Na wstępie swojego pierwszego wątku na niniejszym forum pragnę nadmienić, iż jestem mężczyzną wieku dojrzewania. Mam nadzieję iż nie spotkam się tu z feministyczną propagandą, gdyż przychodzę tu w pokoju, a nie z zamiarem rozpętania wojny. Doszedłem do wniosku, iż jeżeli jest to forum dla kobiet, będzie można tu spotkać rzeczywiście kobiety, a nie za przeproszeniem rozszczekane dziewuchy, których główną dramaturgią są problemy z wyborem błyszczyka, czy inna tego typu sprawa.
Jak już zdążyłem wcześniej powiedzieć, jestem jeszcze młodym człowiekiem, aczkolwiek można powiedzieć iż jak na ten młody wiek, mam całkiem spory bagaż różnego rodzaju doświadczeń. I jak to w życiu bywa oczywiście tych nieprzyjemnych też w nim nie brakowało. Ale nie ma co się na ten temat przesadnie rozpisywać, gdyż każdy wie jakie życie (prawie każdy).
Jednakże przewodnim tematem niniejszego wątku jest moja osoba, a w zasadzie jej kondycja psychiczna. Od roku czasu (praktycznie z kalendarzem w ręku) czuję, że coś jest ze mną nie tak. Teoretycznie wszystko OK, bo uczę się w LO, może nie jest to szkoła moich marzeń, no ale w końcu sam wybrałem (jak się teraz coraz bardziej przekonuję niesłusznie to LO), mam ambicję, w porządku znajomych do pogadania. Ale (właśnie i tu pojawia się ale). Jakoś nie cieszy mnie to, co cieszyło kiedyś, tracę poczucie swojej wartości, mimo, że w głębi serca wiem, że jestem ktoś. Dodam, że na koniec III klasy gimnazjum zasuwałem jak mało kto. Wyciągnąłem najlepszą w klasie średnią ocen, z resztą testy też na całkiem przyzwoitym poziomie napisałem. Ale co mi po tym, w obliczu tego, iż inni podostawali się do szkól, a ja w zasadzie zostałem "na lodzie". Bo ani to w klasie mam jakiegoś porządnego kolegę ani co. Ktoś powie, że jestem jakaś zamuła totalna, lecz nie zgodzę się z tym. Potrafię być duszą towarzystwa. Ktoś powie, że nie potrafię odnaleźć się w otaczającej mnie rzeczywistości, ale to też mija się z prawdą. Bo pomimo, że mam ciężko w życiu, to się nie poddaję i egzystuję w nim jak tylko mogę i potrafię. Istnieje szereg czynników, które mógłbym tu jeszcze Szanownym Paniom przedstawić, aczkolwiek ściśle wiążą się one z moją prywatną sferą. A niestety naciąłem się już na Internecie...
Chciałbym żeby było tak jak dawniej, a w zasadzie to tak, żeby było jak być powinno. Bo brak chęci do życia i brak motywacji do podejmowania działania w tak młodym wieku z pewnością dobrze nie wróżą. Ale tu nie chodzi o magię. Ja po prostu chcę być wesołym, radosnym, miłym, życzliwym i kulturalnym i rozwojowym człowiekiem, który do czegoś w życiu dojdzie. Wybór liceum na dalszą drogę kształcenia nie był przypadkiem, marzą mi się studia, co więcej te marzenie mogę zrealizować ale muszę pracować nad sobą... Ale żeby pracować muszę mieć motywację, no inaczej się nie da. Ktoś może napisze (ale mam nadzieję, że nie, bo to przecież nie złośników), żebym poszedł do psychiatry czy psychologa, ale ja sam nie wiem czy tak na prawdę go potrzebuję. Chcę żeby życie nabrało kolorów i powróciła z pompą radość do życia powróciły. Jestem przecież jeszcze młody, całe życie przede mną. Nieraz już czytałem, że LO to najlepsze lata życia. Ale niestety ja nie trafiłem na za fajną klasę i teraz lekko nie mam. Myślałem, żeby się nawet przenieść do innej szkoły. No ale czy to by coś dao. Może problem nie tkwi w środowisku ale we mnie. Jak sądzicie Miłe Panie . . .?
