 'podporządkowanie' Bogu to totalna kontrola woli i umysłu, coś w stylu 'wielki brat patrzy'.
Bóg Cię nigdzie nie wyśle. Najwyżej samemu się można tam wysłać, jak się Boga konsekwentnie i ostatecznie odrzuca.
Bóg nas widzi wszędzie, to prawda, ale niczego nam nie każe. Daje wolność wyboru.
Podam taki przykład z własnego życia. Psychologowie twierdzą że budząca się seksualność nastolatków jest naturalna (oczywiście w zdrowych granicach, nie uprawianie seksu gdzie i kiedy popadnie). Ja byłam wychowana w surowym katolickim domu i mówiono mi że każda nawet myśl o seksie czy cielesności to grzech i że muszę się spowiadać. I nie dość że i tak byłam z natury nieśmiała, to jeszcze zmuszano mnie żebym opowiadała o tym księdzu jak mi się takowa myśl wyrwała. Nie powiem że to jedyny czynnik obecnego stanu rzeczy ale faktem jest że mam takie zahamowania (nadal,mimo wieku i bardziej otwartego myslenia) że nigdy w życiu nie umowiłam się nawet z facetem... Naprawdę mam wątpliwości czy religia to samo dobro. A jak czytam o historii (ziemi, człowieka, biblii) to mam poważne wątpliwości czy to nie wytwór ludzkiego umysłu... niestety, żaden 'uczony w piśmie' żadnej odpowiedzi nie jest mi w stanie udzielić...
A ja od podstawówki ciągle się z kimś spotykałam i problemów nie miałam, przeciwnie
To już kwestia charakteru i spotykania odpowiednich osób. Bóg w tym zupełnie nie przeszkadza. Ba, pomaga przy ewentualnych rozczarowaniach. Przykro mi, że tak Ci przeinaczono obraz Boga w dzieciństwie... Religia nie jest samym dobrem. To Bóg jest samym dobrem
Kizia75 napisał/a:Otumanioną nie, bo nie jestem otumaniona.
no a chłopak autorki pewnie nie czuje się 'zbłąkaną owcą'.... Dlaczego uważasz że osoby religijne mają prawo nazywać niewierzących 'zbłąkanymi' a osoby niewierzące nie mają prawa nazywać wierzących 'otumanionymi'? Ostatecznie to bardzo trafne słowo jeśli przyjąć hipotezę że żadnego Boga nie ma a religia to tylko wytwór wielu pokoleń ludzi...
Tylko, że autorka utrzymuje, że jej chłopak jest wierzący, ale oddalił się od Boga.
A ja od podstawówki ciągle się z kimś spotykałam i problemów nie miałam, przeciwnie To już kwestia charakteru i spotykania odpowiednich osób. Bóg w tym zupełnie nie przeszkadza. Ba, pomaga przy ewentualnych rozczarowaniach. Przykro mi, że tak Ci przeinaczono obraz Boga w dzieciństwie... Religia nie jest samym dobrem. To Bóg jest samym dobrem
Tylko, że autorka piszę, że wychowywała się w skrajnie katolickiej rodzinie i wręcz była zmuszana do obdzierania się z intymności, w jej kontekście religijność wyrządziła jej dużą krzywdę, jak to sama pisze, zresztą widać rozgoryczenie w sposobie jakim piszę.
Brzydulla naprawdę mi przykro, że coś takiego Cie spotkało.
90 2013-05-23 22:09:40 Ostatnio edytowany przez brzydulla (2013-05-23 22:12:21)
NPR to swego rodzaju kalendarzyk, niezależnie czego używasz. Wyobraź sobie życie w ten sposób kogoś, kto pracuje na zmiany albo dużo podrózuje. A ktoś kto nie chce w ogóle dzieci nie dostanie w ogóle slubu ![]()
Dlaczego seks przedmałżeński jest zabroniony dla naszego dobra? A co, jeśli okaże się po ślubie że są pod tym względem zupełnie niedopasowani? Albo wezmą ślub szybko żeby już ten seks uprawiać, w końcu to fizjologia, a potem się okaże że to w ogóle pomyłka? I tak się potem męczą, no bo rozwodów kościół nie akceptuje.
Spowiedzi nie lubi np moja mama, bardzo gorliwa katoliczka.
Mówisz Bogu przez księdza? To może lepiej bezpośrednio Bogu?
Wiesz, nie wierzę w to 'zrzucanie ciężaru'. Bo jak zrobię coś co naprawdę uważam że było złe, np kogoś skrzywdzę w jakiś sposób to mi nie pomaga że ksiądz powie formułkę 'Bóg odpuszcza ci grzechy'. Jest mi z tym źle i koniec. A jak musiałabym powiedzieć że uprawiałam seks przed ślubem to po pierwsze czułabym się potwornie skrępowana (jestem socjofobiczką - dla Twojej informacji to ktoś taki kto czasem ma problem np z zapytaniem o drogę, o cenę jabłek a już nigdy przenigdy nie poprosi szefa o podwyżkę) a po drugie nie uważam że to by był jakiś ciężar w ogóle...
No ja byłam w ogóle bardzo zahamowana a jeszcze to tłumienie seksualności wbiło mnie w dołek jeszcze bardziej. Chociaz pewnie to kropla w morzu moich problemów. Ale fakt, mniej więcej do 30 roku zycia bałabym się spotkać z facetem w ogóle.
Ach oczywiście, Bóg mnie do piekła nie wysle.
I jest samym dobrem. Kiedyś nauczyłam się tego na pamięć i miałam 5 z religii. Ale z lektury biblii wynika że jest raczej dość mściwy i chociaż wybacza potrzebuje krwi i łez żeby to zrobić. A od czasu do czasu nawet sam zabija (np śmieć synów pierworodnych przy wyjściu Izrealitów z Egiptu - podobno uderzył równo we wszystko, 3 letnie dziecko i nowonarodzonego kotka czy szczeniaczka). Zupełnie mi to z 'samym dobrem' się nie komponuje.
Nie lubią mówisz? A skąd wiesz? Jak się naprawdę nagrzeszy to marzy się o tym, żeby zrzucić z siebie ten ciężar. Pod warunkiem, że wierzysz w moc tego Sakramentu.
Ciekawa argumentacja.
Czyli jeśli prawdziwie wierzysz, to spowiedź Cię cieszy, a jak Cię nie cieszy, to znaczy się za słabo wierzysz i problem jest w Tobie?
