Brzydzę się nim - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 14 ]

Temat: Brzydzę się nim

Cześć wszystkim.
   Mam 20 lat, on 22. Jesteśmy razem od prawie 5 lat, czyli zaczęliśmy dość wcześnie. Napisałam strasznie długi post, ale stwierdziłam, że to było  kiedyś, więc nie ma znaczenia...
W wielkim skrócie on jako nastolatek był bardzo zaburzony psychicznie i jest do teraz. Robił mi potworne, potworne rzeczy, które nie mieszczą się w głowie. Co się zmieniło to moje nastawienie, przestałam być tylko dzieckiem a zaczęłam dorastać i nie umiał mi już wejść na głowę ani wciskać kitów. Po roku, dwóch, sytuacja się drastycznie zmieniła. Zauważyłam, że to jest bardzo toksyczny związek a on się nie nadaje na partnera na stałe, ale wciąż z nim byłam. Gdy było lepiej, myślałam o nim poważnie, gdy było gorzej - od razu kierowałam się do rozstania. Przez to sobie nie pozwalał tak bardzo jak na początku, cały czas mnie gonił; ja miałam pozycję osoby decydującej i cały czas z nim zrywałam.
   Czas mijał, próbowałam cały czas wszystko naprawić, ciągle coś było nie tak, ciągle były jakieś problemy. Wypruwałam sobie żyły, tłumaczyłam mu, a on się zachowywał jak dziecko we mgle które nic nie rozumie. Kłamał, manipulował, wszystko psuł do momentu aż mówiłam, że to koniec. Wtedy wpadał w histerie i mówił piękne rzeczy, obiecywał wszystko, tyle, że nic nigdy nie doszło do skutku. Ja przyjmowałam go znowu tłumacząc sobie, że to moja wina. Podczas kłótni nie raz mówiłam mu potworne rzeczy, pękałam, frustracja mnie przygniatała. Później miałam wyrzuty sumienia i chciałam sobie udowodnić, że jak się bardziej postaram to będzie lepiej.
  Cały ten czas to była męka, walka. Na przykład traktował mnie jak obiekt seksualny, nie istniało słowo nie, wielokrotnie sypiałam z nim dla spokoju, często czułam się prawie.. zgwałcona. Zajęło to 1,5 roku kłótni zanim do niego cokolwiek zaczęło docierać. Tłumaczyłam mu na wszystkie sposoby, że przez to niszczy nasz związek. Na spokojnie, krzycząc, milcząc, szukając metafor, robiąc wielogodzinne wykłady, tłumacząc. Mówił, że rozumie, a później znowu robił to samo. Takich rzeczy było wiele. Nie byłam dziewczyną idealną, też swoje narobiłam, raz spotkałam kogoś innego i zerwałam z moim zanim do czegokolwiek doszło. Tamtego też zostawiłam zanim do czegokolwiek doszło i wróciłam po tygodniu...
   
   Teraz po latach czuję całą sobą jak mam dość...Niby jakoś to było ale dla mnie to wszystko jest jedną wielką katastrofą. Zniszczona jest każda dziedzina wspólnego życia. Nie szanuję go, nie wierzę w jego słowa. Czuję, że zmarnowałam nawet nie czas - gdzieś mam czas, ale cały ten wysiłek emocjonalny... Tyle razy mnie zawiódł, wbił nóż w plecy, ośmieszył. Jest okropnie słaby emocjonalnie, kieruje się tylko emocjami a mnie to brzydzi. Nie ma żadnej godności i udowodnił to nie raz. Cieszą go moje porażki. Nie interesuje go nikt poza nim, jest potwornym emocjonalnym egoistą. Gdy stało się u mnie coś strasznego, nie dostałam za grosz wsparcia, a nawet drastycznie pogorszył sytuację i musiałam od niego uciekać. Przez tyle czasu próbowałam... A on tego nie widzi. Wg. niego między nami wszystko jest w porządku i nie widzi nic z tego co piszę! Kiedy pytam co mu we mnie nie pasuje, nie jest w stanie nic wymienić. Wcale nie chce, żeby było dobrze, a wystarczy żebym udawała. Dla mnie to jest zupełnie niepojęte! Trzyma się mnie pazurami i nie daje odejść, a ja coraz bardziej się nim brzydzę. Od zawsze miał podejście takie, że gdy już się godziłam wrócić, to nigdy więcej nie poruszał tematu. Zamiatał pod dywan i zostawiał. Kilka miesięcy temu coś pękło i zaczęłam się na to zgadzać... I dochodziłam do tego wszystkiego. Odsuwałam się coraz bardziej, przestałam lubić jego towarzystwo, unikałam spotkań, seksu.