1 2011-09-25 18:58:47 Ostatnio edytowany przez ambicjonalny (2011-09-25 19:06:21)
Rozumiem Cię doskonale, z tym że ja ten czas o którym Ty piszesz przeszłam w gimnazjum. I trochę inaczej to przechodziłam. Bo z najlepszej uczennicy, stałam się największą wagarowiczką w klasie. Brak motywacji od kogokolwiek może nie jest najlepszym wytłumaczeniem, bo przecież wszystko co robimy, powinniśmy robić z myślą o sobie. No może nie wszystko, ale szkoła na pewno. Wynikiem mojego 'braku motywacji'' był/jest rok do tyłu w gimnazjum. O dostaniu się do technikum, o którym marzyłam na początku gimnazjum nie miałam szans. Wybrałam zawodówkę... Skończyłam ją ze świetną średnią, stypendium itp. Ale co z tego... To tylko zawodówka. Teraz uczę się w LU, a moje koleżanki/koledzy zaczynają drugi rok studiów. I to mnie teraz motywuje do dalszej nauki. Studia, na które i tak nie wiem czy dam radę się dostać, a jeżeli się dostane to nie wiem czy dam radę finansowo, bo o dziennych mogę tylko pomarzyć ![]()
Tyle by było o mnie, jedyne co teraz mogę Ci poradzić to to żebyś nie zapominał jaki masz cel, i niech to Cie motywuje do dalszego działania. Zła klasa? U mnie jest tragedia, nie gadam z nikim, oprócz jednego chłopaka od którego pożyczam czasem notatki. Znajomych w szkole mam z innych semestrów. Mówisz że nie masz lekko w klasie. Nie bardzo wiem jak to rozumieć. Dokuczają Ci? O to chodzi? Nie wiem czy zmiana szkoły to dobry pomysł, zawsze możesz trafić gorzej, ale jest też szansa, że w innej szkole się odnajdziesz.
A może zapisz się na np. lekcje języka obcego. Będziesz miał okazje poznać nowych ludzi i poszerzyć swoje horyzonty. Może poznasz tam jakąś fajną dziewczynę, która chociaż trochę doda Ci wiary i optymizmu ![]()
I zawsze możesz się jeszcze wygadać tutaj
Jest tu mnóstwo fajnych kobiet jak i mężczyzn i myślę że nie zostawią Cię w potrzebie ![]()
Przesyłam dużo optymizmu
Trzymaj się ![]()
Rozumiem, że klasa Ci się zwyczajnie nie trafiła, ale czy to powód aby poprzestać na poszukiwaniu przyjaciół w swojej klasie? A równoległe klasy? A może starsze/młodsze roczniki? Kółka zainteresowań?
A może wirtualne znajomości?
Rozumiem Cię doskonale, z tym że ja ten czas o którym Ty piszesz przeszłam w gimnazjum. I trochę inaczej to przechodziłam. Bo z najlepszej uczennicy, stałam się największą wagarowiczką w klasie. Brak motywacji od kogokolwiek może nie jest najlepszym wytłumaczeniem, bo przecież wszystko co robimy, powinniśmy robić z myślą o sobie. No może nie wszystko, ale szkoła na pewno. Wynikiem mojego 'braku motywacji'' był/jest rok do tyłu w gimnazjum. O dostaniu się do technikum, o którym marzyłam na początku gimnazjum nie miałam szans. Wybrałam zawodówkę... Skończyłam ją ze świetną średnią, stypendium itp. Ale co z tego... To tylko zawodówka. Teraz uczę się w LU, a moje koleżanki/koledzy zaczynają drugi rok studiów. I to mnie teraz motywuje do dalszej nauki. Studia, na które i tak nie wiem czy dam radę się dostać, a jeżeli się dostane to nie wiem czy dam radę finansowo, bo o dziennych mogę tylko pomarzyć
Tyle by było o mnie, jedyne co teraz mogę Ci poradzić to to żebyś nie zapominał jaki masz cel, i niech to Cie motywuje do dalszego działania. Zła klasa? U mnie jest tragedia, nie gadam z nikim, oprócz jednego chłopaka od którego pożyczam czasem notatki. Znajomych w szkole mam z innych semestrów. Mówisz że nie masz lekko w klasie. Nie bardzo wiem jak to rozumieć. Dokuczają Ci? O to chodzi? Nie wiem czy zmiana szkoły to dobry pomysł, zawsze możesz trafić gorzej, ale jest też szansa, że w innej szkole się odnajdziesz.
A może zapisz się na np. lekcje języka obcego. Będziesz miał okazje poznać nowych ludzi i poszerzyć swoje horyzonty. Może poznasz tam jakąś fajną dziewczynę, która chociaż trochę doda Ci wiary i optymizmu
I zawsze możesz się jeszcze wygadać tutajJest tu mnóstwo fajnych kobiet jak i mężczyzn i myślę że nie zostawią Cię w potrzebie
Przesyłam dużo optymizmuTrzymaj się
Hm jeżeli chodzi o skrajności to też są one związane z moją osobą. Bo jak już nadmieniłem w poście wcześniejszym wyciągnąłem najwyższą średnią ocen w III klasie gimnazjum. Ale co z tego? Potem było w zasadzie pasmo porażek i nietrafionych wyborów. Oczywiście podstawowy z nich to wybór do szkoły. Dostałem się do dość rekomendowanej placówki, mimo to zrezygnowałem z niej pod wpływem obiecywanych "złotych gór" przez grono pedagogiczne szkoły do której obecnie chodzę. Przekonywali mnie, że tu jest taki sam poziom, etc. Może i jest, ale co z tego jak w zasadzie nie mam do kogo w klasie gęby otworzyć. Jasne jest tam kilku kolegów poza klasą, to czasem rozmawiamy sobie na przerwach. Ale ile trwa przerwa? 5, 10, 20 min? A dominują u mnie same 5 minutówki, a z klasą spędzam dajmy na to te 8 h lekcji. Na prawdę jest ciężko, zwłaszcza, że żartobliwe komentarze z pewnością nie ułatwiają sprawy. Poza tym ostatnio odkryłem, że odczuwam wielką tremę, z błahego powodu, choćby zapytaniu kogoś w klasie o temat lekcji...
