Cześć.
Jestem z partnerem, który wybiera masturbację. Dużo w tym mojej winy, bo na samym początku znajomości, gdy się o tym dowiedziałam, nie postawiłam pewnej granicy, bo jest moim pierwszym i bardzo naiwnie wierzyłam, że z czasem się to zmieni. Nie chciałam zaczynać relacji od łóżka, więc przyzwalałam mu na samozadowalanie się, co by sobie popuścił trochę energii. W innych płaszczyznach dogadujemy się dobrze, lecz ten felerny seks...a właściwie jego brak, bo zawsze wkracza ręka. Były rozmowy, po jednej z nich doszło do upragnionego seksu, jednak on nie skończył. Znaczy nie był w stanie bez ręki. Nasza przygoda z pełnym aktem seksualnym trwała, dosłownie z kalendarzem tydzień. Co prawda próbuje mi to wynagradzać palcami czy językiem, jednak mimo że spełniam swoją fizyczną potrzebę, psychicznie czuję się źle, że muszę fantazjować o seksie z nim, bo inaczej do tego nie dojdzie aniżeli w mojej głowie. Jako, że jestem też bardzo wrażliwa, bardzo często zastanawiam się czy go podniecam. Czy mu się podobam. Przekłada sie to również na inne sfery życia, przez które się kłócimy, bo zawsze mam w głowie, że skoro nie potrafię być po prostu kobietą w związku, to jak mam poradzić sobie z innymi rzeczami. Jak mam np. spełnić się zadowowo, jak mi się ma coś udać, skoro zawsze jest ktoś, lub coś lepszego. Były rozmowy, niektórych nie brał na poważnie kiedy mówiłam mu, że nie chcę go zdradzać i nigdy tego nie zrobię, tylko w najgorszym wypadku odejdę. Parę dni temu, kiedy miał wolne, powiedziałam mu, że to jest właśnie czas naszej próby, bo bardzo często ostatnio płakałam z powodu braku własnej wartości. Znów się zaczął smiać, bardzo często reagował śmiechem na to, co mówiłam, że mnie boli. Dzisiaj jednak, przy jednej z rozmów na temat innej sfery życia, lecz której też unikam z powodu takiego, że się boję że nie podołam...powiedziałam, że jadę do domu. Że była próba. W ciągu kilku dni była jego ręka, znów zero zbliżenia, nawet doszłam do wniosku, że mu się nie podobam fizycznie. On nagle spoważniał i stwierdził że skoro tak grożę, to mam sobie jechać. Spakować wszystkie swoje rzeczy i wracać. I się odciął, z fochem. Zastanawiam się, czy to ja przypadkiem nie przesadzam... Czy może mam zrozumieć, że nie mogę mieć wszuystkiego, w sensie fajnej relacji partnerskiej i seksu? Czy przesadzam, że seks tak może wpłynąć na moje poczucie własnej wartości? Może ja czegoś nie rozumiem bo właśnie jest moim pierwszym..?