Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby? - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby?

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 23 ]

Temat: Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby?

Ostatnio pomyślałam, że to chyba najzdrowsze podejście, postawa, jeśli nie chce się cierpieć po rozstaniu, które może zdarzyć się w każdej chwili. Ludzie to egoiści (nie w znaczeniu: istoty nieempatyczne, niewrażliwe, samolubne itd., mam tu na myśli naturalny egoizm - nikt miłosiernie nie będzie przecież z człowiekiem, z którym nie czuje się już szczęśliwy), każdy może nas opuścić w każdej chwili, odkochać się, znudzić nami, zakochać w kimś innym. Jak wypracować taki dystans, jak osiągnąć magiczny punkt stabilności między obojętnością, letniością a za dużym zaangażowaniem. Jak lęk przed rozstaniem przekuć w stoicką akceptację, że wszystko może się nagle skończyć? Myślicie, że to możliwe? A może komuś się to udało? Czy osoba z natury dość zaborcza i zazdrosna może nauczyć się kochać w wolny sposób?

Zobacz podobne tematy :

2 Ostatnio edytowany przez Amethis (2016-11-15 15:30:43)

Odp: Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby?
podobno_zuzanna napisał/a:

Ostatnio pomyślałam, że to chyba najzdrowsze podejście, postawa, jeśli nie chce się cierpieć po rozstaniu, które może zdarzyć się w każdej chwili. Ludzie to egoiści (nie w znaczeniu: istoty nieempatyczne, niewrażliwe, samolubne itd., mam tu na myśli naturalny egoizm - nikt miłosiernie nie będzie przecież z człowiekiem, z którym nie czuje się już szczęśliwy), każdy może nas opuścić w każdej chwili, odkochać się, znudzić nami, zakochać w kimś innym. Jak wypracować taki dystans, jak osiągnąć magiczny punkt stabilności między obojętnością, letniością a za dużym zaangażowaniem. Jak lęk przed rozstaniem przekuć w stoicką akceptację, że wszystko może się nagle skończyć? Myślicie, że to możliwe? A może komuś się to udało? Czy osoba z natury dość zaborcza i zazdrosna może nauczyć się kochać w wolny sposób?

jednym z prostszych :d rozwiązań
jest "żyć i być" tak jakby to miał być ostatni "dzień"

jaka byś nie była, nie unikniesz cierpienia, bólu, emocji

nie ma co sobie kręcić nie potrzebnych, z nadmiaru jak i totalnego braku zawsze człowiek "głupieje"

zawsze jakaś forma przywiązania musi być, bo inaczej jaki sens?? gorzej gdy to do ubezwłasnowolnienia prowadzi
może w tym kontekście

3 Ostatnio edytowany przez Makigigi (2016-11-15 15:42:51)

Odp: Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby?

Moim zdaniem nie można kochać bez przywiązania. Wejście w związek zawsze wiąże się z ryzykiem zranienia. Warto chyba mieć na uwadze, że związki mają swoją dynamikę i często nie są na całe życie. Z taką świadomością można kochać, być przywiązanym, ale jednocześnie wiedzieć, że oboje jesteśmy wolni a miłość nie jest dana raz na zawsze. Jesteśmy ze sobą, bo jest nam razem dobrze i razem się staramy podtrzymać naszą miłość. Jeśli to się nie uda - takie jest życie.
Myślę też, że ktoś zaborczy i zazdrosny sam z siebie się nie zmieni. Z resztą zaborczość często wynika z lęku przed porzuceniem i potrzebą kontrolowania drugiej osoby. To w ogóle nie jest dobra podstawa związku. Lepsze jest pogodzenie się z faktem, że ktoś może mnie  porzucić i jednocześnie zaufanie, że ten ktoś mnie kocha i nie zrani celowo. Bo pod zaborczością i nadmierną zazdrością kryje się przekonanie, że druga strona nie kocha, że nie może zasługuję na miłość, ale mogę ją wymusić.

4 Ostatnio edytowany przez Excop (2016-11-15 17:48:07)

Odp: Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby?

Strach przed przyszłością w "przygniecionych kapciach", której może ewentualny partner nie podzielać, to naturalna rzecz. Każdego to czeka. Nawet tego, który tego nie chce. Takiej właśnie przyszłości. Prędzej, czy później.
Od danej osoby zależy, czy te kapcie polubi, czy zdecyduje się  udawać, że na codzień wygodniej jej w dwudziestocentymetrowych szpilkach i obcisłej sukni wieczorowej, bądź jemu w lakierowanych pantoflach i smokingu. smile

Myślę, że zdecydowana większość żywi takie obawy, bo przeszłość dała im podstawy, by tak patrzeć w przyszłość.

5

Odp: Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby?
podobno_zuzanna napisał/a:

A może komuś się to udało? Czy osoba z natury dość zaborcza i zazdrosna może nauczyć się kochać w wolny sposób?

