Witam
Przepraszam za długość mojego posta. Mimo wszystko mam nadzieję, że ktoś przez niego przebrnie, bo w tej chwili naprawdę potrzebuję rady.
Dotąd miałam różne zawirowania, skłonności depresyjne, ale mieszkałam w domu, byłam w liceum, miałam mało znajomych, głównie w szkole, ale zaufanych, i wspaniałego chłopaka, niestety na odległość. Moim celem nr 1 było dostanie się na wymarzone od lat studia - japonistykę. Ciężko pracowałam, bo progi są wysokie, a liczba kandydatów na jedno miejsce spora, no ale udało się. Przeprowadziłam się sama do nowego miasta - i zaczęło się.
Trochę mnie przeraził plan (poza domem od rana do wieczora, bezsensowne okienka), ale uznałam, że ok, na wielu studiach tak jest, zwłaszcza na pierwszym roku. Nie za bardzo dogadałam się z ludźmi z kierunku, mam jedną koleżankę bliższą, parę osób, z którymi zamieniam parę słów, ale to tylko na uczelni, nie integrujemy się raczej poza, na okienka wszyscy wracają do mieszkań, a ja szczerze mówiąc wolę się gdzieś powłóczyć, bo jeśli miałabym jechać 2 godziny by wpaść na godzinę i znowu wieczorem wychodzić, to nie za bardzo mi się chce. Mam paru znajomych spoza kierunku, ale ciężko wygospodarować czas na spotkanie, bardzo fajne współlokatorki, z którymi jednak zwykle się mijam.
Ale to te mniej ważne kwestie. Bardzo, bardzo mocno rozczarowałam się poziomem nauczania i dezorganizacją. Nie wiem, może po prostu miałam za duże oczekiwania, ale większość zajęć moim zdaniem nie wnosiła nic, zapełnianie godzin bez pomysłu. Nieraz sami musieliśmy wykładowców poprawiać, że pomylili prosty znak. Były też wykłady prowadzone chyba z wikipedii i przestarzałej literatury, tak chaotyczne i nic nie wnoszące, że szkoda słów. Zdaję sobie sprawę, że na każdej uczelni są przedmioty prowadzone słabiej, mniej potrzebne (jak u nas np. łacina, na którą kułam chyba więcej, niż większość związanych z moim kierunkiem przedmiotów
), ale tutaj ciężko mi było wyłuskać zajęcia, na których czułabym, że intensywnie uczę się języka, poznaję kulturę, czyli robię to, po co poszłam na te studia. I powoli traciłam entuzjazm do nauki, a teraz czuję wręcz niechęć do tego. Samo miejsce, brzydka kamienica, wspinanie się po jej schodach na kolejne zajęcia, zaczęło we mnie budzić jakiś nieokreślony lęk.
Od samego przyjazdu źle spałam, ale potem przestałam sypiać dłużej niż 3 godziny albo nie sypiałam wcale. Kręciłam się całą noc, rozważając to wszystko. Im bliżej było poranka, tym bardziej czułam, że nie dam rady, że nie usnę, a przede mną cały dzień zajęć, od rana do wieczora. I chodziłam na te zajęcia, przysypiałam, niewiele pamiętałam, następnego dnia spałam trochę, bo organizm był już zbyt wyczerpany, ale potem znowu nic... Próbowałam się relaksować przy muzyce, czytać książki, przejść się po mieszkaniu. Brałam jeden, drugi, trzeci ziołowy syrop, tabletki (nie naraz oczywiście). W końcu zaczęłam brać normalne leki nasenne, silne, ale i one sprawiały, że przysypiałam na te parę godzin, żeby funkcjonować normalnie. Miałam ( i mam) napady paniki. Byłam wychowana pod kloszem, więc teraz mam ciągłe obawy, że nie ogarnę wszystkiego, sprzątania, zakupów, prania. Nie umiałam się skupić na niczym innym, tylko rozważaniem, czy 'się wyrobię', zdążę ze wszystkim. Mmo wszystko staram się to ogarniać i całkiem nieźle mi idzie, no bo przecież trzeba to wszystko zrobić, nikt nie będzie tego robił za mnie.
Na weekendy uciekałam, albo do chłopaka, albo do domu. W rodzinnym mieście zostawiłam najlepszą przyjaciółkę, ale ona studiuje zaocznie i raz na 2 tygodnie mamy dla siebie 2, może 3 godziny czasu na żywo, a byłyśmy tak zżyte, codziennie razem, wszędzie razem. W domu też nie mam za bardzo z kim się spotkać, bo odkryłam, że mnie i moich znajomych z liceum łączyło właśnie głównie liceum, a teraz kontakty się pourywały.
No i mój chłopak. Jest wspaniały, wspiera mnie, ale jest 5 godzin drogi ode mnie, finanse, organizacja, nie pozwalają się często widzieć. Od tych 5 miesięcy tylko przy nim czuję się w miarę spokojna. Jak mam od niego wracać tutaj, to serce mi pęka. Staram się walczyć, naprawdę - przeżyłam pierwszy semestr, zaliczyłam pierwszą sesję, i to z dobrymi wynikami. Biorę antydepresanty, do tego mam straszną, niezaleczoną od lat nerwicę natręctw. Byłam u psychoterapeutki, ale niestety, ani nie stać mnie na regularne chodzenie na sesje, ani po prostu nie ma w tygodniu gdzie ich wcisnąć.
Nie wiem, co robić. Zawsze myślałam tylko o tej japonistyce, nie rozważałam innego kierunku studiów. Ale jestem już prawie pewna, że to nie to - nawet nie dlatego, że jest supertrudno, że dużo nauki, bo od trudności i zawalenia nauką na studiach nie ucieknę. Ale to co robię, nie przynosi mi satysfakcji.
I nie wiem, co dalej. Nie wyobrażam sobie tak przeżyć tych 3 lat, ale szukam sensownej alternatywy, i nigdzie jej nie widzę. Dotąd widziałam tylko ten jeden kierunek, i nie wiem, gdzie szukać czegoś innego, czym mogłabym się zająć.
Z góry dziękuję za wszystkie odpowiedzi.