Witam,
przedwczoraj musieliśmy uśpić naszą Maję. Była z nami ponad 14 lat i strasznie chorowała. Zaczęło się od kaszlu i czegoś, co myśleliśmy, że jest tylko spuchniętym gardłem. Pojechaliśmy do weterynarza i okazało się, że narośl jest rakowa, ale daje szansę na przeżycie jeszcze kilku miesięcy bo nie uciska tchawicy, ale do tego doszło jeszcze chore serce. W każdym razie pani doktor dała naszej Majce zastrzyk i tabletki i kazała wrócić po tygodniu. Tylko, że niestety, ale pod koniec zeszłego tygodnia Maja odmówiła jedzenia. Nie chciała nic, leżała tylko sobie gdzieś tam i powoli traciła siły. W poniedziałek poszliśmy znów do lekarza i okazało się, że wyniki morfologii miała koszmarne. Rzuciło jej się na szpik, miała tragicznie mało czerwonych krwinek i za dużo białych. Pani doktor dała jej zastrzyk sterydowy, ale powiedziała, że jeśli on nie pomoże to powinniśmy rozważyć eutanazję.
Majka nie jadła. Jeszcze we wtorek zjadła odrobinę mięsa, ale to był malutki kawałeczek, a potem odwracała głowę. Schudła tak bardzo, że można jej było liczyć żebra i ledwo trzymała się na nogach. Ciężko nam było, ale podjęliśmy decyzję o uśpieniu jej by się nie męczyła.
Mój tato mówił by jeszcze ją potrzymać i oskarżał nas o to, że chcemy się pozbyć psa, ale to nieprawda. Ciężko było widzieć jak nasz ukochany pupilek jest w takim stanie. Nie skarżyła się na nic, ale widać było, że gaśnie w oczach.
Ja i brat zawieźliśmy ją do weterynarza i ja błagałam panią doktor by dała mi chociaż cień nadziei na to, że Majka wydobrzeje. Niestety, ale pani doktor powiedziała, że jeśli po pierwszym zastrzyku by jej się polepszyło to można by próbować czegoś silniejszego. Ale w tym wypadku lepiej jej ulżyć.
Widoku mojego ukochanego pieska w tym worku nie zapomnę do końca życia. Nie byłam w stanie jej wziąć, brat nakrył ją kocem i zabrał.
Mój tato ją chował u nas na podwórku. Rozwinął ją z tego koca i zaczął do niej mówić. Powiedział, że chciał ją jeszcze raz zobaczyć, że takim świetnym pieskiem była i, że mogła pożyć z kilka lat jeszcze.
Ja nigdy, ale to nigdy nie widziałam jak mój ojciec płacze. A tu zanosił się łzami. Ja wyłam, on płakał i staliśmy nad tym wykopanym grobem i jej ciałem i się obejmowaliśmy z żalu.
Do tej pory mam przed oczami jak leży w tym dole i ziemia na nią leci.
Teraz nie umiem sobie z tym poradzić. Może źle zrobiłam, że ją chowałam i widziałam ją martwą. Mam miłe wspomnienia o niej. Jak to jeździła ze mną samochodem, jak ją zamykaliśmy w domu jak jechaliśmy gdzieś, a ona przez balkon skakała, jak władowała mi się do łóżka jak ją kupiliśmy i tak spała ze mną przez tyle lat. Ta radość jak wracaliśmy z miasta po pół godzinie nieobecności, a Majka nas witała. To jak się wkurzaliśmy bo w nocy łaziła by ją na dwór wypuścić i kręciła się milion razy.
To był nasz domowy piesek i naprawdę jak wracam z miasta to się za nią rozglądam. Automatycznie po przebudzeniu się patrze za nią i w te miejsca gdzie ona zawsze wypoczywała. Ale jej nie ma.
Mam nadzieję, że ona nie ma do mnie żalu, że ją zawiozłam na śmierć. Teraz zaczynam się zastanawiać czy dobrze zrobiłam, czy może trzeba było poczekać.
W dzień jeszcze jest mi ok, zajmę się czymś, ale jak kładę się do łóżka to po prostu łzy same mi lecą. Ona jest kilka metrów dalej, pod ziemią, a ja już jej nigdy nie przytulę. Idę na jej grób i tak myślę sobie, że tylko trochę ziemi nas dzieli, a ja nie mogę jej już przytulić.
Mimo, że wiele lat byłam też za granicą i nie widywałam jej codziennie, ale zawsze z mamą na skypie gadałam i pytałam o Majkę, czasem do niej gadałam. Zawsze była ta świadomość, że ona jest, że jak wrócę to się jakoś wszystko ułoży.
Jeszcze jakieś trzy tygodnie temu ona latała ode mnie do mojego taty by ją głaskać. Kilka chwil u mnie, potem do niego potem znów ja i znów on. A teraz jej nie ma. I nigdy nie będzie.
Najgorsze jest to, że wydaje mi się, że ona drapie do drzwi. Chciałabym wiedzieć czy jest jej dobrze, czy nie ma żalu do mnie. Albo już wariuję chyba.
Musiałam to z siebie wyrzucić, bo nie mam z kim pogadać.