Cześć wszystkim.
Mam 20 lat, on 22. Jesteśmy razem od prawie 5 lat, czyli zaczęliśmy dość wcześnie. Napisałam strasznie długi post, ale stwierdziłam, że to było kiedyś, więc nie ma znaczenia...
W wielkim skrócie on jako nastolatek był bardzo zaburzony psychicznie i jest do teraz. Robił mi potworne, potworne rzeczy, które nie mieszczą się w głowie. Co się zmieniło to moje nastawienie, przestałam być tylko dzieckiem a zaczęłam dorastać i nie umiał mi już wejść na głowę ani wciskać kitów. Po roku, dwóch, sytuacja się drastycznie zmieniła. Zauważyłam, że to jest bardzo toksyczny związek a on się nie nadaje na partnera na stałe, ale wciąż z nim byłam. Gdy było lepiej, myślałam o nim poważnie, gdy było gorzej - od razu kierowałam się do rozstania. Przez to sobie nie pozwalał tak bardzo jak na początku, cały czas mnie gonił; ja miałam pozycję osoby decydującej i cały czas z nim zrywałam.
Czas mijał, próbowałam cały czas wszystko naprawić, ciągle coś było nie tak, ciągle były jakieś problemy. Wypruwałam sobie żyły, tłumaczyłam mu, a on się zachowywał jak dziecko we mgle które nic nie rozumie. Kłamał, manipulował, wszystko psuł do momentu aż mówiłam, że to koniec. Wtedy wpadał w histerie i mówił piękne rzeczy, obiecywał wszystko, tyle, że nic nigdy nie doszło do skutku. Ja przyjmowałam go znowu tłumacząc sobie, że to moja wina. Podczas kłótni nie raz mówiłam mu potworne rzeczy, pękałam, frustracja mnie przygniatała. Później miałam wyrzuty sumienia i chciałam sobie udowodnić, że jak się bardziej postaram to będzie lepiej.
Cały ten czas to była męka, walka. Na przykład traktował mnie jak obiekt seksualny, nie istniało słowo nie, wielokrotnie sypiałam z nim dla spokoju, często czułam się prawie.. zgwałcona. Zajęło to 1,5 roku kłótni zanim do niego cokolwiek zaczęło docierać. Tłumaczyłam mu na wszystkie sposoby, że przez to niszczy nasz związek. Na spokojnie, krzycząc, milcząc, szukając metafor, robiąc wielogodzinne wykłady, tłumacząc. Mówił, że rozumie, a później znowu robił to samo. Takich rzeczy było wiele. Nie byłam dziewczyną idealną, też swoje narobiłam, raz spotkałam kogoś innego i zerwałam z moim zanim do czegokolwiek doszło. Tamtego też zostawiłam zanim do czegokolwiek doszło i wróciłam po tygodniu...
Teraz po latach czuję całą sobą jak mam dość...Niby jakoś to było ale dla mnie to wszystko jest jedną wielką katastrofą. Zniszczona jest każda dziedzina wspólnego życia. Nie szanuję go, nie wierzę w jego słowa. Czuję, że zmarnowałam nawet nie czas - gdzieś mam czas, ale cały ten wysiłek emocjonalny... Tyle razy mnie zawiódł, wbił nóż w plecy, ośmieszył. Jest okropnie słaby emocjonalnie, kieruje się tylko emocjami a mnie to brzydzi. Nie ma żadnej godności i udowodnił to nie raz. Cieszą go moje porażki. Nie interesuje go nikt poza nim, jest potwornym emocjonalnym egoistą. Gdy stało się u mnie coś strasznego, nie dostałam za grosz wsparcia, a nawet drastycznie pogorszył sytuację i musiałam od niego uciekać. Przez tyle czasu próbowałam... A on tego nie widzi. Wg. niego między nami wszystko jest w porządku i nie widzi nic z tego co piszę! Kiedy pytam co mu we mnie nie pasuje, nie jest w stanie nic wymienić. Wcale nie chce, żeby było dobrze, a wystarczy żebym udawała. Dla mnie to jest zupełnie niepojęte! Trzyma się mnie pazurami i nie daje odejść, a ja coraz bardziej się nim brzydzę. Od zawsze miał podejście takie, że gdy już się godziłam wrócić, to nigdy więcej nie poruszał tematu. Zamiatał pod dywan i zostawiał. Kilka miesięcy temu coś pękło i zaczęłam się na to zgadzać... I dochodziłam do tego wszystkiego. Odsuwałam się coraz bardziej, przestałam lubić jego towarzystwo, unikałam spotkań, seksu.
Od roku, dwóch przytył ok. 30 kg i tyje dalej, poinformował mnie, że to mój problem. Dziś w nocy po raz pierwszy jego dotyk i pocałunki mnie obrzydzały. Nienawidzę go całym sercem i o wszystko obwiniam a jednocześnie kocham. Gdy myślę o tym, że mam z nim zerwać i o tym jak miesiącami będzie mnie nachodził, to tracę siły. Nie wiem jak to zrobić. Wiem, że będę się wahać. Wiem, że będzie mi ciężko, że będzie błagał i obiecywał.
Naprawdę go kocham ale mam już dość. Nie widzę żadnych szans. Dajcie mi siły, żeby to zrobić, bo znowu nie dam rady. Ciągle się oszukuję, że nagle chociaż zrozumie to wszystko. Żeby chociaż pojął jak ja widzę ten związek! Boję się życia samej.. boję się, że mnie namówi