Nie wiem czy to się liczy, ale byłam bardzo zaborczą osobą dopóki nie poszłam na studia i nie zaczęłam nad sobą pracować. Zaborczość nie jest czymś wrodzonym, tylko jest nawykiem. Nawyki można zmieniać i wypracowywać nowe, ale trzeba tego chcieć. Moim zdaniem nie da się kogoś kochać i jednocześnie nie być do niego przywiązanym. Choć to na pewno zależy jak rozumiesz słowo "przywiązanie", bo dla mnie ono nie oznacza wcale toksycznej zaborczości i uwieszenia się na kimś.

Tak, ludzie to istoty egoistyczne, ale jednocześnie rozumne - mogą panować nad swoim egoizmem, jeśli tego chcą. Myślę, że rzeczywiście niewiele osób będzie chciało tkwić w związku, w którym źle się dzieje. I nie ma w tym nic dziwnego ani niewłaściwego. To zdrowe podejście. Tylko rozsądny i kochający człowiek zanim podejmie tę ostateczną decyzję, będzie chciał pracować nad związkiem. Niestety nie zawsze się to udaje, bo do tanga trzeba dwojga. Nie wierzę w coś takiego jak naturalne znudzenie się i wygaśnięcie miłości. Miłość wygasa wtedy, gdy się nie staramy, gdy nie ma wypracowanego prawdziwego zrozumienia i prawdziwej bliskości. Na to wszystko mamy wpływ. To mało? Jednak często lubimy myśleć, że niektóre rzeczy są poza naszą kontrolą, bo staramy się po swojemu, a nie tak, jak trzeba. Projektujemy na partnera własne chcenia, zamiast empatycznie i szczerze wczuć się w jego sytuację i zastanowić się nad tym, czego on chce.

Osobiście nie boję się zdrowego zaangażowania i nie potrzebuję żadnej ochrony od rozczarowań. Nie wierzę w to, że mój mąż może z dnia na dzień zakochać się w innej, bo musiałby sobie na to pozwolić. To się nie dzieje jakimś magicznym sposobem, musi być gotowość i otwartość na zakochanie się. A co do stoickiej akceptacji, że wszystko może się skończyć, to odczuwam ją. Chociaż jesteśmy małżeństwem, to mój partner jest wolnym człowiekiem i ani mi się śni, by kiedykolwiek zatrzymywać go siłą. Oczekuję od niego jedynie tego, by był szczery co do swoich uczuć i by zawalczył zanim się podda. Jeśli kiedyś odejdzie, to na pewno mocno to przeżyję, ale to nie będzie dla mnie koniec świata. Jestem mu wdzięczna za wszystkie lata, kiedy jestem z nim szczęśliwa, więc jak mogłabym po tym wszystkim chcieć, by był ze mną, chociaż byłby nieszczęśliwy? Tak się nie da.

6

Odp: Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby?

W zasadzie mogłabym podpisać się pod całym postem Cslady, oczywiście z wyłączeniem fragmentów dotyczących osobistej sytuacji.

Zaborczość i zazdrość nie wynika z natury, a raczej z braku wiary w siebie i niskiego poczucia własnej wartości, dlatego to nad nią warto popracować w pierwszej kolejności. Zazdrość uzasadniona jest wyłącznie w takim przypadku, kiedy partner daje nam podstawy do nieufności, w przeciwnym razie zamiast dążyć do wspomnianej 'letniości' uczuć, to w sobie powinniśmy zacząć szukać problemu.
Z kolei zdrowa miłość nie jest samolubna ani egoistyczna, co jednak - przynajmniej w moim odczuciu - nie wyklucza wzajemnych oczekiwań i sukcesywnej realizacji własnych potrzeb. Człowiek, który do tego dojrzeje ani nie będzie obawiał się końca związku, ani nie będzie odczuwał potrzeby kontroli nad partnerem.

Osobiście nie wyobrażam sobie takiego świadomego tonowania uczuć, jeszcze bardziej nie wyobrażam sobie, aby z góry zakładać rozstanie i profilaktycznie się do niego przygotowywać. Jeśli na początku dwoje ludzi połączy szczere uczucie, o które oboje będą chcieli dbać, a konflikty będą potrafili rozwiązywać w sposób konstruktywny, to nie należy obawiać się, że coś się nagle i bez wyraźnej przyczyny skończy. Natomiast zakładanie potencjalnego rozstania może zadziałać jak samospełniające się proroctwo, co niestety zdarza mi się widywać. Ktoś, kto w sposób nieracjonalny boi się rozstania, w obawie przed zranieniem nie angażuje się wystarczająco mocno, z kolei partner zwykle to wyczuwa, traktując jak sygnał ostrzegawczyn i również nie angażuje się tak, jak zrobiłby to w innej sytuacji - w ten sposób błędne koło się zamyka.

cslady napisał/a:

Oczekuję od niego jedynie tego, by był szczery co do swoich uczuć i by zawalczył zanim się podda.

Mam podobnie. Szczerość ponad wszystko, a związek z przymusu, kiedy druga strona poddaje się bez walki, co dla mnie znaczy, że przestała widzieć w tym jakikolwiek sens - nie satysfakcjonuje mnie. W takiej sytuacji lepiej się rozstać niż być ze sobą wyłącznie z rozsądku (bo dzieci, kredyty, strach przed samotnością) i na siłę.