W III klasie gimnazjum to było zupełnie inaczej. Ja wiem, stare dobre czasy, było ale minęło. Ale jak sobie przypomnę jaką z kolegami stanowiliśmy zgraną paczkę to teraz aż serce mi się kraja, gdy patrzę na to całe bagno w jakim tkwię. Fajnie by tak zmienić szkołę, nie? Ale na to trzeba pracować, wyniki trzeba mieć. Oczywiście można je spokojnie osiągnąć, wystarczy się trochę przyłożyć, a cząstka talentu zrobi swoje. Ale ja sporo opuszczałem zajęć, zwłaszcza w tej 1. klasie. Groziło mi powtarzanie klasy. Sam, nie wiem jak, ale udało się, wyszedłem z tego szamba na prosta. Piszę jakby, ponieważ
teraz też chorowałem, a kiedy już wiem, że muszę wracać, to aż coś mnie w żołądku ściska. Stresuje mnie niesamowicie świadomość powrotu w te mury. Nauczyciele są w sumie ok, kilku się w tym roku pozmieniało. Z resztą to już 2. klasa, trzeba zasuwać już, bo matura tuż tuż. Z tych przedmiotów, z których chciałbym zdawać maturę to są OK nauczyciele, tylko trzeba chodzić na lekcje, notować no i rzecz jasna uczyć się w domu. Pozostaje tylko ta matma, z którą jest kaplica, bo nie mogę jej załapać, a materiału dużo i nie ma czasu na powtórzenia i "uzupełnianie braków". Taka niestety prawda.
Co do kwestii dokuczania, ujął bym to w ten sposób, że niemal wszystkimi możliwymi sposobami starają się mi wybić z głowy swoim postępowaniem w stosunku do mojej osoby, że liceum to najlepsze lata życia, oczywiście sami świetnie się przy tym bawiąc. Ale ja myślę w ten sposób, że nie wiedzą z kim tańczą, a Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.
Chodzę na lekcje języka obcego (mamy mieszane z równoległą klasą), tam ludzie nie są najgorsi. No i jest taka fajna dziewczyna, to gadam sobie z nią
Zauważyłem, że są tu osoby godne uwagi i godne takiej rozmowy jaką tu w tej chwili prowadzimy.
A Ty Droga Plinka nie zabijaj w sobie marzeń, także tych o studiach dziennych. Nie wiem jak wysoko mierzysz, ale wydaje mi się, że im wyższą obieramy sobie poprzeczkę, tym bardziej będziemy się starali jej sprostać, by w końcu spijać śmietankę sukcesu ![]()
A może jest tak, że ludzie z Twojej klasy wyczuwają Twój strach i lęk, i po prostu podle to wykorzystują... Ja kiedyś w gimnazjum miałam ''kolegę'', który był czarną owcą w klasie. Wszyscy się z niego naśmiewali, dokuczali... Chłopak wielki jak dąb, dziwiłam mu się czasem, że potrafi opanować nerwy i że nie wezmie jednego czy drugiego, nie walnie go w łeb, żeby się odczepił... Trwało to rok, i nie wiem co się stało w jego życiu, że po wakacjach wrócił do szkoły całkiem inny. Nie widać już w nim było zagubionego, ośmieszanego, zakompleksionego chłopca. Stał się duszą towarzystwa, ''przywódcą'' wśród męskiej części klasy. Nie wiem co go tak odmieniło, jak go spotkam to zapytam
Nie bardzo wiem co mam Ci poradzić, może spróbuj się przełamać, podejdz do kogoś z klasy i zapytaj o cokolwiek. Bądz pewny siebie i daj poznać się innym. Nie musicie się zaprzyjaznić, ale zrób ten pierwszy krok, niech zobaczą że jesteś całkiem fajnym gościem ![]()
A z tymi studiami to ciężko będzie, nie zależnie od tego jak nisko czy wysoko będę mierzyć, muszę pracować... Ale wierze w siebie i w to że mi się uda ![]()
PS. Może zaproś tą koleżankę na kawę czy na spacer ![]()
Ja stanowię w swojej klasie swoiste "słabe ogniwo", bo tak, czy siak porobione są takie mniejsze, czy też większe grupki. I ja nie za bardzo pasuję do żadnej z nich, ani też specjalnie nie zależy mi na podporządkowaniu się im. Stanowię swego rodzaju indywiduum. Żeby nie było to też nie jestem jakieś marnej postury, jestem wysoki, szczupły, zwinny, o aspektach intelektualnych nie będę się tu rozpisywał, gdyż to nie forum dla samochwalców. To co inni dobrego docenią jest, a to czego nie docenią/ają docenią przy innej okazji ![]()
Natomiast w kwestii zaproszenia, to zaproponowałem wspólny spacer. Jak na razie zatrzymałem się na tym, że jak będzie miała wolny czas to na pewno da mi o tym znać. Mam już trochę doświadczeń w takich relacjach, więc nie nastawiam się na żadne love story. Na razie to tylko koleżeństwo. Czas pokaże co będzie dalej. A Ty jesteś sama, czy masz może jakąś bratnią duszę? ![]()
Ciekawy wątek z perspektywy mojego życia.
