Mam 20 lat. Trochę w życiu już przeszłam i trochę doświadczenia mam. Wierzę w przeznaczenie i wierzę, że istnieje tylko jedna prawdziwa miłość. Parę razy już się niestety pomyliłam, ale zrozumiałam to dość szybko. Teraz jest inaczej...
Parę dni temu odszedł ode mnie chłopak. Byliśmy razem nieco ponad 2 miesiące. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie był to długi związek. Ale pierwszy raz poczułam naprawdę, że to jest miłość, której szukałam całe życie. Że to ten jedyny. Czułam się z nim tak dobrze jak nigdy z nikim innym. Pasowaliśmy do siebie jak dwie krople wody. Nie dowierzałam w moje szczęście, że znalazłam kogoś, kto tak do mnie pasuje. A mam specyficzny charakter, poczucie humoru, itd. Spędziłam z nim najpiękniejsze chwile mojego życia, każdy dzień spędzony z nim był dowodem, że to prawdziwa miłość. Byliśmy bardzo zżyci. Okazywaliśmy sobie miłość praktycznie cały czas, choćby w małych gestach. Mogliśmy patrzeć na siebie godzinami bez słowa. Czułam się z nim bezpieczna, czułam, że sprawia, że jestem lepszą osobą. Byłam szczęśliwa jak nigdy. Patrzył na mnie jak nikt inny nigdy wcześniej, widziałam miłość w jego oczach, czystą, silną. Było cudownie. Było piękniej niż kiedykolwiek sobie wyobrażałam jak może wyglądać ta 'prawdziwa miłość'. Czułam coś nie z tej ziemi. Po prostu każda część mnie czuła, że to ten. Wszystko było odwzajemnione. Naprawdę nie byłam ślepo w niego zapatrzona. Widziałam jego miłość. A poza tym posiadał wszystkie cechy jakich pragnęłam u partnera. I fizycznie również pociągał mnie jak dotąd nikt inny. Byliśmy po prostu stworzeni dla siebie. Był dobry dla mnie, szanował mnie, moje szczęście stawiał na pierwszym miejscu. No po prostu związek idealny. Oczywiście były kłótnie, ale zawsze potrafiliśmy się dogadać i porozumieć.
Pewnego dnia... Po prostu napisał, że już mnie nie kocha i nie pasujemy do siebie. Byłam w szoku. Było tak cudownie, a nagle, jednego dnia, po prostu mówi mi, że on już tego nie czuje. Najgorsze były jego tłumaczenia... Coś wspomniał, że nie podobało mu się jak go krytykowałam ? I że uczucie zaczęło gasnąć ? Nie krytykowałam go, jestem tego pewna, raz powiedziałam coś, co sprawiło mu przykrość, ale było to zupełnie nieświadomie i potem rozmawiałam z nim i go przepraszałam. Walczyłam o niego, gdy chciał odejść, bo wiedziałam, że ma tylko wątpliwości, czułam, że mnie kocha i czułam, że tak naprawdę on tego nie chce. Udało mi się. Został. Przepraszał, obiecywał, że naprawi wszystko.
Dzień później... To samo. Odszedł już naprawdę. Znowu podawał jakieś dziwne 'powody' zerwania, już nawet dokładnie nie pamiętam. Prosiłam żeby odezwał się, jeśli zrozumie, że popełnił błąd i nadal mnie kocha. Obiecał odezwać się jeśli coś takiego będzie miało miejsce. Czułam nadal jego miłość, więc postanowiłam czekać.
Kilka dni później... Pisze do mnie jego znajomy, chcąc pomóc. Wysyła ich rozmowy. Okazało się, że mój, były już, chłopak nadal mnie kocha, żałuje strasznie i chce wrócić do mnie. Przyjechać do mnie i walczyć o mnie. Dodam, że był to związek na odległość, ale przecież w prawdziwej miłości odległość nie ma znaczenia. Ale chyba jednak prawdziwa nie była...
Więc w taki sposób utwierdziłam się w moim oczekiwaniu na jego powrót. Pisałam z tym jego znajomym. Trochę się przed nim otworzyłam. Rozmawialiśmy przez jakieś 2 dni. I po tych 2 dniach... Dostaję wiadomość od chłopaka. Że zbierał kasę na przyjazd do mnie, że chciał przyjechać i wrócić do mnie. Ale zrozumiał, że już mnie nie kocha, nie wróci i mam już do niego nigdy nie pisać. Ani do jego znajomego, a zaznaczę, że to ten znajomy do mnie napisał, nie ja do niego. Dodał, że dowiedział się sporo o mnie i nie chce z taką osobą być. Czyli ten znajomy po prostu był takim kablem, a ja głupia w zaufaniu napisałam mu parę rzeczy. Byłam zła, pisałam w złości. Ale przecież gdyby mnie kochał to by rozumiał mój ból, moją złość, prawda ? Gdyby naprawdę kochał i chciał przyjechać, wrócić... To nic by go nie powstrzymało chyba.. Prawda..? Nie słuchałby osoby, która mnie nie zna naprawdę, tylko chciałby porozmawiać ze mną...
I teraz moje pytanie do Was.. Czy ja coś przeoczyłam ? Wymyśliłam sobie ten 'idealny związek' ? Naprawdę widziałam, że mnie kocha... Chciałabym wiedzieć co się stało, ale on mi już nie powie. To koniec, kontaktu już z nim mieć nie mogę. Nawet nie zasłużyłam na prawdę... To możliwe, że przestał kochać w jeden dzień ? Albo że jakieś głupoty przekazane od znajomego sprawiły, że nagle mu się odechciało walczyć ? Co się mogło stać..? Ja naprawdę czułam, że to ten właściwy... Nie wiem jak teraz żyć, bo dobrze wiem, że lepszego związku nie stworzę. Spełniły się moje marzenia, był idealny [do czasu zerwania], czułam się z nim tak dobrze jak z nikim. Wiem, że już nie poczuję czegoś ani lepszego, ani podobnego. Proszę o pomoc... Nie wiem już co robić.