7

Odp: Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby?

Dla mnie pytanie jest nieprecyzyjne? Czymże jest ten dystans między letniością a zbytnim zaangażowaniem? Jeśli zbytnie zaangażowanie to zaborczość - to uważam, że nabranie dystansu jest krokiem we właściwym kierunku.

Ale jeśli ten dystans to ma być jakiś emocjonalny chłód, podejście do związku na zasadzie "w sumie to mi nie zależy" - to po co komu taki związek?

Moje podejście do tematu jest bardzo bliskie temu, co napisały Olinka i Cslady. Jestem pewna dwóch kwestii - związek nie daje mi "prawa własności" do mojego faceta, a mój facet nie potrzebuje mnie do życia i ja jego też (jak skończyłby się nasz związek, nie skończyłoby się nasze życie, bo ono opiera się jeszcze na wielu innych filarach). Dlatego rozstanie jest możliwe. Zdaję sobie z tego sprawę i to mnie motywuje, by dbać o swój związek, wsłuchiwać się w swojego faceta i w siebie, dążyć do zrozumienia naszych potrzeb - bo, jak zostało już zauważone, na rozstanie w pewnym sensie "trzeba sobie pozwolić", dobre związki nie rozpadają się od tak, najpierw stają się złymi związkami.

Ale nie zamierzam się na wszelki wypadek emocjonalnie "tonować", żeby później mniej bolało - dla mnie ten ból to jest po prostu ryzyko wpisane w związek, sprzedarz wiązana, że tak powiem. Póki nie spotkałam człowieka, który był w mojej opinii wart tego ryzyka, to po prostu nie byłam w związku. A teraz po prostu uważam, że jeśli cierpienie po ewentualnym rozstaniu miałoby być "zapłatą" za to, co obecnie daje mi ten związek, to godzę się na taką cenę. Gdybym próbowała "nie angażować się za bardzo", to nie doświadczyłabym nawet ćwiartki tych wszystkich pięknych spraw, które są częścią dobrego związku - bo do tego jest potrzebna emocjonalna otwartość. Już wolę całe dobro i cały ewentualny ból niż blady cień tego co dobre, w zamian za blady cień tego, co może być złe.

8

Odp: Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby?

Zacznę od tytułu.
"Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby?" Hm... . W świecie o nazwie UTOPIA - być może.

podobno_zuzanna napisał/a:

(...) nikt miłosiernie nie będzie przecież z człowiekiem, z którym nie czuje się już szczęśliwy (...)

Dobrze byłoby, gdyby tak było. Jednak jest sporo związków, dowody są opisane przez liczne osoby na forum, które trwają mimo (a może dlatego) że przynajmniej jedna osoba jest w nim nieszczęśliwa.

(...) każdy może nas opuścić w każdej chwili, odkochać się, znudzić nami, zakochać w kimś innym. (...)

To prawda. I zupełnie nie zwracasz uwagi na to, że i 'my' możemy opuścić drugą osobę.

(...) Jak wypracować taki dystans, jak osiągnąć magiczny punkt stabilności między obojętnością, letniością a za dużym zaangażowaniem. Jak lęk przed rozstaniem przekuć w stoicką akceptację, że wszystko może się nagle skończyć? Myślicie, że to możliwe? (...)

Praca nad sobą, efektem której jest przytomność, czyni cuda.

(...) Czy osoba z natury dość zaborcza i zazdrosna może nauczyć się kochać w wolny sposób?

Może. Gdy uświadomi sobie i uwierzy (wreszcie!), że jest wartościową osobą, uzna, że nie musi mieć do życia żadnej podpórki, że nie musi trzymać drugiej osoby na smyczy/w klatce. Bo przecież zaborczość i zazdrość to objawy braku zaufania, u podłoża którego leży kiepskie (by nie napisać 'zerowe') poczucie wartości.

9

Odp: Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby?

Jestem z kimś dlatego, że tę osobę wybieram w wolny sposób, bez przymusu, bez nacisków. Nie dlatego, że jej potrzebuję do osiągnięcia jakichś celów. Mam wtedy szansę, że zostanę w podobny sposób wybrany przez mojego partnera. Wielu ludzi nie wierzy, że mają wystarczająco atrakcyjne cechy, aby tak być wybranymi. Stąd w związkach tyle lęku i napięcia, które powodują, że ludzie usiłują przedstawić się jako inni, niż są, próbują rozpaczliwie zaimponować otoczeniu. Stają się przez to sztuczni, pozbawieni indywidualności. Boją się zaistnieć w niepowtarzalny sposób. W przekazie społecznym i kulturowym wolność często stawia się w opozycji do idei związku. Uważa się, że jest dla niego zagrożeniem. Mówi się, że podstawową sprawą, która ma łączyć ludzi, jest budowanie poczucia bezpieczeństwa, wzajemna opieka, zapewnianie nadszarpniętego w dzieciństwie poczucia wartości. Celem związku nie jest jednak zwiększanie naszego poczucia wartości.  Jeśli nie mamy go w momencie zawierania umowy na bycie ze sobą, można je odbudowywać w trakcie psychoterapii. Poczucie wartości to stan, który powstaje bardzo wcześnie w relacjach z ważnymi ludźmi, najczęściej z rodzicami.