Wiesz, przypomniało mi się, jak dawno dawno temu na religii zapytaliśmy, co właściwie wiadomo o niebie, a ksiądz powiedział, że niebo to miejsce, gdzie zbawieni przez wieczność głoszą boską chwałę. Ja na to, że to bardzo fajne dla boga, ale dla tych zbawionych jakby mniej, a to oni spędzili na ziemi życie pełne wyrzeczeń, a ksiądz odpowiedział, że jak ktoś prawdziwie kocha boga i zasługuje na niebo, to głoszenie boskiej chwały będzie dla niego najwyższą rozkoszą. Bardzo sprytna koncepcja.
Bóg Cię nigdzie nie wyśle. Najwyżej samemu się można tam wysłać, jak się Boga konsekwentnie i ostatecznie odrzuca.
Bóg nas widzi wszędzie, to prawda, ale niczego nam nie każe. Daje wolność wyboru.
Nigdy tego nie rozumiałam.
Na bardziej ludzkim przykładzie - mówię mojemu dziecku, że np. nie wolno mu uprawiać seksu, bo inaczej zamknę go na resztę życia w piwnicy, ale jednocześnie, że ma wolną wolę i to jego wybór, co zrobi - już samo to wydaje mi się dość dziwne. Jeśli potem przyłapuję swoje dziecko na grzesznym seksie i zamykam je w tej piwnicy bez możliwości apelacji, a przy tym tłumaczę, że tak naprawdę wcale go nie zamykam, że samo się tam zamknęło przez złamanie mojego zakazu, to robi się już mocno toksycznie. A jak do tego zacznę go przekonywać, że przy tym wszystkim niesamowicie go kocham, to już w ogóle kosmos.
Na to zwykle dostawałam odpowiedź, że człowiek to człowiek, a bóg to bóg. No dobrze, ale dlaczego skoro potępiamy za coś człowieka, to boga za to samo (a nawet coś gorszego, bo moje dziecko w piwnicy kiedyś umrze, a dusza w piekle nie) już nie, skoro on z założenia jest doskonalszy i jeśli ktoś ma prawo do taryfy ulgowej to prędzej my niż on..?
To z kolei jest bardzo nielogiczne.
Niech oglądnie film "Jabłka Adama", jest na Iplex. Film inspirowany księgą Hioba.
Doświadczonemu przez życie człowiekowi dobrze zrobi.
Nie wierzę w boga, ale to jeden z moich ulubionych filmów ; )
allegra napisał/a:Nie lubią mówisz? A skąd wiesz? Jak się naprawdę nagrzeszy to marzy się o tym, żeby zrzucić z siebie ten ciężar. Pod warunkiem, że wierzysz w moc tego Sakramentu.
Ciekawa argumentacja.
Czyli jeśli prawdziwie wierzysz, to spowiedź Cię cieszy, a jak Cię nie cieszy, to znaczy się za słabo wierzysz i problem jest w Tobie?Wiesz, przypomniało mi się, jak dawno dawno temu na religii zapytaliśmy, co właściwie wiadomo o niebie, a ksiądz powiedział, że niebo to miejsce, gdzie zbawieni przez wieczność głoszą boską chwałę. Ja na to, że to bardzo fajne dla boga, ale dla tych zbawionych jakby mniej, a to oni spędzili na ziemi życie pełne wyrzeczeń, a ksiądz odpowiedział, że jak ktoś prawdziwie kocha boga i zasługuje na niebo, to głoszenie boskiej chwały będzie dla niego najwyższą rozkoszą. Bardzo sprytna koncepcja.
Bóg Cię nigdzie nie wyśle. Najwyżej samemu się można tam wysłać, jak się Boga konsekwentnie i ostatecznie odrzuca.
Bóg nas widzi wszędzie, to prawda, ale niczego nam nie każe. Daje wolność wyboru.Nigdy tego nie rozumiałam.
Na bardziej ludzkim przykładzie - mówię mojemu dziecku, że np. nie wolno mu uprawiać seksu, bo inaczej zamknę go na resztę życia w piwnicy, ale jednocześnie, że ma wolną wolę i to jego wybór, co zrobi - już samo to wydaje mi się dość dziwne. Jeśli potem przyłapuję swoje dziecko na grzesznym seksie i zamykam je w tej piwnicy bez możliwości apelacji, a przy tym tłumaczę, że tak naprawdę wcale go nie zamykam, że samo się tam zamknęło przez złamanie mojego zakazu, to robi się już mocno toksycznie. A jak do tego zacznę go przekonywać, że przy tym wszystkim niesamowicie go kocham, to już w ogóle kosmos.Na to zwykle dostawałam odpowiedź, że człowiek to człowiek, a bóg to bóg. No dobrze, ale dlaczego skoro potępiamy za coś człowieka, to boga za to samo (a nawet coś gorszego, bo moje dziecko w piwnicy kiedyś umrze, a dusza w piekle nie) już nie, skoro on z założenia jest doskonalszy i jeśli ktoś ma prawo do taryfy ulgowej to prędzej my niż on..?
To z kolei jest bardzo nielogiczne.
Dobre uwagi... szkoda że kiedy chodziłam jeszcze na religię nie miałam tej odwagi (nie wiem czy dzisiaj bym miała) ani wiedzy żeby pozadawać pytania... Też nie mogę pojąć,że Bóg nawet jak każe zabić albo sam zabija to i tak jest to 'samo dobro', a że tego nie rozumiemy to dlatego że jesteśmy tylko głupimi ograniczonymi ludźmi. Ale podobno jak się czyta Biblię 'z Duchem Świętym' albo 'z Jezusem' to się zaczyna to rozumieć.
Mieć takie argumenty to jedno, a nie oberwać za nie po głowie to drugie. W jednej ze szkół, w której byłam dziewczyna, właściwie dwie siostry postawiły się na lekcji religii użyły do tego racjonalnych argumentów, do tego były to osoby o dużo wyższej inteligencji niż przeciętna. Zostały zgnojone, ksiądz wyrzucił je z lekcji, zrobił wielką aferę, że to dwie satanistki.
Z kolei w innej szkole ksiądz w innej szkole był tolerancyjni, nie było problemu, gdy ktoś otwarcie przyznał się do tego, że jest nie wierzący, wątpiący albo cokolwiek innego, nie było marudzenia, nawracania tylko akceptacja. Chociaż wydaje mi się, że był to wyjątkowy przypadek.
brzydulla napisał/a:Oczywiście nie wypowiem się co do Ciebie, ale autorka powiedziała że jest katoliczką a katolik musi się wyrzekać wielu rzeczy. Pozwolę sobie wspomnieć kilka:
1. Seks małżeński tylko wg kalendarzyka.Ach ten mit kalendarzyka... Według NPR, a to zupełnie co innego
No nie tak zupełnie coś innego, bo niestety również zakłada brak współżycia w czasie płodnym kobiety, czyli w okresie jej najwyższego libido. W moim na przykład przypadku to by oznaczało radykalny spadek satysfakcji z życia seksualnego.