   Od roku, dwóch przytył ok. 30 kg i tyje dalej, poinformował mnie, że to mój problem. Dziś w nocy po raz pierwszy jego dotyk i pocałunki mnie obrzydzały. Nienawidzę go całym sercem i o wszystko obwiniam a jednocześnie kocham. Gdy myślę o tym, że mam z nim zerwać i o tym jak miesiącami będzie mnie nachodził, to tracę siły. Nie wiem jak to zrobić. Wiem, że będę się wahać. Wiem, że będzie mi ciężko, że będzie błagał i obiecywał.

   Naprawdę go kocham ale mam już dość. Nie widzę żadnych szans. Dajcie mi siły, żeby to zrobić, bo znowu nie dam rady. Ciągle się oszukuję, że nagle chociaż zrozumie to wszystko. Żeby chociaż pojął jak ja widzę ten związek! Boję się życia samej.. boję się, że mnie namówi

2

Odp: Brzydzę się nim
w-dziewczyna napisał/a:

Cześć wszystkim.
   Mam 20 lat, on 22. Jesteśmy razem od prawie 5 lat, czyli zaczęliśmy dość wcześnie. Napisałam strasznie długi post, ale stwierdziłam, że to było  kiedyś, więc nie ma znaczenia...
W wielkim skrócie on jako nastolatek był bardzo zaburzony psychicznie i jest do teraz. Robił mi potworne, potworne rzeczy, które nie mieszczą się w głowie. Co się zmieniło to moje nastawienie, przestałam być tylko dzieckiem a zaczęłam dorastać i nie umiał mi już wejść na głowę ani wciskać kitów. Po roku, dwóch, sytuacja się drastycznie zmieniła. Zauważyłam, że to jest bardzo toksyczny związek a on się nie nadaje na partnera na stałe, ale wciąż z nim byłam. Gdy było lepiej, myślałam o nim poważnie, gdy było gorzej - od razu kierowałam się do rozstania. Przez to sobie nie pozwalał tak bardzo jak na początku, cały czas mnie gonił; ja miałam pozycję osoby decydującej i cały czas z nim zrywałam.
   Czas mijał, próbowałam cały czas wszystko naprawić, ciągle coś było nie tak, ciągle były jakieś problemy. Wypruwałam sobie żyły, tłumaczyłam mu, a on się zachowywał jak dziecko we mgle które nic nie rozumie. Kłamał, manipulował, wszystko psuł do momentu aż mówiłam, że to koniec. Wtedy wpadał w histerie i mówił piękne rzeczy, obiecywał wszystko, tyle, że nic nigdy nie doszło do skutku. Ja przyjmowałam go znowu tłumacząc sobie, że to moja wina. Podczas kłótni nie raz mówiłam mu potworne rzeczy, pękałam, frustracja mnie przygniatała. Później miałam wyrzuty sumienia i chciałam sobie udowodnić, że jak się bardziej postaram to będzie lepiej.
  Cały ten czas to była męka, walka. Na przykład traktował mnie jak obiekt seksualny, nie istniało słowo nie, wielokrotnie sypiałam z nim dla spokoju, często czułam się prawie.. zgwałcona. Zajęło to 1,5 roku kłótni zanim do niego cokolwiek zaczęło docierać. Tłumaczyłam mu na wszystkie sposoby, że przez to niszczy nasz związek. Na spokojnie, krzycząc, milcząc, szukając metafor, robiąc wielogodzinne wykłady, tłumacząc. Mówił, że rozumie, a później znowu robił to samo. Takich rzeczy było wiele. Nie byłam dziewczyną idealną, też swoje narobiłam, raz spotkałam kogoś innego i zerwałam z moim zanim do czegokolwiek doszło. Tamtego też zostawiłam zanim do czegokolwiek doszło i wróciłam po tygodniu...
   