Natomiast partner nie może być naszym psychoterapeutą ani rodzicem. Może być nam miło i sympatycznie, możemy być dumni z tego, że ta właśnie osoba nas wybrała, ale jeżeli ludzie dobierają się dlatego, że spodziewają się, iż ta druga strona dostarczy im tych wszystkich uczuć i zaspokoi potrzeby, których nigdy nie dostali w życiu, to taki związek przeważnie kończy się klęską.

Fragment artykuły z gazety, tytuł "Gdy ludzie dobrze ze sobą żyją,  naczynia same się zmywają" - polecam.

Wydaje mi się, że zaborczość bierze się ze strachu przed samotnością i z niskiego poczucia własnej wartości. Jeśli nie lubię siebie, uważam siebie za nieatrakcyjną, niefajną osobę, to jak inni mają mnie lubić czy kochać? Ja sam_a nie umiem ze sobą wytrzymać! A gdy w końcu znajdzie się ktoś, kto zechce przebić się przez tę mgłę autoniechęci, to osoba zaborcza zaczyna się bać - że odejdzie, że zostawi, że zdradzi, że kogoś będzie lubić bardziej niż mnie, że będzie się z kimś lepiej bawić ode mnie, w końcu się znudzi ITD. Dlatego zrobię wszystko, żeby temu zapobiec - będę osaczać, zabraniać kontaktów z innymi znajomymi, będę się poświęcać, urodzę dziecko, zbuduję dom, wszystko oddam - byle żeby mnie nie zostawił_a!

10

Odp: Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby?

Toksyczna miłość w związku ma miejsce, zawsze tam gdzie jest relacja inna niż "dorosły-dorosly"

Wszelkie kombinacje "dziecko-rodzic", "dziecko-dziecko", "rodzic-rodzic"

Skazane są na "porażkę", kwestia też kto jakie "korzyści" z tych stanów zyskuje

Używam tych określeń w kontekście postaw, stanów emocjonalnych itd itp

Jeśli przywiązanie to np. wspólny kredyt, lęk przed samotnością ...
To jest to sytuacja "jak pies na łańcuchu przywiązany do budy"

Realia dowodzą ze i tak żyć można, nawet z "podkulonym ogonem, ochlapami w misce" w wierności, przywiązaniu

Szczęśliwi rzekomo Ci którym "zerwał się łańcuch" wink

11

Odp: Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby?

dziewczyny (chłopaku) bardzo fajnie piszecie
podpisuję się pod tym wszystkimi kończynami

żałuję, że nie mam czasu, żeby wysmażyć dłuższego posta

wkleję tylko cytat ze stronki, którąś ktoś niedawno tutaj polecał, czyli: uzaleznienieodmilosci.pl

"Wiele osób ma skłonność do przeciwstawiania relacji zbyt ciasnych i dusznych, zamkniętych i odizolowanych, o charakterze wzajemnego uzależnienia takim związkom, w których panuje dystans i chłód, podtrzymywany przez lęk przed zależnością i bliskością. Tymczasem przeciwieństwem nałogowej miłości jest zdrowa miłość, a nie inny rodzaj jej chorobliwej postaci. Na czym jednak ta zdrowa miłość miałaby polegać?
Nie będzie to chyba zbyt odkrywcze, jeśli powiem, że na otwartości i autonomii. Oparty na niej związek charakteryzowałby się – odnajduję się tu w tradycji Ericha Fromma – integralnością i niezależnością każdego z partnerów, dążeniem do rozwoju i wzbogacania swego życia oraz pragnieniem tego samego dla drugiej osoby. To, co pomnaża jej doświadczenia, jest przyjmowane z radością i dlatego, że to dla jej dobra, i dlatego, że dzięki temu ona staję się bardziej atrakcyjną towarzyszką życia. Co więcej, ktoś, kto czuje się zintegrowany wewnętrznie, może zaakceptować też takie doświadczenia, które – przyczyniając się do rozwoju partnera – powodują jego oddalenie. W uzależnionych związkach już samo wyobrażenie o tym wywoływałoby panikę.
Jeśli partnerzy są gotowi przyglądać się swemu związkowi i poddawać go refleksji, to koncepcja uzależnienia może być narzędziem do uzyskania większej świadomości, aby móc powstrzymać rozwój zaczątków uzależnienia, obecnych w relacjach, i rozbudowywać elementy konstruktywne. Aby więc przede wszystkim – co jest dla zdrowej relacji kluczowe – w poszanowaniu swojej odrębności nie rezygnować z wcześniejszych zainteresowań i kontaktów z ludźmi, włączając je do związku jeśli to możliwe, a zarazem zachowując czas i uczucia na kontynuowanie tych zajęć i przyjaźni, w których nie będzie uczestniczyć druga strona.
W nienałogowym, zdrowym związku partnerzy nie są wobec siebie zachłanni, ponieważ każde z nich – zanim zaczęli być razem – posiadało autonomię i równowagę wewnętrzną. Dlatego potrafią akceptować potrzebę prywatności, odmienne punkty widzenia i różne gusty, zdając sobie sprawę, że wymuszanie wzajemnych zobowiązań czy deklaracji do niczego nie prowadzi. Nie jest im duszno, bo nieustannie wpuszczają do swego związku świeże powietrze. Bycie razem jest dla nich szansą rozwoju. Chcą więcej rozumieć ze swojej więzi, z siebie i z partnera, dlatego dzielą się przeżyciami i stale chcą odkrywać nowe aspekty tego, co ich łączy. To pogłębia i wzmacnia ich relację. Bo – jak napisał Erich Fromm w książce „O sztuce miłości” – dzięki niej „człowiek przezwycięża uczucia izolacji i osamotnienia, pozostając przy tym sobą, zachowując swoją integralność. W miłości urzeczywistnia się paradoks, że dwie istoty stają się jedną, pozostając mimo to dwiema istotami.”

