Cześć,
Dzisiaj mijają dokładnie dwa lata odkąd pracuję jako Regionalny Koordynator ds. Sprzedaży. Zatrudnia mnie agencja realizująca projekt dla dużej korporacji. Do marca tego roku radziłam sobie całkiem dobrze — jak wszędzie, były wzloty i upadki, ale bilans wychodził na plus.
Miałam swoje powody do satysfakcji:
-auto służbowe do użytku prywatnego i darmowe paliwo,
-swobodę w planowaniu pracy w terenie,
-wpływ na wyniki regionu,
-poczucie, że moja praca ma realny sens.
Oczywiście były też minusy — ogromna presja, niepłatne nadgodziny (system zadaniowy) i fakt, że tak naprawdę mam dwóch przełożonych: jednego z agencji i jednego z korporacji. Do tego kiepska komunikacja i chaotyczne rozwiązywanie problemów.
Mimo to dawałam z siebie wszystko. W zeszłym roku byłam Top Performerem — robiłam niemal 200% targetów i zgarniałam najwyższe premie.
I wtedy wszystko się posypało…
Początek tego roku przyniósł zmianę Supervisora po stronie korporacji. Z atmosfery opartej na wzajemnym wsparciu i zaufaniu zostało tylko wspomnienie. Komunikacja stała się chłodna i przesadnie formalna, a wymagania… zupełnie oderwane od realiów.
W marcu wprowadzono dodatkowe stanowisko SPV, które objęła moja bliska koleżanka z pracy. W ciągu miesiąca „pozbyła się” innej koordynatorki z sąsiedniego województwa — przyznała mi się, że taki miała plan. W kwietniu poproszono mnie, bym na dwa tygodnie przejęła jej obowiązki. Zgodziłam się. Te „dwa tygodnie” zamieniły się w niemal dwa miesiące pracy od rana do nocy, z ponad 40 osobami wymagającymi codziennego kontaktu i toną zadań administracyjnych.
Prosiłam o pomoc. W odpowiedzi — cisza. Potem okazało się, że informacja o „nowej osobie na stanowisku” była kłamstwem. Odmówiłam dalszego zastępowania — i wtedy zaczęła się prawdziwa jazda.
Zaczęło się polowanie.
Od tego momentu czuję, że celem jest jedno — doprowadzić mnie do zwolnienia. Pojawiły się:
-próby manipulowania dokumentacją, by wykazać błędy w moim regionie,
-zlecenia zwolnień moich najlepszych pracowników,
-ignorowanie zgłaszanych problemów, które wpływały na wyniki,
-pomijanie mnie w spotkaniach i podziękowaniach,
-fałszywe oskarżenia mailowe,
-niewypłacenie należnej premii,
-wyższe targety niż u innych, bez powodu,
-kontakt w weekendy i po godzinach,
-rozmowa dyscyplinarna za „nieprofesjonalną komunikację” — bo odmówiłam dalszego zastępstwa.
Agencja wiedziała o skargach innych pracowników i o sytuacjach mobbingowych. Sama prosiłam o rozmowę, by wszystko zgłosić. Bez skutku. Zamiast pomocy dostałam… plan naprawczy.
Plan naprawczy — pretekst do zwolnienia.
Powody: rzekomo niska efektywność, za mało jednego typu dokumentów i „roszczeniowy/agresywny ton wypowiedzi”.
Tymczasem:
-efektywność liczono dopiero od lipca, a wcześniej kazano „robić godziny”,
-trzy inne regiony miały niższą efektywność — bez planu naprawczego,
-od marca proszę o akcję, która daje innym 80% sprzedaży — bez odpowiedzi,
-dokumenty, których było „za mało”, są mniej istotne niż te, w których miałam najlepszy wynik w regionie,
-o przykładach „agresywnego tonu” nigdy mi nie powiedzieli.
Co ciekawe, gdy dostałam plan naprawczy, target miałam wykonany — i to w czasie narzuconym przez pracodawcę. Do planu naprawczego zmienili zasady gry, doliczając godziny nowych, niewyszkolonych pracowników, by zaniżyć mój wynik.
Ostatnia kropla.
Widząc, że sytuacja zmierza w złym kierunku, poszłam do prawnika i dostałam L4 psychiatryczne. Po tygodniu — wezwanie do oddania całego sprzętu i materiałów w mniej niż 24h. Wiedziałam, że to metoda na zwolnienie dyscyplinarne — dokładnie tak zrobiono z moją poprzedniczką.
Poprosiłam o realny termin — odmowa. Poszłam do PIP — potwierdzili, że to zagranie jest wątpliwe w kontekście prawa pracy. Lekarz skierował mnie do szpitala psychiatrycznego, gdzie dostałam zakaz prowadzenia auta. Pracodawca mimo tego zażądał oddania sprzętu w innym województwie, ignorując zalecenia lekarskie.
Po konsultacjach prawnych wiem, że złamano tu wiele przepisów — od umowy o pracę, przez kodeks pracy, po ustawę zasiłkową.
I to jeszcze nie koniec…
Obecnie pracodawca zażądał zwrotu w przyszły wtorek, nadal w innym województwie, całkowicie ignorując moje zalecenia lekarskie. Twierdzi, że „mogę kogoś upoważnić i wysłać zamiast siebie”.
Dziś zamierzam odpisać im listem, w którym wytknę wszystkie artykuły prawa, które łamią, i po raz ostatni poproszę o wyznaczenie osoby, która rozliczy mnie na miejscu — tak, jak wynika to z umowy. Jednocześnie jasno zaznaczę, że dalsze naleganie na rozliczenie w narzuconym przez nich mieście potraktuję jako nękanie i naruszanie moich praw pracowniczych.
Zastanawiam się, czy jest jeszcze coś, co mogę zrobić ponad to, aby zabezpieczyć się prawnie i mentalnie przed kolejnymi atakami?