Witam was.
Poradźcie mi, co robić, bo już nie mam siły.
Gdzieś od roku po każdej wywiadówce płaczę po nocach, bo dostaję burę za to, że mam za dużo trójek, że tam, gdzie powinna być 5 albo 4 jest niższa ocena, albo jak ja mogę z wosu mieć 3, przecież to nie jest dobra ocena?! (tak na marginesie, akurat wosu nie cierpię, bo facet praktycznie nie robi nic na lekcji a potem robi takie sprawdziany, że głowa mała).
A teraz jeszcze matura: oni nie widzą, żebym się uczyła, w ogóle to Ty robisz cokolwiek poza siedzeniem przed komputerem, już masz pewnie oczy do wymiany! (nie ważne, że ostatnie badanie nie wykazało najmniejszej wady wzroku), wszystko co chcesz to masz, a gówno robisz etc...
a jeszcze dochodzi fakt, że moja mama jest nauczycielką w szkole do której chodziłam poprzednio i byłam piątkową uczennicą (wierzcie mi albo nie, ale nie była to zasługa znajomości) więc skoro w liceum mam takie słabe oceny (o zgrozo, w tym semestrze przewaga 3 i 4 i ani jednej 2!) to ludzie będą gadać, że jak mamusia mi wszystko załatwiła to było dobrze, a teraz widać, że nie jestem taka wspaniała. Co kogo to obchodzi?! Wierzę, że ludzie mają własne dzieci i własne problemy.
Mam już dość słuchania co chwilę: "czemu się nie uczysz?!", "staczasz się na dno!", "gówno robisz jak zwykle!", nawet mój facet już dał mi delikatnie do zrozumienia, że nie może już słuchać mojego płaczu przez telefon i najlepiej żebym robiła swoje i się nie przejmowała, bo oni już tacy są i się nie zmienią. Tyle, że ja nie jestem taka twarda i zwyczajnie najpierw się wkurzam, klnę na czym świat stoi a potem się rozklejam. I tak mniej więcej co 2 miesiące, zależy od wywiadówki, rozmowy z którymś z nauczycieli itp.
Tyle, że oni mało widzą co robię, bo większość czasu zajmuje im mój mały brat. Nawet jak specjalnie siedzę z nosem w książce akurat, żeby mnie mama zauważyła, to nic to nie daje. Wystarczy, że zobaczą mnie przy komputerze, zaraz zaczynają od nowa.
Serio, odechciewa mi się wszystkiego, nie widzę żadnego sensu, żeby się uczyć i zwyczajnie mi się nie chce.
I tak nie pójdę na studia na nie wiadomo co, bo jestem humanistką i niestety, muszę (i chcę) iść na studia humanistyczne, po których ciężej mi będzie znaleźć potem pracę.
Nie widzę sensu w tym wszystkim, zwłaszcza widząc mamę, która jest po studiach podyplomowych a haruje za marne grosze w miejscu, gdzie liczą się prawie głównie znajomości i musi się użerać z osobami, którzy, że się tak wyrażę "wyżej srają niż dupę mają" i mogą z nią robić co chcą, bo nie może podskoczyć, żeby nie stracić pracy.
Po co mam robić cokolwiek, skoro robiąc coś, słyszę jedynie: "czemu nie zrobiłaś tego lepiej?"