   Teraz po latach czuję całą sobą jak mam dość...Niby jakoś to było ale dla mnie to wszystko jest jedną wielką katastrofą. Zniszczona jest każda dziedzina wspólnego życia. Nie szanuję go, nie wierzę w jego słowa. Czuję, że zmarnowałam nawet nie czas - gdzieś mam czas, ale cały ten wysiłek emocjonalny... Tyle razy mnie zawiódł, wbił nóż w plecy, ośmieszył. Jest okropnie słaby emocjonalnie, kieruje się tylko emocjami a mnie to brzydzi. Nie ma żadnej godności i udowodnił to nie raz. Cieszą go moje porażki. Nie interesuje go nikt poza nim, jest potwornym emocjonalnym egoistą. Gdy stało się u mnie coś strasznego, nie dostałam za grosz wsparcia, a nawet drastycznie pogorszył sytuację i musiałam od niego uciekać. Przez tyle czasu próbowałam... A on tego nie widzi. Wg. niego między nami wszystko jest w porządku i nie widzi nic z tego co piszę! Kiedy pytam co mu we mnie nie pasuje, nie jest w stanie nic wymienić. Wcale nie chce, żeby było dobrze, a wystarczy żebym udawała. Dla mnie to jest zupełnie niepojęte! Trzyma się mnie pazurami i nie daje odejść, a ja coraz bardziej się nim brzydzę. Od zawsze miał podejście takie, że gdy już się godziłam wrócić, to nigdy więcej nie poruszał tematu. Zamiatał pod dywan i zostawiał. Kilka miesięcy temu coś pękło i zaczęłam się na to zgadzać... I dochodziłam do tego wszystkiego. Odsuwałam się coraz bardziej, przestałam lubić jego towarzystwo, unikałam spotkań, seksu.

   Od roku, dwóch przytył ok. 30 kg i tyje dalej, poinformował mnie, że to mój problem. Dziś w nocy po raz pierwszy jego dotyk i pocałunki mnie obrzydzały. Nienawidzę go całym sercem i o wszystko obwiniam a jednocześnie kocham. Gdy myślę o tym, że mam z nim zerwać i o tym jak miesiącami będzie mnie nachodził, to tracę siły. Nie wiem jak to zrobić. Wiem, że będę się wahać. Wiem, że będzie mi ciężko, że będzie błagał i obiecywał.

   Naprawdę go kocham ale mam już dość. Nie widzę żadnych szans. Dajcie mi siły, żeby to zrobić, bo znowu nie dam rady. Ciągle się oszukuję, że nagle chociaż zrozumie to wszystko. Żeby chociaż pojął jak ja widzę ten związek! Boję się życia samej.. boję się, że mnie namówi

Sugeruję dobrego psychologa...

3

Odp: Brzydzę się nim
maruk napisał/a:
w-dziewczyna napisał/a:

Cześć wszystkim.
   Mam 20 lat, on 22. Jesteśmy razem od prawie 5 lat, czyli zaczęliśmy dość wcześnie. Napisałam strasznie długi post, ale stwierdziłam, że to było  kiedyś, więc nie ma znaczenia...
W wielkim skrócie on jako nastolatek był bardzo zaburzony psychicznie i jest do teraz. Robił mi potworne, potworne rzeczy, które nie mieszczą się w głowie. Co się zmieniło to moje nastawienie, przestałam być tylko dzieckiem a zaczęłam dorastać i nie umiał mi już wejść na głowę ani wciskać kitów. Po roku, dwóch, sytuacja się drastycznie zmieniła. Zauważyłam, że to jest bardzo toksyczny związek a on się nie nadaje na partnera na stałe, ale wciąż z nim byłam. Gdy było lepiej, myślałam o nim poważnie, gdy było gorzej - od razu kierowałam się do rozstania. Przez to sobie nie pozwalał tak bardzo jak na początku, cały czas mnie gonił; ja miałam pozycję osoby decydującej i cały czas z nim zrywałam.
   Czas mijał, próbowałam cały czas wszystko naprawić, ciągle coś było nie tak, ciągle były jakieś problemy. Wypruwałam sobie żyły, tłumaczyłam mu, a on się zachowywał jak dziecko we mgle które nic nie rozumie. Kłamał, manipulował, wszystko psuł do momentu aż mówiłam, że to koniec. Wtedy wpadał w histerie i mówił piękne rzeczy, obiecywał wszystko, tyle, że nic nigdy nie doszło do skutku. Ja przyjmowałam go znowu tłumacząc sobie, że to moja wina. Podczas kłótni nie raz mówiłam mu potworne rzeczy, pękałam, frustracja mnie przygniatała. Później miałam wyrzuty sumienia i chciałam sobie udowodnić, że jak się bardziej postaram to będzie lepiej.
  Cały ten czas to była męka, walka. Na przykład traktował mnie jak obiekt seksualny, nie istniało słowo nie, wielokrotnie sypiałam z nim dla spokoju, często czułam się prawie.. zgwałcona. Zajęło to 1,5 roku kłótni zanim do niego cokolwiek zaczęło docierać. Tłumaczyłam mu na wszystkie sposoby, że przez to niszczy nasz związek. Na spokojnie, krzycząc, milcząc, szukając metafor, robiąc wielogodzinne wykłady, tłumacząc. Mówił, że rozumie, a później znowu robił to samo. Takich rzeczy było wiele. Nie byłam dziewczyną idealną, też swoje narobiłam, raz spotkałam kogoś innego i zerwałam z moim zanim do czegokolwiek doszło. Tamtego też zostawiłam zanim do czegokolwiek doszło i wróciłam po tygodniu...
   