2. Seks przedmałżeński zakazany całkowicie.
Ano jako że jestem już wiele lat po ślubie, to problem mnie też nie dotyczy, ale fakt, że jest to ograniczenie i jeśli ktoś na poważnie podchodzi do wiary oraz chce przestrzegać przykazań to powinien się starać seksu pozamałżeńskiego unikać.
4. Żyjesz w przekonaniu co prawda że Bóg cie kocha i to jest najwspanialsze co może cię spotkać (tak ci mówią) ale jeśli się mu całkowicie mu się nie podporządkujesz to wyśle cie na wiecznośc na straszne męki do piekła i żadnej amnestii nie będzie.
I tu się mylisz, bo nasze grzechy już zostały odkupione na Krzyżu Golgoty. I to jest właśnie główne przesłanie Ewangelii.
Kizia75 napisał/a:Otumanioną nie, bo nie jestem otumaniona.
no a chłopak autorki pewnie nie czuje się 'zbłąkaną owcą'.... Dlaczego uważasz że osoby religijne mają prawo nazywać niewierzących 'zbłąkanymi' a osoby niewierzące nie mają prawa nazywać wierzących 'otumanionymi'? Ostatecznie to bardzo trafne słowo jeśli przyjąć hipotezę że żadnego Boga nie ma a religia to tylko wytwór wielu pokoleń ludzi...
Ok, niech więc sobie myśli, że jestem otumaniona, nie przeszkadza mi to.
brzydulla napisał/a:4. Żyjesz w przekonaniu co prawda że Bóg cie kocha i to jest najwspanialsze co może cię spotkać (tak ci mówią) ale jeśli się mu całkowicie mu się nie podporządkujesz to wyśle cie na wiecznośc na straszne męki do piekła i żadnej amnestii nie będzie.
I tu się mylisz, bo nasze grzechy już zostały odkupione na Krzyżu Golgoty. I to jest właśnie główne przesłanie Ewangelii.
To znaczy, że możemy grzeszyć do woli bez konsekwencji utraty raju?
Kizia75 napisał/a:brzydulla napisał/a:4. Żyjesz w przekonaniu co prawda że Bóg cie kocha i to jest najwspanialsze co może cię spotkać (tak ci mówią) ale jeśli się mu całkowicie mu się nie podporządkujesz to wyśle cie na wiecznośc na straszne męki do piekła i żadnej amnestii nie będzie.
I tu się mylisz, bo nasze grzechy już zostały odkupione na Krzyżu Golgoty. I to jest właśnie główne przesłanie Ewangelii.
To znaczy, że możemy grzeszyć do woli bez konsekwencji utraty raju?
Nie. Ale nikt nie jest bez grzechu, wiec gdyby nie Chrystus i jego ofiara, to nikt by nie został zbawiony. Jesteśmy zbawieni dzięki Niemu, ale musimy chcieć tego zbawienia, ufać Mu. Ten kto ufa i chce, ten będzie zbawiony, nawet jeśli był najgorszym łotrem (łotr na krzyżu obok Jezusa zaufał Mu w ostatniej chwili i Jezus mu powiedział, że będzie zabawiony, apostoł Paweł mordował chrześcijan, ale gdy zaufał i uwierzył Chrystusowi, został Jego posłannikiem). Kto ufa prawdziwie Jezusowi i Go kocha, ten będzie się starał Go naśladować, czyli unikać grzechu, a jeśli już popełni grzech, to będzie go żałował i prosił Boga o wybaczenie (spowiedź).
98 2013-05-24 13:13:45 Ostatnio edytowany przez Vian (2013-05-24 13:18:45)
Ale nikt nie jest bez grzechu, wiec gdyby nie Chrystus i jego ofiara, to nikt by nie został zbawiony.
Eliasz też nie?
On pewnie też miał grzech pierworodny, a jednak wstąpił żywcem do nieba na ognistym rydwanie na długo przed Jezusem.
Mieć takie argumenty to jedno, a nie oberwać za nie po głowie to drugie. W jednej ze szkół, w której byłam dziewczyna, właściwie dwie siostry postawiły się na lekcji religii użyły do tego racjonalnych argumentów, do tego były to osoby o dużo wyższej inteligencji niż przeciętna. Zostały zgnojone, ksiądz wyrzucił je z lekcji, zrobił wielką aferę, że to dwie satanistki.
Też to przerobiłam.
Wyzywano mnie od bękartów, stawiano uwagi, próbowano zmusić do chodzenia do kościoła na rekolekcje groźbami obniżenia zachowania czy, kiedy to nie podziałało, relegowaniem ze szkoły.
Grzech pierworodny to nie jest powód, by zostać potępionym! Nie można trafić do "piekła" za to, że jest się.... człowiekiem.
Wiara w Boga naprawdę może być nieskomplikowana. Jeśli uznamy, że jestem ja + moje sumienie + Bóg, z którym mam relację bez pośredników.
Cała reszta to niepotrzebne utrudnienia, które niczemu nie służą.
Ale nikt nie jest bez grzechu, wiec gdyby nie Chrystus i jego ofiara, to nikt by nie został zbawiony.
Eliasz też nie?
On pewnie też miał grzech pierworodny, a jednak wstąpił żywcem do nieba na ognistym rydwanie na długo przed Jezusem.
Jezus umarł za wszystkie grzechy, przeszłe też, a dla Boga czas nie jest ograniczeniem.
Bóg Cię nigdzie nie wyśle. Najwyżej samemu się można tam wysłać, jak się Boga konsekwentnie i ostatecznie odrzuca.
Bóg nas widzi wszędzie, to prawda, ale niczego nam nie każe. Daje wolność wyboru.Nigdy tego nie rozumiałam.
Na bardziej ludzkim przykładzie - mówię mojemu dziecku, że np. nie wolno mu uprawiać seksu, bo inaczej zamknę go na resztę życia w piwnicy, ale jednocześnie, że ma wolną wolę i to jego wybór, co zrobi - już samo to wydaje mi się dość dziwne. Jeśli potem przyłapuję swoje dziecko na grzesznym seksie i zamykam je w tej piwnicy bez możliwości apelacji, a przy tym tłumaczę, że tak naprawdę wcale go nie zamykam, że samo się tam zamknęło przez złamanie mojego zakazu, to robi się już mocno toksycznie. A jak do tego zacznę go przekonywać, że przy tym wszystkim niesamowicie go kocham, to już w ogóle kosmos.
