Hej, mam pewien problem. Żeby zobrazować sytuację, muszę wspomnieć, że niedawno przeżyłam niemiłe "rozstanie", które było dla mnie szokiem. Właściwie to wstrząsem. Spotykałam się z facetem 2 lata, jednak było to na odległość 300 km (był na delegacji). Wiedziałam, że ma jakąś tam byłą. No ale mówił, że nie układało im się, że to on z nią zerwał itd. Potem już nic o niej nie wspominał.. Widywaliśmy się co jakiś czas z powodu odległości, jego i mojego zapracowania. Ale coś było nie tak. Nie wiem, intuicyjnie to wyczuwałam. Chciałam znaleźć jego byłą na fb (on nie ma fb) i w końcu znalazłam w marcu po jego rodzinie (i dawnych ich postach). I nic na tym profilu nie było, kilka jej zdjęć, żadnych oznaczeń itd. W maju coś mnie tknęło (dosłownie, jakaś intuicja, zazdrość, sama nie wiem), że znów weszłam na jej profil.. a tam oznaczenie o ślubie i zmiana nazwiska na jego.. .!!! Przeżyłam szok, dosłownie wstrząs.... bo ufacie komuś, niby znacie, a tu takie coś.. i to jeszcze dowiedziałam się zupełnie przypadkowo, dwa dni po ślubie.. zaznaczam, że mieliśmy kontakt do samego końca, a w weekend się coś nie odzywał.. zadzwoniłam do niego, zapytałam, jak mu minął weekend.. to skłamał, że nic ciekawego się nie działo!!! że był w pracy, że zapracowany jest, że potem leżał i oglądał tv.. zapytałam o spotkanie, żeby go sprawdzić, to zgodził się i chciał sie spotkać, obiecał spotkanie.. rozłączyłam się i napisałam mu w mailu, że wszystko wiem, nawtykałam mu i dałam do zrozumienia, że znalazłam jego żonę na fb.. a potem go zablokowałam wszędzie.. Nie zamierzam znać go po tym, gdy tak mnie okłamał i gdy zrobił ze mnie tę trzecią. Największy żal mam o to, że jestem osobą uczciwą, lojalną, brzydzę się zdradą.. wiedział o tym, a w takie coś mnie wplątał.. początkowo miałam chęć zemsty, żeby wysłać jej na fb wszystkie zdjęcia, smsy, maile.. bo mam zachowane wszystkie z tych dwóch lat.. pisał mi w nich, że jest sam, wyznawał uczucie.. ale potem przezwyciężyłam to, zrozumiałam, że nie chcę jej krzywdzić, nie chcę, żeby cierpiała jak ja. Nic złego nie zrobiła, a teraz już pozamiatane, bo jest po ślubie.. widziałam na fb, że jest dobrą i wierzącą osobą.. więc z tego powodu wiem, że i tak nie odejdzie od niego.. zwłaszcza tak tuż po ślubie.. on by ją pewnie omamiał.. pewnie by mu uwierzyła, dała szansę po czasie.. a ja bym tylko wyszła na tą złą...I co by mi z tego przyszło? Nic, oprócz tego, że ona by cierpiała tak samo i że ja bym wyszła na jakąś zdzirę, która próbowała odbić narzeczonego..
Postanowiłam zapomnieć, iść dalej. Wybaczyłam sobie i jemu wewnętrznie. Poczucia własnej wartości mi nie zniszczył, bo ono nie zależy od osób trzecich, a sama się cenię i wiem, że jestem wartościową osobą. Jednak tak mnie okłamywał okrutnie dwa lata. ... same kłamstwa mi mówił;.. to okropne.. jak tu teraz komuś zaufać.. jednak próbuję, bo mam już 24 lata i chcę znaleźć miłość, założyć rodzinę... chcę znaleźć swoją miłość i dać komuś szczęście, które jest we mnie i które mogę komuś dać.
I teraz jest problem- miesiąc temu poznałam przypadkowo na forum chłopaka. Zaczęliśmy pisać maile, on widział moje zdjęcie, ja jego nie. Ale niestety wiem już, że raczej nic z tego nie będzie bo:
1) jest dwa lata młodszy. Ja mam już 24 lata, jestem po przejściach. Mam poczucie, że zmarnowałam ostatnie 2 lata, nie chcę marnować kolejnych. Starsi faceci zawsze mi się wydawali bardziej dojrzali i odpowiedzialni. On niby jest dojrzały, widać to po nim, ale jednak ma te 22 lata.. Ja bym może za 2-3 lata chciała zakładać rodzinę, a on? wątpię. Bałabym się, że za 2 lata powie mi, że musi się jeszcze wyszaleć itd..
2) jest kompletnym ateistą. nienawidzi księży. Niby wiara to kwestia indywidualna i nie można p o niej oceniać ani odrzucać kogoś, ale sama jestem osobą wierzącą i praktykującą. I co innego akceptować różnice w koleżeństwie, a co innego w związku. Żeby nie było- nie jestem nadgorliwa, nie chodzę na pielgrzymki i jakieś zloty, po prostu wierzę i chodzę do kościoła co tydzień. Wiara mnie ukształtowała. Wartości, które mam, są w dużym stopniu dzięki niej. Wiara daje mi nadzieję, wsparcie. Dzięki niej pomagam, staram się być dobrą osobą, wybaczam. Zawsze marzyłam o małżeństwie z katolikiem, żeby wziąć ślub z osobą, dla której przysięga przed Bogiem to coś więcej niż formułka przed człowiekiem. Która chodziłaby ze mną i dziećmi do kościoła. Z którą można by było pogadać i zgłębiać tzw. duchowość. Która poprzez wartości miałaby podobny światopogląd i spojrzenie na świat. On wie, że ja wierzę, nie neguje tego, mówi, że każdy wierzy, w co chce. No niby ok, jednocześnie wiem, że nienawidzi księży i śmieje się z kolegów, którzy chodzą do kościoła z dziewczynami.. Więc nie wiem, czy to ugodowe spojrzenie na moją wiarę nie jest tylko na chwilę, dlatego, żebym nie "uciekła". A co by było kiedyś, czy nie robiłby problemów?
