Mam dwadzieścia jeden lat i zaczęłam odczuwać brak kogoś bliskiego. To nie jest tak, że nigdy nie byłam w związku. Byłam. I to nie przyniosło mi niczego dobrego. Facetowi na mnie nie zależało, byłam tylko "kontaktem" do mojej koleżanki. Cóż, przynajmniej ona była uczciwa. Powiedziała mi, jak wygląda sytuacja, pokazała rozmowy z facebooka. On też niczego się nie wypierał. Zmarnowałam dla niego ponad trzy miesiące.
Nie da się ukryć, że bardzo odcisnęło się to na mojej samoocenie. Nigdy się sobie szczególnie nie podobałam, ale po tym... cóż, było bardzo ciężko. Szukałam winy w sobie i to za wszelką cenę. Wpadłam w zaburzenia odżywiania.
Minęło trochę czasu i poznałam kogoś innego. A raczej przyjaciółka mnie z nim poznała. Facet był miły jako kolega, ale nic więcej. Bardzo nie podobał mi się jego stosunek do imprez (zawsze się upijał), a mój ojciec to alkoholik. Sam przyznał, że na trzeźwo trudno mu się rozerwać. Nie chciałam ładować się w takie bagno, w jakie władowała się moja matka. Cóż, przyjaciółka powiedziała mi, że mam za duże wymagania. Myślałam nad tym, ale wydaje mi się, że moje wymagania są zupełnie w normie.
Nie umiem budować relacji z ludźmi, chodziłam na terapię. Często mam wrażenie, że ktoś chce mnie poniżyć, albo wykorzystać (mowa tu o relacjach z mężczyznami). Boję się o to, co już sobie wypracowałam, ale też zawsze z tyłu głowy mam myśl, że kogoś skrzywdzę.
Czuję się samotna jak cholera, ale nie umiem ufać ludziom.
Macie jakieś porady? Znowu terapia? Odrobina zaufania? Ryzyko?
Czuję, że jestem w rozsypce.