Przy takim rozumowaniu to faktycznie trudno kochać Boga
.
No wiesz, przy założeniu z gruntu, że ktoś mnie kocha, jest najwspanialszy na świecie i co nie zrobi, to mnie kocha i jest najwspanialszy na świecie, to można kochać zupełnie każdego.
Fajne wyjaśnienie z tym Eliaszem w niebie bo za kilkaset lat Jezus umrze. ^^
Vian napisał/a:Bóg Cię nigdzie nie wyśle. Najwyżej samemu się można tam wysłać, jak się Boga konsekwentnie i ostatecznie odrzuca.
Bóg nas widzi wszędzie, to prawda, ale niczego nam nie każe. Daje wolność wyboru.Nigdy tego nie rozumiałam.
Na bardziej ludzkim przykładzie - mówię mojemu dziecku, że np. nie wolno mu uprawiać seksu, bo inaczej zamknę go na resztę życia w piwnicy, ale jednocześnie, że ma wolną wolę i to jego wybór, co zrobi - już samo to wydaje mi się dość dziwne. Jeśli potem przyłapuję swoje dziecko na grzesznym seksie i zamykam je w tej piwnicy bez możliwości apelacji, a przy tym tłumaczę, że tak naprawdę wcale go nie zamykam, że samo się tam zamknęło przez złamanie mojego zakazu, to robi się już mocno toksycznie. A jak do tego zacznę go przekonywać, że przy tym wszystkim niesamowicie go kocham, to już w ogóle kosmos.Przy takim rozumowaniu to faktycznie trudno kochać Boga
.
Ale czemu kochać kogoś, kto jest postacią wirtualną? Tak samo mogę kochać Yodę z Gwiezdnych Wojen...Ponoć są już i jego wyznawcy...
Tak samo mogę kochać Yodę z Gwiezdnych Wojen...Ponoć są już i jego wyznawcy...
O wyznawcach Yody personalnie nie słyszałam, ale jest na pewno oficjalny Kościół Jedi, nawet ma wcale sporo wyznawców na całym świecie. :]
No wiesz, przy założeniu z gruntu, że ktoś mnie kocha, jest najwspanialszy na świecie i co nie zrobi, to mnie kocha i jest najwspanialszy na świecie, to można kochać zupełnie każdego.
Ale nie każdy oddaje za ciebie dobrowolnie życie pomimo tego, że jesteś niewdzięczna i nim czasami gardzisz i znieważasz go (nie chodzi tu o ciebie oczywiście personalnie, ale o ludzkość jako całość). Bóg nas stworzył, gdyby nie Jego wola, nie było by też Ciebie (to mój punkt widzenia oczywiście) oddał za ciebie życie żebyś mogła być zbawiona, objawił się osobiście jako człowiek, żeby ludzie mogli Go poznać, czynił cuda (a więc dał namacalny dowód swej boskości), a pomimo tego paręset lat potem niektórzy ludzie twierdzą że w niego nie wierzą, bo nie dał namacalnego dowodu im osobiście. Pomimo tego On i tak kocha każdego człowieka i nie potępia go. Czy to nie świadczy o Jego miłości?
Ale nie każdy oddaje za ciebie dobrowolnie życie
A propos tego...
Mam nadzieję, że nikt się nie poczuje dotknięty, ale to też zawsze mi się wydawało przereklamowane. Spójrz, skoro Jezus był bogiem, to WIEDZIAŁ - nie wierzył - że po śmierci będzie przez wieczność siedzieć po prawicy ojca etc. W takim układzie zejście na ziemię na 30 lat z haczykiem to nawet nie mgnienie oka, a śmierć na krzyżu to jedynie bolesny impuls potrzebny do tego, żeby wrócić na swoje właściwe miejsce. W kontekście tego wszystkiego nie bardzo rozumiałam jego strach w Ogrójcu, serio. Może jestem jakaś cegła emocjonalna, ale gdybym ja WIEDZIAŁA, że po śmierci będę znów wszechmogącą boginią, to by mi się do tego nawet śpieszyło, a sama śmierć nie wywarłaby na mnie strasznego wrażenia.
W kontekście tego różni męczennicy dawali popis cudów odwagi, bo oni nie WIEDZIELI, gdzie trafią, oni musieli WIERZYĆ, że pójdą do nieba. Nie zwiedzili go, nie dostali osobistego zapewnienia od boga. Ich śmierć była też niejednokrotnie o wiele gorsza niż uduszenie się na krzyżu. W porównaniu z tym jak sami chrześcijanie traktowali czasem innych chrześcijan, których z jakiegoś powodu uznali za czarowników czy heretyków, była wręcz łagodna.
No i czy to ma przewyższyć fakt, że ludzi, którzy jednak z jakiegoś powodu nie chcą bezwarunkowo oddawać mu czci, zsyła się NA WIECZNOŚĆ na piekielne męki, do tego z wyjaśnieniem, że to nie kochający bóg to robi, ale oni sami się wysłali?
Wybaczcie, strasznie mnie ruszyło to "to nie bóg, to ludzie sami posyłają się do piekła", bo w rozmowach z setkami maltretowanych dzieci i kobiet słyszałam bardzo często coś prawie identycznego - "to nie moja wina, że cię biję, to twoja, bo byłaś nieposłuszna, ty mnie do tego sprowokowałaś, podziękuj sobie, gdybyś była inna, bardziej posłuszna, lepsza, to nie musiałbym cię bić, a tak patrz do czego mnie zmusiłaś". W kontekście ludzi uważa się to za straszną patologię, ale w kontekście boga za... przejaw miłości? Nie ogarniam.
107 2013-05-24 16:08:45 Ostatnio edytowany przez missnowegojorku (2013-05-24 16:09:47)
Vian napisał/a:No wiesz, przy założeniu z gruntu, że ktoś mnie kocha, jest najwspanialszy na świecie i co nie zrobi, to mnie kocha i jest najwspanialszy na świecie, to można kochać zupełnie każdego.