Chodziłam do wiejskiej podstawówki gdzie klasy miały po 7-8 osób. Mimo, że wiejska razem z koleżankami trafiłyśmy do dobrego gimnazjum w pobliskim mieście.
Nadal wyciągałam świetne oceny, testy napisałam najlepiej w klasie... No ale tyle tego dobrego. Nie mogłam się tam odnaleźć, moja do tamtej pory najlepsza koleżanka zaczęła knuć za moimi plecami, jakieś żarty itd. Do tego jeden klasowy "kolega" mnie wręcz dręczył. bo byłam niska, młodsza. Nie mogłam obok niego przejść żeby nie usłyszeć jakiegoś niemiłego komentarza.
Zgodnie z oczekiwaniami rodziców trafiłam do najlepszego liceum w tym samym mieście. I tu szok. Ludzie może ok, ale jak odstawałam. Dziewczyny potrafiły w weekend wydać tyle, ile my mieliśmy na cały miesiąc dla całej rodziny... Co chwilę pizza, kino, zakupy... Ja nie mogłam sobie na to pozwolić. Do tego czułam się z klasą na tyle źle, że tak samo bałam się odezwać, spytać o cokolwiek. No i tu się zaczęło. Bóle brzucha, biegunki, wymioty, problemy z sercem. Nauczyciele widzieli tylko nieobecności i zaległości a ja miałam anginę na samą myśl o pewnych lekcjach. Bo nie radziłam sobie wyjątkowo tylko z niektórymi. Oczywiście nikt w domu się nie zainteresował, w szkole też nie. Lekarz nawet nie zasugerował, że przyczyna tak częstych chorób może leżeć gdzieś indziej. Jeden nawet sugerował, że symuluję. Przez tak słaby okres liceum poszłam na słabe studia, ale tam było lepiej. Ludzie bardziej podobni do mnie, odżyłam. Tylko objawy pozostały. Nadal mam problem z biegunkami, pojawiają się myśli samobójcze.
Dlaczego Ci o tym piszę. Ja źle wybrałam szkołę. Gdybym poszła do innego liceum to prawdopodobnie wszystkie doświadczenia z gimnazjum by się rozeszły po kościach. Może miałabym normalne koleżanki, które nie są aż tak zapatrzone w siebie (zresztą one wszystkie się nazywały moimi przyjaciółkami co było nawet śmieszne...). Wybrałam czyjeś oczekiwania a nie kierowałam się swoim dobrem. Wiedziałam, że do tej szkoły trafiają dzieci lekarzy, sędziów, prokuratorów i innych.
Uważam, że ważne jest żebyś nie zamykał się w czterech ścianach klasy i miał inne kontakty. Ja przez tą szkołę nie miałam - brak czasu i pieniędzy na dodatkowy angielski czy inne zajęcia. Ważnie żebyś ty się czuł dobrze.
Ciekawy wątek z perspektywy mojego życia.
Chodziłam do wiejskiej podstawówki gdzie klasy miały po 7-8 osób. Mimo, że wiejska razem z koleżankami trafiłyśmy do dobrego gimnazjum w pobliskim mieście.
Nadal wyciągałam świetne oceny, testy napisałam najlepiej w klasie... No ale tyle tego dobrego. Nie mogłam się tam odnaleźć, moja do tamtej pory najlepsza koleżanka zaczęła knuć za moimi plecami, jakieś żarty itd. Do tego jeden klasowy "kolega" mnie wręcz dręczył. bo byłam niska, młodsza. Nie mogłam obok niego przejść żeby nie usłyszeć jakiegoś niemiłego komentarza.