   Teraz po latach czuję całą sobą jak mam dość...Niby jakoś to było ale dla mnie to wszystko jest jedną wielką katastrofą. Zniszczona jest każda dziedzina wspólnego życia. Nie szanuję go, nie wierzę w jego słowa. Czuję, że zmarnowałam nawet nie czas - gdzieś mam czas, ale cały ten wysiłek emocjonalny... Tyle razy mnie zawiódł, wbił nóż w plecy, ośmieszył. Jest okropnie słaby emocjonalnie, kieruje się tylko emocjami a mnie to brzydzi. Nie ma żadnej godności i udowodnił to nie raz. Cieszą go moje porażki. Nie interesuje go nikt poza nim, jest potwornym emocjonalnym egoistą. Gdy stało się u mnie coś strasznego, nie dostałam za grosz wsparcia, a nawet drastycznie pogorszył sytuację i musiałam od niego uciekać. Przez tyle czasu próbowałam... A on tego nie widzi. Wg. niego między nami wszystko jest w porządku i nie widzi nic z tego co piszę! Kiedy pytam co mu we mnie nie pasuje, nie jest w stanie nic wymienić. Wcale nie chce, żeby było dobrze, a wystarczy żebym udawała. Dla mnie to jest zupełnie niepojęte! Trzyma się mnie pazurami i nie daje odejść, a ja coraz bardziej się nim brzydzę. Od zawsze miał podejście takie, że gdy już się godziłam wrócić, to nigdy więcej nie poruszał tematu. Zamiatał pod dywan i zostawiał. Kilka miesięcy temu coś pękło i zaczęłam się na to zgadzać... I dochodziłam do tego wszystkiego. Odsuwałam się coraz bardziej, przestałam lubić jego towarzystwo, unikałam spotkań, seksu.

   Od roku, dwóch przytył ok. 30 kg i tyje dalej, poinformował mnie, że to mój problem. Dziś w nocy po raz pierwszy jego dotyk i pocałunki mnie obrzydzały. Nienawidzę go całym sercem i o wszystko obwiniam a jednocześnie kocham. Gdy myślę o tym, że mam z nim zerwać i o tym jak miesiącami będzie mnie nachodził, to tracę siły. Nie wiem jak to zrobić. Wiem, że będę się wahać. Wiem, że będzie mi ciężko, że będzie błagał i obiecywał.

   Naprawdę go kocham ale mam już dość. Nie widzę żadnych szans. Dajcie mi siły, żeby to zrobić, bo znowu nie dam rady. Ciągle się oszukuję, że nagle chociaż zrozumie to wszystko. Żeby chociaż pojął jak ja widzę ten związek! Boję się życia samej.. boję się, że mnie namówi

Sugeruję dobrego psychologa...


Szkoda komentować.

4

Odp: Brzydzę się nim

Przykro mi, ale jeśli to jest w ogóle miłość, to toksyczna.
Powinnaś od niego odejść, bo ewidentnie bycie razem nie służy ani Tobie, ani jemu. Przecież sama to widzisz.

Ktoś wyżej sensownie zaproponował pomóc specjalisty, ale ja bym poszukała raczej dobrego terapeuty, nie psychologa. Nie ma co się obrażać, sama nie dasz sobie z tym rady, inaczej już dawno byś odeszła i zaczęła normalnie żyć.

5

Odp: Brzydzę się nim
Cyngli napisał/a:

Przykro mi, ale jeśli to jest w ogóle miłość, to toksyczna.
Powinnaś od niego odejść, bo ewidentnie bycie razem nie służy ani Tobie, ani jemu. Przecież sama to widzisz.

Ktoś wyżej sensownie zaproponował pomóc specjalisty, ale ja bym poszukała raczej dobrego terapeuty, nie psychologa. Nie ma co się obrażać, sama nie dasz sobie z tym rady, inaczej już dawno byś odeszła i zaczęła normalnie żyć.

Dziwne, że wydaje mi się, że tym razem dam radę? Ta nienawiść zawarta w poście zrodziła się w ciągu ostatnich 3 dni, dlatego wydaje mi się, że coś pękło.
Chcę tylko poczekać aż święta miną

6

Odp: Brzydzę się nim

na początku pisania napisałaś, że to toksyczne. To co w tym jeszcze robisz?