Ale nie każdy oddaje za ciebie dobrowolnie życie pomimo tego, że jesteś niewdzięczna i nim czasami gardzisz i znieważasz go (nie chodzi tu o ciebie oczywiście personalnie, ale o ludzkość jako całość). Bóg nas stworzył, gdyby nie Jego wola, nie było by też Ciebie (to mój punkt widzenia oczywiście) oddał za ciebie życie żebyś mogła być zbawiona, objawił się osobiście jako człowiek, żeby ludzie mogli Go poznać, czynił cuda (a więc dał namacalny dowód swej boskości), a pomimo tego paręset lat potem niektórzy ludzie twierdzą że w niego nie wierzą, bo nie dał namacalnego dowodu im osobiście. Pomimo tego On i tak kocha każdego człowieka i nie potępia go. Czy to nie świadczy o Jego miłości?
ale to wbrew mojej woli, nie potrzebny mi taki dług wdziecznosci, ja o to nie prosiłam...działal nawłasna odp. Więc nie winien wymagać wdzięczności, ponadto ja tam żadnych cudów nie widziałam...
Kizia75 napisał/a:Ale nie każdy oddaje za ciebie dobrowolnie życie
A propos tego...
Mam nadzieję, że nikt się nie poczuje dotknięty, ale to też zawsze mi się wydawało przereklamowane. Spójrz, skoro Jezus był bogiem, to WIEDZIAŁ - nie wierzył - że po śmierci będzie przez wieczność siedzieć po prawicy ojca etc. W takim układzie zejście na ziemię na 30 lat z haczykiem to nawet nie mgnienie oka, a śmierć na krzyżu to jedynie bolesny impuls potrzebny do tego, żeby wrócić na swoje właściwe miejsce. W kontekście tego wszystkiego nie bardzo rozumiałam jego strach w Ogrójcu, serio. Może jestem jakaś cegła emocjonalna, ale gdybym ja WIEDZIAŁA, że po śmierci będę znów wszechmogącą boginią, to by mi się do tego nawet śpieszyło, a sama śmierć nie wywarłaby na mnie strasznego wrażenia.W kontekście tego różni męczennicy dawali popis cudów odwagi, bo oni nie WIEDZIELI, gdzie trafią, oni musieli WIERZYĆ, że pójdą do nieba. Nie zwiedzili go, nie dostali osobistego zapewnienia od boga. Ich śmierć była też niejednokrotnie o wiele gorsza niż uduszenie się na krzyżu. W porównaniu z tym jak sami chrześcijanie traktowali czasem innych chrześcijan, których z jakiegoś powodu uznali za czarowników czy heretyków, była wręcz łagodna.
No i czy to ma przewyższyć fakt, że ludzi, którzy jednak z jakiegoś powodu nie chcą bezwarunkowo oddawać mu czci, zsyła się NA WIECZNOŚĆ na piekielne męki, do tego z wyjaśnieniem, że to nie kochający bóg to robi, ale oni sami się wysłali?
Wybaczcie, strasznie mnie ruszyło to "to nie bóg, to ludzie sami posyłają się do piekła", bo w rozmowach z setkami maltretowanych dzieci i kobiet słyszałam bardzo często coś prawie identycznego - "to nie moja wina, że cię biję, to twoja, bo byłaś nieposłuszna, ty mnie do tego sprowokowałaś, podziękuj sobie, gdybyś była inna, bardziej posłuszna, lepsza, to nie musiałbym cię bić, a tak patrz do czego mnie zmusiłaś". W kontekście ludzi uważa się to za straszną patologię, ale w kontekście boga za... przejaw miłości? Nie ogarniam.
Ja na przykład nie rozumiem dlaczego musi być jakaś krwawa ofiara, męczeństwo i takie tam. Czy to jest w ogóle jakieś zadośćuczynienie, czyjaś męka? Jeśli tak to komu i za co? Dla mnie to irracjonalne, co to za miłość jak się wymaga takiej ofiary z siebie, za czyjeś tam nieposłuszęństwo...
Kizia75 napisał/a:Vian napisał/a:No wiesz, przy założeniu z gruntu, że ktoś mnie kocha, jest najwspanialszy na świecie i co nie zrobi, to mnie kocha i jest najwspanialszy na świecie, to można kochać zupełnie każdego.
Ale nie każdy oddaje za ciebie dobrowolnie życie pomimo tego, że jesteś niewdzięczna i nim czasami gardzisz i znieważasz go (nie chodzi tu o ciebie oczywiście personalnie, ale o ludzkość jako całość). Bóg nas stworzył, gdyby nie Jego wola, nie było by też Ciebie (to mój punkt widzenia oczywiście) oddał za ciebie życie żebyś mogła być zbawiona, objawił się osobiście jako człowiek, żeby ludzie mogli Go poznać, czynił cuda (a więc dał namacalny dowód swej boskości), a pomimo tego paręset lat potem niektórzy ludzie twierdzą że w niego nie wierzą, bo nie dał namacalnego dowodu im osobiście. Pomimo tego On i tak kocha każdego człowieka i nie potępia go. Czy to nie świadczy o Jego miłości?
ale to wbrew mojej woli, nie potrzebny mi taki dług wdziecznosci, ja o to nie prosiłam...działal nawłasna odp. Więc nie winien wymagać wdzięczności, ponadto ja tam żadnych cudów nie widziałam...
Dokładnie. Nikogo nie prosiłam żeby istnieć. Baa, nikt mnie o zdanie nie pytał. Bóg mnie stworzył kompletnie wbrew mojej woli, a w dodatku słabą i grzeszną. Aha, no cierpiał na krzyżu żeby mnie od tych grzechów wybawić. Ale gdyby mnie nie stwarzał to nie musiałby cierpieć. Ani ja, bo jakoś wcale mi się tu nie podoba. Nic bym nie straciła gdybym nie istniała. A nawet jeśli, to bym o tym nie wiedziała.
Ach prawda. Bóg nie stworzył ludzi słabych i grzesznych,stworzył ich dobrych i do życia w raju,tylko ci go nie posłuchali i musiał ich z tego raju wypędzić. A wypędził wszystkich hurtem, tych którzy mu podpadli i nas też, mimo że nas jeszcze wtedy nie było. Wcale nie dał nam szansy. Ja jestem nieśmiała i niezaradna, więc gdyby wszystko czego mi potrzeba rosło w zasięgu ręki na drzewach to bym pewnie za bardzo się nie wychylała. No ale Bóg skazał mnie zaocznie na ułomność... Może mi ktoś to wytłumaczyć w kontekście bożej sprawiedliwości?
Kizia75 napisał/a:Ale nie każdy oddaje za ciebie dobrowolnie życie
A propos tego...