Zgodnie z oczekiwaniami rodziców trafiłam do najlepszego liceum w tym samym mieście. I tu szok. Ludzie może ok, ale jak odstawałam. Dziewczyny potrafiły w weekend wydać tyle, ile my mieliśmy na cały miesiąc dla całej rodziny... Co chwilę pizza, kino, zakupy... Ja nie mogłam sobie na to pozwolić. Do tego czułam się z klasą na tyle źle, że tak samo bałam się odezwać, spytać o cokolwiek. No i tu się zaczęło. Bóle brzucha, biegunki, wymioty, problemy z sercem. Nauczyciele widzieli tylko nieobecności i zaległości a ja miałam anginę na samą myśl o pewnych lekcjach. Bo nie radziłam sobie wyjątkowo tylko z niektórymi. Oczywiście nikt w domu się nie zainteresował, w szkole też nie. Lekarz nawet nie zasugerował, że przyczyna tak częstych chorób może leżeć gdzieś indziej. Jeden nawet sugerował, że symuluję. Przez tak słaby okres liceum poszłam na słabe studia, ale tam było lepiej. Ludzie bardziej podobni do mnie, odżyłam. Tylko objawy pozostały. Nadal mam problem z biegunkami, pojawiają się myśli samobójcze.Dlaczego Ci o tym piszę. Ja źle wybrałam szkołę. Gdybym poszła do innego liceum to prawdopodobnie wszystkie doświadczenia z gimnazjum by się rozeszły po kościach. Może miałabym normalne koleżanki, które nie są aż tak zapatrzone w siebie (zresztą one wszystkie się nazywały moimi przyjaciółkami co było nawet śmieszne...). Wybrałam czyjeś oczekiwania a nie kierowałam się swoim dobrem. Wiedziałam, że do tej szkoły trafiają dzieci lekarzy, sędziów, prokuratorów i innych.
Uważam, że ważne jest żebyś nie zamykał się w czterech ścianach klasy i miał inne kontakty. Ja przez tą szkołę nie miałam - brak czasu i pieniędzy na dodatkowy angielski czy inne zajęcia. Ważnie żebyś ty się czuł dobrze.
Po tym co napisałaś mogę stwierdzić iż szkoła "zabija" wyjątkowych ludzi, zabija indywidualność. Tu jak się nie przystosujesz, to nie dadzą Ci żyć, zjedzą Cię innymi słowy. Ze śmiechem na ustach czytam ulotkę o moim LO "sympatyczni nauczyciele" ta jasne (no jasne, ze niektórzy są ok, ale z pewnością nie wszyscy. Zasada jest taka, że najbezpieczniej jest pójść do klasy z jakimś kolegą/koleżanką. Zawsze to jakiś plus, bo wie, że będzie się miało do kogo gębę otworzyć. Inną sprawą jest to, że trzeba sobie już na wejściu odpowiedzieć zasadnicze pytanie. Mianowicie po co ja tu jestem. Bo jeżeli jestem tu (w LO) tylko i wyłącznie po to żeby się świetnie bawić, to chyba pomyliłem adresy,m no chyba, że ktoś jest na tyle cwany, że nic nie będzie się uczył, ale będzie miał szczyptę talentu i jakoś będzie mu tu wychodziło. Ale wg mnie w liceum warto pójść "swoją" słuszną drogą. Wziąć się do pracy, i z przedmiotów z których będzie się zdawało maturę dać z siebie maksimum. A potem jakby nie patrzeć z kwitami na studia i Boungiorno da nowego życia, oby lepszego, no ale jak nie sprawdzisz to się nie przekonasz. Ja tak jakby ciągle poszukuję, ale muszę się w końcu określić. Bo choć w klasie nie spełniam się towarzysko, to na osiedlu jak najbardziej. Ale czasami jest tak, że po tygodniu szkoły odechciewa mi się po prostu żyć. Jestem wrażliwą osobą, za bardzo przejmuję się tym co inni mówią na mój temat, często niesłusznie bo tak na prawdę mnie nie znają. A jeżeli chodzi o moje próby "zintegrowania" się z Panami z naszej klasy, to na rozpoczęciu podałem jednemu z nich rękę, nawet nie raczył powiedzieć cześć. Poczułem się wtedy okropnie. No ale co tam, to był dopiero 1. dzień. Ale teraz to już prawie miesiąc mija i poprawy sytuacji niestety nie widać. Wydaje mi się, że muszę w końcu przełamać coś w sobie, olać ich wszystkich i zasuwać ostro do matury, bo wtedy będą i wyniki i satysfakcja. Ale niesmak tych lat "najlepszych lat życia" pozostanie...
