Witam
Jestem z zona od 7,5 roku, od 4 lat jestesmy malzenstwem. To milosc jaka chyba rzadko sie zdarza. Niestety czasami PRawa Murphy'ego dochodza do glosu i jak jest ok, to cos musi sie popsuc
Mamy 2-ke wspanialych dzieci.
Ja mam raczej lagodny charakter i wielokrotnie, zeby uniknac klotni i sporow ustepowalem,zamiast przedstawic swoje zdanie i nawet sie o to posprzeczac. W dobrej wierze stawialem na 1-wszym miejscu dobro zwiazku (tak mi sie wydawalo) i po prostu unikalem sytuacji konfliktowych, klotni i napiecia. NIestety przez niewyjasnianie, narastal w nas obojgu stres ktory wychodzil z nas podswiadomie i nawzajem sie tym "obdarowywalismy". Dodatkowo przez kilka lat czesto palilem marihuane, co w pewnym momencie zaczelo martwic moja zone i dwukrotnie po wczesniejszych prosbach przedstawila mi ultimatum, ze albo skoncze albo koniec z nami. Jak ja zaluje ze nie wyprowadzila sie za pierwszym razem, kiedy jeszcze nie bylo za pozno. Obiecywalem jej poprawe, niestety z czasem moje postanowienia topnialy i wracalem do tego, rzadziej co prawda ale tak.
W koncu udalo mi sie z tym zerwac. Od kilku miesiecy jestem wolny od nalogu. Dojrzalem do tego sam, nie na skutek ultimatum. Jestem na ten moment zadowolony z siebie, ze poradzilem sobie sam. Rowniez udalem sie do terapeuty od tego typu spraw (zona dawno mnie o to prosila) ostatnio, aby sie upewnic, ze nie mam juz z tym problemu i czy powinienem podjac dodatkowe dzialania. Dowiedzialem sie ze moje zachowania wskazywaly na uzaleznienie i musze byc silny, aby nie ulec nalgowi ponownie i jesli bede sie tego trzymal, to nie powinno miec to wplywu na moje dalsze zycie. Zdecydowalem sie na podjecie terapii nalogu a de facto psychoterapii, ktora ma mi pomoc zrozumiec moje zachowanie, czemu sluzyl moj nalog, co mi zastepowal i wzmocnic szacunek do samego siebie
Zona dawala mi szanse kilka razy, ja ogarnialem sie na jakis czas niestety po czasie moje zle zachowania opisane powyzej wracaly, rzadziej, ale wracaly. Mam tu na mysli nalog oraz negatywne emocje o ktorych pisalem.
JEstem czynnym ojcem, zajmowalem sie dziecmi na rowni z zona, a czesto bralem na siebie wiekszosc obowiazkow. ZAjmowalem sie sprzataniem, gotowaniem, robieniem oplat, smieci, zakupy itd. PRacuje, nie zostaje po godzinach, caly czas po pracy poswiecalem na dom i przebywanie z nia. Ja zerwalem kontakt ze znajomymi, zawsze spieszylem sie do domu, do dzieci, bo myslalem ze tak trzeba.
Ona uwaza mnie za dobrego ojca, ja ja za dobra matke.
Pewnego dnia na skutek klotni o blacha rzecz porozilismy sie i uslyszalem, ze zona nie chce ze mna dalej byc.
Nasz zwiazek chyba rozpadl sie na dobre. Moja zona nie wyobraza sobie dalszego zycia ze mna. Ja powoli sie oswajam z ta mysla, ale z drugiej strony nie wyobrazam sobie zycia bez niej. Teraz kiedy wiele rzeczy udalo sie nam w zyciu poukladac, prace, dzieci, dom myslalem ze bedziemy sie tym cieszyc i poswiecimy wiecej czasu dla naszego zwiazku.