7

Odp: Brzydzę się nim
w-dziewczyna napisał/a:
Cyngli napisał/a:

Przykro mi, ale jeśli to jest w ogóle miłość, to toksyczna.
Powinnaś od niego odejść, bo ewidentnie bycie razem nie służy ani Tobie, ani jemu. Przecież sama to widzisz.

Ktoś wyżej sensownie zaproponował pomóc specjalisty, ale ja bym poszukała raczej dobrego terapeuty, nie psychologa. Nie ma co się obrażać, sama nie dasz sobie z tym rady, inaczej już dawno byś odeszła i zaczęła normalnie żyć.

Dziwne, że wydaje mi się, że tym razem dam radę? Ta nienawiść zawarta w poście zrodziła się w ciągu ostatnich 3 dni, dlatego wydaje mi się, że coś pękło.
Chcę tylko poczekać aż święta miną

To już Ty sama wiesz najlepiej, czy dasz radę...

8

Odp: Brzydzę się nim
Lady Loka napisał/a:

na początku pisania napisałaś, że to toksyczne. To co w tym jeszcze robisz?

Tak ciężko mi na to znaleźć odpowiedź. Zawsze wpadał w histerię, mnie się robiło go szkoda albo pękałam w słabszym momencie kiedy on obiecywał i mówił tak jakby naprawdę zrozumiał.

9

Odp: Brzydzę się nim
Cyngli napisał/a:
w-dziewczyna napisał/a:
Cyngli napisał/a:

Przykro mi, ale jeśli to jest w ogóle miłość, to toksyczna.
Powinnaś od niego odejść, bo ewidentnie bycie razem nie służy ani Tobie, ani jemu. Przecież sama to widzisz.

Ktoś wyżej sensownie zaproponował pomóc specjalisty, ale ja bym poszukała raczej dobrego terapeuty, nie psychologa. Nie ma co się obrażać, sama nie dasz sobie z tym rady, inaczej już dawno byś odeszła i zaczęła normalnie żyć.

Dziwne, że wydaje mi się, że tym razem dam radę? Ta nienawiść zawarta w poście zrodziła się w ciągu ostatnich 3 dni, dlatego wydaje mi się, że coś pękło.
Chcę tylko poczekać aż święta miną

To już Ty sama wiesz najlepiej, czy dasz radę...

Na dobrą sprawę tego posta traktuję jak wyżalenie się i wyrzucenie tego wszystkiego z siebie.
Przecież nie będę naszym wspólnym znajomym mówić jaki jest 'straszny' i 'beznadziejny'. Mam jeszcze tyle szacunku do niego...

10

Odp: Brzydzę się nim
w-dziewczyna napisał/a:

   
   Teraz po latach czuję całą sobą jak mam dość...Niby jakoś to było ale dla mnie to wszystko jest jedną wielką katastrofą. Zniszczona jest każda dziedzina wspólnego życia. Nie szanuję go, nie wierzę w jego słowa. Czuję, że zmarnowałam nawet nie czas - gdzieś mam czas, ale cały ten wysiłek emocjonalny... Tyle razy mnie zawiódł, wbił nóż w plecy, ośmieszył. Jest okropnie słaby emocjonalnie, kieruje się tylko emocjami a mnie to brzydzi. Nie ma żadnej godności i udowodnił to nie raz. Cieszą go moje porażki. Nie interesuje go nikt poza nim, jest potwornym emocjonalnym egoistą. Gdy stało się u mnie coś strasznego, nie dostałam za grosz wsparcia, a nawet drastycznie pogorszył sytuację i musiałam od niego uciekać. Przez tyle czasu próbowałam... A on tego nie widzi. Wg. niego między nami wszystko jest w porządku i nie widzi nic z tego co piszę! Kiedy pytam co mu we mnie nie pasuje, nie jest w stanie nic wymienić. Wcale nie chce, żeby było dobrze, a wystarczy żebym udawała. Dla mnie to jest zupełnie niepojęte! Trzyma się mnie pazurami i nie daje odejść, a ja coraz bardziej się nim brzydzę. Od zawsze miał podejście takie, że gdy już się godziłam wrócić, to nigdy więcej nie poruszał tematu. Zamiatał pod dywan i zostawiał. Kilka miesięcy temu coś pękło i zaczęłam się na to zgadzać... I dochodziłam do tego wszystkiego. Odsuwałam się coraz bardziej, przestałam lubić jego towarzystwo, unikałam spotkań, seksu.