Jak widzę i Ty jesteś młodą, dzielną kobietą, bo z tego co opisałaś nie miałaś (nie wiem jak teraz masz) w życiu za kolorowo. Ja o tym jeszcze w tym wątku nie wspominałem, ale też mam ciężko. Mieszkam bez ojca, to raz, mam chorą matkę to dwa, nie mam za bardzo wsparcia to trzy. No niestety, jak dotąd nie spotkałem takiego kogoś komu mógłbym się wypłakać w rękaw, kiedy będę tego potrzebował. Może ktoś powie, że to jakaś żenada jak chłopak płacze, ale ja w życiu staram się być twardy, i choć czasem łzy same ciskają mi się do oczu, ja trzymam poker face. Z resztą ja od dłuższego czasu odnoszę wrażenie, że każdą moją życiową porażkę ktoś widzi, i tylko czeka, żeby ją wyśmiać. A mi na prawdę przydałoby się wparcie. Teoretycznie mogę pójść do mamy, ale mama jest w silnej depresji i nerwicy, a ja nie mogę jeszcze w nieskończoność prezentować jej swoich problemów. Sama mama stwierdziła, że muszę być silny i nie poddawać się w tym wszystkim. A lekko nie jest. Ale to wina rządu. Oczywiście mowa tu o byt. Ktoś powie : A komu teraz łatwo? Ale ktoś kto by zobaczył jak ja żyję z pewnością by się zatrwożył. Ja sam nie wiem jak ja to wszystko znoszę. Ale może to jakaś siła wyższa mnie wspiera? No nie wiem. Na tym wszystkim szczególnie cierpi moja samoocena, której wykres zmienia się jak ten giełdowy. Wzrosty i spadki. A to niekorzystne, szczególnie w tak młodym wieku. Ujmę to w inny sposób. Czasami potrafię ni stąd ni zowąd powiedzieć sobie, że jestem gość i mogę wszystko, było 5 minutach wskoczyć do łóżku z chęcią schowania się przed całym światem. Nie pamiętam czy miałem tak w dzieciństwie. Może wielu problemów które tu opisałem ma podłoże rodzinne, no bo w końcu wychowywała mnie tylko matka, nie było "twardej, męskiej ręki", może to i dobrze, bo jestem wrażliwy i serce kraja mi się jak widzę kogoś kto cierpi, a ja nie za bardzo wiem/mogę mu pomóc. Takie jest niby życie. Ale co to za życie. Nie, nie mówię, że jest całkiem do niczego. Po prostu łatwe nie jest, a bez wsparcia jest jeszcze trudniejsze.
A Ty Wilma może powinnaś sobie kogoś znaleźć. Chłopaka/partnera, masz może jakąś PRAWDZIWĄ przyjaciółkę? Masz z kim pogadać. Jak Ci idzie na studiach?
PS Ładna dziś pogoda, chyba wybiorę się na spacer . . . ![]()
9 2011-09-27 16:11:38 Ostatnio edytowany przez Plinka (2011-09-27 18:46:05)
Ambicjonalny wyśle Ci meila ![]()
Idź koniecznie ![]()
Ja wczoraj byłam na rowerze bo to uwielbiam. Dzisiaj wyszłam na spacer po kasztany i żołędzie dla brata do szkoły ![]()
Chłopaka mam, uważam to za jedyne co mnie dobrego spotkało w tym liceum. Chociaż nie zawsze jest różowo co mnie bardzo dołuje.
W gimnazjum miałam 4 dobre koleżanki, ale jedna mnie wystawiła i to strasznie zabolało. w liceum jedną, ale ona tez szybko znalazła inne towarzystwo.
Studia już skończyłam (i to po raz kolejny byłam naj przez 3,5 roku...), ale póki co nie stać mnie na magisterkę i muszę iść do pracy (idę od poniedziałku i się strasznie stresuję). To nie był wymarzony kierunek. Nie ukrywam, że gdy w drugiej klasie liceum się okazało, że nie będzie nas stać na studia poza miejscem zamieszkania to się poddałam, nie miałam zupełnie motywacji. Chociaż matura poszła nieźle.
Ja mam do Ciebie prośbę - zajmij się tą sprawą i podejmij jakaś decyzję w życiu. Ja mam nerwicę, depresję, myśli samobójcze, boję się poruszać autobusem z innymi ludźmi.
Zaczynało się niewinnie bo denerwowałam się rano i oczekiwałam z utęsknieniem na piątek. Nagłe mi spadła wydolność umysłu - nie byłam w stanie się niczego nauczyć albo wszystko zapominałam z dnia na dzień. Teraz się trzęsę jak mnie ktoś zaczepi na ulicy (chociażby jakiś robotnik zagwiżdże).
Jesteś chłopakiem, więc może to inaczej zniesiesz, ale faktycznie szkoła i dzisiejsze życie nas zabija. I ja też nie miałam wsparcia mimo, że mam troszkę starszą siostrę. Po prostu u mnie w domu każdy robi wszystko dla siebie. A moja matka do tego kłamie w sprawach finansowych i wciąga nas w jakieś brudne sprawy.
Ostatnio zaczynam dawkować informacje mojej przyjaciółce (poznałam na studiach - ona miała odwagę się przenieść do innego liceum tak na marginesie) i jest trochę lepiej.
