Witam,
postaram się opisać co i jak.
Jesteśmy po ślubie prawie 6 lat a razem 8. Mamy syna w wieku 5 lat którego obydwoje kochamy ponad wszystko.
Obecnie stoimy w punkcie gdzie Zona zastanawia się czy coś do mnie jeszcze czuje i czy warto ratować nasz związek. a teraz jak do tego doszło...
Wydaje mi się że problemy zaczęły się jakieś 4 lata temu jak już był nasz syn na wiecie. Nie miałem dobrej pracy i ciężko było mi finansowo (w moim przekonaniu to ja powinienem martwić się o rachunki i wydatki) dlatego chodziłem na tak zwane "fuchy" żeby dorobić kosztem tego że wracałem w nocy, często już wszyscy spali... przychodził weekend też praca (czasem w niedziele też). Sprawiło to że nie poświęcałem czau żonie i nie myślałem o tym że jej też może być ciężko i potrzebuje wsparcia. Zona jest skrytą osobą i sama też wprost też nic nie mówiła. Kwestia finansowa tak mnie przytłoczyła że odstawiłem na bok zarówno jej potrzeby jak i swoje. Ja też nie mówiłem żonie o tym co ja czuje że jet mi ciężko i tego czego potrzebuje ale przede wszystkim nie patrzyłem na nią... Stało się to pewnego rodzaju rutyną. Niedawno udało mi się zmienić pracę, może nie daje 100 bezpieczeństwa w mojej głowie o finanse ale za to daje dużo spokoju i czau, czau którego nie umiałem poświęcić żonie. Byliśmy już na takim etapie że rutyną było każdy ma swoje sprawy, czasem sporadyczny seks.
Zapytałem żony ostatnio co się z nami dzieje, martwi mnie sytuacja że oddalamy się od siebie. odpowiedziała mi że tak jest... że nie wie czy jeszcze mnie kocha... I tu po prostu w mojej głowie nastąpiło coś strasznego - aż nie potrafię opisać tego. Nagle rozumiałem że to moja osoba jest 70% przyczyną tego co teraz się dzieje. Przez ostatnie kilak dni zrozumiałem więcej niż przez te wszystkie lata.. co jest w życiu najważniejsze i jak bardzo trzeba o to zabiegać.
Kocham moją żonę i syna ponad wszystko i nie wyobrażam sobie życia bez nich, sam wychowałem się bez ojca i wiem jak ważna jest to postać w życiu młodego chłopaka.
Zacząłem robić to co powinienem cały czas, czyli rozmawiać bez żadnych problemów i blokad. dawniej nie robiłem tego bo albo bałem się że żona będzie patrzyć na mnie jak na jakiego innego, albo w sprawach seksu nie mówiłem co potrzebuje bojąc się że będę ją do czegoś zmuszać nie biorąc tego pod uwagę że może ona potrzebuje tego samego co ja - a chyba tak jest. Nagle pojawiło ie w głowie tyle pomysłów no to jak można polepszyć jej życie, sprawić żeby było ciekawsze mnie monotonne.
Tak jak już pisałem teraz jesteśmy w punkcie gdzie żona mówi że nie wie czy do mnie jeszcze coś czuje.. czy to możliwe z kobiecego punktu widzenia? Przez to że nie wie tego, nie wie czy chce ratować małżeństwo i prosi mnie o czas aby przemyśleć wszystko i ułożyć w głowie sobie kilka rzeczy.
Ja wiem że chce ratować naszą rodzinę i wiem że jestem gotów zrobić naprawdę bardzo dużo jak nie wszystko aby naprawić to co spier.. przez ten czas. Chce ratować od zaraz o tej sekundy. Zaproponowałem terapie małżeńską ale powiedziała że nie wie czy to ma sens dopóki nie ustali sama czego chce...
Powiedzcie jako kobiety czy waszym zdaniem powinienem dać jej ten czas o który prosi czy od razu ratować. boję się że jak będę zwlekał to będzie za późno.
Na koniec dodam że nigdy nie zdradziłem żony i ona też mówi że w jej życiu nie pojawił sie nikt inny żaden przyjaciel czy kochanek.
Powiedzcie mi jako kobiety i rzućcie mi trochę światła i nadzieji jeżeli taka jet no to co lepiej robić dać czas czy walka od zaraz...