Mam nadzieję, że nikt się nie poczuje dotknięty, ale to też zawsze mi się wydawało przereklamowane. Spójrz, skoro Jezus był bogiem, to WIEDZIAŁ - nie wierzył - że po śmierci będzie przez wieczność siedzieć po prawicy ojca etc. W takim układzie zejście na ziemię na 30 lat z haczykiem to nawet nie mgnienie oka, a śmierć na krzyżu to jedynie bolesny impuls potrzebny do tego, żeby wrócić na swoje właściwe miejsce. W kontekście tego wszystkiego nie bardzo rozumiałam jego strach w Ogrójcu, serio. Może jestem jakaś cegła emocjonalna, ale gdybym ja WIEDZIAŁA, że po śmierci będę znów wszechmogącą boginią, to by mi się do tego nawet śpieszyło, a sama śmierć nie wywarłaby na mnie strasznego wrażenia.W kontekście tego różni męczennicy dawali popis cudów odwagi, bo oni nie WIEDZIELI, gdzie trafią, oni musieli WIERZYĆ, że pójdą do nieba. Nie zwiedzili go, nie dostali osobistego zapewnienia od boga. Ich śmierć była też niejednokrotnie o wiele gorsza niż uduszenie się na krzyżu. W porównaniu z tym jak sami chrześcijanie traktowali czasem innych chrześcijan, których z jakiegoś powodu uznali za czarowników czy heretyków, była wręcz łagodna.
No i czy to ma przewyższyć fakt, że ludzi, którzy jednak z jakiegoś powodu nie chcą bezwarunkowo oddawać mu czci, zsyła się NA WIECZNOŚĆ na piekielne męki, do tego z wyjaśnieniem, że to nie kochający bóg to robi, ale oni sami się wysłali?
Wybaczcie, strasznie mnie ruszyło to "to nie bóg, to ludzie sami posyłają się do piekła", bo w rozmowach z setkami maltretowanych dzieci i kobiet słyszałam bardzo często coś prawie identycznego - "to nie moja wina, że cię biję, to twoja, bo byłaś nieposłuszna, ty mnie do tego sprowokowałaś, podziękuj sobie, gdybyś była inna, bardziej posłuszna, lepsza, to nie musiałbym cię bić, a tak patrz do czego mnie zmusiłaś". W kontekście ludzi uważa się to za straszną patologię, ale w kontekście boga za... przejaw miłości? Nie ogarniam.
Ale Jezus był BEZ GRZECHU więc jego cierpienie było zupełnie nieuzasadnione... każdy męczennik był tylko człowiekiem więc jakieś grzechy miał,choćby nawet pierworodny.O sprawiedliwość grzechu pierworodnego zapytałam powyżej.
No i wiara męczenników była tak silna że oni wiedzieli niemalże że po śmierci spotkają się z bogiem i będą zasiadać w bliskim jego sąsiedztwie.. Na tym właśnie polega wiara i takiej się podobno od nas oczekuje.
Tak przynajmniej mi to tłumaczono.
Kochani,
Czy to przekonanie Kizii czy moje, które jest identyczne, że Jezus umarł za nas wszystkich włącznie z Vian, brzydullą i innych, nie zmienia przecież NIC w Waszym życiu! Zatem nie czujcie się atakowane, zagrożone czy indoktrynowane
Mnie bynajmniej nie o to chodzi. Chociaż uważam, że tak, Jezus za nas, za Was umarł. Ale.... zróbcie z tą informacją co tylko chcecie i naprawdę nie ma sensu się nad tym rozwodzić ![]()
Catwoman muszę przyznać, że jakkolwiek nie zawsze zgadzam się z Twoimi poglądami, to jesteś na tym forum przykładem, że można kulturalnie dyskutować nie zgadzając się z rozmówcą.
Moje uznanie ![]()
Dziękuję luc, miło to czytać. Chyba wynika to z tego, że czuję się osobą wolną w Bogu; odkąd porzuciłam religię, a skupiłam się na tej dwuosobowej relacji. Rozumiem natomiast każdy etap rozwoju duchowego człowieka, od ateizmu po fanatyzm.
I mam nadzieję... że Autorka wątku się nie zraziła i jeszcze się tu pojawi ![]()
Ateizm nie wyklucza fanatyzmu i często idzie z nim ramię w ramię.
Ateizm nie wyklucza fanatyzmu i często idzie z nim ramię w ramię.
To prawda, czego przykładem i tu na forum były swego czasu różne wypowiedzi. OK, to doprecyzuję: fanatyzmu religijnego.
Na kolejnym forum dostrzegam pewną prawidłowość. Zupełnie fałszywą ideologię walki religijnej, tu akurat czyni to o zgrozo redaktor działu religijnego. Jedną z form tej ideologii jest wyolbrzymianie i branie do jednego wora zwanego fanatyzmem religijnym wszelkiego zła tego świata. Jeśli chodzi o czynione zło, to jest rzeczą jasną, że najwięcej krzywdy tragedii ludzkich istniało i istnieje gdy wiary w Boga brakło, albo ta wiara była wypaczana. Przypomnę chociażby ofiary Niemiec hitlerowskich, czy ofiar stalinizmu.
Na kolejnym forum dostrzegam pewną prawidłowość. Zupełnie fałszywą ideologię walki religijnej, tu akurat czyni to o zgrozo redaktor działu religijnego. Jedną z form tej ideologii jest wyolbrzymianie i branie do jednego wora zwanego fanatyzmem religijnym wszelkiego zła tego świata. Jeśli chodzi o czynione zło, to jest rzeczą jasną, że najwięcej krzywdy tragedii ludzkich istniało i istnieje gdy wiary w Boga brakło, albo ta wiara była wypaczana. Przypomnę chociażby ofiary Niemiec hitlerowskich, czy ofiar stalinizmu.
Masz rację tylko niemożliwe jest znalezienie wyraźnej granicy między dobrą wiarą a fanatyzmem.
Czy jesteś w stanie odpowiedzieć na pytanie - czy obrona krzyża smoleńskiego była wiarą czy fanatyzmem?
Masz rację tylko niemożliwe jest znalezienie wyraźnej granicy między dobrą wiarą a fanatyzmem.
Czy jesteś w stanie odpowiedzieć na pytanie - czy obrona krzyża smoleńskiego była wiarą czy fanatyzmem?
Tu akuratnie odpowiedź jest prosta, była działaniem przede wszystkim politycznym. Wiara tu była tylko narzędziem. ![]()
Tu akuratnie odpowiedź jest prosta, była działaniem przede wszystkim politycznym. Wiara tu była tylko narzędziem.
Patrząc na różne zachowania osób z tłumu wcale odpowiedź nie jest prosta.
