Witajcie,
Ostatnio przeżywam trudny czas i zupełnie nie radzę sobie ze swoimi uczuciami...
Mam 23 lata i dotychczas nigdy nie interesowały mnie długotrwałe związki, romantyczne miłości itd. Chciałam się bawić i cieszyć studenckim życiem, bez zobowiązań. Aż 2 lata temu poznałam na jednej z imprez kolegę ze studiów. Przespaliśmy się ze sobą, później parę razy spotkaliśmy się na wino. On miał w sobie coś, czego nie mieli inni...Niestety w pewnym momencie zaczął sie do mnie odzywać tylko, gdy chciał żebym u niego przenocowała. W towarzystwie znajomych traktował prawie jak powietrze. A ja, chociaż nie miało to kompletnie sensu, zakochiwałam się coraz bardziej. Nigdy nie powiedziałam mu, że chciałabym czegoś więcej, bo bałam się odrzucenia. W zasadzie wręcz przeciwnie- często przy nim podkreślałam, że nie interesują mnie związki, że chcę się bawić i korzystać z życia. A prawda była taka, że przez cały okres znajomości z nim nie byłam w stanie dopuścić do siebie żadnego innego faceta. Nawet tych, którzy się o mnie starali i którzy byliby nawet w moim typie odprawiałam z kwitkiem, naiwnie wierząc, że kiedyś usłyszę od niego to, co tak bardzo chciałam usłyszeć. On opowiedział mi kiedyś o swoich problemach z bliskością, o tym że kiedyś został bardzo zraniony i boi się kolejnego zawodu. Poza tym był wychuchanym jedynakiem, który jednak miał całkiem sporo kompleksów i starał się je ukryć pod przykrywką zarozumiałego, pewnego siebie macho, który może mieć każdą dziewczynę.
Ta sytuacja zaczęła mnie jednak coraz bardziej przytłaczać. Kilkakrotnie próbowałam to zakończyć ale on nie przyjmował tego do wiadomości i pisał, dzwonił tak długo, aż znów się uginałam. W końcu parę miesięcy temu postanowiłam wyprowadzić się do innego miasta, w celu odbycia praktyk. Pomyślałam, że nabiorę dystansu i w ten sposób o nim zapomnę. I prawie mi się udało. Kiedy znów do mnie napisał, powiedziałam mu po raz pierwszy wprost, że był dla mnie kimś ważnym i nie interesuje mnie już bycie tylko dziewczyną na telefon. Nie odpisał nic...przez prawie 2 miesiące się nie odzywał a ja, będąc daleko od niego, pogodziłam się z tym i przestałam o nim myśleć.
Dopóki 3 tygodnie temu znowu się nie odezwał. Napisał, że przemyślał to, o czym mu powiedziałam i przykro mu jeśli mnie zranił. Myślał że pasuje mi taki układ, skoro zawsze mówiłam że nie chcę niczego poważniejszego. Później długo i często ze sobą pisaliśmy i muszę przyznać, że chyba nigdy tak dobrze się nie dogadywaliśmy i tak otwarcie ze sobą nie rozmawialiśmy. W zeszłym tygodniu pojechałam na urodziny koleżanki i spotkałam tam też jego. Spędziliśmy razem noc i następnego dnia to on zaproponował żebyśmy porozmawiali o tym, co nas łączy....Że jestem dla niego ważna i spędziliśmy razem piękny czas ale on nieco pogubił się w życiu i nie wie do końca czego tak naprawdę chce.
A po południu spotkałam przypadkiem koleżankę, która powiedziała mi, że on od paru tygodni ma dziewczynę...poczułam się jakbym dostała obuchem w głowę...sam zaczął tę "szczerą" rozmowę o naszej relacji i nie zająknął się o tym nawet słowem...wściekła napisałam do niego, że jest fałszywą świnią i nie chce mieć z nim już nic wspólnego. Oczywiście zaczął się tłumaczyć, że to wszytsko jest dla niego takie skomplikowane, że potrzebuje czasu żeby wszystko sobie poukładać bo jest już prawie przed 30ką (ma 27 lat) i od 10 lat nie był w żadnym związku więc potrzebuje pewnego rodzaju "fazy próbnej"...do tego zaproponował, żebyśmy spróbowali jako przyjaciele...i tym po raz kolejny złamał mi serce...
Od kilku dni czuje się jak jakieś zombie...nie umiem pogodzić się z tym, że on, pomimo tego że zawsze zarzekał się, że nie interesują go związku, wybrał inną dziewczynę...do tego będąc już z nią zaczął znowu do mnie pisać, przespał się ze mną, a ja-idiotka roku- znowu zrobiłam sobie jakieś nadzieje, że może teraz skoro się tak dobrze dogadujemy......
Czuję się naprawdę fatalnie, ciągle myślę o tym że on jest teraz z nią, że poświęciłam 2 lata życia dla faceta, dla którego nic nie znaczyłam...i mam wrażenie jakby to była moja wina, bo dałam mu na takie traktowanie przyzwolenie, bo to ja nie potrafiłam zainteresować go sobą w inny sposób niż tylko jako obiekt seksualny...:(