Z kolei mój chłopak ją nie za bardzo lubi bo ona lubi wypić, jest "wyzwoloną" osobą, ale oczywiście w granicach przyzwoitości.
Chcę iść do psychologa, może Ty też spróbuj? Będzie Ci łatwiej teraz. Ja jestem w jakimś błędnym kole z którego nie potrafię wyjść.
Idź koniecznie
Ja wczoraj byłam na rowerze bo to uwielbiam. Dzisiaj wyszłam na spacer po kasztany i żołędzie dla brata do szkoły
Chłopaka mam, uważam to za jedyne co mnie dobrego spotkało w tym liceum. Chociaż nie zawsze jest różowo co mnie bardzo dołuje.
W gimnazjum miałam 4 dobre koleżanki, ale jedna mnie wystawiła i to strasznie zabolało. w liceum jedną, ale ona tez szybko znalazła inne towarzystwo.
Studia już skończyłam (i to po raz kolejny byłam naj przez 3,5 roku...), ale póki co nie stać mnie na magisterkę i muszę iść do pracy (idę od poniedziałku i się strasznie stresuję). To nie był wymarzony kierunek. Nie ukrywam, że gdy w drugiej klasie liceum się okazało, że nie będzie nas stać na studia poza miejscem zamieszkania to się poddałam, nie miałam zupełnie motywacji. Chociaż matura poszła nieźle.Ja mam do Ciebie prośbę - zajmij się tą sprawą i podejmij jakaś decyzję w życiu. Ja mam nerwicę, depresję, myśli samobójcze, boję się poruszać autobusem z innymi ludźmi.
Zaczynało się niewinnie bo denerwowałam się rano i oczekiwałam z utęsknieniem na piątek. Nagłe mi spadła wydolność umysłu - nie byłam w stanie się niczego nauczyć albo wszystko zapominałam z dnia na dzień. Teraz się trzęsę jak mnie ktoś zaczepi na ulicy (chociażby jakiś robotnik zagwiżdże).Jesteś chłopakiem, więc może to inaczej zniesiesz, ale faktycznie szkoła i dzisiejsze życie nas zabija. I ja też nie miałam wsparcia mimo, że mam troszkę starszą siostrę. Po prostu u mnie w domu każdy robi wszystko dla siebie. A moja matka do tego kłamie w sprawach finansowych i wciąga nas w jakieś brudne sprawy.
Ostatnio zaczynam dawkować informacje mojej przyjaciółce (poznałam na studiach - ona miała odwagę się przenieść do innego liceum tak na marginesie) i jest trochę lepiej.
Z kolei mój chłopak ją nie za bardzo lubi bo ona lubi wypić, jest "wyzwoloną" osobą, ale oczywiście w granicach przyzwoitości.Chcę iść do psychologa, może Ty też spróbuj? Będzie Ci łatwiej teraz. Ja jestem w jakimś błędnym kole z którego nie potrafię wyjść.
Zaczynało się niewinnie bo denerwowałam się rano i oczekiwałam z utęsknieniem na piątek. Nagłe mi spadła wydolność umysłu - nie byłam w stanie się niczego nauczyć albo wszystko zapominałam z dnia na dzień.
-Jakbym widział siebie co dzień rano na myśl o pójściu do szkoły. Choć jak zostanę w domu to jest jakby "lepiej". No komu lepiej temu lepiej, ale powiem Ci, że zaległości się tworzą, których potem nie sposób nadrobić. A ciężko jest chodzić ze świadomością, że w zasadzie nikt w klasie cię nie lubi. Pewnie tak nie jest. Ale pewna rzesza osób w klasie regularnie umacnia mnie w tym "jakże sympatycznym" przekonaniu. Natomiast co do wydolności umysły, też coś w tym jest. Czasami jest ta, że zapamiętam coś za pierwszym razem, a czasami kuję coś na blaszkę i nic z tego nie wychodzi. Rzeczywiście u siebie też mogę zaobserwować spadek wydolności umysłu, co niestety przekłada się na gorsze wyniki w nauce. I to jest straszne. Bo niby chcesz się wyrwać z tego bagna, a nawet nie możesz się skutecznie uczyć. Co do myśli samobójczych, to sam nie wiem czy je mam. Czasami sobie ironizuję przy znajomych, że to to, i tam dalej kończyć nie będę. Ale kiedyś czegoś takiego nie było. W sumie psychologa też coraz bardziej rozważam. Kiedyś nie wiedziałem po co on właściwie istnieje, a tu proszę dorastanie i się pojawia problem. W sumie to myślę, ze nie miałbym problemu żeby z nim rozmawiać, bo z natury jestem wygadanym chłopakiem. Bardziej niepokoi mnie fakt zwierzania się ze swoich prywatnych rzeczy. Oczywiście istnieje etyka lekarska i tajemnica zawodowa. Ale zaufać wcale nie jest łatwo. Z drugiej strony jest nadzieja na wyprowadzenie mnie ze stanu takiej nostalgii i udzielenie mi wskazówek, które mogą okazać się pomocne w pewnych sytuacjach. Nie wiem dlaczego czasami mam tak, że jak się stresuję to strasznie niewyraźnie mówię. Krępuje mnie to niesamowicie, gdyż ja dobrze wiem, że umiem się wysłowić, a tu taka gafa. Kiedyś tak nie miałem. Jak sądzisz to z nerwów? Sam już nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Wiem, że muszę się uczyć. Ale jak tu się uczyć jak wiedza do głowy nie wchodzi, nie można się skoncentrować. Nie chcę żeby się to pogłębiło. Bo mam nadzieję nie jest jeszcze za późno.
