Dzisiaj byłam z córką w sklepie po zakupy. Niby nic nadzwyczajnego – chleb, mleko, kilka warzyw, no i oczywiście jakieś słodycze, bo jak to dziecko, zawsze coś wypatrzy. Stałyśmy w kolejce, a przede mną starsza pani liczyła drobniaki. Widać było, że nie ma za dużo pieniędzy, bo odkładała po kolei produkty, żeby się zmieścić w kwocie. I wiecie co? Tak mi się serce ścisnęło, że chciało mi się płakać.
Patrzę na tę panią i myślę sobie: ja też nieraz narzekam, że mi ciężko, że życie trudne, że nie mam wolności, że chciałabym więcej... a tu ktoś się zastanawia, czy mu starczy na masło. I nagle w tej chwili poczułam, że Bóg jakby do mnie mówił: „Widzisz? Ty masz więcej, niż myślisz. Naucz się dziękować.”
Nie wiem, skąd to się wzięło, ale dosłownie poczułam takie ciepło w środku, jakby mnie coś ścisnęło w sercu i powiedziało „pomóż jej”. Więc podeszłam i powiedziałam tej pani, że dopłacę za te dwa produkty, które odłożyła. A ona aż się rozpłakała i powiedziała: „Niech Bóg pani błogosławi.”
I wtedy już nie wytrzymałam. Łzy mi same popłynęły, chociaż to było głupie, bo ludzie patrzyli, ale ja miałam w nosie. Bo to nie chodziło o te parę złotych. To był ten moment, kiedy Bóg mnie dotknął przez drugiego człowieka.
Jak wróciłam do domu, to długo o tym myślałam. Czasem myślimy, że Bóg nie słyszy naszych modlitw, bo nie daje nam tego, o co prosimy. A On po prostu daje nam okazję, żebyśmy my mogli być odpowiedzią na czyjąś modlitwę.
Nie wiem, może to głupie, ale po tych zakupach poczułam się jak po spowiedzi – lekko, spokojnie, jakby coś się we mnie oczyściło.
A Wy mieliście kiedyś tak, że zwykła sytuacja – w sklepie, w autobusie, w szkole – nagle stała się dla Was jakimś duchowym doświadczeniem?