KoralinaJones napisał/a:A taniec godowy, o który tyle krzyku, to coś zupełnie naturalnego a nie powód do ujmy na honorze. Wykazanie inicjatywy na starcie nie jest „lataniem za księżniczką” ani upokorzeniem dla mężczyzny, lecz elementem gry towarzyskiej, która dopiero bada grunt. Jeśli ktoś oburza się na samo istnienie tej gry, to najwyraźniej oczekuje, że zawieranie znajomości będzie przypominać suchą wymianę handlową pozbawioną wszelkich emocji.
Fajne rozmantyzowanie tańca godowego, który w praktyce jest najczęściej po prostu grą w testy, niejasne reguły i brak transparentności.
Paradoksalnie autor wątku, którego postawę jednak wcześniej skrytykowałaś robi dokładnie to samo. Czyli krytykujesz gierkę autora jednocześnie broniąc systemu, który naturalnie takie gierki generuje.
Zawieranie znajomości w którym nie ma gry też wcale nie musi przypominać suchej wymiany handlowej. To, że komunikacja jest bardziej otwarta wcale nie musi oznaczać, że będzie pozbawiona napięcia oraz chemii. Mówię z własnego doświadczenia.
KoralinaJones napisał/a:Kobiety również starają się przekonać do siebie niezdecydowanych mężczyzn, robią to jednak w charakterystyczny dla siebie sposób. Zamiast werbalnych deklaracji, zazwyczaj wybierają działanie, starają się pokazać z jak najlepszej strony. Różnimy się w sposobie, w jaki okazujemy sobie zainteresowanie. Kobiety, zamiast naciskać, stawiają na wygląd i dbają o siebie. Pokazują najlepszą wersję siebie, żeby przyciągnąć faceta i dać mu znać, że są zainteresowane. Bardzo rzadko mówią wprost do faceta "podobasz mi się". Wolą przyciągać wyglądem, pewnością siebie lub innymi atutami. Proste jak drut i jasne jak słońce.
Ale samym dbaniem o siebie, stawianiem na wygląd i pokazywaniem najlepszej wersji siebie możesz co najwyżej zwiększyć swoją atrakcyjność ogółem w oczach mężczyzn, ale nie dasz w taki sposób do wiadomości konkretnemu mężczyźnie, że akurat on ci się podoba i powinien do ciebie uderzyć.
KoralinaJones napisał/a:Rozrabiako, nikt przecież nie broni facetowi przyjąć taktyki "siedź w kącie, a znajdą cię". Jeśli mężczyźnie z jakiś przyczyn to odpowiada, to przecież nie ma przymusu "płaszczenia się" przed jej wysokością "księżniczką". Tylko tyle, że w tym czasie przeważająca większość męskiej populacji jednak weźmie sprawy w swoje ręce, nie będzie miała pretensji do kobiet ogółem i oporów żeby działać, i to będą ci którzy w pierwszej kolejności zostaną zauważeni z którymi kobiety wejdą w interakcje.
KoralinaJones napisał/a:Piszesz o staraniu się obu stron, ale przecież pierwszy krok z natury jest jednostronny.
Odnoszę wrażenie, że ty piszesz o czymś innym niż faktycznie jest temat tego wątku i co poruszył jego autor. Tutaj przecież nie chodzi o wykonanie pierwszego kroku tylko o to co dzieje się później kiedy znajomość została już zawarta i się rozwija.
Tu chodzi raczej o symetrię zainteresowania w rozwijającej się znajomości, a nie o wykonanie pierwszego kroku celem jej zawarcia.
KoralinaJones napisał/a:bo taka dziewczyna być moze nie musi uciekać się do takich metod. Po co atrakcyjna i majaca powodzenie dziewczyna miałaby latać za facetami skoro to Ci lataja za nią.
No i co da tej kobiecie to, że jest na tyle atrakcyjna, że lata za nią wielu facetów jeśli na przykład zainteresuje ją jeden konkretny facet, który jednak za nią nie lata?
Zresztą faceci, którzy za wami latają i są na każde wasze zawołanie chyba nie są dla was szczególnie atrakcyjni. Tak więc może taki wianuszek simpów podbija wam ego, ale raczej nie wśród nich szukacie dla siebie partnera.
KoralinaJones napisał/a:Piszesz, że nie rozumiesz. Otóż, z moich obserwacji wynika, że kiedy facet często rzuca hasłami o „księżniczkach” i „księżniczkowaniu" zazwyczaj stoi za tym po prostu sporo randkowych niepowodzeń. Często mówią tak faceci, którym po prostu nie idzie i mają na koncie sporo rozczarowań. Kiedy nie wyjdzie kilka razy pod rząd albo ogólnie nie wychodzi zamiast przyjąć na klatę, że kobiety nie były zainteresowane albo że szukały czegoś innego, łatwiej jest je podsumować takim złośliwym hasłem. Jak dla mnie to czysty mechanizm obronny. Kiedy facet poczuje się raz, drugi raz, trzeci raz rozczarowany, to potem w ten sposób wylewa żale, bo trudno mu zaakceptować, że na tym polu ma po prostu serię niepowodzeń. Łatwiej jest kogoś podsumować takim złośliwym określeniem, niż przyznać, że po prostu nie było chemii, nie zaiskrzyło, nie było nadawania na tej samej częstotliwości, nie ta energia, nie ten vibe.
To by też wyjaśniało to ciągłe powtarzanie, że „obie strony muszą się starać w równym stopniu”. Brzmi to tak jakby sprawiedliwie, ale w tym kontekście to często po prostu asekuracja. Boją się zainwestować jakąkolwiek energię pierwsi, żeby znowu nie poczuć rozczarowania, gdy kobieta nie zareaguje tak, jak by chcieli. Wiadomo, że w tym procesie poznawania się obie strony muszą się angażować, ale przecież to nigdy nie jest jakieś magiczne 50/50 wyliczone do milimetra. Raz jedna osoba daje z siebie więcej, raz druga i to naturalny proces, a nie jakaś transakcja jak w banku.
Czyli z jednej strony otwarcie przyznajesz, że system faktycznie jest asymetryczny ("to naturalne, że facet inicjuje", "gra", "kobiety są subtelne"), ale z drugiej strony jeśli facet krytykuje tę asymetrię to znaczy, że on ma problem. To jest wewnętrznie niespójne.
I na koniec jeszcze dowalasz ad persnam próbując zdyskredytować i zawstydzić wszystkich mężczyzn, którzy tak pomyślą.
Ciekawe jest też to, że z jednej strony zarzucasz mężczyznom, że boją się zainwestować, ale z drugiej strony bronisz modelu w którym kobieta zachowuje się dokładnie tak samo. Fajna projekcja w której przypisujesz i wytykasz drugiej stronie coś co sama robisz.