12

Odp: Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby?

Opisywane sytuacje lub pewne założenia określające związek polegający na odwróceniu pierwotnych postaw prezentowanych wobec partnera (?), to rzeczywiście stany "zarezerwowane" dla osób nie tyle niedojrzałych, co mało doświadczonych.
Nauka zaś kosztuje, niestety. smile

13

Odp: Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby?
cslady napisał/a:

Nie wierzę w coś takiego jak naturalne znudzenie się i wygaśnięcie miłości

Tutaj chyba powinno pojawić się pytanie, czym jest miłość, po jakim czasie się pojawia. Znam kilka historii, w których faceci (bo tak się złożyło, że zawsze to byli faceci) rozstawali się ze swoimi partnerkami po roku, 2 latach, trzech. Bo uświadamiali sobie, że to jednak nie to, że to była fascynacja, zaintrygowanie drugim człowiekiem, chemia, świetne spędzanie wspólnego czasu, wspaniały seks, ale jednak nie miłość. Rozumiem to, pewnie tak może się zdarzyć, ale rozumiem też ból i rozgoryczenie tych kobiet, które w jakimś sensie poczuły się oszukane... niech to będzie nawet roczny związek - po roku świetnego bycia razem, facet oświadcza nagle, że uwielbia Cię, świetne się z tobą dogaduje, ale nie jest w stanie cię pokochać. Dwa razy byłam w takiej sytuacji, znam też kilka takich historii. Jednak negatywne doświadczenia (zarówno własne jak i bliskich przyjaciół) ustawiają nam myślenie o świecie. Trudno wtedy nie tonować uczuć i nie przygotowywać się psychicznie na możliwość nagłego rozstania w każdej chwili.

14

Odp: Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby?
podobno_zuzanna napisał/a:

Tutaj chyba powinno pojawić się pytanie, czym jest miłość, po jakim czasie się pojawia. Znam kilka historii, w których faceci (bo tak się złożyło, że zawsze to byli faceci) rozstawali się ze swoimi partnerkami po roku, 2 latach, trzech. Bo uświadamiali sobie, że to jednak nie to, że to była fascynacja, zaintrygowanie drugim człowiekiem, chemia, świetne spędzanie wspólnego czasu, wspaniały seks, ale jednak nie miłość. Rozumiem to, pewnie tak może się zdarzyć, ale rozumiem też ból i rozgoryczenie tych kobiet, które w jakimś sensie poczuły się oszukane... niech to będzie nawet roczny związek - po roku świetnego bycia razem, facet oświadcza nagle, że uwielbia Cię, świetne się z tobą dogaduje, ale nie jest w stanie cię pokochać. Dwa razy byłam w takiej sytuacji, znam też kilka takich historii. Jednak negatywne doświadczenia (zarówno własne jak i bliskich przyjaciół) ustawiają nam myślenie o świecie. Trudno wtedy nie tonować uczuć i nie przygotowywać się psychicznie na możliwość nagłego rozstania w każdej chwili.