Część z nich nie ma do dzisiaj pojęcia, że brała udział w polityczno-religijnej farsie zorganizowanej dla poróżnienia narodu.
To co dla Ciebie jest jasne i przejrzyste dla innych takie być nie musi i mogą to interpretować w inny sposób. Na całym świecie codziennie dzieją się okrutne rzeczy a ich sprawczy są święcie przekonani, że ich Bóg tego chce.
120 2013-05-26 11:53:15 Ostatnio edytowany przez Fili[ (2013-05-26 11:53:52)
To co dla Ciebie jest jasne i przejrzyste dla innych takie być nie musi i mogą to interpretować w inny sposób. Na całym świecie codziennie dzieją się okrutne rzeczy a ich sprawczy są święcie przekonani, że ich Bóg tego chce.
Napisałem przecież, że najwięcej zła na świecie działo się i się dzieje gdy brakuje wiary w Boga lub Bóg jest źle pojmowany (wypaczany).
A nie tak jak mówi modna ideologia, że tam gdzie Bóg tam zło.
Ojciecpiotr napisał/a:To co dla Ciebie jest jasne i przejrzyste dla innych takie być nie musi i mogą to interpretować w inny sposób. Na całym świecie codziennie dzieją się okrutne rzeczy a ich sprawczy są święcie przekonani, że ich Bóg tego chce.
Napisałem przecież, że najwięcej zła na świecie działo się i się dzieje gdy brakuje wiary w Boga lub Bóg jest źle pojmowany (wypaczany).
A nie tak jak mówi modna ideologia, że tam gdzie Bóg tam zło.
A ja przecież napisałem, że niemożliwe jest znalezienie wyraźnej granicy między dobrą wiarą a fanatyzmem.
Znajdź chociaż jedną wierzącą osobę i przekonaj ją, że źle pojmuje swojego Boga. Powodzenia w poszukiwaniach ![]()
A ja przecież napisałem, że niemożliwe jest znalezienie wyraźnej granicy między dobrą wiarą a fanatyzmem.
Znajdź chociaż jedną wierzącą osobę i przekonaj ją, że źle pojmuje swojego Boga. Powodzenia w poszukiwaniach
A na jakiej podstawie Ty znajdziesz wierzącą osobę?
A po co mam szukać wierzących osób? Nie interesuje mnie światopogląd innych ludzi. Wyrażam się tylko negatywnie o złym postępowaniu.
Uważam, że to właśnie religie napędzają zło chociaż trudno powiedzieć jaki byłby świat bez religii.
Możesz mieć inne zdanie na ten temat ale coś jest w tym, że przestępczość, analfabetyzm i ubóstwo bardziej dotykają społeczeństw religijnych.
Możesz mieć inne zdanie na ten temat ale coś jest w tym, że przestępczość, analfabetyzm i ubóstwo bardziej dotykają społeczeństw religijnych.
Znowu ta modna ideologia. Jakoś kraje Europy Zachodniej nie ucierpiały na tym, że właśnie w nich najbardziej rozwijało się chrześcijaństwo w czasie największego rozkwitu. Nie mówisz o historycznych zapóźnieniach cywilizacyjnych, ale oczywiście ideologia podpowiada "właściwą" przyczynę. ![]()
125 2013-05-26 12:46:08 Ostatnio edytowany przez Ojciecpiotr (2013-05-26 12:46:42)
Znowu ta modna ideologia.
Nie zamierzam zmieniać Twoich poglądów. Dużo czytam i rozmawiam z ludźmi; stąd moje zdanie.
Jakoś kraje Europy Zachodniej nie ucierpiały na tym, że właśnie w nich najbardziej rozwijało się chrześcijaństwo w czasie największego rozkwitu.
Może czytamy inne książki ale według mojej wiedzy rozkwit nauki i wiedzy zbiegał się akurat z odwrotem chrześcijaństwa.
Poczytaj trochę o Oświeceniu.
Kizia75 napisał/a:Ale nie każdy oddaje za ciebie dobrowolnie życie
A propos tego...
Mam nadzieję, że nikt się nie poczuje dotknięty, ale to też zawsze mi się wydawało przereklamowane. Spójrz, skoro Jezus był bogiem, to WIEDZIAŁ - nie wierzył - że po śmierci będzie przez wieczność siedzieć po prawicy ojca etc. W takim układzie zejście na ziemię na 30 lat z haczykiem to nawet nie mgnienie oka, a śmierć na krzyżu to jedynie bolesny impuls potrzebny do tego, żeby wrócić na swoje właściwe miejsce. W kontekście tego wszystkiego nie bardzo rozumiałam jego strach w Ogrójcu, serio. Może jestem jakaś cegła emocjonalna, ale gdybym ja WIEDZIAŁA, że po śmierci będę znów wszechmogącą boginią, to by mi się do tego nawet śpieszyło, a sama śmierć nie wywarłaby na mnie strasznego wrażenia.
Dotknęłaś ciekawego zagadnienia, a mianowicie człowieczeństwa Jezusa. Sporo na ten temat czytałam, bo też mnie kiedyś nurtowało podobne pytanie. Biorąc pod uwagę relacje uczniów Jezusa o tym jak bardzo bał się Jezus czekającej go śmierci (spływał po nim krwawy pot i trząsł się ) można sądzić, że strach nie był mu obcy. Oczywiście Jezus wiedział, że śmierć dla niego nie oznacza końca, ale straszliwy ból fizyczny i poniżenie, a także samotność w cierpieniu przerażały go - jako człowieka, którym był, będąc jednocześnie Bogiem (jak ktoś miałby ci np. uciąc nogę bez znieczulenia to nawet wiedząc że to ci ratuje życie też byś się bała). Ta jego podwójna ludzko - boska natura jest dla nas trudna do ogarnięcia, ale my chrześcijanie wierzymy, że taki był. Stał się człowiekiem ze wszystkimi konsekwencjami i uczuciami, także strachem, bólem, smutkiem, cierpieniem.
No i czy to ma przewyższyć fakt, że ludzi, którzy jednak z jakiegoś powodu nie chcą bezwarunkowo oddawać mu czci, zsyła się NA WIECZNOŚĆ na piekielne męki, do tego z wyjaśnieniem, że to nie kochający bóg to robi, ale oni sami się wysłali?
Co czeka ludzi, którzy nie wierzą w Boga, tego nie wiemy. W Biblii jest mowa o tym, ale informacje są dość oględne i raczej symboliczne, wiadomo tylko, bo to Jezus powiedział z całą stanowczością i dość jasno, że ci, którzy pokładają w Nim nadzieję, nie zawiodą się. Co do tych, którzy nie zaprzątają sobie tym głowy, to nie wiadomo tak do końca. Skoro jednak i tak nie liczą na zbawienie i życie wieczne, to pretensji mieć nie mogą
.