Sugestia udania się na terapię jest jak najbardziej na miejscu. Współtworzysz opisaną wyżej patologię. Gdyby nie Twój chętny udział w niej, nie byłoby tego. Wkładasz rękę do ognia i się parzysz. Dziwisz się za każdym razem, że ręka uległa oparzeniu. Za każdym razem jednak wkładasz ją ponownie i chcesz utrzymać w ogniu, chcesz żeby nawet nie drgnęła. A tu, o! Oparzenie! Jak to?! Dziwne! Przecież chcę trzymać rękę w ogniu, więc czemu ten ogień mnie parzy! Nie powinien, bo przecież ja chcę! I wkładasz rękę do ognia, żeby znowu się zdziwić oparzeniu i zdziwić tym, że ogien nie rozumie.
Gdyby nie było Twojej chęci istnienia w takiej właśnie relacji, to on mógłby na rzęsach stawać, a i tak nie zdecydowałabyś się na powrót. Jednak za każdym razem decydujesz się i to nie dlatego, że on tak ładnie prosi, ale dlatego, że chcesz wrócić. Wracasz też nie dlatego, że kochasz. Co innego niż miłość Cię popycha do takiego związku, ale tego nie dostrzegasz. Właśnie dlatego, że nie chcesz tego widzieć i dlatego, że nie chcesz dostrzec własnego udziału w tworzeniu toksycznego związku i własnej chęci w jego trwaniu potrzebny jest Ci terapeuta. Dopóki nie dojdziesz do tego co naprawdę pcha Cię do powrotów, to będziesz wracać, czy to do relacji z nim, czy też z innym „ogniem”. Koło się będzie toczyć.

11

Odp: Brzydzę się nim
Klio napisał/a:
w-dziewczyna napisał/a:

   
   Teraz po latach czuję całą sobą jak mam dość...Niby jakoś to było ale dla mnie to wszystko jest jedną wielką katastrofą. Zniszczona jest każda dziedzina wspólnego życia. Nie szanuję go, nie wierzę w jego słowa. Czuję, że zmarnowałam nawet nie czas - gdzieś mam czas, ale cały ten wysiłek emocjonalny... Tyle razy mnie zawiódł, wbił nóż w plecy, ośmieszył. Jest okropnie słaby emocjonalnie, kieruje się tylko emocjami a mnie to brzydzi. Nie ma żadnej godności i udowodnił to nie raz. Cieszą go moje porażki. Nie interesuje go nikt poza nim, jest potwornym emocjonalnym egoistą. Gdy stało się u mnie coś strasznego, nie dostałam za grosz wsparcia, a nawet drastycznie pogorszył sytuację i musiałam od niego uciekać. Przez tyle czasu próbowałam... A on tego nie widzi. Wg. niego między nami wszystko jest w porządku i nie widzi nic z tego co piszę! Kiedy pytam co mu we mnie nie pasuje, nie jest w stanie nic wymienić. Wcale nie chce, żeby było dobrze, a wystarczy żebym udawała. Dla mnie to jest zupełnie niepojęte! Trzyma się mnie pazurami i nie daje odejść, a ja coraz bardziej się nim brzydzę. Od zawsze miał podejście takie, że gdy już się godziłam wrócić, to nigdy więcej nie poruszał tematu. Zamiatał pod dywan i zostawiał. Kilka miesięcy temu coś pękło i zaczęłam się na to zgadzać... I dochodziłam do tego wszystkiego. Odsuwałam się coraz bardziej, przestałam lubić jego towarzystwo, unikałam spotkań, seksu.

Sugestia udania się na terapię jest jak najbardziej na miejscu. Współtworzysz opisaną wyżej patologię. Gdyby nie Twój chętny udział w niej, nie byłoby tego. Wkładasz rękę do ognia i się parzysz. Dziwisz się za każdym razem, że ręka uległa oparzeniu. Za każdym razem jednak wkładasz ją ponownie i chcesz utrzymać w ogniu, chcesz żeby nawet nie drgnęła. A tu, o! Oparzenie! Jak to?! Dziwne! Przecież chcę trzymać rękę w ogniu, więc czemu ten ogień mnie parzy! Nie powinien, bo przecież ja chcę! I wkładasz rękę do ognia, żeby znowu się zdziwić oparzeniu i zdziwić tym, że ogien nie rozumie.
Gdyby nie było Twojej chęci istnienia w takiej właśnie relacji, to on mógłby na rzęsach stawać, a i tak nie zdecydowałabyś się na powrót. Jednak za każdym razem decydujesz się i to nie dlatego, że on tak ładnie prosi, ale dlatego, że chcesz wrócić. Wracasz też nie dlatego, że kochasz. Co innego niż miłość Cię popycha do takiego związku, ale tego nie dostrzegasz. Właśnie dlatego, że nie chcesz tego widzieć i dlatego, że nie chcesz dostrzec własnego udziału w tworzeniu toksycznego związku i własnej chęci w jego trwaniu potrzebny jest Ci terapeuta. Dopóki nie dojdziesz do tego co naprawdę pcha Cię do powrotów, to będziesz wracać, czy to do relacji z nim, czy też z innym „ogniem”. Koło się będzie toczyć.