Ten okres 2-3 lat to według mnie bardziej faza zauroczenia i intensywnego poznawania się. Nie neguję tego, że ktoś może kochać i po miesiącu, ale chodzi mi o dojrzałość uczucia. Dojrzewania nie da się przyspieszyć, ono wymaga czasu. Też byłoby mi przykro po takim zerwaniu i musiałabym je odchorować, ale czy czułabym się oszukana? Przecież na tamtą chwilę, gdy facet wypowiadał dane słowa, naprawdę tak uważał. Tyle że później seksualna fascynacja minęła, hormony nieco opadły i okazało się, że niczego więcej nie ma. Zresztą ludzie (nie tylko faceci) mają tendencję do mylenia w pierwszym okresie znajomości słów "kocham Cię" ze słowami "kocham seks z Tobą". Mam świadomość działania tych mechanizmów i dlatego nie byłabym ani zaskoczona, ani oszukana. Ot, byłoby mi przykro, że nic więcej się nie rozwinęło, ale przecież to nie byłaby niczyja wina, że miłości jednak nie ma. Można wybrać "tonowanie" uczuć, czyli zamykanie się w sobie w obawie przez skrzywdzeniem, a można spojrzeć na to pozytywnie. Uważam tak jak Ruda102, że sto razy lepiej przeżyć coś intensywnego, nawet jeśli potem zapłaci się za to jakąś cenę, niż gdyby całe życie miało mieć wyblakłe kolory. Zachowawcze życie to nie jest życie szczęśliwe. Nie można po prostu cieszyć się, że w danej chwili jest nam fajnie z daną osobą i dać sobie czas na poznawanie się? Moje koleżanki same się nakręcały i po 6-10 miesiącach widziały się już w białej kiecce z tym konkretnym facetem. W myślach już poukładały sobie z nim życie i zapewne ignorowały wszelkie sygnały przemawiające za tym, że to tylko ognisty seks, a prawdziwej bliskości tam nie ma. Wolały snuć sobie wyobrażenia niż ocenić realnie, czy naprawdę dobrze im ze sobą poza łóżkiem. Jeśli po zerwaniu poczuły się oszukane, to pytanie: przez kogo oszukane? Chyba bardziej przez siebie same, bo zaprojektowały sobie całą przyszłość, chociaż nie było ku temu podstaw. Jestem ogromną fanką życia teraźniejszością. Nadmierne wybieganie w przyszłość i podsycanie własnych oczekiwań jest tak samo szkodliwe jak życie przeszłością i rozdrapywanie starych ran. A przecież drugi człowiek tak naprawdę nie jest nam nic winny, a już na pewno nie jest winny tego, by być odpowiedzialnym za nasze szczęście aż do grobowej deski. Samemu trzeba być odpowiedzialnym za własne szczęście, wtedy dużo łatwiej będzie pozbierać się po rozstaniu.

15

Odp: Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby?

Podpiszę się obiema rękoma pod postem Cslady.

Od siebie dodam tylko, że wyobrażenia i plany jako takie nie są złe. Uważam wręcz, że podstawą dobrego związku z przyszłością jest właśnie rozmawianie o swoich wyobrażeniach dotyczących wspólnego życia i robienie najpierw drobnych, później coraz poważniejszych wspólnych planów - bez tego nie wyobrażam sobie realnej oceny, czy dwójce ludzi naprawdę jest ze sobą po drodze, czy w żyją obok siebie a nie ze sobą.

Myślę, że kluczem jest po prostu trzeźwe spojrzenie na rzeczywistość, właśnie to, jak jest tu i teraz, a nie jak by się chciało, żeby było. Jeśli się drugiej strony słucha, a nie słyszy co się chce, to można zauważyć, w którą stronę związek zmierza. Plany i marzenia są moim zdaniem ok. tak długo, jak umie się własne chciejstwo odróżnić od tego, co druga strona realnie oferuje. Bo fakt, wiele osób (nie tylko kobiet) ma tendencję do tego, że jak dostają jeden palec, to we własnej głowie już są właścicielami całej ręki i przynajmniej połowy nogi, choć nie ma ku temu żadnych podstaw.

16

Odp: Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby?
ruda102 napisał/a:

Od siebie dodam tylko, że wyobrażenia i plany jako takie nie są złe. Uważam wręcz, że podstawą dobrego związku z przyszłością jest właśnie rozmawianie o swoich wyobrażeniach dotyczących wspólnego życia i robienie najpierw drobnych, później coraz poważniejszych wspólnych planów - bez tego nie wyobrażam sobie realnej oceny, czy dwójce ludzi naprawdę jest ze sobą po drodze, czy w żyją obok siebie a nie ze sobą..