Zastanawia mnie od pewnego czasu jedna rzecz - bezkrytyczny dogmatyzm wierzacych.
Np zarzucilam troche wyzej pytanie dlaczego nie dano nam szansy na zycie w raju na ziemi stworzonym wyjsciowo przez Boga na podstawie przewinienia jakichs tam ludzi tysiace lat temu i czy aby na pewno jest to sprawiedliwe. Odpowiedz ktora zawsze dostaje jest taka ze to co Bog robi jest zawsze dobre i sprawiedliwe. No ale z ktorejkolwiek strony by to nie ugryzc sprawiedliwe to to nie jest.
Albo dlaczego Bog potrzebuje krwi i cierpienia zaby odpuszczac grzechy. Od Jezusa poczawszy na cierpieniach zwyklych, nieraz bardzo dobrych ludzi czy dzieci skonczywszy. Podobno nalezy je ofiarowac je na przeblaganie za grzechy. Nie rozumiem dlaczego ktos kto jest tak milosierny takiej 'ofiary' wymaga. Ale Bog JEST milosierny i koniec, nie ma dyskusji. Ale dla mnie to raczej traci straszna, w dodatku slepa msciwoscia..
Zastanawia mnie od pewnego czasu jedna rzecz - bezkrytyczny dogmatyzm wierzacych.
Np zarzucilam troche wyzej pytanie dlaczego nie dano nam szansy na zycie w raju na ziemi stworzonym wyjsciowo przez Boga na podstawie przewinienia jakichs tam ludzi tysiace lat temu i czy aby na pewno jest to sprawiedliwe. Odpowiedz ktora zawsze dostaje jest taka ze to co Bog robi jest zawsze dobre i sprawiedliwe. No ale z ktorejkolwiek strony by to nie ugryzc sprawiedliwe to to nie jest.
Albo dlaczego Bog potrzebuje krwi i cierpienia zaby odpuszczac grzechy. Od Jezusa poczawszy na cierpieniach zwyklych, nieraz bardzo dobrych ludzi czy dzieci skonczywszy. Podobno nalezy je ofiarowac je na przeblaganie za grzechy. Nie rozumiem dlaczego ktos kto jest tak milosierny takiej 'ofiary' wymaga. Ale Bog JEST milosierny i koniec, nie ma dyskusji. Ale dla mnie to raczej traci straszna, w dodatku slepa msciwoscia..
Możesz dowiedzieć się jeszcze, ze Bóg ma plan, cokolwiek to znaczy.
Zastanawia mnie od pewnego czasu jedna rzecz - bezkrytyczny dogmatyzm wierzacych.
Np zarzucilam troche wyzej pytanie dlaczego nie dano nam szansy na zycie w raju na ziemi stworzonym wyjsciowo przez Boga na podstawie przewinienia jakichs tam ludzi tysiace lat temu i czy aby na pewno jest to sprawiedliwe. Odpowiedz ktora zawsze dostaje jest taka ze to co Bog robi jest zawsze dobre i sprawiedliwe. No ale z ktorejkolwiek strony by to nie ugryzc sprawiedliwe to to nie jest.
Albo dlaczego Bog potrzebuje krwi i cierpienia zaby odpuszczac grzechy. Od Jezusa poczawszy na cierpieniach zwyklych, nieraz bardzo dobrych ludzi czy dzieci skonczywszy. Podobno nalezy je ofiarowac je na przeblaganie za grzechy. Nie rozumiem dlaczego ktos kto jest tak milosierny takiej 'ofiary' wymaga. Ale Bog JEST milosierny i koniec, nie ma dyskusji. Ale dla mnie to raczej traci straszna, w dodatku slepa msciwoscia..
Bóg nie żąda ofiar, wręcz przeciwnie, sam siebie ofiarował i to jest całkowicie wystarczająca ofiara. Dlaczego musiało się to odbyć w ten sposób, nie wiem, ale jak dla mnie chodzi o pewne prawa rządzące światem materialnym (cielesnym) i duchowym, czyli żeby znaleźć się w świecie duchowym trzeba "porzucić" ciało doczesne, i tak musiał tego dokonać Jezus. Dlaczego nie umarł w inny, mniej bolesny i dramatyczny sposób? Nie wiem, może chodziło o symbolikę niewinnej męki, generalnie takie zasady ustalił Bóg, że odkupić grzechy wszystkie wszystkich ludzi może jedna śmierć - niewinna, jego własnego Syna. Cierpienie doczesne, które jest udziałem ludzi, nie jest karą za jakiś konkretny grzech konkretnej osoby a raczej konsekwencją posiadania ciała i życia na ziemi, co z kolei jest konsekwencją tego co zapisane na początku w Księdze Rodzaju, czyli wygnania z raju. Dlaczego cierpią niewinni ludzie? Ano w porównaniu z Bogiem nikt nie jest niewinny, a cierpienie i radość są po prostu nieodłącznie wpisane w naszą doczesność. Kwestia Adama i Ewy to jednak czysta symbolika, a chodzi o to, że człowiek zamiast zaufać bezgranicznie Bogu chciał być Mu równy (to dotyczy raczej naszej ludzkiej skłonności niż jednego konkretnego wydarzenia czyli zjedzenia zakazanego owocu). Biblia pełna jest takich symbolicznych przypowieści. Można z nich wyczytać to, czego Bóg od nas chce i co nam obiecuje.
Żebyśmy żyli w raju na ziemi musimy ufać bezgranicznie Bogu, inaczej ciągle komuś przydarzały by się incydenty jak Ewie z wężem
, a wtedy szybko zrobilibyśmy z raju niezły burdel:). Ja tak to rozumiem, chociaż też mam wiele pytań i ciężko mi sobie niektóre sprawy wyjaśnić, wiem jednak, że nie należy naszą miarą mierzyć Boga.
Moim zdaniem, gdyby Jezus zrobił dla ludzkości coś innego, np. ofiarował ludziom świątynię ze złota i diamentów, albo dał sobie uciąć rękę, nie przemówiłoby to do ludzi tak, jak śmierć: dobrowolna, w mękach - kto by się na to zdecydował?! Wg mnie tylko oddanie się dobrowolnie na śmierć jest... jakby zaparciem się człowieczeństwa, wręcz instynktu samozachowawczego, który mówi: walcz albo uciekaj.