Dodatkowo uważam, że wiara buduje małżeństwo, takie osoby rzadziej się rozwodzą i nie zdradzają (nie mówię tu o hipokrytach). Boję się, że kiedyś byłyby kłótnie na ten temat.
3) Odległość. Okazało się, że dzieli nas ok 400 km.. Nie muszę mówić, że po poprzednim złym doświadczeniu boję się odległości. Przez odległość byłam oszukiwana.. poza tym męczyłam się, tęskniłam, a i nie byłam w stanie dobrze go poznać.. Nie chcę się też wyprowadzać nigdzie indziej.. Odległość wydłuża czas poznawania się, a ja mam już 24 lata..
4) On skończył jedynie technikum. Nie chcę nikogo po tym oceniać i nie odrzucałabym za to. Problem jest w tym, że ja skończyłam 2 kierunki studiów, jestem bardzo ambitna, ciągle mam chęć douczania się. A on? Pisze, że jedną książkę w życiu przeczytał.. nie jest przy tym głupi, ładnie pisze, bez błędów, jakąś tam wiedzę ma. Ale sam narzeka na pracę, że w Polsce nie można się niczego dorobić, pracując za najniższą krajową. Zachęcałam go na kursy, szkolenia.. to jakoś nie ma zapału. Nie wiem, czy różnica wykształcenia nie byłaby kolejną rzeczą, która by nas różniła, choć za to bym nie odrzuciła... A on w dodatku miał plan wyjechania za granicę. Jeśli nie teraz, to kto wie, kiedy znów.. a nie chcę mieć kiedyś męża na odległość..Sama nie planuję wyjazdu z Polski.
5) Ma jakieś problemy z agresją. Też dużo przeszedł w życiu, ja pisałam, że ja wybaczyłam, a on? nazywa tych ludzi swoimi katami, mówi, że nie umie wybaczać i że najchętniej by ich "zniknął"... że nie miałby skrupułów ani wyrzutów sumienia wobec kogoś, kto skrzywdził jego lub jego rodzinę, ale że prawo go trzyma.. nie wiem, czy to na poważnie pisał, ale sama jestem osobą spokojną i dla mnie to dziwne. Wiem, że wybaczenie ma dużą siłę, że uzdrawia przede wszystkim nas. Pomaga zapomnieć, wyciągnąć naukę na przyszłość.. a on tkwi w tej nienawiści i nie chce tego zmienić.
Chciałabym się zakochać, pokochać ze wzajemnością. Człowieka porządnego, dobrego, empatycznego, wierzącego. Takie są moje kryteria, mam już swoje lata i dokładnie określiłam, czego chcę, kogo szukam. On jest niby empatyczny, mówi, że ma wartości, że nie zdradza, że nie kłamie.. ale czy to wystarczy? Dałybyście mu szansę, uwzględniając moje poprzednie przeżycia i powyższe argumenty? Najbardziej się boję, żeby kogoś nie skrzywdzić, nie zranić niechcący. A widzę, że on się okropnie nakręcił. Miesiąc piszemy, widział moje zdjęcie i już normalnie pisał mi o planach, że miał w styczniu wyjechać za granicę, ale kto wie, że może dzięki komuś zmieni plany.. że chciałby pokochać kogoś, mieć dzieci.. że czuje się samotny, że ciągle ma pecha do miłości, ale może to się zmieni niedugo.. komplementuje, pisze, że czytam mu w myślach, że może nie bez powodu się poznaliśmy..nie piszę mu dużo maili, odwlekam z wyżej wymienionych powodów odpisywanie, poza tym sama nie mam czasu za dużo itd. A on? pisze mi, że to nie szkodzi, że na maile ode mnie może bardzo długo czekać.. czuję się trochę osaczona. Generalnie pisałam mu po prostu o sobie, nie flirtowałam itd, gadaliśmy o problemach, byłych związkach, a czuję, że się nakręcił. Nie chcę nikogo tak od razu odrzucać, ludzie często mówią, żeby dawać szansę.. ale czy te różnice nie są zbyt poważne? Poza tym.. czuję jakiś wewnętrzny opór, nie wiem, czy to intuicja czy co.. Nie chcę z nim zrywać kontaktu, bo fajnie mi się z nim pisze, polubiłam go, mamy podobne podejście do życia. jednak boję się, że on będzie się z każdym dniem coraz bardziej nakręcał.. mój brat tak pisał z dziewczyną, zakochał się, a potem cierpiał.. nie chcę, żeby ktokolwiek cierpiał przeze mnie.. nie mogę mu napisać, że nikogo nie szukam, bo z rozmowy wie, przez co przeszłam, że jestem sama i że chciałabym kogoś poznać.. jak utrzymać znajomość, koleżeństwo jednocześnie, żeby on nie wkręcał się jeszcze bardziej? Czy to w ogóle jest możliwe? Na razie te wszystkie insynuacje przemilczam, nie flirtuję, no ale on i tak nie zmienił sposobu pisania...