Z tym planowaniem to się zgadzam, bo planowanie to nie jest gdybanie i marzenie na jawie, ale konkrety. Mnie bardziej chodziło o takie typowe fantazjowanie i myślenie, jak cudowne będzie życie z danym facetem, gdy będzie już ślub i dzieci - to myślenie typowo życzeniowe. Planowanie natomiast powinno prowadzić do konkretów, bo inaczej jest sztuką dla sztuki.Tylko tak jak wspomniałaś, to musi być wspólne planowanie oparte na rozmowach. Jednak na początku związku (1-2 lata stażu) nie brałabym też do końca poważnie jakichś wielkich deklaracji i nie rozliczałabym faceta z każdego danego mi słowa i ułożonego wspólnie planu. Np. w moim przypadku już na pierwszej randce usłyszałam od faceta, że będę jego żoną. Fakt, znaliśmy się wiele lat i to nie było wypowiedziane pod wpływem chwili, a mimo tego nie oczekiwałabym przecież, że teraz już koniecznie musi mi się oświadczyć, bo inaczej to kłamca i oszust. big_smile Trzeba podkreślić, że wszystkie nasze życiowe plany nieustannie ewoluują - czasami porzucamy jakieś przedsięwzięcie, bo zainteresuje nas coś nowego, innym razem musimy coś zmienić w planie, bo pojawia się jakaś przeszkoda itp. Chodzi o to, żeby do planowania przyszłości podchodzić elastycznie. Przecież rzadko kto np. wykonuje zawód, który wymyślił sobie w podstawówce. Są osoby, które go wykonują, ale większość jednak nie, bo plany się zmieniły i to nie była niczyja wina. Dlaczego ludzie nie podchodzą w taki sam sposób do związków, tylko oczekują, że najważniejsze ustalenia mają być sztywne, zrealizowane co do joty i nie może być żadnych przeszkód, ani zmian zdania? Jeśli już mówimy o tym tonowaniu uczuć jako metodzie zapobiegania rozczarowaniom, to nie lepiej, by metodą było wypracowywanie w sobie elastyczności, pokory i umiejętności modyfikowania planów?  Wtedy żyjemy ze świadomością, że związek nie jest czymś, co jest nam dane raz na zawsze, tylko on sam ewoluuje, my również się zmieniamy, a także relacje między nami ulegają mniejszym lub większym zmianom. Chodzi mi cały czas o to, żeby cieszyć się tym, co jest, kiedy akurat jest. Roszczeniowa postawa raczej nie jest zdrowa i sami się nią unieszczęśliwiamy. Nie lubię myślenia, że coś mi się należy od męża, rodziców albo życia, bo kim takim niby jestem, żeby mi się należało? Przecież nie jestem w żaden sposób lepsza od innych ludzi, żeby im się związki rozpadały, a mój musiał trwać aż do śmierci. Ot, różnie bywa. I każdy ma prawo do tego, żeby zmienić zdanie i wycofać się. Przecież nie robi się tego celowo, z jakieś złośliwości albo chęci skrzywdzenia kogoś. Często sami oczekujemy empatii i zrozumienia, a nie potrafimy empatycznie wczuć się w osobę kończącą związek i postarać się zrozumieć, dlaczego to zrobiła. To chyba dobrze, że nie zdradziła, tylko szczerze mówi, że już niczego nie czuje?

17

Odp: Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby?

Pełna zgoda.

Mój facet co prawda nigdy mi nie powiedział, że chce żebym była jego żoną (powiedział za to, że z instytucją małżeństwa jest mu nie po drodze, co uważam za cenną informację, bo właśnie ucina snucia marzeń i zmusza do podjęcia konkretnej decyzji - pasuje mi to, albo nie). Za to mówi mi czasem, co chciałby ze mną robić za 10 lat, rozmawiamy o przyszłości, planujemy, jak wygląda nasze wymarzone mieszkanie (i jesteśmy zgodni, że mieszkanie a nie żaden domek). Ale przecież nie podpisujemy żadnego cyrografu, plany mogą się zmienić, oczekiwania mogą ewoluować.

Też nie uważam, że facet jest mi cokolwiek winny poza uczciwością.

18

Odp: Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby?

cslady więcej osób powinno przeczytać te słowa. To jest dosłownie sedno sedna tych wszystkich wątków "myślałam, że będziemy razem już zawsze" "rzuciła mnie, i co teraz?" ITD. Zwłaszcza lubię fragment

Przecież nie robi się tego celowo, z jakieś złośliwości albo chęci skrzywdzenia kogoś.

I choć wiadomo, że rozstania bolą, to jakże byłoby pięknie, gdyby obok bólu pojawiła się myśl - "to co przeżyliśmy razem był piękne, dzięki za te wspomnienia, mam nadzieję, że znajdziesz szczęście".

19

Odp: Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby?
Monoceros napisał/a:

I choć wiadomo, że rozstania bolą, to jakże byłoby pięknie, gdyby obok bólu pojawiła się myśl - "to co przeżyliśmy razem był piękne, dzięki za te wspomnienia, mam nadzieję, że znajdziesz szczęście".

Mnie niezmiennie zadziwia, że ludzie potrafią przeżyć ze sobą kilka, a czasem więcej naprawdę cudownych lat, a jednak po rozstaniu zdają się o tym zupełnie nie pamiętać. Niestety nie biorą pod uwagę także tego, że wyrzucając z pamięci te dobre chwile sami sobie w pewien sposób robią krzywdę.

20

Odp: Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby?
Olinka napisał/a:
Monoceros napisał/a:

I choć wiadomo, że rozstania bolą, to jakże byłoby pięknie, gdyby obok bólu pojawiła się myśl - "to co przeżyliśmy razem był piękne, dzięki za te wspomnienia, mam nadzieję, że znajdziesz szczęście".

Mnie niezmiennie zadziwia, że ludzie potrafią przeżyć ze sobą kilka, a czasem więcej naprawdę cudownych lat, a jednak po rozstaniu zdają się o tym zupełnie nie pamiętać. Niestety nie biorą pod uwagę także tego, że wyrzucając z pamięci te dobre chwile sami sobie w pewien sposób robią krzywdę.


dziewczyny, to z jednego powodu: ludzie (tak, ja też kiedyś) nie potrafią się rozstać we wlasciwym momencie.

walczą do upadłego tym samym zacierajac wszelkie dobre chwile - zarowno u jednej jak i drugiej strony powstaja uczucia zlosci, frustracji, agresja itp.

szczerze mówiąc jak slysze wszystkie te: ale ja będe o nia/niego walczyć, chce walczyc o ten zwiazek, o milosc - to z jednej strony mi slabo, a z dtugiej mi sie noz w kieszeni otwiera.
przeciez taka walka nie ma nic wspolnego z miloscis.

wręcz przeciwnie - to objaw kompletnego braku szacunku dla drugiej osoby, braku szacunku dla jej decyzji i uczuc.

ale do tego, żeby rozstac sie w odpowiednim momencie to obie strony musza byc dojrzale.