Masz rację i CHCĘ wiedzieć dlaczego tak jest. Może dlatego, że wiem, że on nigdy mnie nie zostawi? Może boję się być bez mężczyzny? Czuję, że to uzależnienie, nie miłość.
Chcę to już skończyć. Czy możliwe jest, że skoro papierosy rzuciłam z dnia na dzień, podejmując ostrą decyzję, to z nim też mi się uda? Co zrobić, żeby przerwać krąg? Czego mi w życiu brakuje, że to robię? Jedno się zmieniło w ciągu ostatnich miesięcy.. Czuję, że nie wracam bo chcę, a z braku laku.. i , że tak jest łatwiej niż przechodzić przez tę histerię jego.

Raz ze mną zerwał, to bez słowa to przyjęłam, z ulgą i tak nie byliśmy razem pół roku. A później znowu błagał.

12

Odp: Brzydzę się nim
w-dziewczyna napisał/a:

Czy możliwe jest, że skoro papierosy rzuciłam z dnia na dzień, podejmując ostrą decyzję, to z nim też mi się uda?

Tak, uda się... zerwać z nim, ale nie ze swoimi deficytami, które pchają Cię do takiego rodzaju relacji. Z nimi nie zerwiesz ot tak, bo nawet nie do końca zdajesz sobie sprawę z czym masz zerwać, nie dostrzegasz ich wyraźnie. Sugerujesz lęk przed samotnością, ale ten lęk też się skądś bierze. Nie jest powodem samym w sobie. Raczej szukałabym źródła we wzorcach wyniesionych z domu, w relacjach z rodzicami.
Potrzeba więcej samoświadomości, zdawania sobie sprawy z mechanizmów popychających Twoje dotychczasowe zachowanie, tak abyś widziała wyraźnie ogień, widziała swoją chęć włożenia do niego ręki, ale żebyś w tym momencie podjęła świadomą decyzję: stop, nie chcę tego dla siebie. To pierwszy krok, po którym nastąpią dalsze tym razem w kierunku zbudowania zdrowych relacji.

13 Ostatnio edytowany przez w-dziewczyna (2017-12-20 11:51:09)

Odp: Brzydzę się nim
Klio napisał/a:
w-dziewczyna napisał/a:

Czy możliwe jest, że skoro papierosy rzuciłam z dnia na dzień, podejmując ostrą decyzję, to z nim też mi się uda?

Tak, uda się... zerwać z nim, ale nie ze swoimi deficytami, które pchają Cię do takiego rodzaju relacji. Z nimi nie zerwiesz ot tak, bo nawet nie do końca zdajesz sobie sprawę z czym masz zerwać, nie dostrzegasz ich wyraźnie. Sugerujesz lęk przed samotnością, ale ten lęk też się skądś bierze. Nie jest powodem samym w sobie. Raczej szukałabym źródła we wzorcach wyniesionych z domu, w relacjach z rodzicami.
Potrzeba więcej samoświadomości, zdawania sobie sprawy z mechanizmów popychających Twoje dotychczasowe zachowanie, tak abyś widziała wyraźnie ogień, widziała swoją chęć włożenia do niego ręki, ale żebyś w tym momencie podjęła świadomą decyzję: stop, nie chcę tego dla siebie. To pierwszy krok, po którym nastąpią dalsze tym razem w kierunku zbudowania zdrowych relacji.

Do tej pory wydawało mi się, że następny związek na pewno będzie inny. Aż mnie wzdryga na myśl, że mogłabym znowu wejść w coś takiego. W domu wszystko dobrze, siostra i matka to najbliższe mi osoby. Z ojcem inna sprawa, ale nie sądzę, żeby był źródłem moich problemów, bo mi kompletnie zwisa nasza relacja.
Wydaje mi się, że problemem jest to, że nie potrafię odpuścić i nie potrafię podejmować dobrych decyzji - wybieram dobro krótkoterminowe zamiast długoterminowego. Mam wrażenie, że po prostu lubię chodzić na łatwiznę, a ciężko radzę sobie z jakimkolwiek obciążeniem psychicznym, więc szukam ulgi.
Nie chcę myśleć, że to będzie powielany schemat. Każdy ma wady, kiedy poczytasz forum nie znajdziesz tematu, w którym ktoś zachowuje się "idealnie" podczas rozstania. Dopuszczam możliwość, że może tak być, ale obiektywnie to analizując nie wydaje mi się... Widzę masę związków z tym samym utartym schematem co mój - wśród osób które zaczynały związek w moim wieku.