Dobrze, że skończyłaś studia. No tak magisterka kosztuje, bo znając życie studiowałaś zaocznie, tak? Ja nawet nie mam co marzyć o zaocznych. Muszę dostać się na dzienne. U mnie nie ma jakiś represji czy coś w domu, że wiesz ucz się albo...
Ja sam wiem, że muszę się uczyć, by coś osiągnąć w życiu. Fakt jestem chłopakiem, do czegoś to zobowiązuje. Nie mogę się poddać, muszę walczyć, tylko skąd czerpać siłę?
Ambicjonalny wyśle Ci meila
Czekam ![]()
Plinka napisał/a:Ambicjonalny wyśle Ci meila
Czekam
Wiadomość wysłana, czekam na odp ![]()
Studia skończyłam dzienne, ale od drugiego roku pracowałam i w sumie odciążyłam mamę bo ani grosza od niej nie musiałam brać na siebie. Miałam pokój w domu i ciepło w zimę, obiad codziennie i to tyle
Nie miałam szans na studia w większym mieście ze względu na koszty, to mnie załamało. Tym bardziej, że ciągle się pojawiały pytania gdzie idziemy na studia. I co tu powiedzieć żeby znowu się nie czuć gorszym?
Odnośnie samopoczucia to ja tez często zostawałam w domu i z perspektywy czasu żałuje, że matka mnie nie wykopała z domu do szkoły. Bo wtedy były początki i może wystarczyło się przełamać i zobaczyć, że nie będzie tak źle. Ja miałam przykrą sytuacje na samym początku roku szkolnego w pierwszej liceum. Szłam z przekonaniem rozpoczęcia nowego etapu życia. A tu zaskoczenie bo na religii (drugi dzień szkoły) katechetka pyta skąd jesteśmy i jaka parafia. No i ja nie miałam zamiaru kręcić jak niektórzy dopisując się do mieszkańców miasta (potem się wydało, że również są osoby ze wsi) i powiedziałam. A że nazwa jest dosyć zabawna to jedna dziewczyna wybuchnęła śmiechem. I to był początek mojego końca. Bałam się odezwać w jakiejkolwiek sprawie. Dla nauczycieli wyglądało to jak brak mojego zainteresowania przedmiotem a ja miałam po prostu opór psychiczny.
Kwestia psychologa. Ja szukam przez internet kogoś dobrego. Z polecenia chciałam się umówić z jedną panią i dzwoniłam do niej to powiedziała, że w piątki nie przyjmuje a znajomy był w piątek właśnie (2 tyg. wcześniej). Przy czym zaznaczę, że zależało mi na tym dniu szczególnie. Od tamtego czasu mam problem bo nie mogę się zdecydować na kolejną osobę. Niesmak pozostał, ale może za dużo myślę. Mam zamiar spróbować jeszcze raz, ale póki co się mobilizuję na wizytę u dentysty (już bym wolała psychologa!)
Ja jak się stresuję to mówię za szybko i po prostu słychać nerwy. Niewyraźne mówienie tez się może wiązać ze stresem. Czasami też tak miałam, że jak się odezwał do mnie ktoś z kim raczej nie rozmawiałam to się mieszałam i właśnie to tak wyglądało.
A teraz coś pewnie zabawnego. Co mnie w dużym stopniu przywróciło do życia. Pasja. A śmieszne będzie jaka to pasja. Otóż jak byłam małą dziewczynką to w tv leciała anime, którą uwielbiałam. Okazało się, że po latach mi nie przeszło. Najpierw byłam z tą pasją sama, aktualnie zajmuje wolny czas pomaganiem przy tworzeniu strony o tej tematyce. Współpracuje z innymi ludźmi, ale jestem też przygotowana na krytykę jak coś zrobię źle. I jest lepiej. Tyle, że bardzo długo dochodziłam do tego co ja w ogóle w życiu lubię. A ważne jest żeby tak ciągle nie rozmyślać o tym co było tylko zająć czymś głowę.
Może masz coś takiego w życiu?