21

Odp: Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby?
_v_ napisał/a:

ale do tego, żeby rozstac sie w odpowiednim momencie to obie strony musza byc dojrzale.

Mój mąż wie, że związek bez miłości i chęci bycia ze sobą mnie nie interesuje, dlatego kiedy poczuję, że mnie nie kocha, nie dba o te relację i jest ze mną z poczucia obowiązku, to będę robić wszystko, aby się rozstać. On wie, że nie będę walczyć za wszelką cenę, tym bardziej, że dziecko mamy duże, w razie potrzeby oboje mamy gdzie mieszkać i za co żyć.
Uważam - o czym zresztą napisałaś - że lepiej rozstać się we właściwym momencie robiąc to z szacunkiem i pozostając w przyjaźni niż ze sobą szarpać, męczyć i zacząć coraz bardziej nienawidzić. Dlatego rozstając się zrobiłabym to przede wszystkim dla siebie. Wydaje mi się, że jest to zdrowe podejście, zwłaszcza obserwując te pary, które zamiast dać sobie szansę na coś nowego, lepszego całymi latami tkwią w toksycznym układzie wzajemnie się unieszczęśliwiając.

Walczyć można dopóki obu stronom zależy, ale ta walka to szukanie kompromisu, drogi do wzajemnego zrozumienia swoich potrzeb i oczekiwań, a nie żebranie o uwagę i uczucia. Trzeba wyczuć moment, kiedy to przestaje mieć sens, a wtedy pora zejść ze sceny.

22 Ostatnio edytowany przez Peter_35 (2016-11-17 12:49:58)

Odp: Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby?

podobno_zuzanna nie, nie można kochać nie przywiązując się do ukochanej osoby. Uczucie z czasem samo przychodzi. Myślenie, mogę kochać ale nie będę się za bardzo angażowała brzmi sztucznie i takie zaplanowane. Miłości trzeba dać się pozwolić unieść a osobie, którą się poznaje dać kredyt zaufania. Miłość ma różne etapy w życiu. Nie można z góry zakładać, że się nie uda. Nie można tracić też wiary we własne marzenia, bo jak się wtedy mają spełnić? Trzeba się starać o to aby było dobrze. Trochę wiary w siebie i optymizmu.

23

Odp: Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby?
_v_ napisał/a:

przeciez taka walka nie ma nic wspolnego z miloscis.

wręcz przeciwnie - to objaw kompletnego braku szacunku dla drugiej osoby, braku szacunku dla jej decyzji i uczuc.

To chyba zależy jaką walkę masz na myśli. Na pewno nie tę zdrową, o której wyżej pisałyśmy. Nie nazwałabym walką wzajemnych przepychanek, udowadniania na siłę własnej racji, wylewania na drugą osobę swoich żali i pretensji oraz oczekiwania, że druga strona ma wziąć odpowiedzialność za nasze emocje. Wspominając o walce miałam na myśli tylko i wyłącznie próbę odbudowania dawnej bliskości (warunek jest taki, że ona musiała kiedyś istnieć). Do tego trzeba byłoby najpierw nauczyć się słuchać i wypracować w sobie choć trochę empatii. Dopóki ciągle powtarzamy "ja ja ja" i "moje moje moje", to rzeczywiście bez sensu, żeby się ze sobą męczyć. Znam pary, które o siebie zawalczyły i udało im się, ale znam też takie, które twierdzą, że walczyły, a moim zdaniem nigdy nie spróbowały zawalczyć, bo nie było w nich nawet minimalnej chęci zrozumienia. Była to raczej postawa: "to ty jesteś zły i niedobry, ja jestem biedna i nieszczęśliwa, więc łaskawie poczekam i dam ci szansę, żebyś się o mnie postarał i przyznał mi rację". Nie wiem, co musiałoby się stać, żeby zepsuł mi się związek, ale jeśli już się zepsuje, to będę walczyć tylko i wyłącznie wtedy, by będę umiała wybaczyć sobie i partnerowi nasze dawne przewinienia i zacząć od nowa. On musiałby umieć zrobić to samo. No bo to nie chodzi o to, żeby on np. odpokutowywał i wynagradzał mi swoją zdradę czy inny występek, ale o to, by "cofnąć się" do momentu, gdy w związku było dobrze i nie było jeszcze zepsutych relacji, których ta zdrada była wynikiem. Nie zastanawiałabym się: "dlaczego on mi to zrobił? Czy on już mnie nie kocha?", tylko: "w którym momencie się od siebie oddaliliśmy? Z jakiego powodu? Czy da się coś z tym zrobić?"

Posty [ 23 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » Czy można kochać nie przywiązując się jednocześnie do ukochanej osoby?

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024