Mam nadzieję, że się nauczę na swoich błędach.. i, że chęć samo-zrozumienia, silna wola i nieco analizy wewnętrznej wystarczy, żebym w przyszłości mogła tworzyć normalny związek.
Powiedz mi, twoim zdaniem może być tak, że tylko on wywołał u mnie kaskadę takich zachowań i będzie to skończony temat w przyszłości?

Moja siostra przechodziła to samo, dokładnie to samo, a 2 tygodnie temu wzięła ślub z super facetem.

Chcę wierzyć, że to nie wymaga leczenia, ale też nie chcę się oszukiwać w tym temacie.

14

Odp: Brzydzę się nim
w-dziewczyna napisał/a:

W domu wszystko dobrze, siostra i matka to najbliższe mi osoby. Z ojcem inna sprawa, ale nie sądzę, żeby był źródłem moich problemów, bo mi kompletnie zwisa nasza relacja.

Czyli w domu nie wszystko dobrze. Nie sądzisz że męski wzorzec jaki miałaś, bądź nie miałaś w ojcu, ma coś wspólnego z tym jakie relacje z mężczyznami tworzysz?

w-dziewczyna napisał/a:

Wydaje mi się, że problemem jest to, że nie potrafię odpuścić i nie potrafię podejmować dobrych decyzji - wybieram dobro krótkoterminowe zamiast długoterminowego. Mam wrażenie, że po prostu lubię chodzić na łatwiznę, a ciężko radzę sobie z jakimkolwiek obciążeniem psychicznym, więc szukam ulgi.
Nie chcę myśleć, że to będzie powielany schemat. Każdy ma wady, kiedy poczytasz forum nie znajdziesz tematu, w którym ktoś zachowuje się "idealnie" podczas rozstania. Dopuszczam możliwość, że może tak być, ale obiektywnie to analizując nie wydaje mi się... Widzę masę związków z tym samym utartym schematem co mój - wśród osób które zaczynały związek w moim wieku.

Chodzenie na łatwiznę to nie jest wytłumaczenie Twojej obecnej sytuacji. Nie ma nic łatwego w Twoim toksycznym związku, nic łatwego w tkwieniu w nim, nic łatwego w krzywdzeniu siebie tym. Tymczasem Ty myślisz, że pozostawanie w tym związku jest mniejszym obciążeniem psychicznym dla Ciebie... co pokazuje, że ukojenie znajdujesz w krzywdzących Cię relacjach, tam znajdujesz dla siebie ulgę, a to już jest przykra perspektywa, nie rokująca dobrze na przyszłość.
Zgadzam się co do nieidealnego zachowania w czasie rozstania, bo nie ma czegoś takiego jak idealne rozstanie. Rozstanie jest ciosem dla każdej strony zawsze. W Twoim przypadku jednak nie o rozstanie idzie, a o trwanie związku, ciągłe powroty do sytuacji, którą dobrze znasz i wiesz, że lepsza nie będzie; idzie o nieumiejętność rozstania i odejścia od sytuacji dla Ciebie krzywdzącej, a jednocześnie krzywdzącej jego.

w-dziewczyna napisał/a:

Powiedz mi, twoim zdaniem może być tak, że tylko on wywołał u mnie kaskadę takich zachowań i będzie to skończony temat w przyszłości?

Moja siostra przechodziła to samo, dokładnie to samo, a 2 tygodnie temu wzięła ślub z super facetem.

Nie. W relacji z nim Twoje deficyty są bardzo widoczne. W relacji z kimś innym mogą być mniej widoczne, objawiać się nieco inaczej itd., ale dalej będą istnieć. To nie jest tak, że jesteś gliną potrzebującą właściwych rąk do ulepienia i nie masz wpływu na to co kto z Ciebie ulepi. Po raz kolejny odsuwasz od siebie sprawczość, swój wkład, to co wypływa z Ciebie, żeby się z tym nie zmierzyć...

Leczenie w tym przypadku to dążenie do samoświadomości. Nie uważam, że jest to coś przed czym należy się bronić rękami i nogami, ale to już Twój wybór.

Posty [ 14 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024