Stracilem jej zaufanie
Opisana sytuacja sprawila, ze momentalnie znalazlem sie w totalnym dole psychicznym. Przez ponad 4 tygodnie nie bylem niemal w stanie normalnie funkcjonowac. W pierwszej chwili ogromny bol poczucie odrzucenia, plakalem jak dziecko (wczesniej jako dorosla osoba plakalem w zyciu 1 raz,kiedy nasz syn powaznie zachorowal). PRosby, przepraszanie - chcialem to naprawic od razu, wzialem wine na siebie przepraszalem, prosilem o szanse, a to wszystko odnioslo odwrotny skutek, oddalilo nas od siebie jeszcze bardziej. Checi moje byly szczere, ale wtedy jeszcze nie rozumialem ze potrzebujemy czasu, spokoju i troche samotnosci.
Nie mialo w moim zyciu miejsca nic, co by tak mna wstrzasnelo i spowodowalo to, ze zrozumialem jak zludne bylo moje dotychczasowe zycie. Brak rozmowy, dyskusji. Zabraklo rownowagi w naszym zyciu, zabraklo zdrowego podejsca. Od miesiaca zastanawiam sie nad tym. Wiele rzeczy udalo mi sie sobie wytlumaczyc, ale nie udalo mi sie zakwestionowac milosci do mojej zony. Przez caly ten czas, mimo ze nie zawsze bylem dobrym mezem kochalem ja.
A teraz jestem pewny jak nigdy.
Kocham moja zone. Kocham ja z wszystkimi jej wadami, jest wspaniala inteligentna pelna kobieta. Piszac pelna mam na mysli, inteligentna, zdecydowana, atrakcyjna, ciepla, kobieca, ambitna, silna, inspirujaca choc wymagajaca i nierzadko trudna.
Wlasnie taka ja kocham i gotow jestem niemal na wszystko aby ja odzyskac.
Z milosci dla niej pozwolilbym jej odejsc bo wiem ze milosc to tak naprawde pragnienie szczescia dla drugiej osoby, ale mamy jeszcze 2-ke dzieci, ktore nie sa niczemu winne i zasluguja zeby miec 2-ke rodzicow. Wiem, ze kolejna szansa, po tym jak spadlem z bardzo wysoka -mam tu na mysli traume ktora przezylem przez ostatni miesiac-nie bylaby juz przeze mnie zmarnowana. Nie zawiodlbym. Moj swiat wartosci w jednym momencie sie rozsypal, po to zebym przez te wiele bezsennych nocy odbuwowal go na solidnych podstawach. Wiem, ze ta sytuacja mnie zmienila, ze nie bede juz ta sama osoba. W glebi duszy jestem wdzieczny mojej zonie, ze to sie stalo, bo pewnie moglbym przezyc cale zycie powierzchownie, nie zdajac sobie sprawy jak zyje i po co. Pracuje nad soba, w duzym stopniu odbudowalem poczucie wlasnej wartosci i sprecyzowalem cele, ktore chce osiagnac w zyciu.
Marzenie mojego zycia to to co jeszcze przed chwila mialem. Zona, dzieci, dom-azyl. Pod tym wzgledem bylem bardzo szczesliwy i na ten moment mojego zycia bardzo spelniony.
Wielokrotnie juz obiecywalem, przepraszalem. Teraz choc te slowa maja dla mnie inny wydzwiek,sa naprawde szczere i poparte przekonaniem i pewnoscia, dla niej brzmia tak samo jak te ktore wypowiadalem wczesniej. Stracilem zaufanie.
Wyprowadzilem sie, staram sie pomagac przy dzieciach kiedy tylko ona potrzebuje, ale usunalem sie z jej zycia. Nie chce sie narzucac. Staram sie byc teraz jak najlepszym czlowiekiem, wspierac ja jak potrafie.
Chyba nie pisze tego posta zeby uzyskac dobre rady. Potrzebowalem sie z kims podzielic. Rozumiem moja zone. NIe jestem chyba tylko w stanie zrozumiec, ze nie chce sprobowac dla dzieci. A moze potrzeba czasu ?
Do wszystkich ktorzy to czytaja. Pielegnujcie swoj zwiazek, dawajcie sobie kazdego dnia nawet male dowody milosci. Rozmawiajcie, kloccie sie, zaakceptujcie to ze jestescie innymi ludzmi i czasami postrzegacie rozne rzeczy inaczej. NIe odkladajcie milosci na pozniej. MIlosc to zycie.
Ja musialem ja stracic, zeby zrozumiec. Nie robcie tego bledu co ja ! ! !