Jacek004400 napisał/a:Wiem, że ona mnie bardzo kocha. Widzę też, że nasza relacja jest dziś w bardzo trudnym miejscu — pełna kłótni i konfliktów, z którymi nie potrafimy sobie poradzić ani dojść do porozumienia.
.
Fajnie, że czujesz się kochany, ale kochasz sam siebie?
Do tego, jeśli żona naprawdę cię kocha, to dlaczego nic nie robi, aby to malżeństwo uratować? I nie tylko przed rozwodem, ale zwyczajnie, przed rozpadem. Aby uratować związek, trzeba czasem wlożyć w to wiele wysiłku, z niektórych rzeczy zrezygnować, odbudować komunikację, przejrzeć na oczy i zrozumieć co robiło się źle i kiedy partnera się raniło. Twoja żona nie chce się wysilić, nie przyjmuje do wiadomości, że robi cokolwiek źle, myślisz więc że nadal cię kocha tak jak kiedyś?
Pozwalasz jej na wszystko i żeby już zamknąć to zaklęte koło w którym się kręcisz, nie przyjmujesz do wiadomości, że ty też robisz wiele rzeczy źle. Najważniejsze: kochasz za bardzo... Nie wytyczyłeś granic, dlatego żona czuje się kompletnie bezkarna w karaniu cię za jakieś wyimaginowane bądź prawdziwe krzywdy które jej zrobiłeś i robisz. Znalazła sobie ujście dla frustracji które w niej narosly i jeżdzi po tobie jak tylko chce,bo po prostu może, nic z tym nie robisz. Zrezygnowałeś z siebie, ale nawet nie zauważyłeś że twoje życie z nią przeorganizowało się, dopasowało do jej potrzeb (z twojego punktu widzenia). Liczysz na jej wdzięczność na kompromis, ale jakoś się nie pojawiają, w zamian tylko eskalacja przemocy z jej strony, więc czy aby na pewno wybrałeś dobrą taktykę?
Twoja żona ma wiele nieprzepracowanych traum, w chwili rozpoznania u niej tej cięzkiej choroby, do której doszła pewnie też menopauza i wszystko wybuchło z energią, jakiej nie powstydziłby się wulkan na Islandii...
Jej poczucie bezpieczeństwa, wlasnej wartości zmalało do wartości krytycznych, a jedyną osobą na której może bezkarnie się odgrywać za swoje "nieszczęśliwe" życie jesteś ty, bo jej zawsze na to pozwalaleś i pozwalasz. Nigdy nie powiedzialeś: STOP, basta, tak ci nie wolno ze mną pogrywać, nie pozwolę się tak traktować. W zamian czujesz się winny, kładziesz uszy po sobie z tekstem: Ona tak dużo przeszla, chcę jej to wszystko wynagrodzić i sprawić, żeby ze mną była szczęsliwa. Tylko skutek jest dokładnie odwrotny od tego, jaki sobie załóżyłeś.
Do tego ten czas, gdy ty przebywasz za granicą... Rozłąka rzadko kiedy cementuje związek, zwłaszcza gdy rodzą się dzieci i kobieta sama musi borykać się z codziennością, z obowiązkami za dwoje, a potem zjawia się mąż na kilka dni w miesiącu i spodziewa się sielanki, wspolnych kąpieli w wannie pełnej płatkow róż i spijania sobie z dziubków, żeby potem się zawinąć i zostawić ją znowu z jej codziennym bałaganem który musi sama ogarniać. Wiem, powinna być ci wdzięczna bo zarabiasz na wasz poziom życia, nie wyjezdzasz dla przyjemności, ale nie wiem czy aby na pewno? Kiedy byłbyś w domu przez cały czas, też chciałbyś codziennie puch, miód i orzeszki zamiast "zwyczajności" i czasem sprzeczki o to, kto dziś z dzieckiem pójdzie do dentysty?
Dziwna na wasza historia i tyle tu zamętu i niejasności, że naprawdę trudno coś wydedukować nie wysłuchawszy drugiej strony, bo to dopiero byloby naprawdę ciekawe.