Zainspirowana opowieścią jeżyka123 postanowiłam założyć tutaj konto i opowiedzieć moją historię.
Jestem młodą ambitną dziewczyną. Może trochę marzycielką. Mieszkam od urodzenia na wsi z moimi rodzicami. W tym roku kończę studia magisterskie, mam 24 lata. Ciągle szukam pracy ale bezskutecznie niestety. Zawsze marzyłam o pracy w służbach mundurowych lub chociaż w służbie cywilnej. Dużo już w tym kierunku uczyniłam: robię kursy, szkolenia, staże, biorę udział w naborach ale póki co, na staraniach się kończy. Jednak mocno wierzę, że szczęście się kiedyś do mnie uśmiechnie i spełni się moje marzenie. Zamierzam tak długo próbować aż mi się uda.
Jestem od dwóch lat w związku z chłopakiem, moim rówieśnikiem.
On prowadzi duże gospodarstwo rolne ze swoimi rodzicami.
Nie ma tu wprawdzie krów jak u jeżyka123, ale jest za to kilkadziesiąt ha ziemi, kilkaset sztuk świń i cielaki.
Mój chłopak wraz ze swoją rodziną bardzo chce żebym zaprzestała swoich starań o pracę w mieście i przyszła do niego na gospodarstwo żeby tu żyć i pracować. Najlepiej jak najszybciej.
Problem polega na tym, że ja chciałabym pracować w mieście. Do tego dążę i będę dążyć, nawet jeśli już zamieszkam u niego. Wiem czym jest ciężka praca na wiosce, sama przecież na niej mieszkam i pomagam swoim rodzicom, ale to co my mamy to jest 1/100 tego co mają oni. Przeraża mnie to.
Moi rodzice zawsze wspierali mnie w moich dążeniach, umożliwili mi studiowanie, jestem im za to wdzięczna i chciałabym żeby mogli być ze mnie dumni, że ich córka coś w życiu osiągnęła.
Moja wizja wspólnej przyszłości z moim chłopakiem jest taka, że będę mieszkać u niego, ale będę pracować w mieście i dojeżdżać. Wracać do domu i zajmować się nim, gotować, sprzątać, itp.
Wydzielimy w jego domu naszą przestrzeń z kuchnią, łazienką i pokojem. Tylko naszą prywatną przestrzeń.
Budowa nowego domu raczej nie wchodzi w grę. Raczej...
Wiadomo, ze jak będzie taka potrzeba to pomogę przy gospodarstwie, przy żniwach czy wykopkach. Księżniczką nie jestem. Ja po prostu chcę żyć także swoim życiem, mieć swoją prywatność, swoje ambicje, a nie z góry narzucony tryb życia.
Nie mogę powiedzieć, że jego rodzina jest zła. Chociaż do tego czy mnie lubią, mam poważne wątpliwości. Ale życie tam, to życie wg schematu z opowieści jeżyka123. Cytuję: ?kobiety misją jest nagotować chłopom, nakarmić świnie i pozbierać jajka z kurnika. To jest dopiero prawdziwa praca, prawdziwe życie?
Jego wizja jest taka, że mam pracować razem z nimi na gospodarce. Wg ich trybu życia.
Czyli to co w chlewie, na polu itp. Posiłki i zajmowanie się domem razem z teściową. Pod jednym dachem- wspólna kuchnia, wspólne pieniądze, wspólne wychowywanie dzieci itd.
Dla niego to wszystko byłoby bardzo wygodne, bo dotychczas mama i babcia dogadzały mu jedzeniem, sprzątaniem i wszystkim innym, a teraz doszłaby jeszcze jedna baba do pomocy w domu.... i w chlewie.
On jest spokojny o to, że ta rodzinna współpraca będzie kwitła, atmosfera w domu będzie zawsze pełna zgody itp.
Ja w to wątpię.... Z resztą on zna mój uparty charakter i to, że zawsze mam własne zdanie.
Problem wspólnej przyszłości jest pomiędzy nami na porządku dziennym. Miliard razy gadaliśmy na ten temat.
Właściwie już dawno powinniśmy się rozstać i nie robić sobie nawzajem problemów, bo on ma inne plany i dążenia, a ja inne.
Ale sęk w tym, że ja go kocham i on mnie też.
Właściwie tylko ta miłość trzyma nas jeszcze przy sobie.
On nalega na zaręczyny i ślub, jest pewien, że życie wg jego schematu się nam ułoży, a ja się mocno waham.
Często siedzę i płaczę, bo po prostu nie wiem co robić. Kosztuje mnie to mnóstwo nerwów.
Cały czas mam zapalone czerwone światło z myślą, że może już nic lepszego mnie w życiu nie spotka. Może nigdy nie znajdę pracy o jakiej marzyłam, a nawet jakiejkolwiek pracy. Teraz dla młodych, wykształconych ludzi jest bardzo ciężko.
I wtedy myślę sobie, że może powinnam schować marzenia do kieszeni i iść na tę gospodarkę, bo przynajmniej będę miała za co żyć, co jeść, dzieci wychowam, ale czy będę szczęśliwa? No właśnie....?
Waham się z decyzją - co dalej? Odwlekam to w czasie. Czy iść swoją drogą, czy iść do niego?
Czekam na wasze opinie.