Ostatnio mam bardzo intensywne sny. Takie, że budzę się rano i przez chwilę nie wiem, czy ja już jestem tu, czy jeszcze tam. Nie są to jakieś koszmary, raczej sny zwykłe, życiowe, ale zostawiają po sobie dziwny ślad w głowie.
Śni mi się codzienność: rozmowy, drogi, miejsca, których dawno nie widziałam, ludzie z przeszłości, czasem tacy, z którymi nie mam już żadnego kontaktu. Co ciekawe, we śnie wszystko wydaje się logiczne, normalne, a dopiero po przebudzeniu zaczynam się zastanawiać: dlaczego akurat to? dlaczego akurat ta osoba? dlaczego ten temat wraca, skoro na jawie o nim nie myślę?
Mam wrażenie, że sny to taka przestrzeń, gdzie głowa nadrabia zaległości. To, czego nie chcemy ruszać w ciągu dnia, wraca nocą bez pytania o zgodę. I im bardziej człowiek próbuje być „ogarnięty” na co dzień, tym bardziej sny pokazują, że w środku wcale tak spokojnie nie jest.
Zaczęłam się też zastanawiać nad duchowym wymiarem snów. W Biblii sny często były formą komunikacji — Józef, Daniel, prorocy. Nie każdy sen to objawienie, jasne, ale nie wierzę też, że wszystko jest tylko przypadkową pracą mózgu. Czasem mam wrażenie, że sny są jak listy, których nie chce nam się czytać na jawie.
Święta Hildegarda pisała, że sen to moment, w którym dusza odpoczywa, ale też porządkuje to, czego nie potrafimy poukładać świadomie. I coś w tym jest. Bo po niektórych snach czuję ulgę, a po innych niepokój, jakby coś domagało się uwagi.
Najdziwniejsze jest to, że sny często są bardziej szczere niż my sami. Nie udają. Nie poprawiają się pod innych. Pokazują dokładnie to, co siedzi głęboko, nawet jeśli na jawie mówimy sobie: „to już nie ma znaczenia”.
Nie wiem jeszcze, co z tym zrobić. Na razie po prostu zapisuję sny albo próbuję je zapamiętać. Może nie po to, żeby je analizować na siłę, ale żeby nie ignorować tego, co samo do mnie przychodzi w ciszy nocy.
Bo może sny to nie problem do rozwiązania, tylko sygnał, że coś we mnie chce zostać usłyszane.